Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychedelic pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychedelic pop. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2020

MGMT - In The Afternoon (2019)












8

W „In The Afternoon” MGMT podążają nieco podobną drogą, co w zapowiadającym poprzedni album singlu „Little Dark Age”. Elementem łączącym obydwa utwory jest z pewnością umiejętnie wplatana w szkielet popowej kompozycji upiorność. Dwa lata temu było jakby bardziej wampirycznie, tu zaś robi się ewidentnie gotycko. Tam królował creepiasty, cmentarny synthpop, tu Andrew i Ben serwują wyrafinowane psychodeliczne melodie wokalne oraz osobliwe jak zawsze partie klawiszy. Trzeba przyznać, że znów udało im się zaczarować. Piosenka nie zawodzi na żadnym ze swych etapów (zwrotki, mostek czy wpadające w ucho outro), urzeka refrenem (But you looked saaaad), a brzmieniowo i produkcyjnie jest zachwycająco kolorowa. Przebojowość spływa ze wszystkich stron, zaś zakończenie pozostawia z pozytywnym niedosytem, wymuszającym natychmiastowe odtworzenie kawałka po raz kolejny.

wtorek, 26 czerwca 2018

The Clientele / Clock Strikes Thirteen - Six Foot Drop / We Could Walk Together (2002)











6.5

Na ostatnim z trzech splitów, wydawanych jeden po drugim w latach 2001-2002, The Clientele raz jeszcze spotykali się z kapelą „duchowo” sobie pokrewną, równie lubującą się w nastrojowym i romantycznym indie popie. Tym razem obyło się bez nagrań premierowych, a zamiast tego każda z grup zmierzyła się z materiałem skomponowanym przez tę drugą. Podczas gdy Alasdair MacLeana z kolegami wzięli na warsztat „Six Foot Drop”, singiel Clock Strikes Thirteen z 1996 roku, zespół z Philadelphii zdecydował się zinterpretować znane z kompilacji „Cry Me A Liver” (1997) i „Suburban Light” (2000) „We Could Walk Together”.

Co do efektu, obyło się właściwie bez niespodzianek. Jeżeli posłuchamy autorskiej wersji „Six Foot Drop” i wyobrazimy sobie ten numer w wykonaniu The Clientele, a następnie włączymy wspomniany cover, wersja wyobrażona i rzeczywista nie powinny się od siebie wiele różnić. Amerykanie w ramach debiutanckiego singla skomponowali bliski wrażliwości Galaxie 500, melodycznie rozkoszny utwór w stylistyce lo-fi dream popu, w którym z damsko-męskich harmonii wokalnych uczyniono bardzo skuteczny oręż. Brytyjczycy, nic dodać nic ująć, przerobili go bardzo po swojemu, zachowując błogi urok „ładnej piosenki”, a wręcz czyniąc ją jeszcze delikatniejszą i bardziej rozmarzoną.

Clock Strikes Thirteen poradzili sobie z „We Could Walk Together” co najmniej równie sprawnie. Kawałek, który można chyba uznać za jeden z największych przebojów The Clientele trafił w dobre ręce, nabierając za ich sprawą nieco innego, acz całkiem interesującego charakteru. Wykonanie kapeli Benjamina Xaviera Kima brzmi niczym hippisowska ballada miłosna z lat 60. Psychodeliczny pop pobrzmiewający leniwymi gitarowym i akordami i dźwiękami tamburynu. Nie zagubiono tu fantastycznej, pojawiającej się w miejscu refrenu melodii, której w tym przypadku towarzyszą również słowa tytułowe, w oryginale nieobecne.

czwartek, 23 czerwca 2016

The Clientele - A Fading Summer EP (2000)











8

Mając już na swym koncie single ukazujące się poprzez brytyjskie, hiszpańskie, a nawet japońskie wytwórnie The Clientele trafili w końcu na wydawcę ze Stanów Zjednoczonych. Materiał dla March Records złożony w sumie z czterech piosenek przekroczył dotychczasową granicę wyznaczaną przez dwuutworowe siedmiocalówki. „A Fading Summer” zapisała się w historii jako pierwsza EP’ka londyńskiego zespołu.

