Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2016

10 polskich (odcinek 3)





















Z albumów takich jak „Long Story Short” generalnie trudno jest wycinać single. I choć „Lazing” zdecydowanie daleko do formatu przebojowej piosenki*, to zadanie zachęcenia ku dalszemu zagłębieniu się w płytę utwór ten mógłby wypełnić w stopniu wysokim.

Wyjątkowo często zdarza mi się utożsamiać muzykę z okładkami wydawnictw. Tak jest i tym razem. Spokojna gitarowo-ambientowa ścieżka otwierająca krążek Mateusza Franczaka pasuje w jakiś sposób do obrazka z zebrami leniwie przeżuwającymi trawę w czasie barwnego zachodu słońca gdzieś na afrykańskiej równinie. Z drugiej strony, mogą być to też na przykład dźwięki późnego miejskiego popołudnia spędzanego przy oknie w bloku. Wzbogacone o ledwie słyszalne odgłosy ulicy i skapującego deszczu.  

Czegokolwiek nie podpowiedziałaby wyobraźnia, nie zmienia się wniosek, iż kompozycja muzyka znanego z How How i Daktari raczy melodyjnością subtelną i relaksującą. Jako wstęp do albumu obfitującego w podobne impresje jest to element organicznej całości, ale i rzecz, w ciągu czterech minut, nieśmiało ożywająca życiem własnym.

* Nietaktem byłoby nie wspomnieć, że na „Long Story Short” pojawiają się też utwory z wokalem, właściwie piosenkowe, ocierające się wręcz o slowcore.



Najlepszym opisem dla liab będzie najpewniej przywołanie słów samego autora, który określił, iż zdecydował się na tworzenie muzyki, która „odstaje”. Sam ten fakt nie musi być jeszcze wadą ani też zaletą, a może być właściwie i jednym i drugim. Większym problemem elektronicznego kompozytora z Suwałek jest raczej nieuchronna nieinwazyjność tego rodzaju dźwięków, ale i coś poza tym. Podobnie jak w przypadku recenzowanego kiedyś przeze mnie New York Polack’s Dream, cały album „ii” zdradza, że mamy tu do czynienia ze stawianiem pierwszych kroków. Muzyką mało złożoną, brzmiącą trochę jak demo, choć na pewno podążającą w słusznym kierunku. W wyróżnionej przeze mnie z całości „Iluminacji” i w następujących bezpośrednio po niej „Nadziejach” słychać żywe zainteresowanie IDM, ambientem czy jazz/fusion. Jest miło i „niegłupio”, ale czy coś się z tego więcej urodzi? Nie przekreślam.



Rasowość pierwszego singla z nowej płyty Ocean Of Noise cieszy, choć w żadnym wypadku nie zaskakuje. Kto pamięta poprzedni krążek projektu Rafała Konopki, ten powinien bowiem wiedzieć, że już tam zdarzały się rzeczy świetne. Estetyka „Want To Dance” balansuje gdzieś pomiędzy melodiami „naszych” z Thin Man Records a wdziękiem klasycznych piosenek twee i indie popowych. Programowa lekkość nie kłóci się tu z kompozycyjnym konkretem. Instrumentalnie i wokalnie* jest więcej niż just fine. Smakowite hooki, takie jak ten klawiszowy na wysokości 1:13 albo hoooold my hand na 2:15, potrafią zaś wyskakiwać całkiem z nienacka. W tym roku muzyczna wiosna „buchnęła majem” już w kwietniu.

* za mikrofonem ponowne znalazła się Magdalena Noweta znana z Oh Ohio, Let The Boy Decide i kilku nagrań z poprzedniej płyty OON   



Każdy, kto interesował się kiedyś polską niezależną sceną gitarową, zgodzi się pewnie, że A Man Asleep brzmią niczym podręcznikowa młoda kapela z dużego miasta, grająca bliżej nieokreśloną hybrydę indie rocka, post-punku i czegoś garażowego. Zaletą tych grup jest zazwyczaj zauważalne osłuchanie oraz fakt, że pomimo niewielkich możliwości i średnio zaawansowanych umiejętności ich propozycje nie schodzą poniżej pewnego poziomu.  

Wada to z kolei wszystko, co wiąże się z byciem początkującym zespołem. Średnia produkcja, często niezbyt wyróżniający się wokal i ogółem brak czegoś charakterystycznego. O każdą z tych rzeczy można chwilowo posądzić też poznański kwartet. Mimo to EP’ka „Broken” i wytypowany z niej przeze mnie „Beginning” zwyczajnie nie bolą.

