Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2016

The Clientele – (I Want You) More Than Ever/ 6 A.M Morningside (2000)











9

Przed ogłoszeniem “Suburban Light” w 2000 roku The Clientele krzątali się ze swoimi nagraniami tu i tam, wydając siedmiocalówki na winylach w wielu różnych niewielkich wytwórniach. Ich piąty z kolei singiel ujrzał światło dzienne dzięki kultowej w kręgach muzyki niezależnej hiszpańskiej oficynie Elefant Records. Gdzieś pomiędzy EP’kami indie/twee/jangle popowych zespołów takich jak Vacaciones i La Pequeña Suiza ukazało się „(I Want You) More Than Ever/6 A.M Morningside”.

Niesprawiedliwie byłoby twierdzić, że to okazjonalne miejsce w katalogu madryckiego labelu dostało się MacLeanowi i spółce przez zupełny przypadek. „(I Want You) More Than Ever” utrzymane w bezpretensjonalnym i subtelnym stylu kapeli, będące zarazem jedną z jej najurokliwszych miłosnych piosenek, mniej lub bardziej odnalazło się w towarzystwie różnorodnego, choć często podobnie łagodnego i wyrafinowanego popu lansowanego w Elefant. W refrenie Alasdair porywał się na wyznanie proste, choć definitywne: And I want you more than ever, And I want you still forever. Towarzysząca mu melodia z chirurgiczną precyzją trafiała zaś w najwrażliwszy punkt serca.

Inaczej niż w przypadku kapitalnego „Monday’s Rain” z przedostatniego singla, „6 AM Morningside” nie kradnie przedstawienia swojemu poprzednikowi, a jedynie gustownie go uzupełnia. Utwór ten to kolejna typowa dla grupy barwna impresja, nieprzekraczająca tym razem progu dwóch minut. Arcymiły fragment uwznioślający prozaiczność słonecznego poranka.

czwartek, 10 marca 2016

Elvis Costello & The Attractions - Everyday I Write The Book (1983)











9

Pierwszy hit Elvisa Costello w Stanach Zjednoczonych powstał według pomysłu wymyślenia piosenki bardzo prostej, na której napisanie brytyjski muzyk wyznaczył sobie zaledwie dziesięć minut. Tak stworzonej kompozycji lider The Attractions miał następnie przypisać pewne znaczenie. Przy nadawaniu „Everyday I Write The Book” ostatecznego kształtu, zgodnie z planem, udało się utworu zbytnio nie skomplikować, uzbroić go w bystry tekst oraz zmieścić w nim maksimum piosenkopisarskiego intelektu.

W singlu z „Punch The Clock” ujmuje nie tyle prostota, co raczej niezwykła lekkość. Każda część składowa kawałka jest chwytliwa, ale w sposób wyjątkowo subtelny. Zakochanym pop-soulowym zwrotkom towarzyszą linijki o etapach miłosnej relacji i pisaniu kolejnych rozdziałów książki zarazem. Porównania, jakimi zarzuca nas Costello wywołują szczery uśmiech, dwuzdaniowy refren brzmi zaś wyśmienicie głównie dzięki temu jak zostaje wyartykułowany.  

Gładko wpasowują się w tę konstrukcję delikatne klawisze i dziewczęce chórki powtarzające za Elvisem poszczególne frazy. Hooki wydają się wpadać w ręce zespołu z naturalną swobodą. Przyzwoite pozycje na listach przebojów w 1983 roku nie dziwią zważywszy na fakt, że ta piosenka słucha się właściwie sama. 

wtorek, 29 lipca 2014

Joyce Manor - Never Hungover Again (2014)











9

Trzy lata temu Joyce Manor mogli się szczycić najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na współczesnej punkowej scenie. Przesłanki ku zostaniu Jawbreakerem obecnej dekady były dla nich jak najlepsze, a dziś, kiedy można już cokolwiek zweryfikować, wydają się jeszcze bliższe spełnienia. Kultowość w jaką powoli obrastają Kalifornijczycy znajduje swoje uzasadnienie przy okazji 19-minutowego „Never Hungover Again”.

Piosenki na trzeciej płycie młodzieńców z Torrance traktują o niedopowiedzianej miłości, rozstajach uczuciowych dróg (symbolizowanych prozaicznie przez koniec lata), ponownym zakochiwaniu się, żałowaniu czegoś i zapominaniu, miastach zatopionych przez ocean, chodzeniu do wojska oraz przyjaciołach, którzy nigdy nie pytają jak możesz być szczęśliwy skoro ubierasz się na czarno? Typowe, zawsze aktualne problemy dorosłej (i nie tylko) młodzieży, tematyka bez dna, w ich wykonaniu ma swój urok. Zdarzyło mi się napisać trzy lata temu, że nikt nie ujął kwestii uczuciowego rozczarowania lepiej niż Joyce Manor w powalającym, hymnicznym „Leather Jacket” stanowiącym kwintesencję współczesnego, emocjonalnego punk rocka. Nadal uważam ponadto, iż niczyje łkanie (everything reminds me of youuuu) nie było tak zajebiste jak Barry’ego Johnsona w „Beach Community”, a „Constant Headache” wykonywane na koncertach nawet przez Conora Obersta i Desaparecidos jest już nieodwracalnym klasykiem w dziedzinie punkowych piosenek o damsko-męskich relacjach. Na „Never Hungover Again” talent do układania i wyrażania tego rodzaju doznań nie ulotnił się, choć ostre kontury zostały nieco złagodzone przez czucie „najlepszej wakacyjnej płyty tego lata”. 

Tym sposobem „Victoria” z perkusją a la NOFX i entuzjastycznym wykrzykiwaniem dziewczęcego imienia jawi się ich najbardziej beztroską lipcowo-sierpniową propozycją jak dotąd, chociaż konkurować może jeszcze „Heart Tattoo”. Zważywszy jednak, że mowa o Joyce Manor, to wakacje i lato wcale nie muszą oznaczać wyłącznie lekkich klimatów. Refleksję z wyczuwalnym posmakiem smutku i bezsilności niesie wyborne „End Of The Summer”. Kluczowy, powiedzmy-że-refren: case closed, that’s fine, everybody’s going to, your house... miażdży za każdym razem. Gorzkim szlochem jest „Falling In Love Again”, w którym możemy posmakować tak wyczekiwanych desperackich wokali Barry’ego, najintensywniejszy stan osiągających kilka chwil (czyli siedem utworów) później w ekstremalnie krótkim, wrzaskliwym „Catalina Fight Song”. Przy prostych słowach „Christmas Card” aż żal dupę ściska - i to w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym, czego zasługą staje się naturalnie maniera Johnsona.