Zmianie uległ rozmiar nośnika, choć w najmniejszym stopniu nie zmieniła się stylistyka. Zarówno dwa wcześniej znane nagrania, jak i dwa debiutujące na tej płycie osadzone są w poetycko melancholijnym świecie refleksji Alasdaira MacLeana. Tytułowe „Zanikające Lato” może odzwierciedlać muzyczny nastrój piosenek, a z całą pewnością daje o sobie znać w korespondujących ze sobą tekstach. W „An Hour Before The Light” lato wzmaga się w sierpniowym powietrzu, w „Driving South” dryfuje, a w „Bicycles” sierpień przemija już całkiem w deszczowej ciszy. Dwa ostatnie z wymienionych utworów sprawiają zresztą wrażenie fragmentów tej samej historii, rozgrywającej się w jakąś obfitującą w deszcz niedzielę.

Coś więcej warto ponadto napisać o warstwie dźwiękowej tychże dwóch premierowych nagrań. „Driving South” wręcz ugina się od ilości perfekcyjnie melodyjnych zagrywek gitary MacLeana i dzielnie jej towarzyszącego basu Hornseya ("James is a really melodic bass player"). „Bicycles”, pomimo bycia piosenką krótszą o dwie minuty, jest pod tym względem równie bliska doskonałości. Eleganckie linie melodyczne wybrzmiewają czarująco do spółki z wokalem i wtedy, gdy pozostają osamotnione. Sam śpiew Alasdaira również potrafi się tu niezależnie wybić w rejony wyższej urokliwości, jak choćby w momencie, kiedy zaczyna się jego la la la...

Kończy znana już z singla „Lacewings” kompozycja „Saturday”, której z jakiegoś powodu wcześniej nie omówiłem. Rozczulająca nostalgią bardziej nawet od swych poprzedników, znakomicie oprawiona w zadumane chórki, wchodzące zaraz po wymownej linijce: i touched your face and saw the night again. 

poniedziałek, 30 maja 2016

The Clientele – All The Dust And Glass (1999)










„All The Dust And Glass” to przede wszystkim „Reflections After Jane” – najlepszy lub jeden z kilku definitywnie najlepszych utworów w dorobku The Clientele. Kompozycja totalna pod względem upojności klimatu i poetyckości tekstu. Od słów zawartych w jednej z linijek wspomnianej piosenki pochodzi także tytuł całego singla.

Poranek, motyle z pozłacanymi skrzydełkami, czerwone słońce, robotnicy na moście, bezsenność, wzdychająca autostrada, jej włosy tak ciemne w deszczu, miasto szukające twojej samotności. Kompozycja wydana w 1999 r. z całą mocą ukazuje nam możliwości twórcze Alasdaira MacLeana, jego niezwykły zmysł i wrażliwość. Dzieje się tak zarówno dzięki sugestywności lirycznych obrazowań, jak i poprzez obecność doszczętnie zniewalających, sentymentalnych melodii. Na uwagę zasługują nie tylko partie gitary, ale też dobitna linia basu Jamesa Hornseya. Określenie adekwatne dla charakteru tego małego dzieła odnajdziemy już w samym jego tytule. „Refleksyjność” wydaje się tu bowiem tętnić i pulsować.    
„Przede wszystkim” nie oznacza jednak tego samego, co „wyłącznie”. Drugie nagranie, choć przyćmione blaskiem swojego poprzednika, nie jest bynajmniej pozycją zbędną. Również w nim obcujemy z wymownymi opisami doznań zewnętrznych i wewnętrznych. Dźwiękami mającymi za zadanie oddać nastrój ulotnego wieczora oraz tytułowej godziny przed nastaniem światła. Kiedy MacLean dociera do kluczowego pytania: Are you really into lonely evening light? „An Hour Before The Light” unaocznia nam całą swą skromną wykwintność. 

niedziela, 29 maja 2016

The Clientele - What Goes Up (1998)











7.5

W piosence ze strony A pierwszego singla The Clientele Alasdair MacLean kreśli obrazki przedstawiające romantyczne spacery, deszczowe dni i wieczory, w których niebo rozświetlają jedynie gwiazdy. Pojedyncze dźwięki układające się w melodie „What Goes Up” mogą przywodzić na myśl krople rosy leniwie skapujące z liści wczesnym porankiem, co nie jest zresztą w przypadku tego zespołu niczym nietypowym. Niepozorne zdarzenia przywoływane przez lidera londyńskiej grupy pod wpływem onirycznej atmosfery i natchnionego wokalu przenoszą słuchacza w rzeczywistość senną i odrealnioną.