Za kawałkiem spod indeksu drugiego przemawia zaangażowanie. W śpiewie i partiach gitarowych da się usłyszeć energię i przejęcie, odnotować należy też dobrą rękę do melodii. Treściwie wybrzmiewają bas i perkusja, emocje sprawiają wrażenie autentycznych. Refren mógłby być na pewno lepszy, ale i bez tego solidnej piątki z plusem (w skali na dziesięć) nie można odmówić.  



Zmiana języka przyniosła Brooksom efekt maksymalizacji przekazu. Od kiedy Mateusz Romanowski wykrzykuje teksty po polsku, zdania stają się naturalniejsze, a ich znaczenia ostrzejsze i bardziej wyraziste. Coś musi zostać powiedziane, a taki sposób artykulacji wydaje się najwyraźniej najskuteczniejszy.

Formuła okazała się pod tym względem trafna. Uderzająca po głowie treść linijek nie daje się podczas słuchania zagłuszyć ani zignorować. Tym bardziej, że w wyrażaniu swoich przemyśleń wokalista grupy nie stroni od drastyczności: Idź do trupów i zapytaj ich jak jest zdychać za muzea, Lunaparki, pola bitwy, Wszyscy chcą jeść popcorn od powstańca, Idąc na rzeź. Chcąc nie chcąc, nieuniknione są tu skojarzenia z innym polskojęzycznym zespołem Romanowskiego, czyli Melisą.

Muzycznie, „Lunaparki” to chaos i finezja w jednym. Masa hardcore’owego zgiełku, ale też ciekawe przejścia, błyskawiczne przeskoki, aregularna jazda. Z echami wszystkiego, co bezkompromisowe od At The Drive-In przez United Nations i Touche Amore po Converge.



Tak mógłby może brzmieć jeden z utworów Lee Ranaldo, gdyby wokalista i gitarzysta Sonic Youth zamiast w Nowym Jorku urodził się w Warszawie. Pomimo stosunkowo nieagresywnego charakteru, tkwi w „Rosemary’s Baby” jakiś element niepokoju i wyczuwalnego pod skórą niebezpieczeństwa. Ów klimat w zwrotki wspólnie wkomponowują wokal, tekst, gitara i bas, przy czym zwrotka druga okazuje się pod tym względem jeszcze bardziej gęsta. Kiedy Tymon Adamczyk śpiewa: help me god, I’m not insane yet, ja nie czuję się przekonany co do jego zapewnienia. Kiedy wymawia słowa: If i could pay for your forgiveness, I would play with jesus passion, przypomina mi się niejaki Greg Dulli. Silna rekomendacja dla fanów wszelkiej maści rockowego ponuractwa.


Nie do końca rozumiem o czym śpiewa zespół Pan Trup, jaki właściwie gra gatunek i dlaczego jego członkowie za rzadko patrzą w morze. Wiem jedynie, że „Yoko Yo Ono” to dość zwariowany, choć całkiem chwytliwy i przyjemnie brzmiący kawałek, w którym melodyjne klawisze, gitary i sekcja rytmiczna próbują skomponować się jakoś z ekscentrycznym wokalem wyśpiewującym absurdalną historię. Powiedzmy, że Vampire Weekend łamane na Cool Kids Of Death. Połączenie, jakie nie powinno mieć racji bytu, a jednak.



Bezpośredni jak tylko to możliwe hołd dla klimatów lynchowskich. Roman Szczepanek i Wojciech Żurek z całą mocą odwzorowali mroczny nastrój ścieżek dźwiękowych do "Blue Velvet" czy "Miasteczka Twin Peaks", łącząc go jednocześnie wyjątkowo gładko ze stylem odpowiednim dla dotychczasowych piosenek RitaHolm. Chylę czoła przed bogactwem melodyjnych struktur „Laury Dern”, pochłaniającą głębią utworu i sensownymi linijkami tekstu. Warto poznać jak najszybciej.    



Jak dotąd, nie wiedzieć czemu, nie do końca udawało mi się zrozumieć fenomen utworów SoundQ, których miałem okazję słuchać. Daleko było co prawda do wystawiania im złych ocen, a jednak coś za żadne skarby nie chciało, jak to się mówi, „kliknąć”. „Out Of Phase” przynosi tymczasem znaczący przełom w „relacjach” i wyraźne ocieplenie. Przenikliwy electropop krakowskiego zespołu od pierwszych chwil zdobywa uznanie światowym sznytem, pociągającym brzmieniem synthów i bitów. Dźwięki oddają chłodną, klubową atmosferę i choć bez wątpienia da się przy nich tańczyć, to nie mamy tu raczej do czynienia z dyskoteką radosną. Odbiór z mojej strony jest tym razem klarowny i jednoznaczny. Daję się schwytać i ponieść.   