Duch Guided By Voices obecny, choć wiadomo, że przypisywanie Robertowi Pollardowi wyłączności i pierwszeństwa na krótkie, szalenie chwytliwe piosenki to lekka przesada. A jednak słysząc „Schley” i patent, jaki został tu użyty ciężko skojarzyć sobie kogokolwiek innego. Budowanie znakomitości na przestrzeni 1,5-2 minut z centralnym arcy-hookiem sprawdza się w przypadku tego kawałka w stu dwudziestu procentach. Mówiąc szczerze, czy ktoś wymyślił w tym roku coś lepszego od tej głupiej melodyjki na wysokości 1:11? Dziś pop punkowa młodzież jawi się znacznie bystrzejszą, bardziej „oczytaną” niż dziesięć i dwadzieścia lat temu. Już na „Of All Things...” za sprawą wyróżnionego przeze mnie na liście roku „Bride Of Usher” Joyce’owie sięgnęli po kaliber zwący się The Smiths. Dziś również nie wahają się, by go użyć, ze sporym wdziękiem i skutecznością zresztą. Świetna linia gitarowa a la C86, dwunasto-strunicowe The Wedding Present i melodia Johnny’ego Marra, wszystko w zaledwie jednym, nie przekraczającym progu dwóch minut „Heated Swimming Pool” na słodki koniec.

Do „Joyce Manor” (zwłaszcza) i „Of All Things I Will Soon Grow Tired” wracałem w międzyczasie z naprawdę dużą częstotliwością. Do dziś, po pierwszych kilku sekundach przeokrutnie konkretnego „Orange Julius” zwyczajnie nie potrafię ich pierwszego albumu wyłączyć. Zakładając na pierwszą płytę (czysty punk) filtr z wnoszącej kilka zmian drugiej (brytyjskie i amerykańskie indie), nie zabijając własnej charyzmatycznej istoty zespołu i dodając więcej słońca otrzymujemy „Never Hungover Again”. 19 minut, ulotnego pod więcej niż jednym względem, przebojowego grania w około-punkowym stylu pierwszej połówki bieżącej dekady. To płyta niewinna jak dziecko, ale pod jakimś względem ważna, mocna i definitywna. Nie ma może poza tym sensu usilnie przyszywać jej jakiegokolwiek ciężaru znaczeniowego. Dla kogo będzie dla tego będzie, może się okaże za parę lat, a może zniknie gdzieś i z niej wyrośniemy. Na tę wakacyjną chwilę, ten chwilowy, wakacyjny punk nie ma dla mnie równych. 

czwartek, 22 maja 2014

The Field Mice - Snowball (1989)











9

Ukoronowaniem pierwszego etapu działalności The Field Mice jeszcze jako duetu jest właśnie ta debiutancka płyta długogrająca, twórcze podsumowanie oraz rozwinięcie wszystkiego co Bobby Wratten i Michael Hiscock przekazali wcześniej na znakomitych singlach. „Snowball” najwspanialej brzmi w swym początku oraz zakończeniu, tym samym uznanie „Let’s Kiss And Make Up”* i „Letting Go” za najwybitniejsze albumowe fragmenty zespołu nie powinno budzić wielkich kontrowersji. Zwłaszcza, iż obydwa jawią się prezentacją dwóch ważnych oblicz tej grupy. W pierwszym delikatna elektronika, niespieszne tempo i nieśmiałe melodie budzą album do życia, a dzieje się to w takim stylu, że równie dobrze mogłoby trwać przez co najmniej połowę krążka. Wratten jest emocjonalnie stabilny, w nastroju przyjaznym, gotowy do całowania i pogodzenia się. Sześciominutowy closer to z kolei nagranie niebezpieczne smutne, zatrważająco ponure oraz jakżeby inaczej - cudowne. Tu blisko klimatycznie do innej płyty wydanej w tym samym roku, a mianowicie „Disintegration” The Cure. Zamglony, melancholijny pejzaż, zapadający w pamięć klawiszowy motyw, dojmująco przenikliwa gitara i tekst z cyklu tych, których pisania powinno się zabronić. Deep down I know we'll never be, Living, laughing, loving in perfect harmony, The thought of you with someone else just kills me… Gdyby ktoś układał kiedyś playlistę z najlepszymi utworami do samobójstw z racji złamanego serca, to polecam gorąco.

Pamiętajmy jednak, że ci chłopcy mieli również w zwyczaju pisać twee-popowe chwytliwe piosenki. Kilka z nich z powodzeniem wybrzmiewa na „Snowball”.  Nie da się powiedzieć złego słowa o zgrabnie skomponowanym, bardzo krótkim „You’re Kidding Aren’t You”. Nieco cukierkowo wypada prze-radosne, zakochane „This Love Is Not Wrong”**. Jest i obiecane „Everything About You” czyli perfidnie bezpośrednia czysta afirmacja wyrażona słowami i muzyką. Śpiewane przez Bobby’ego wersy o kochaniu wszystkiego co związane z dziewczyną o chrześcijańskim imieniu i o niemożności doczekania się kolejnego spotkania z Nią. Tak bardzo twee.

Poza wymienionymi, wciąż znajdują się tu jeszcze trzy kompozycje. Do których grup się zaliczają? „End Of The Affair” jest czymś niewątpliwie pokrewnym do „When Morning Comes To Town”. Kolejną sielanką, wzbogaconą nawet o dźwięki fletu, traktującą o końcu relacji, aczkolwiek takim, który da się zaakceptować. Jak to Wratten ma w zwyczaju, następny utwór musi być ciepły i napawający optymizmem. Stąd „Couldn’t Feel Safer”, chyba najbardziej zlewający się z resztą punkt programu. Miło więc, że prawie na koniec duet serwuje swoisty ewenement, najmniej przystępne dla ucha, mechaniczne „White”, którego nie powstydziłby się pewnie wczesny Kevin Shields. Ponoć kontynuacja „Sensitive”, dla mnie numer ten wydaje się mieć sens jako początek nowej, eksperymentalnej drogi, którą grupa obierze już za moment.  




* "Let's Kiss and Make Up" - to pewnie najczęściej powtarzana informacja na temat The Field Mice, ale tak, powiedzmy to jeszcze raz, wersja Saint Etienne to oczywiście cover kawałka Wrattena i Hiscocka. Prawdopodobnie popularniejszy od oryginału. 