Psychodeliczna hipnoza The Clientele jest przy tym całkowicie odporna na niepokój i mrok. Nie ma tu miejsca na dryfowanie w rejony wywołujące poczucie dyskomfortu, idylliczność tej muzyki pozostaje nie do ruszenia. Chociaż nastrój zmienia się nieco w końcówce, dokładnie wtedy, gdy Alasdair postanawia zacytować w całości wiersz angielskiego poety Ralpha Hodgsona, nie dochodzi z tego powodu do zachwiania spójności utworu.        

„What Goes Up” otwierał nowy, przełomowy rozdział w historii tej dość niezwykłej kapeli, bezskutecznie próbującej zaistnieć na muzycznej scenie już kilka lat wcześniej. Kompozycja wydana na singlu wraz z równie udanym kawałkiem „Five Day Morning” przedstawiała to samo oblicze The Clientele, które szerzej miało zostać wkrótce docenione za sprawą albumu „Suburban Light”. 

wtorek, 22 marca 2016

Robyn Hitchcock & The Egyptians - Heaven (1985)













8

W „Heaven” udały się Robynowi Hitchcockowi co najmniej trzy rzeczy. Napisanie doskonałej neo-psychodelicznej piosenki z niezaprzeczalnym przebojowym zacięciem. Gładkie wpasowanie jej w aurę modnego grania połowy lat 80. (new wave/jangle-pop). I po trzecie, może nie najważniejsze, ale bardzo istotne – dopełnienie kompozycji sympatycznie dwuznacznym tekstem, oddającym trochę romantyczne uwielbienie, a po części i cielesną fascynację.  You've got arms, And you've got legs, And you've got heaven. Nie ulega wątpliwości, że w pierwszym singlu wydanym z The Egyptians linijki śpiewane przez Londyńczyka stały się orężem równie skutecznym, co urocze klawisze towarzyszące zwrotkom i triumfalnie wyprowadzony refren.

środa, 5 sierpnia 2015

The Chills - I'll Only See You Alone Again (1986)











6.5

W średniej objętościowo, ale imponującej pod względem skuteczności singlografii The Chills kawałek taki jak „I’ll Only See You Alone Again” można stosunkowo łatwo przeoczyć. Utwór nie doczekał się teledysku, nie trafił na żaden album i całkowicie ominął listy przebojów. Muzycznie nie był też tak charakterystyczny jak poprzednie nagrania Nowozelandczyków. Gdyby szesnaście dotychczas wydanych singli ponumerować pod względem jakości, kawałek z 1986 roku z dużą dozą prawdopodobieństwa wylądowałby w drugiej połowie stawki. I właśnie dlatego jest to kolejny dowód na całkowitą nieprzeciętność kapeli z Dunedin. „I’ll Only See You Alone Again” w żadnym wypadku nie jawi się bowiem złą piosenką. Od początku, bez najmniejszego wprowadzenia odpalona zostaje w niej kapitalna energia, intensywne nabijanie perkusji, w takim samym stopniu zakręcone klawisze, gitary i wokal Martina Phillippsa, który doznaje szaleństwa oczekując momentu sam na sam ze swoją sympatią. W ten sposób utwór bez najmniejszych przystanków i zbędnych zwrotów dociera do końca. Może nie ma tu nadzwyczajnej finezji, ale tego rodzaju kompozycja aż ocieka koncertowym potencjałem. Jeśli tak wygląda jeden z ich słabszych singlowych momentów, to tych lepszych w zasadzie nie da się już lepiej zarekomendować. 

sobota, 25 lipca 2015

The Chills - Kaleidoscope World (1986)











8.5

Pierwsze sześć lat działalności The Chills obfitowało w dobre piosenki, liczne zmiany personalne składu zespołu oraz małe sukcesy na listach przebojów. Pionierom nowozelandzkiego indie rocka przydarzyła się też jedna śmierć w zespole i symboliczny zaszczyt w postaci sesji u Johna Peela pod koniec 1985 roku. Na pierwszym albumie miały się znaleźć nowe kompozycje, tymczasem nagrania z singli i EP’ek wciąż pozostawały porozrzucane po mniejszych wydawnictwach. A chwalebne pół dekady należało przecież jakoś podsumować. 