Na głębokim motywie gitarowym z „Will Be Fine” dałoby się zapewne oprzeć jakiś całkiem intrygujący post-rock/slowcore rodem z pierwszej połowy lat 90. Pechowo dla zwolenników takiego potencjalnego rozwiązania utwór grupy Tranquilizer podąża jednak w całkiem inną stronę. Kierunek w ogromnym stopniu wyznacza kobiecy głos, wyraźnie prowadzący kompozycję ku stylistyce gotyckiego rocka, co potwierdzają zwłaszcza charakterystyczne pogłosy. Są tu momenty, które mi się podobają i takie, z jakimi niekoniecznie mi po drodze. Na plus zaliczam pustynność i posępność pięciominutowej kompozycji, na minus słabiej zagospodarowane chwile, w których gitara milknie. Plusem będą niektóre z wokalnych ruchów pani Luny, minusem zaś niektóre z jej pozostałych poczynań...  Tak więc, jak na mój gust, trochę zgrzyta, ale być może „Will Be Fine” to po prostu granie na gusta zupełnie inne. 

czytaj poprzedni odcinek

niedziela, 31 stycznia 2016

Podsumowanie: albumy 10-1








Część 5



Wartość ścieżki dźwiękowej do filmu wydanej w postaci albumu uzależnione jest od tego, czy muzyka na niej zawarta sprawdzi się także bez pomocy filmu. Johnny Jewel nagrywając „Lost River: Original Motion Picture Soundtrack” stanął przed wymogiem zaproponowania czegoś sensownego i tym, którzy obrazu Ryana Goslinga nie widzieli. Sytuacja wymuszała ponadto, by utwory były również kawałkami układanki, której w żadnym wypadku nie powinno się składać na chybił trafił.

Soundtrack lidera Chromatics pod tymi względami na szczęście nie zawodzi. „Lost River...” może stanowić wyśmienity kąsek nawet dla tych, którzy o filmie nie mają bladego pojęcia, z oczywistym wskazaniem na fanów tęsknego synth-popu rodem z Italians Do It Better. Sposób ułożenia puzzli sprawia przy tym wrażenie przemyślanego i raczej trafionego.

Oczywiście taki album z reguły musi być bardziej nastrojowy i klimatyczny niż piosenkowy i przebojowy. Melodie Johnny’ego, wspomagajacych go koleżanek z innych „italiansowych” projektów oraz śpiewających aktorów współtworzą atmosferę sugestywną, mrocznie romantyczną i co najistotniejsze tajemniczą. Sporadycznie prześwitujące nadzieją melodie („Tell Me”) mieszają się z okrytymi gęstą mgłą ambientowymi ścieżkami oraz momentami złowróżbnymi i niepokojącymi („The Dead Zone”, „Death”). Jest tu miejsce na retrospekcje z Twin Peaks/Badalamentiego/Julee Cruise („Tell Me” w wersji z szafy grającej) oraz rozpływające się w dzwoneczkowym oniryzmie i mętnych pomrukach dialogi z filmu („A Bloody Good Time”).

Nie może dziwić obecność coveru standardu „Blue Moon”, który przynajmniej w pierwszej zwrotce, oddaje esencję uczuciowego smutku, jakże ukochanego przez śpiewającą w nim Ruth Radelet. Nieco bardziej zaskakują kompozycje takie jak „Cool Water” czy „Deep Purple” (i to w trzech wersjach). Delikatna niespójność jaką wnoszą nie rujnuje jednak intrygującego feelingu całości.


Od ostatniego roku nie zmieniło się wiele. Mark Kozelek nadal dużo opowiada, grywa doskonałe melodie i nazywa utwory pięknie brzmiącymi pełnymi zdaniami w rodzaju „With A Sort Of Grace I Walked ToThe Bathroom To Cry”. „Universal Themes” to tytuł trafny i jednocześnie mylący. Podejmowane tu przez lidera Sun Kil Moon tematy są bowiem, tak jak na „Benjim” maksymalnie prywatne, dotyczą tylko jemu znanych osób, miejsc i zapamiętanych z jakiegoś powodu chwil. Z drugiej strony „śpiewając” o miłości, przyjaźni, stracie, irytacji czy pójściu na koncert Mark mówi przecież o czymś jak najbardziej uniwersalnym. Najbliższe zagadnieniom poprzedniego krążka są wspomniane już „With A Sort Of Grace...”, w którym muzyk prawie dziesięć minut poświęca swojej  przyjaciółce Teresie, „Cry Me A River Williamsburg Sleeve Tattoo Blues” podzielone na kilka mniejszych tragicznych historii i przeplatające rozpacz z radością „Little Rascals”. Ogółem rzecz biorąc, teksty częściej bywają jednak tym razem pogodne. Kozelek co najmniej kilkukrotnie konstatuje, że życie jest piękne i trzeba się go trzymać z całych sił. Całkowicie ujmująco ex-liderowi Red House Painters udaje się znów wypaść również muzycznie. Mark potwierdza tym samym że umiejętność fascynującego gadania o sobie samym opanował w stopniu na dzień dzisiejszy dla mało kogo osiągalnym.