** "This Love Is Not Wrong" - może się mylę, ale czy przebój niejakich The Pains Of Being Pure At Heart (czyli najpopularniejszych aktualnie  kontynuatorów twee) zatytułowany "This Love Is Fucking Right" nie jest właśnie czytelnym nawiązaniem do piosenki TFM?


sobota, 15 lutego 2014

Spring Offensive - Young Animal Hearts (2014)











9

W grupie moich znajomych świadomie słuchających muzyki debiut Spring Offensive dorósł do miana najbardziej wyczekiwanego albumu ostatnich dwóch lat. Zaczęło się chyba od „Worry, Fill My Heart”, singla w tych kręgach już klasycznego, niesamowitego hymnu sfrustrowanej klasy pracującej świadomej marnowania najlepszych lat młodości. Szybko okazało się zresztą, że panowie z zespołu mają do życia bardzo praktyczne podejście i choć tekstom nie brakuje poetyckiego charakteru, to ich część zamiast traktować o miłości, poświęcona jest pieniądzom, a raczej ich brakowi, albo szczurzej gonitwie za nimi. Na jednym z wczesnych nagrań, mocarnym skądinąd „Every Coin” mój imiennik (no powiedzmy) Lucas Whitworth wypruwał z siebie żyły śpiewając o tym, że każda moneta musi zostać połknięta. Wtedy też doszło do mnie, że mamy do czynienia raczej nie z zajawką, a zjawiskiem. Zaczęło się oczekiwanie, śledzenie i komentowanie w kameralnym forumowo-facebookowym gronie wszelkich poczynań Oxfordzkiej kapeli.

Obydwu wymienionych kawałków zabrakło na debiucie. Cóż, gdyby mieli wrzucać na niego wszystko nagrane do tej pory ciężko byłoby w ogóle mówić o „nowej” płycie. „Worry” pozostanie legendarnym stand-alone singlem i największym przebojem zespołu jak dotąd. „Every Coin” wydarzył się dawno i chyba psułby nieco szyki „Young Animal Hearts” jako całości. Poza tym reprezentacja starego i tak trzyma się tu więcej niż solidnie. Rozpoczyna przecież bardzo dobre, nieco inne od pozostałych „Not Drowning, But Waving”, którego doskonałość budowana jest powoli, wraz z cykaniem zegara, mrocznymi chórkami, niezbyt wesołą historią i logicznie wyrażonym na poziomie warstwy muzycznej smutkiem. Słyszymy pobrzdękującą akustyczną gitarę, rytmikę uciekającą na kilometr od banału, charakterystyczne dla tej grupy chóralne wokale, słowem całą masę perfekcyjnie ułożonych puzzli. Udało się ocalić w tym wszystkim krystaliczność wokalu głównego, dzięki czemu ten w kulminacji raczy nas pięknie brzmiącym, refleksyjnym wyznaniem „Afraid you'll turn on me and I'll go down for this”. Z kolei w samym zakończeniu czeka już istny sztorm i stosowne wyładowanie. Tak prezentuje się sztuka stopniowania napięcia w muzyce około-gitarowej na wysokości 2014. Dawny znajomy to również „No Assets”, reprezentant frakcji utworów o tematyce pieniężnej, dobra rada o konieczności oszczędzania. Jakżeby inaczej przystrojona w intrygujący melodyjno-rytmiczny płaszczyk, połamaniec z poważnym refrenem. Przywitać można się ponownie z „52 Miles” zawierającym kultową linijkę „find another girl or find another job” oraz ujmującym, bezbłędnie wyprodukowanym „Carrier”. Ze środka krążka uśmiecha się do nas błyszczący szczególnie w lajtowych zwrotkach, udostępniony wiosną „Speak”. Jest tonący w posępności, groźnie zapowiadający się i raczący pesymistyczną ironią „The River” kojarzony wcześniej jako „I Found Myself Smiling”. Zapewniam, że jego kilkukrotne przesłuchanie kończy się późniejszym śpiewaniem fragmentu o  ześlizgiwaniu się do rzeki. No i na finał, piosenka podsumowująca wszystko co u nich najlepsze,  perełka z jesieni w postaci „Young Animal Hearts”. Tego już opisywać nie będę, proponuję posłuchać, lub zsumować sobie wszystko co wymęczyłem o ich muzyce do tej pory.  


Cudem byłoby gdyby jeszcze garstka dograna do albumu prezentowała równie mistrzowski poziom. Tu jest niestety nieco słabiej, aczkolwiek bez przesadnego spadku. Daje radę „Hengelo”, numer singlowy, udostępniony na chwilę przed „Młodymi Zwierzęcymi Sercami”, mi kojarzący się lekko z Violens (zwrotki). Złego słowa nie da się powiedzieć o wpadającym w ucho „Bodylifting”. Świetną formę potwierdza „Something Unkind”. Jeśli napiszę w tym momencie, że najsłabiej prezentuje się „Cut The Root”, to po przesłuchaniu wyłącznie tego kawałka powinniście już wiedzieć z jak dobrą płytą macie do czynienia.

„Young Animal Hearts” jawi się więc taką trochę kompilacją hitów i ukoronowaniem pewnego okresu działalności zespołu. Nic nie zmieni jednak faktu, że jest to po prostu zajebisty album. Spring Offensive dawno temu pokazali się jako niewiarygodnie zdolna grupa, a dziś już z płytą w zanadrzu mogą jeszcze dumniej unosić głowy w ramach bycia czołowym zawodnikiem bujnej i często epigońskiej sceny wyspiarskiego indie rocka.  Tym chłopakom nikt bowiem oryginalności nie odmówi. Naprawdę fajnie, że mają już na nią pełnoprawny, nie pozostawiający wątpliwości dowód.



sobota, 31 sierpnia 2013

Vampire Weekend - Modern Vampires Of The City (2013)










9

Morning’s come you watch the red sunrise, The early day still flickers in your eyes

Opener ostatniej płyty Vampire Weekend nie mógłby brzmieć bardziej na miejscu. Pierwsze wersy “Obvious Bicycle” to esencja poranka, momentu w którym pozbawieni jesteśmy energii. Cały utwór oparty na niespiesznych mechanicznych uderzeniach, taktowny i harmonijny niczym spokojne śniadanie przed wyjściem z domu, proszki, dwie tabletki magnezu i kawa na pocieszenie. Przewdzięczne melodie między trzecią, a czwartą minutą i fragment o nas wszystkich w półśnie na podłodze sali gimastycznej liceum, przelewają szalę urokliwości.

Drugi utwór przypomina mi dyskusję na temat Muzułmanów, którzy ponoć kiedy już się rozmnożą u nas na tyle, że stanowić będą połowę ludzi w Europie to z pewnością tak jak Ezra Koenig tutaj śpiewa, wszystkich niewiernych przywiążą do torów i spalą. Co prawda lider Vampire Weekend ma raczej na myśli tych, posługujących się wodą święconą, a „Unbelievers” jawi się w gruncie rzeczy zgrabną, wesołą piosenką.  