Wiemy już, że jak dotąd kapela nagrała trzy arcymocne single, do których nakręcono dwa teledyski (plus trzy bez singli, do „Kaleidoscope World”, "Flame-Thrower" i „Whole Weird World”). Klipu nie doczekał się niestety ekstatyczny „Rolling Moon”. Z niewiadomych przyczyn promocyjnym wideo opatrzono jeden z jego b-side'ów (środkowy z wcześniej wymienionych). Dziś za sprawą YouTube możemy sobie na szczęście obejrzeć świetne wykonanie tego kawałka podczas występu Chillsów z Windsor Castle w Auckland z 10 maja 1985. Film do „Pink Frost” ze szwędającym się po smętnym lesie i nadmorskich (albo nadoceanicznych) pagórkach, zadumanym Phillippsem w roli głównej znakomicie oddawał ducha mroczno-nastrojowej kompozycji. Teledysk do „Doledrums”  przedstawiał z kolei zespół jako czterech grających i śpiewających piosenkę, ubranych na biało grzecznych facetów z gitarami. Wszystkie utwory pojawiły się na kompilacji „Kaleidoscope World”. Wraz z nimi zaś kawałki ze stron B singli oraz kilka innych wartych wspomnienia kompozycji.

Pierwsza wersja składanki wydana przez Flying Nun, a także legendarne Creation, zawierała zaledwie osiem nagrań. Znalazła się na niej między innymi nagrana na żywo wersja wspomnianego „Flame-Thrower”, dowód na żywe zainteresowanie Martina i spółki chaotyczną, garażową psychodelią czy wręcz nieumyślna próba sił w noise-rocku. Późniejsze, rozszerzone wydanie „Kaleidoscope World” posiadało także trzeci kawałek z debiutanckiego singla czyli totalnie punkowy, mało wyszukany „Bite”. Znacznie ciekawiej wybrzmiewał z pewnością instrumentalny „Purple Girl” oparty na intrygującym motywie gitarowym i krzykliwych wstawkach saksofonu, pierwotnie strona B do „Pink Frost”. W towarzyszącym wcześniej na siódemkowym winylu „Doledrums” króciutkim „Hidden Bay” Chills udawali naspeedowanych The Beach Boys.   
   
Dziś kompilacja z 1986 roku traktowana jest jako wydawnictwo kultowe, coś w rodzaju pierwszej pełnoprawnej płyty zespołu oraz najlepszy starter dla tych, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z muzyką Martina Phillippsa i jego licznych kolegów. Trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić, a jednak należy zwrócić uwagę, że „Kaleidoscope World” słucha się doskonale jako albumu z osiemnastoma piosenkami i w takim też kształcie większość wielbiących zapewne go pojmuje. Dopiero w tej postaci pomysłowość i kreatywność nowozelandzkiej grupy słyszalna jest w całej okazałości, a album okazuje się prawdziwą delicją dla miłośników błyskotliwego gitarowo-klawiszowego grania.

Wracając do wdawania się w szczegóły zawartości, istotnym punktem składanki od początku były fragmenty ze wspólnej EP’ki ekip nagrywających dla Flying Nun Records. „Dunedin Double EP” z 1982 roku do spółki z „Tally Ho!” The Clean wprowadzało na mapę zjawisko dunedin sound. A to za sprawą czterech zespołów: The Chills, The Verlaines, Sneaky Feelings i The Stones. Z tego wydawnictwa na “Kalejdoskopowy Świat” wrzucono po latach numer tytułowy, napisane przez Phillippsa w wieku 17 lat „Satin Doll”, a w wydaniu rozszerzonym także trzeci kawałek, który się tam znalazł zatytułowany „Frantic Drift”.   