Co najmniej połowa z "10 Miłosnych Piosenek" Susanne Sundfør to wyśmienite przebojowe single, nokautujące przeciwnika albo w najgorszym razie trafiające go sierpowym centralnie w szczękę. „Delirious”, „Accelerate”, „Fade Away”, „Kamikaze” i do tego powiedzmy nie wydany (jeszcze) na małej płytce „Slowly” pozamiatały electropopowe podwórko do cna. Norweska kompozytorka z wyrachowaną precyzją rozegrała refreny (Take it off!, hit me hard like a drum!), wymuskała hooki wokalne (faaaade awaaay, ah, ah,  this is the sound of my heart, the sound of my heart…) oraz uplotła serię klawiszowych melodii. Na różne sposoby zachęcała przy tym do zabawienia się (let’s have fun, let's dance all night), tak na przekór wszystkiemu: wojnom światów, końcom światów i końcom uczuć. Równie dobrze Susanne mogłaby zapewne dociągnąć tę listę hitów do całych dziesięciu, ale wtedy nie dane byłoby nam usłyszeć pewnej tytanicznej, zapierającej dech w piersiach ballady („Memorial”), chłodnego eksperymentowania („Insects”) ani dziewiczego folku („Silencer”), brzmiącego niczym śpiew nimfy przygrywającej sobie na harfie. Jedno jest w tym momencie pewne. Sundfør ewidentnie nabiera rozpędu i rozmachu, swymi horrendalnymi umiejętnościami dając nam do zrozumienia, że przyszedł już może czas na nową muzyczną królową.



W Brooklyn, NY bez zmian. Jeff wciąż boryka się z problemami, ale podobnie jak w przypadku Briana Wilsona, jego liczne katastrofy i błędy prowadzą ostatecznie do szczęśliwych zakończeń. „We Cool?” w sporym stopniu opowiada o odnajdywaniu jasnych stron w najbardziej dołujących sytuacjach. Porównywalnie do choćby kolegów z The Wonder Years, optymizm nie objawia się już jak za dawnych pop punkowych czasów w śpiewaniu o tym, jak nam jest cudownie i beztrosko, a w dochodzeniu do wniosku, że tak naprawdę jest dość beznadziejnie, ale nawet z tych najczarniejszych stanów możemy się przy odrobinie wsparcia jakoś pozbierać. Rosenstock jawi się osobnikiem niesamowicie sentymentalnym, przywiązanym do przyjaciół, który wszystkie swoje emocje i obawy przekuwa ostatecznie na wyzwalające hymny. Drugi album ex-lidera Bomb The Music Industry to parada hooków, potężnych refrenów i świetnych melodii. Niekończące się pokłady energii w punkowych numerach okraszonych niebywałym popowym zmysłem. Jako czołowe przeboje należałoby tu wskazać weezerowy „Novelty Sweater”, rozegrany na klawiszowych partiach i zmyślnych liniach wokalnych „Nausea”, krzepiący singiel „You, In Weird Cities”, szybki „Hey Allison!” i obdarzony kapitalnym riffem „Polarbear Of Africa”.



Nagrywanie przez Beach House wciąż tych samych tęskno-miłosnych piosenek ciągle ma sens i prawdopodobnie nie utraci go nigdy, dopóki w te zgrane koncepty zespół będzie wkładał nadal tyle samo pasji i uczucia. “Space Song” to przecież kolejne (doskonałe) “Wishes”. Każde „Levitation” i „Bluebird” w zasadzie już wcześniej słyszeliśmy, ale owy fakt niczego tym kompozycjom nie odbiera. „Beyond Love” oraz kończące „Days Of Candy” bez niespodzianek przywołują inspirację nieodżałowaną atmosferą słynnego „Floating Into The Night”. Powiew zmian mógł zwiastować singiel „Sparks” – ich „najbardziej MBV” utwór, nie tylko ze względu na brzmienie, ale i oddający esencję shoegaze’u tekst: We drive around this town, Houses melting down, A vision turning green, Is all we've ever seen. Na dobrą sprawę te zmiany potrzebne jednak nie były. „Depresyjna Wiśnia” zgodnie z przewidywaniami upoiła, oczarowała i obezwładniła według znanych nam, nieśmiertelnych w swej skuteczności zasad.
  