W zakresie lirycznych i melodycznych wspaniałości jeszcze więcej oferuje „Step”. Bezczelnie oparte na motywie ze „Step To My Girl” Souls Of Mischief i melodii wokalu „Aubrey” grupy Bread, pomimo bycia kompletną wycinanko-sklejanką wgniata w fotel ogarnięciem wszystkiego (części cudzej jak i swojej – genialne zwrotki) w precyzyjną barok-popową całość. Tekst pęka w szwach od nazw i treści. Ezra przywołuje całą serię miejsc na mapie USA (New York, L.A, San Fransisco, Mechanicsburg, Anchorage, Oakland, Alameda, Berkeley) oraz świata (Angkor Wat - świątynia w Kambodży, tanzańskie Dar El Salaam), a nawet wysuwa specyficzne, mitologiczne porównanie (dziewczyna bogatsza niż Krezus) zapewniając ładunek znaczeniowy. Jednocześnie umiejętnie akcentuje dostrzeganie przez młodego, dorosłego człowieka symboli upływającego czasu (wisdom teeth fell out), potrzebę ustatkowania się (I’m ready for the house) i bycia z kimś na stałe (I can’t do it alone). Wersy w stylu Wisdom's a gift, but you'd trade it for youth Age is an honor, it's still not the truth (niczym odpowiedź na utwór Idlewild sprzed 10 lat) było mi już dane widzieć na facebookowych zdjęciach w tle.













Kilka miesięcy przed wydaniem “Modern Vampires Of The City” uraczono nas właściwie dwoma totalnie różnymi od siebie singlami. Wspomnianym „Step” czyli balladą dla miastowych romantyków i post-modernistycznym szaleństwem „Diane Young” mieszającym tętniącego energią rock’n rolla (niesamowite jest, jak ezra koenig (świadomie lub nie) udanie naśladuje manierę Buddy'ego Holly'ego w Diane Young) z Justinem Bieberem na vocoderze (baby baby baby baby right on), wszelkim chaosem (przejścia!) i bóg wie czym jeszcze (odpowiedź na „Die Young” Ke$hy?). Kto co wówczas nucił zależało od kwestii gustu, lub nastroju. Na dokładkę dorzucili jakże irytujące i dezorientujące z początku, ale jakże pocieszne już później „Ya Hey”. Tu po raz kolejny udowodnili, że czasem od przeciętnego teledysku lepsze jest eleganckie lyric video. 

Spełnienie oczekiwań odnośnie całej płyty wiąże się ze sprezentowaniem nam przez czterech 29-letnich Nowojorczyków czegoś naprawdę przemyślanego, spójnego i znaczącego. Potężne critical acclaim dla żadnego albumu dawno nie przyniosło mi takiej radości. Do wcześniej znanych numerów prędko dołączyli nowi faworyci. „Don’t Lie” o niemalże pop-reggae’owym refrenie. „Hannah Hunt” - ładnie przygrywana na fortepianie historia miłosnej podróży z niezbyt pomyślnym zakończeniem (Hannah tore the New York Times up into pieces) sygnalizowanym przez rozpaczliwy okrzyk Ezry. Chwytliwy indie-pop „Finger Back” i „Worship You”. W końcu apokaliptyczne, najmroczniejsze w ich całym repertuarze „Hudson”, sprawiające wrażenie jakby oderwanego od reszty, ale samo w sobie znakomite.

Każdy och i ach nad tą ciekawą, intelektualnie treściwą i muzycznie doskonałą płytą jest w stanie spotkać się z moim całkowitym zrozumieniem. „Modern Vampires Of The City” analizuje się z pasją, ale słucha z niebywałą łatwością. To nie tylko kapitalne piosenki, ale i seria przetworzonych za sprawą sztuki emocji, odczuć i przemyśleń, które ja również odczuwam i przyswajam. Jeden z tych albumów, które czuję bardziej od innych. Jeden z tych przynoszących świadomemu słuchaniu większy sens. 


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Fountains Of Wayne - Utopia Parkway (1999)













9

Płyta zbyt grzeczna i ułożona by spodobać się fanom niepokornego indie, a zarazem za mało wpasowująca się w gusta mas by odnieść sukces komercyjny. W 1999 roku na Fountains Of Wayne obraził się między innymi Pitchfork, wystawiając notę niemal o połowę niższą od tej przyznanej poprzedniemu krążkowi Nowojorczyków. Troszkę dalej posunęło się szefostwo Atlantic Records, które ze względu na niedostateczną sprzedaż albumu zwyczajnie wyrzuciło zespół z wytwórni.

Nieodgadnionymi prawami rządzi się przemysł muzyczny. Dla mnie na przykład „Utopia Parkway” brzmi jak płyta w stu procentach przebojowa, do grania w radiu. To niekoniecznie muzyka dla zagorzałych pasjonatów i zapaleńców, a klasyczny popowy krążek od góry do dołu wypełniony bezpośrednimi refrenami i przyjemnymi melodiami. W porównaniu do „Fountains Of Wayne” z 1996 roku można co prawda odnieść wrażenie, że chłopaki w ciągu trzech lat postarzeli się o jakieś trzydzieści, ale wbrew pozorom nie jest to zarzut. Nie ma już tryskania energicznymi hookami „Sink To The Bottom” i „Leave The Biker”. Uleciała młodzieńcza spontaniczność, prawie całkiem znikneły szybkie tempa i resztki gitarowego brudu. Tym razem mamy do czynienia z albumem stoicko spokojnym, nawet w bardziej dynamicznych momentach skrojonym tak by nie przyprawić nikogo o zawał. Można kręcić nosem, że to obrzydliwa ingerencja majorsa, który dążył do usilnego ugrzecznienia i uprzystępnienia płyty. Z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić jak niby miałaby ona brzmieć inaczej.

„Utopia Parkway” to już w mniejszym stopniu power pop, a w większym pop rock i to ten bardzo staroświecki. Granie oparte kliszach, w dużej mierze przedstawicieli gatunku z lat 70. Usłyszymy tu charakterystyczne harmonie, falsety, podśpiewywanie sialalalala. W świat sielankowych przedmieść elegancko wprowadza nagranie tytułowe. W singlowym „Red Dragon Tattoo” odbywamy wycieczkę na coney island. Bohater tatuuje sobie smoka aby zaimponować dziewczynie i wygląda trochę jak ten gość z grupy Korn... Z kolei śpiewający Chris Colingwood nie pierwszy raz imituje wokalnie Oasis w rytm prostej, szarpanej piosenki o obowiązkowo chwytliwym refrenie i całkiem fajnym tekście. Drugim kawałkiem użytym do reklamowania krążka stało się dwuipółminutowe „Denise”. Dość specyficzne połączenie mocnego, rockowego riffu z uroczą kiczowatością (oh do you do you?). Trzeci, zdaniem zespołu, ze strony wytwórni nie doczekał się ponoć wystarczającego zaangażowania w promocję, w czym należy upatrywać jedną z przyczyn klapy finansowej „Utopii”. I rzeczywiście, biorąc pod uwagę jak ładną, nastoletnio-serialową balladką jest "Troubled Times", dziwi fakt, iż nie osiągnęła ona popularności takiego chociażby "Time After Time".