„Kaleidoscope World” to właściwie utwór od którego powinienem zacząć całą historię. Wydany na wspomnianej zbiorowej EP’ce jeszcze przed „Rolling Moon” był dla The Chills prawdziwym początkiem, a według niektórych wręcz „manifestem” zespołu. Melodyjnie pobrzdękujące gitary, subtelne klawisze i łagodny wokal Martina łączyły się w absolutnie zjawiskowe ujęcie delikatnej piosenkowej psychodelii. Phillips współtworzył z Terrym Moore’em piękne sixtiesowe harmonie (Come along baby we'll live in our kaleidoscope world). Słowa tekstu wprowadzały atmosferę romantycznej intymności:  I'd look at you, and perhaps you'll smile at me, Loving my kaleidoscope world, The stars and planets just glide on by, Cold and patient like white gods' eyes. Kompozycje takie jak ta nie trudno uznać za możliwy wspólny punkt odniesienia dla neo-psychodelicznych bogów z The Flaming Lips jak i kreujących swoje małe magiczne światy kapel wydających dla Sarah Records.  

Pozostała dwójka z „Dunedin Double” podtrzymywała podobny klimat. W „Satin Doll” klawisze Frazera Battsa brzmiały niczym dziecięca pozytywka, estetyka utworu nie różniła się znacząco od „Kaleidoscope World”, ale ten sam czar gdzieś się już gubił. Nieco lepiej wypadał „Frantic Drift” z zachęcająco śpiewaną linijką: Tell me a story, let me drift. Pozostałymi częściami składowymi kompilacji zostały utwory z omawianego już przeze mnie „The Lost EP” na czele z niepokojącym „Whole Weird World” oraz singiel „I Love My Leather Jacket”, który pozwolę sobie opisać przy innej okazji wraz z b-side’em „The Great Escape”. 

Zbierając wszystko do kupy otrzymujemy właściwie wszystko pod czym The Chills podpisali się w ciągu pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Znakomite single, zazwyczaj interesujące strony B i zawartość dwóch niezłych EP’ek. Dunedin sound, jangle pop, psychodelia, lo-fi, post-punk, punk rock. Kolekcja kawałków skromnych, ale unikalnych, klimatycznych i różnorodnych. Ich kolejność możemy sobie ułożyć wedle uznania, mieszając utwory pochodzące z różnych lat i wydawnictw, a i tak pasować będą idealnie. Choćby sekwencja złożona z „Frantic Drift”, „Purple Girl”, „Whole Weird World” i „This Is The Way” dla mnie “robi robotę” wystarczającą, wzbogacając zwykły spacer po lesie o inspirujące wrażenia. „Kaleidoscope World” to świadectwo nieszablonowego kompozytorskiego talentu Martina Phillipsa oraz osobliwości gitarowego popu pochodzącego z Nowej Zelandii. Rzecz dla tego czasu i miejsca znamienna.  

środa, 22 lipca 2015

The Chills - The Lost EP (1985)











6

Sześć kawałków, które zaginęły, po czym odnalazły się i z niewielkim opóźnieniem zostały ostatecznie szczęśliwie wydane. Tego rodzaju historie nie należą w muzyce do rzadkości. Właściwie nie ma w nich nic specjalnego. Darując więc sobie dalszy wstęp, przejdę do meritum.

„The Lost EP” brzmi jak typowe wydawnictwo z odrzuconymi nagraniami. Takie, na którym można sporadycznie znaleźć fragmenty pełnowartościowe, udane albo chociaż interesujące. Część utworów na tego rodzaju płycie na bank stanowić będą numery kombinowane, dziwaczne ciekawostki, jakie trudno wcisnąć na jakikolwiek poważny album. Z drugiej strony, na pewno pojawi się na niej także muzyka nagrana na totalnym luzie, zrodzona z czystej radości grania. Teoretycznie, „Zagubione EP” Chillsów to nie do końca krążek z odrzutami czy b-side’ami. Praktycznie, tak się w każdym razie prezentuje.