5. Adventures - Supersonic Home

Adventures zaczynają mniej więcej tam, gdzie kończyli The Anniversary, The Get Up Kids, wczesno-środkowe Jimmy Eat World, Rainer Maria czy Hey Mercedes. Indie-emo dryfujące stopniowo w kierunku pop-rocka, osiągające apogeum w pierwszej połowie lat ’00, którego produkty zaczęto z czasem określać po prostu jako „pop-emo” było etapem w dziejach gatunku wciąż całkiem przyjemnym i urokliwym. 10-15 lat później „Supersonic Home” jest już wyraźnym przejawem nostalgii za tamtym okresem. Przy licealno-koledżowych, traktujących o miłosnych rozterkach, choć wcale nie banalnych utworach Amerykanów powzdycha sobie nieco bardziej rozgarnięta młodzież. „Heavenly” czy „Your Sweetness” to naznaczone uczuciową niepewnością przeboje a la „Clarity”/”Bleed American”/”Futures”. Elastyczne piosenki, w jakich delikatny śpiew i melodie finezyjnie przeplatają się z intensywnymi uniesieniami. Hookami są tu często nieśmiertelne gitarowe partie, wsparte mocnymi uderzeniami perkusji, wprost stworzone do „doznawania” („Pure”). Innymi zaś uwieczniające MOMENT kwestie Reby Meyers, wypowiadającej zdania w rodzaju If this is eternal then convince me to let go lub też znamiennie przeciągającej poszczególne słowa (he’s a swaaaaarm,  your sweetneeeeeess).  



“Pales Horses” warto posłuchać choćby dla subtelnej i niezwykle wytrawnej oprawy melodycznej. Nieokazywanie zainteresowania typowym zwrotkowo-refrenowym pisaniem piosenek u mewithoutYou nie oznacza bynajmniej deficytu w zakresie wyrafinowanych progresji akordów. Pod tym względem sytuacja ma się zgoła na odwrót, bo to właśnie nie lada wyczucie gitarzystów (oraz perkusisty) filadelfijskiej grupy zapewnia następcy „Ten Stories” pewne miejsce wśród tegorocznej indie rockowej elity. Na szóstym albumie udało się braciom Weiss i spółce opanować niemal wszystkie (zabrakło jedynie folku z okolic 2009 r.) żywioły, z którymi borykali się w różnych etapach swej twórczości oraz dojść z nimi do harmonijnego porządku. Są tu więc wspomniane zadbane melodie, intelektualne liryczne gadulstwo, maniera kaznodzei, ale też szczere gwałtowne porywy i poczciwy krzykliwy post-hardcore, którego przez pewien czas trochę brakowało. W „Mexican War Streets” na zasadzie „zobacz młody jak to się robi” panowie nie pozostają dłużni swym epigonom z La Dispute. „Birnam Wood” sugeruje podejrzewać, że przy nieco innym rozłożeniu akcentów mogliby bez problemu konstruować kapitalny post-rock. Końcówka „Lilac Queen” jest natomiast ich najbardziej przejmującym momentem od czasu... może nawet „In A Sweater Poorly Knit” z „Brother, Sister”. 



Conor Oberst nieszczęśliwe miłości i niestabilności emocjonalne pozostawił za plecami, paliwem dla głębszego zaangażowania w utwory czyniąc tym razem swe przemyślenia polityczne. „Payola” rozpoczyna się od wymownie zatytułowanego kawałka „The Left Is Right”. Następnie Conor śpiewa o ideowcach, którzy z czasem stali się trybikami militarnej machiny, bezlitośnie rozlicza amerykańskich ojców założycieli, albo wnika w przyczyny radykalizacji młodych ludzi po różnych stronach barykady. Jeśli adresatem uwielbienia lidera Bright Eyes jawi się kobieta, to jest nią lewicowa aktywistka z Chile. Jeżeli Oberst zdziera gardło, to w ramach popierania działalności hakerów z Anonymous. I taka to mniej więcej płyta. Podyktowana mocą pewnych przekonań, znajdujących odzwierciedlenie w muzyce eksplodującej energią, pełnej skandowanych refrenów, ostro szarżujących gitar i potężnych partii perkusyjnych.  



Estetyka, do której po blisko dekadzie dotarli The Cribs okazała się na tyle pojemna, że udało się w niej nagrać nawet dwa bardzo dobre albumy. „For All My Sisters” brzmi jak naturalny kompan dla swego poprzednika, z kolei bracia Jarman znaleźli się aktualnie w takim momencie, w którym rzeczywiście nie trzeba wiele zmieniać, aby efekt był całkiem dobry.