Single singlami, ale album niemalże w całości składa się z rozkosznych, old-schoolowych perełek. Robią swoje odrealnione klawisze w „The Valley Of Malls”, romantyczna podniosłość „Prom Theme”  czy totalnie rozmarzony klimat „The Senator’s Daughter”, przy którym odpłynie każdy posiadający choć odrobinę wrażliwości. Być może pisałem o tym już kiedyś przy jakiejś okazji, ale songwriterska spółka Colingwood-Shlesinger w tworzeniu balladowych cudów nie ma sobie równych. Również lirycznie jest tu na czym zawiesić oko. Wspomnę chociażby o moim ulubionym „A Fine Day For A Parade” i linijce: „Clears up her head with bourbon, Cause beer is so suburban”. Te kompozycje w największym stopniu świadczą o wizerunku płyty, choć nie stanowią jej całości. Zdarzy się po drodze mniej udane, rock’n rollowe „Laser Show”, bliskie numerom z debiutu niezłe „Lost In Space” i podobne mu, ale już ciekawsze „It Must Be Summer”. Popowi, dociekliwi puryści z pewnością zwrócą uwagę na czystą zajebistość zwrotek „Amity Gardens” („the hum of the motor gave way to the tick tick ticking of the clock”).

Nie ma więc co płakać nad rozlanym mlekiem, które na dobrą sprawę wcale się nie rozlało... Do twarzy Fountains Of Wayne w barwach jakie przywdziali na „Utopia Parkway”.  Jeśli ktoś ceni sobie piosenkowość w nieskomplikowanej, niezmąconej formie, ten drugą płytę ekipy Chrisa Colingwooda docenić powinien w stopniu wysokim.   


czwartek, 27 grudnia 2012

Najlepsze albumy 2012 część II


15. Islands - A Sleep & A Forgetting















7.5

Nicolas Thorburn proces pisania „A Sleep And A Forgetting” rozpoczął w ubiegłe walentynki po rozstaniu z dziewczyną, album światło dzienne ujrzał zaś 14 lutego 2012 roku. Nie obyło się bez wpływu tych wydarzeń na muzyczną i tekstową zawartość czwartej płyty Islands. Inspiracją dla całości jest tym razem stary, klasyczny soul. Mamy całą masę ładnych, spokojnych melodii przy znacznie mniejszej ilości indie rockowych wpływów. W efekcie powstała rzecz w pewnej konwencji, o niewątpliwym uroku, staroświecko romantyczna, niestety nie pozbawiona kilku fillerów. Na takie momenty udaje się jednak przymknąć oko za sprawą starej jak świat metody umieszczenia na płycie kilku więcej niż świetnych, potencjalnie singlowych utworów. Uzbrojone w arcychwytliwy piano-motyw „Hallways” - pewnie ich najbardziej wpadający w ucho numer od czasów pamiętnego „Rough Gem”. Niemniej rozwibrowane za sprawą klawiszy, zdradzające kombinatorsko-popową naturę „Never Go Solo”. Nieprzyzwoicie old-schoolowy singiel „This Is Not A Song”. Na koniec piękne „Same Thing” jako swoista wisienka na torcie i podjęcie rękawicy od dawnego kolegi z zespołu Aldena Pennera z Clues, który podobnie smucił nas trzy lata temu balladką „Let’s Get Strong”. Kuracja na złamane serce, muzyczny eksperyment, realizacja soulowych fascynacji. Czym by to dla Nicha nie było, dla nas jest przede wszystkim dobrą, ogromnie przyjemną płytą.



14. Grimes - Visions


7.5

Początek 2012, szukanie świeżych muzycznych podjarek, Grimes oraz jej dwa świetne single. Kiedy włączam sobie ten album, szczególnie przy „Genesis” i „Oblivion” przypominają mi się pierwsze miesiące roku. Ożywiona fala entuzjazmu względem nowo-wydawanych płyt, w dużej mierze właśnie dzięki Claire Boucher.  Między innymi ta niepozorna dziewczyna o różowych włosach zasiała we mnie nadzieję na powrót grubych czasów po lekkim zawodzie kondycją sceny indie w roku poprzednim.  Zimno było jeszcze i śnieg sypał za oknami. Byli także pozostali, ale najmocniej utkwiły w pamięci elektroniczne melodie, strzelające bity oraz specyficzne wokale koleżanki odpowiedzialnej za „Visions”.



13. Matt Elliott - The Broken Man 















7.5

Najnowsza płyta Matt Elliotta to zaawansowane stadium gorzkiego jak cykuta smutku, apogeum głębokiej zadumy i pogrzebowej beznadziei. Charyzmatyczny singer-songwriter z Bristolu na „The Broken Man” pogrąża się w depresyjnej, dark-folkowej estetyce, snując zamroczone wizje alkoholowych smętów i zaklinając duchy w dźwięki hiszpańskiej gitary. Już dekadenckie „How We Fell” funduje istną noc ciemną zmysłów, wędrówkę od zakrapianej polki do metafizycznego doświadczenia. Ten album to właściwie trzy epickie akty, trylogia rozbudowanych kompozycji, którym towarzyszy kilka krótszych, acz urokliwych melodii (mistrzowskie „How To Kill Rose” i „Please Please Please”). Tytuły nie pozostają wątpliwości - czeka nas nieuchronne zmierzanie w dół. „Dust, Flesh And Bones” jawi się manifestem przejmującej samotności. „If Anyone Tells Me „It’s Better To Have Loved And Lost Than To Never Have Loved At All”, I Will Stab Them Face” w swej fortepianowej, cmentarnej podniosłości ekstremalnie daleko do muzyki rozrywkowej. Lider Third Eye Foundation zdecydował się tym razem na krążek o wiele oszczędniejszy produkcyjnie, lirycznie skupiony na własnych emocjach, bardziej kameralny i ascetyczny. „The Broken Man” jest rzeczą wymagającą, piekielnie poważną i w dobie popowej dominacji do bólu nieprzystępną. Być może z tego też względu, wśród nielicznych jeszcze tegorocznych wydawnictw, jakże intrygującą.