Pierwszy na liście ścieżek „This Is The Way” należy do kategorii utworów udanych. Co prawda przy „Pink Frost”, „Rolling Moon” ani nawet „Doledrums” w żadnym wypadku nie leżał, ale melodia wokalu Phillippsa śpiewającego w zwrotkach o wypełnianiu głowy alkoholem, komiksami i narkotykami ma w sobie coś klimatycznego. „Never Never Go” to przyjemnie wpadający w ucho rzadki przejaw szybszego grania w ich wykonaniu. Pop punk z pokręconym klawiszowym mostkiem. Kategoria – „radość grania”. „Don’t Even Know Her Name” sprawia wrażenie napisanej na kolanie, pozytywnej i nieszkodliwej, ale też niezbyt treściwej, niespełna dwuminutowej gimnastyki. 

W "Bee Bah Bee Bah Bee Boe” Martin i spółka odpływają w rejony refleksyjnej szanty. „Whole Weird World” potwierdza dla odmiany, że szczypta upiornego gotyku użyta przez The Chills może przynieść intrygujący efekt, a nazwa grupy wcale nie jest do końca przypadkowa. Można się tu Nowozelandczyków na poważnie przestraszyć, gdyż brzmią zupełnie tak, jakby odprawiali seans spirytystyczny, jako medium używali siebie samych, a po całkowicie sukcesywnym nawiedzeniu, kierowani tajemniczą siłą grali stosowne do sytuacji dźwięki. Ciekawie wypada ostatni numer, „Dream By Dream”, w którym panowie próbują robić psychodeliczną rock operę z elementami onirycznego storytellingu, co zdecydowanie wpisuje się w szufladkę z sympatycznymi dziwactwami, powstałymi zapewne po jakichś grzybach. Mi kojarzy się to poza tym nieco z fragmentami „The Top” innego anglojęzycznego zespołu na C. 

Całą EP'kę traktuję  z przymrużeniem oka jako chwilę oddechu kapeli i kilka szkiców popełnionych na boku. Da się tego słuchać, można czerpać przyjemność. Wrażeń estetycznych zalecam jednakże szukać u nich na innych wydawnictwach.

czwartek, 16 lipca 2015

The Chills - Rolling Moon (1982)












Na początku lat osiemdziesiątych, z dala od oczu wielkiego świata, rozpoczęła się mała popowa inwazja. Niepozornie, ale momentami bardzo skutecznie wymierzona w nowozelandzkie listy sprzedaży i radiowe rozgłośnie. Ofensywę podjęła garstka grup skupionych wokół wytwórni Flying Nun Records. Niedysponujące dużymi środkami finansowymi kapele uderzały za pomocą najprostszego z oręży – napakowanych gitarowymi hookami singli.

Pierwszego przełomu dokonali The Clean ze swym chłopacko-harcerskim „Tally Ho!”. Lo-fi’owa piosenka o niemal dzięcej, zaskakująco zaraźliwej melodii dotarła do #19 miejsca krajowego rankingu, wyprzedzając między innymi „Kids In America” Kim Wilde i „Happy Birthday” Steviego Wondera. Na mapkę niezależnego rocka wkraczało zjawisko znane jako Dunedin sound. Pierwszym z dwóch jej najbardziej prominentnych przedstawicieli był wspomniany już zespół Davida Kilgoura. Drugim i tym prawdopodobnie ważniejszym, za chwilę mieli stać się prowadzeni przez Martina Phillippsa koledzy ukryci pod równie nieskomplikowaną nazwą The Chills.  

W debiutanckim „Rolling Moon” panowie afirmowali beztroską, niekończącą się przygodę. Śpiewali o zielonej trawce, błękitnym niebie i zachodzącym fioletowym słońcu. Kiedy Martin twierdził, że takie spędzanie czasu jest pretty cool, to faktycznie coś musiało w tym być. Gitary brzęczały, melodie rozkwitały, wokale oddawały młodą pasję i hymniczne zacięcie. Raźne pogwizdywanie, zakręcone klawisze, a także pobrzmiewający w tle tamburyn idealnie uzupełniały ogromnie witalną, psychodeliczno popową kompozycję. Kawałek prezentował się jako więcej niż wyśmienity kompan dla „Tally Ho!” Cleanów.  

W „chartsach” stanęło na niezłej pozycji #26. W tym momencie projekt Phillippsa jednak dopiero nabierał rozpędu. Wesoły, co nie miara udany debiut singlowy poprzedzał ukazanie się utworu o diametralnie odmiennym, przenikająco mrocznym klimacie. Tu zaczynały się prawdziwe dreszcze.