Metoda ekipy z Wakefield nie polega już na dążeniu do czegoś poprzez wprowadzanie modyfikacji, co raczej na szlifowaniu gotowego. Słychać to doskonale w „Finally Free”, który podobnie jak otwierający trzy lata wcześniej „Glitters Like Gold” oparty jest na kunsztownych niuansach i licznych niepozornych melodiach, w tym wdzięcznie podśpiewywanych na przeróżną modłę whoa-oh. Również „An Ivory Hand” wydobywa się swobodnie w ten sposób, poparty jakby wyłącznie piosenkowym zmysłem kompozytorów. „The Jarmans” nie byliby poza tym sobą, gdyby pierwszorzędnego gitarowego popu, chociaż trochę nie zderzyli z łobuzerskim punkiem.

Także w balladach kilka razy naprawdę udaje się bliźniakom trafić w punkt. Dzieje się tak w romantycznym „Pacific Time”, gdzie zawarte w słowach Maybe your silence will tell me what I need, Till I find what you're hiding from me minimum, wyraża maksimum. Oraz w “City Storms”, w którym niepokój związany z gwałtowną burzą dzielącą ludzi po obydwu stronach miasta zestawiony zostaje ze strachem o brak możliwości kolejnego spotkania z ważną osobą.



Niektórzy zyskują punkty przede wszystkim świetnymi melodiami, inni staranną techniką lub umiejętnością chwytania za serce. Tame Impala zgarniają natomiast z każdej puli po trochu, delikatną nadwyżkę notując przy pierwszej kategorii. Nikt lepiej, równie autentycznie i namacalnie nie pogodził ostatnio słodkości i goryczy. Słychać to w oddającym najtrafniej styl albumu „The Moment”. Jeszcze dobitniej w „Eventually”, gdzie ujęty zostaje stan pomiędzy jeszcze żałowaniem: Wish I could turn you back into a stranger, a już pogodzeniem się i dostrzeganiem pozytywu: But I know that I'll be happier, And I know you will too. Te szczególne emocje nie przytłaczają nas swą nachalnością, choć zdają się wypływać z każdej linii klawiszowej i wokalnego hooku Kevina. Jeśli musiałbym polecić najlepszą utwór z płyty, niekoniecznie reprezentatywny dla całości, wybór padłby na „Let It Happen”. Dobrym typem byłby też jednak „The Less I Know The Better” bazujący na rymach tak prostych, że aż zabawnych (Trevor, Heather, forever, never), będący przy tym jednym z kilku najbardziej przebojowych numerów ostatnich miesięcy. Albo „Yes I’m Changing” - wyrafinowana romantyczna pościelówa. „Currents” stanowi pakiet hitów, ale i przekonujące świadectwo człowieka coś przeżywającego, z wielką swobodą dokumentującego swe odczucia oraz przekazującego je dalej. Rzeczy, których musielibyśmy szukać na różnych krążkach, tu całkowicie się uzupełniają. Za to dość rzadkie poczucie komplementarności nie żal ostatecznie przyznać nagrody głównej.        




wtorek, 12 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 50-41













Część 1



„Runners In The Nerve World” jest  niczym więcej, jak tylko pakietem małych indie rockowych majstersztyków. Zestawem zręcznych i przebojowych powtórek z amerykańskiej sceny gitarowej ostanich dwudziestu lat. Trzeba przy tym nadmienić, że Sidekicks prędzej inspirują się mistrzami miękkiego, melodyjnego grania święcącego triumfy po 2000, a nawet 2005 roku niż centralnymi klasykami z lat 90. Innymi słowy, jeśli Built To Spill, to bardziej pośrednio, przez Band Of Horses oraz The Shins. Jak ktoś już trafnie przede mną zauważył, nie jest to jednak wada, dopóki jakość numerów na „Runners...” sprawia, że wypełniają one lukę w czasie, gdy forma „protoplastów” pozostawia wiele do życzenia. Z tej właśnie racji sympatia do treściwych i nadzwyczaj przyjemnych przecież kompozycji Steve’a Ciolek’a wydaje się całkowicie zrozumiała.      