12. Kindness - World, You Need a Change of Mind















7.5

Pan Kindness lubi dużo i dobrze, nie decyduje się na jedną, dwie czy pięć stylistyk, wszystkiego filtruje po trochu. „World, You Need A Change Of Mind” to definicja eklektyzmu i muzyczne biuro rzeczy znalezionych. Bainbridge sporo cytuje, mnóstwo rzeczy bierze na warsztat i miesza w swoim disco-funkowym kotle. Najpierw „SEOD” - nienachalnie pulsujący początek wzbogacony domieszką smooth-jazzu, zaraz po nim mknie świetny cover Replacements oraz skupiony na soulowym refrenie „Anyone Can Fall In Love” (również skądś zapożyczony). W „Bombastic” w pas kłania nam się Ariel Pink’s Haunted Graffiti. Najbardziej rozbuchane fragmenty to jednak końcowe „Doigsong”, w którym piątkę przybijają sobie LCD Soundsystem i Hot Chip oraz „That’s Allright” stanowiące jakieś szalone połączenie euro-dance’u z r’n’b, doprawione saksofonowym wstępem i fragmentem riffu niczym „Hot Hot Hot” The Cure. Chodzą głosy, że Kindness na swoim debiucie nieco przesadnie stawiając na ilość nie ogarnia wszystkiego do końca tak jak należy. Nawet jeśli to prawda, Bainbridge wciąż pozostaje piekielnie pomysłowym jegomościem serwującym więcej dobrego niż ci, którzy ponoć nie oglądają się na innych.



11. Beach House – Bloom















7.5

Beach House jawi się na dzień dzisiejszy grupą nie do zatrzymania. Regularnie co dwa lata Victoria i Alex pracowali nad kolejnymi albumami, z których to każdy wynosił ich co raz wyżej w rankingu indie-ekstraklasy. Można powiedzieć, że pozycję lidera objęli już dzięki „Teen Dream”, a skoro tak to „Bloom” jest niczym innym jak obroną mistrzowskiego pasa. Wcale nie należę do ich największych szalikowców jednakże piosenkom zawartym na tegorocznym albumie duetu nie potrafię powiedzieć nie. Omotać potrafiły już single „Myth” i „Lazuli”, tu umieszczone na samym początku. To zresztą nic wobec późniejszych rewelacji. „The Hours”, „Troublemaker” czy „Wishes” ustanawiają nową poprzeczkę, dla kapel próbujących swoich sił w dream popowym, łamiącym serca balladowaniu. Szczególnie jeśli chodzi o ostatnią z wymienionych pieśni. Is this even real? W sensie, żeby to brzmiało AŻ TAK? No i na koniec całe 8 minut popisowego „Irene”. Dla mnie brzmiącego niczym zobowiązujące pożegnanie i zapewnienie, iż w kwestii melodii nie powiedzieli jeszcze nawet połowy tego co zamierzone.



10. Memoryhouse - The Slideshow Effect
















7.5

Zespół Memoryhouse był podobno fajny na wysokości EP’ki i singli, a kiedy przyszedł czas na pełnowymiarowe wydawnictwo okazało się, że część zwolenników spakowała manatki i ulotniła się. Może to mieć związek z częściową rezygnacją z hipnotycznej oniryczności i zmysłowego dream popu, jaki cechował „Lately”, „Caregiver” czy „To The Lighthouse”. Z jakiegoś powodu kanadyjski duet ostatecznie postawił na przedstawienie kompozycji bez zbędnego wodzenia za nos. Co by jednak kto nie myślał, nie pisał i nie mówił „The Slideshow Effect” nadal pozostaje dobrą, bardzo równą płytą wyposażoną w pakiet wyjątkowo zadbanych melodii. Teraz przynajmniej nikt nie zarzuci im ukrywania przeciętności utworów pod umiejętnym operowaniem klimatem. Niemal każda wzięta z osobna piosenka jest w stanie się wybronić, pod warunkiem, że lubimy balladowe kołysanki. Stylistyka wypada tu bowiem bardzo spójnie może poza wyjątkiem przebojowego indie popu „The Kids Were Wrong”. Jeśli o klimat chodzi to też nie ma specjalnie za czym płakać, nadal mamy do czynienia z nieprzeciętnie rozmarzoną estetyką. Memoryhouse zagrali nieco na nosie, jednych zrazili, innych przekonali. W tym momencie wiemy przynajmniej, iż grupa nie patrzy na czyjeś oczekiwania, nie wszystkich jest w stanie zadowolić, ale wykazuje się pewną niezależnością, co dobrze jej wróży na przyszłość.



9. Work Drugs - Absolute Bearing














8

Synthpop, 80’s, chillwave. Słodkie klawisze, kwitnąca melodyjność, a nawet saksofon. „Absolute Bearing” jest najbardziej hedonistyczną płytą jaką słyszałem w 2012 roku. Piosenki z nowego albumu Work Drugs składają się zestaw szalenie gładki i komfortowy. Słoneczny singiel „License To Drive” = początek wiosny 2012. Klimat bezpretensjonalności, luzu i lenistwa. To samo w różnych odcieniach powraca z kolejnymi, kapitalnymi fragmentami. Weźmy takie „The Art Of Progress” - toż przecież sam cud, miód i maliny. Plażowo-taneczne „Boogie Lights”, „Council Bluffs” z początkiem nieco jak „Coco Jamboo”, łudząca melancholia kawałka tytułowego przechodząca w niespieszny klubowy rytm i można tak dalej... Przy zachwytach krążkiem Twin Shadow szkoda, iż dość pokrewny stylistycznie „Absolute Bearing” przepadnie bez podobnego uznania. Ale ja się tam o nich nie martwię. U mnie Best New Music i bite osiem na pieprzonych dziesięć.     



8. Mount Eerie – Clear Moon















8

Myślę, że Phil Elverum swoją muzyką i tekstami już dawno wymknął się z obszaru czyjegokolwiek głębszego pojmowania. Gdyby płyty Mount Eerie ukazywały się rzadziej, kultowość tego człowieka urosłaby zapewne do niebotycznych rozmiarów. Phil wydaje jednak często, co roku, albo nawet dwa albumy rocznie chcąc nie chcąc oswajając nas ze swoją niesamowitością i jednocześnie sprawiając, że w natłoku wydawnictw staje się ona dla nas co raz trudniejsza do ogarnięcia. Krążki takie jak „Clear Moon” to nie rurki z kremem. Tu każdy dźwięk bije się z każdym słowem, bo zarówno muzyczne kształty jak i liryczne obrazowania mają jednakowy wpływ na tworzenie zjawisk zwanych też powszechnie kompozycjami. Elverum zaszywa się w leśnej chacie, wycisza i łączy z naturą. Z dala od cywilizacji sobie tylko znanymi sposobami odnajduje mistyczny świat prawdopodobnie gdzieś pomiędzy fizycznie rozumianą przyrodą, a tym co czai się w jego wnętrzu i umyśle. Ale nie on jest tu najważniejszy. Niebo, księżyc, wiatr, mgła, ocean. Każdy z elementów za sprawą Phila wiedzie główną rolę i przy jego pomocy jak nigdy wcześniej objawia swoją potęgę zaklęty w formie kilkuminutowej audio-projekcji (czytaj utworu). Gdzieś tu kończy się muzyka, a zaczyna... no właśnie co? Tego wam nie powiem, ale dopóki da się słuchać, od głośnika nie odejdę.



7. Burning Hearts - Extinctions















8

Pogrążeni w myślach, wpatrzeni w krajobrazy mroźnej Finlandii, podczas długiej podróży leniwie sunącym pociągiem. Za oknem góry, lasy, jeziora i miasta… Z pomocą odrobiny wyobraźni możemy to niemal poczuć wsłuchując się w drugi albumu duetu Burning Hearts. Zwłaszcza jeśli dane nam było już wcześniej obejrzeć teledysk do wyjątkowo wciągającego swym brzmieniem i tajemniczością singla „Modern Times”. „Extinctions” to dream pop w skandynawskim stylu. W rdzeniu kompozycji solidny, pełen intrygujących melodii, elegancko wyprodukowany. Sugestywnie niosący za sobą powiew 80’sowej wrażliwości, ale nie chłodu, pięknie przywołujący wszystkie wspomniane wcześniej obrazki. Choć pojawia się temat śmierci, a teksty powstały w konsekwencji kilku tragicznych wydarzeń, zdecydowanie nie ma mowy o jednoznacznie dołującym nastroju. Przeciwnie, przebija się sporo nadziei. Podopieczni Shelflife Records osiągnęli tu podobny efekt co niegdyś grupa Monster Movie na znakomitym „Last Night Something Happened”. Słychać to szczególnie w muzycznych teksturach (otwierające „The Last Day Of The Decade”), klimatycznych przestrzeniach czy sporadycznych męsko-damskich harmoniach wokalnych. Zespół swobodnie zachowuje jednak przestrzeń na ukazanie własnego stylu, a to szczególnie przez charyzmę Jessiki Rapo i jej głosu. Ta choć stylem śpiewania delikatnie przypomina Dolores O’Riordan z The Cranberries, z powodzeniem prowadzi owe dźwięki i opowieści lub wpasowuje się w ich marzycielską atmosferę. Osobnym fenomenem jest specyficznie przebojowe zacięcie, przejawiające się choćby w synth-popowym, uniesionym lekkim bitem „Into The Wilderness”.



6. Cats on Fire - All Blackshirts to Me















 
8

Jangle-popowe, delikatnie gitarowe piosenki Cats On Fire brzmią dziś zbyt old-schoolowo by Finom udało się przebić do grona zgarniającego coroczne podsumowania. Nie ma elektroniki, nie ma niczego nowego więc nawet przy doskonałości tych krystalicznie czystych, szczerych melodii pewien pułap jest już dla nich nieosiągalny. A jednak to do „All Blackshirts To Me” wolę wracać niż do jakichś tam Violens. Przy jednych płytach ma się ochotę tańczyć i zdobywać świat, ale są i takie, które włączymy siedząc zimą w domowym zaciszu, popijając gorącą czekoladę. Nuda? Nie, jeśli ktoś ceni sobie klimat, a tym akurat Cats On Fire mogą się szczycić. Opowieści wokalisty mają w sobie czar, podkreślany dodatkowo sympatycznym akcentem (a la Paul McCartney) i faktem, że Mattias Björkas pisze po angielsku teksty lepiej niż większość brytyjskich i amerykańskich writerów. Historie o niespełnionej miłości są banalne? Pewnie tak, ale nie kiedy konstruuje się je za pomocą miłosno-futbolowych analogii ( Now, I was never much of a number nine, And I thought I was too bright for the assembly line) i malujących uśmiech na twarzy ironii (You mistook me for the painter at the private view, I was merely standing in the alcohol queue) jak w otwierającym “Our Old Centre Back”. Przebojowych utworów jest mnóstwo, ale rzadko, który może choćby poleżeć obok “A Different Light”. Niejednemu zdarzyło się już napisać przyjemną balladę, ale Mattias w „1914 And Beyond” z pomocą fortepianu streszcza nam przy okazji historię  Europy i to w taki sposób, że pewnie niejedna co wrażliwsza osoba uroni łezkę.



5. mewithoutYou - Ten Stories
















8

Trzeba Weissowi i spółce przyznać, że wciąż są w tym co robią cholernie zaangażowani i przekonujący. Tym razem „Dziesięć Opowieści” (właściwie jedenaście) składa się na jedną większą całość przedstawiającą historię rozpoczętą od zderzenia przydrożnego cyrku z pociągiem w Montanie. Wszystko jest tu niesamowicie skrupulatnie wymyślone i rozpisane. Wielu osobom na pewno spodoba się fakt, że już otwierające „February, 1878” to częściowy powrót do korzeni.  MewithoutYou na „Ten Stories” wyważyli złoty środek między agresją „[A-->B] Life” i łagodnością „It’s All Crazy! It’s All False! It’s All A Dream! It’s Alright”. Rozpoczęcie zachwyca równowagą dźwięków ostrych i nastrojowych. Ciarki pojawiają się zarówno przy podnoszeniu jak i wyciszaniu głosu przez Aarona. Kto tęskni za porządnie brzmiącą gitarą w żadnym razie nie poczuje się rozczarowany. Kto chciałby usłyszeć ładną balladę, ale nie taką jakich jest na pęczki ucieszy się za to przy „East Ender Wives”. W “Fox’s Dream of the Log Flume” rozdygotana deklamacja Weissa wpasowana w smakowitą aranżację przechodzi do cichej końcówki, w której wspiera go Hayley Williams z Paramore. Rudowłosa pojawia się także w ostatnim „All Circles” tworząc z wokalistą MWY oraz Danielem Smithem z Danielson kolejną udaną rzecz. „Ten Stories” jawi się skromnym albumem dużego formatu. Wart jest każdego best new music i innych wyróżnień, które próżno będzie mu otrzymać, a szkoda.