Gdyby na podstawie piosenek z “High” nakręcić film, jego bohater byłby noszącym się w skórzanej kurtce, prostolinijnym łobuzem o romantycznej duszy. Niemal każdy z numerów na nowej płycie Royal Headache wpisuje się w estetykę grania szorstkiego i przebojowego jednocześnie, garażowego lecz z silnym zacięciem piosenkowym. Serca tych chłopaków krwawią miłością w rytm nośnych punkowo-popowych kawałków, w których śpiewa się zazwyczaj o tym „jak ona go kręci” albo „jak bardzo on jej chce i potrzebuje”. Wszystkie refreny brzmią przy tym jakby priorytetem do ich pisania było osiągnięcie prostego i bezpośredniego efektu mocnej antemiczności. W szalonym rock’n rollu, punk rocku/power popie zahaczającym o Undertones czy Stiff Little Fingers Australijczycy odnaleźli swoje środowisko naturalne.



Podczas gdy dużym uznaniem w kraju cieszyły się w tym roku albumy zespołów Alameda 5 czy Złota Jesień, nie mniej interesujący krążek w kolaboracji z islandzkim Panos From Komodo nagrali Bydgoszczanie z 3moonboys. Do pełnego zrozumienia fenomenu „Linii Nr 8” jako części składowej szerszego projektu artystycznego, zatytułowanego „Brumba” („Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich”) niezbędne byłoby może otrzymanie płyty w postaci fizycznej wraz z wszystkimi dołączonymi do niej elementami, co nie zmienia oczywiście faktu, że muzyka sama w sobie musi stanowić, i w tym przypadku stanowi, wartość wobec całej reszty nadrzędną. Z zawartymi tu brzmieniami jest podobnie jak z patrzeniem przez okno w czasie podróży tramwajem „od pętli do pętli”.  Początek jazdy upływa dość dynamicznie. Widoki się zmieniają, przyciągają uwagę, ale po jakimś czasie fragmenty krajobrazu robią się bardziej monotonne, a słuchacz/pasażer popada w swoistą hipnozę. Pomysłowością (zwłaszcza w zakresie rytmiki) imponuje pierwsza część: osobliwie rozpoczynający „Pierwszy”, inicjowana pogiętym elektronicznym motywem „Liczba Podwójna”, reggae’ujące kołysanie „Wietrznego Miasta” i oniryczność „Bardzo”. Od tego momentu do „Ostatniego” odpływamy już raczej w regularny chillout. Nie uznaję tego jednak za wadę, ma to bowiem także pewien urok. Przestrzenie pełne sugestywnych dźwięków „Linii Nr 8” warte są przysłowiowej świeczki. Cieszę się, że nie przeoczyłem.     



Z początku wydawało mi się, że „Sacred Ground” to granie zbyt nieświeże, zbyt smutne w ten mało atrakcyjny i męczący wręcz sposób. Rozlazłe, elektroniczne indie z melancholijnym wokalem dla późnych trzydziestolatków. Coś w tych deep house’owych smętach okazało się jednak trafiać w sedno. Głębia późnowieczornych, dorosłych utworów Ry X’a i Franka Wiedemanna wzbogacona uprzystępniającą dawką „klikających” klawiszy, gustownie przemykających bitów i basowych linii zaskoczyła ostatecznie na plus. A trzeba przyznać, że duet wcale nie ułatwia sprawy, nie szyje singli i nie stara się przypodobać krótkimi numerami, opartymi na hookach. Przeciwnie, Howling stawiają na wciągalność, próby niespiesznego, ale skutecznego w gruncie rzeczy absorbowania odbiorcy zarówno strukturą, jak i klimatem. Muzyka na długie, smutne i samotne noce.  



Najważniejszym argumentem za “What A Terrible World, What A Beautiful World” jest pokaźna ilość momentów, w których The Decemberists brzmią jak oni sami za swoich najlepszych czasów. Słyszymy to w sekwencji przebojów rozpoczynającej płytę: zagranym przy użyciu ekstatycznych dęciaków „The Cavalry Captain”, prostolinijnej „Philomenie” i żarliwym wezwaniu do miłości „Make You Better”. Jeszcze bardziej w lirycznym „Lake Song”, gdzie Colin Meloy ponownie odnajduje się w wysmakowanym operowaniu słowem, a także w zadumanym „Till The Water Is All Gone” czy opartym o kapitalne wyczucie melodii „The Wrong Year”. Nie powinni czuć rozczarowania fani wyczuleni na wpływy folkowe („Better Not Wake The Baby”), southern-rockowe czy country’owe („Anti-Summersong”) w twórczości Dekabrystów, partie akordeonu albo swojskiej harmonijki. Powiedzieć, że Amerykanie wstają z kolan byłoby sporym nadużyciem, ponieważ żadna z ich ostatnich płyt nie była na dobrą sprawę nieudana. Ci jednak, którzy już kilka miesięcy temu stwierdzili, iż ich ostatni krążek jest najlepszym od czasu „The Crane Wife” oddali stan rzeczy zapewne najprecyzyjniej.        