4. Japandroids - Celebration Rock















8

Jeśli chodzi o klasyczny indie rock. Jakby sobie tego terminu aktualnie nie przyjąć, twórcy „Celebration Rock” mieszczą się w nim nadal jak nikt inny. Co więcej, jak nikt inny potrafią go zrobić naprawdę znakomicie. O wiele lepiej niż na poprzedniej płycie, która też była w porządku, ale zapamiętałem z niej właściwie kilka kawałków („Wet Hair” zamęczone). Tutaj jakby dopiero widzimy ich w pełnej krasie, tych samych, ale lepszych, jeszcze bardziej naładowanych i zapodających jeden ultra-hit za drugim. To jest płyta totalnie wakacyjna, wkręcająca się w słuchacza i eksplodująca w nim od środka. Żadne tam stanie i kiwanie głową, a pogo, w którym nie boisz się dostać w szczękę albo zgubić buta. „Younger Us”, „Evil’s Sway”, „Fire’s Highway” i „The House That Heaven Built” czyli highlighty spośród highlightów mkną przed siebie, wypełnia je młodość, radość, moc i apetyt do życia. Gitary takie jak lubimy, tempo takie jak kochamy, optymizm i  thinking this feeling was never gonna end… .



3.  Chromatics - Kill For Love















8

Hey hey, my my... śpiewał kiedyś stary Neil Young. Teraz te same słowa wymawiane przez młodą Ruth Radelet uprzedza najbardziej sugestywno-klimatyczna gitara roku. Trudno dla mnie o bardziej odziałowujący na wyobraźnię muzyczny moment 2012. Jeśli kiedyś nakręcę film lub napiszę książkę to właśnie początek tej wersji "Into The Black" stanie się moją inspiracją. A zaraz po nim "Lady", bo najcudowniejsze rzeczy spod ręki Chromatics wychodzą kiedy nieśmiała, taneczna elektronika spotyka na swej drodze smutne, miłosne piosenki. Co prawda "Back From The Grave" brzmi całkiem optymistycznie, a tytułowe "Kill For Love" wręcz promieniuje otwartością i radosnym pląsaniem na parkiecie, ale nie dajmy się zwieść. "These Streets Will Never Look The Same" i "Running From The Sun" to już przepuszczone przez vocoder długaśne smęty. "Candy" ujmuje w bardzo podobny sposób co "Lady", "Dust To Dust" jest jak dream popowy obrazek w wydaniu wielkomiejskim, a "Birds Of Paradise" niczym melodramat bliski "Disintegration". Niepoprawny romantyzm muzyki Chromatics mieni się kolorami nocy. Zawodem, smutkiem i niedopowiedzeniem. Luźno porównuję sobie "Kill For Love" do "Saturdays=Youth", bo podobnie jak Gonzales 4 lata temu, tak Jewel i Radelet dziś na swój sposób królują pod względem unoszenia w świat uczuciowej tajemnicy, zamglonych marzeń i snów.   



2. The Cribs – In The Belly Of The Brazen Bull
















8.5

Dwie rzeczy trzeba Cribsom przyznać. Pierwszej klasy popowy instynkt, który już od czasu „Man’s Needs, Woman’s Needs Whatever” objawiał się w arcychwytliwych hookach i refrenach, a w ciągu kolejnych pięciu lat przeszedł bardzo przekonującą ewolucję. Po drugie, umiejętność dobierania sobie elitarnego towarzystwa (Edwyn Collins, Johnny Marr, Alex Kapranos). Na „In The Belly Of The Brazen Bull” możemy podziwiać nieco specyficzne połączenie rozmarzonych retro-ballad, wypolerowanych ręką Dave’a Fridmanna oraz czaderskich gitarowych wykopów, o których produkcję zadbał Steve Albini. To do niego należą singlowe fragmenty, antemiczny punk rock „Chi-Town” oraz „Come On, Be A No-One” brzmiące niczym współczesne wcielenie Kurta Cobaina z kolegami. Warto wsłuchać się w „Glitters Like Gold”, na pierwszy rzut oka zupełnie nieinwazyjne, ale przy uważniejszym skupieniu okazujące się kompozycyjnym majstersztykiem. To samo z „Jaded Youth” gdzie jakimś cudem idealnie udało im się wyważyć złoty środek między stylami dwóch muzycznych dekad (60’s i 90’s). Złudne okazują się ciężkie riffy w rodzaju tego otwierającego utwór „Anna” czy Grizzly Bearowskie bębny z „Confident Man” bo do refrenów i z nimi włącznie topimy się już w miłosno-urokliwych sielankach. I trzeba przyznać, że domknięte jest to wszystko jako dojrzała, solidna w każdym calu muzyczna wypowiedź. The Cribs ostatecznie wyrośli właśnie na najlepszy zespół wywodzący się z ostatków post-punk revivalowej sceny połowy poprzedniej dekady.



1. Cursive - I Am Gemini















9

Kto trzy lata temu  czuł się nieco zawiedziony albumem „Mama I’m Swollen” oraz zmianą stylu Cursive na spokojniejszy i bardziej zachowawczy, przy okazji „I Am Gemini” powinien odetchnąć z ulgą. Nowa płyta kwartetu z Nebraski swoją nie najgorszą, choć budzącą pewien niepokój poprzedniczkę przypomina w stopniu naprawdę niewielkim. Pod względem energii i kreatywności zdecydowanie bliżej jej do wcześniejszych, sztandarowych dzieł zespołu takich jak „The Ugly Organ” czy „Happy Hollow”. Tym razem Tim Kasher ideę koncept-albumu wykorzystuje w pełni, od początku do końca, tworząc spójną, logiczną historię Cassiusa i jego tajemniczego, mrocznego bliźniaka imieniem Pollock. Brzmienie panowie podporządkowują czemuś co z grubsza nadal nazwiemy indie rockiem, wyjątkowo dynamicznym, równie często połamanym, jak i melodyjnym, trochę progresywnym i trochę oczywiście popowym. „The Sun And The Moon” pozornie płaskie oraz nieefektowne po kilku przesłuchaniach okazuje się jeszcze bardziej przebojowe i uzależniające niż promujące poprzedni krążek „From The Hips”. Wspaniale skonstruowane, misterne „The Cat And Mouse” chwyta od początku, zmuszając do równie wielokrotnego zapętlania. Kapitalnie wypada sekcja rytmiczna „Warmer Warmer”, „Twin Dragon/Hello Skeleton” to prog-rockowa ciekawostka, a finalne „Eulogy For No Name” wprost niszczy końcową gitarową apokalipsą. Obóz Cursive w Omaha, Nebraska solidnym murem stoi. Opinie o przeciętności płyty, kryzysie w Saddle Creek czy kolejnym końcu świata radzę włożyć między bajki.