Podejrzewam, że “The Original Faces” to najbardziej bezpośredni pop, do jakiego mogła się zbliżyć Liz Harris. Mglisty, niewyraźny i szkicowy, ale wciąż o niebo silniej akcentujący piosenkowość niż dotychczasowa twórczość Elizabeth pod szyldem Grouper. To płyta brzmiąca tak, jakby artystka poruszająca się w niezwykle smutnych estetykach zdecydowała się zrobić w końcu coś nieco bardziej dla siebie relaksującego. Stąd też zapewne wynika fakt, iż utwory Helen także słuchaczowi sprawiają zadziwiającą przyjemność. Rozmyte, dziewczęce harmonie wokalne, skrawkowe melodie oraz proste aranże na skrzyżowaniu dream popu i shoegaze’u, noise-popu czy nawet twee okazują się składnikami wystarczającymi do sycącej uczty. Tym bardziej, że materiał złożony jest ze stosunkowo krótkich, acz pomysłowych fragmentów, którymi nie ma czasu się znudzić. Pozycja obowiązkowa dla fanów 4AD i Creation, Black Tambourine oraz oczywiście samej Liz.      


Kolejny rok, kolejna dobra płyta Eternal Summers. „Gold And Stone”, solidnego albumu z indie popowymi piosenkami w różnym stopniu mieniącymi się także wpływami jangle popu, dream popu i shoegaze’u. Nie ma tu właściwie niczego, co mogłoby się nie spodobać fanom dwóch poprzednich krążków. Śliczne jak z obrazka utwory pokroju „The Roses”. „Ebb Tide” i „Stars You Named”. Podkręcone pod kątem przebojowości „Black Diamond” czy „Together Or Alone”. Masa urodziwych melodycznych linii gitarowych i basowych oraz wokali Nicole Yun. Ma się przy tym wszystkim wrażenie, że podobne rzeczy trio mogłoby nam serwować z niesamowitą łatwością nawet częściej i w większych dawkach. Tak więc, o tej porze, w tym samym miejscu, widzimy się pewnie za rok.


„Melbourne, Florida” w pięciu kluczowych momentach:

5. „Year In Pictures” – Klawisze podkreślające nastrój snutych refleksji. Saksofon i trąbka na koniec.

4. „Blue Time” – Akustyczny sophisti-pop, tęskna ballada a la Grant McLennan , dwa słowa refrenu wyrażające wszystko.

3. „Leftovers” – Słodkie twee śpiewane przez wokalistkę. Nic dodać nic ująć.

2. “Tearing The Posters Down” – Krótka lekcja z pisania piosenkowych hymnów.

1. “Waste The Alphabet” – Oh Natalie, we party, “Nowa klasyka gitarowego popu Vol.1”.


42. Outfit – Slowness

Z jakiegoś powodu trudno mi sobie wyobrazić „Slowness” w innych albumowych podsumowaniach roku. Jak by ich nie ugryźć, Outfit brzmią tu jak intelektualni romantycy-outsiderzy, w pewien sposób staroświeccy i na pierwszy rzut oka średnio pasjonujący. Z jednej strony gitar słychać u nich tyle, co kot napłakał, z drugiej można ulec wrażeniu, że słuchamy Hot Chip nie do tańczenia. A jednak druga płyta grupy z Liverpoolu to pozycja bezdyskusyjnie warta uwagi. Przewidziana na sesje uważne i cierpliwe, odwdzięczająca się wieloma pięknymi momentami. Zadziwia lekkość z jaką Thomas Gorton i spółka serwują swoje art-popowe piosenki (zwłaszcza „Smart Thing”) oraz subtelność w przekazywaniu emocji (kapitalne „Happy Birthday”). Błyskotliwe, klawiszowe motywy objawiają się średnio w co drugim utworze („Framed”, długa linia synthów w „Swam Out”), a od całkowitego odpłynięcia w rozmarzone new romantic powstrzymuje ich chyba tylko wybitna samodyscyplina, która zostaje zresztą ciut nagięta przy instrumentalnym „Wind Or Vertigo”.  



Delikatność i dbałość – to dwa słowa, którymi w największym stopniu można określić warstwę muzyczną drugiego albumu zespołu Foxing. „Dealer” w porównaniu do swego maniakalnie intensywnego poprzednika jest krążkiem spokojniejszym i mniej efektownym, a przy tym dużo smutniejszym. Kruchość piosenek Conora Murphy’ego ewidentnie zauważalna już na „The Albatross”, choć skutecznie przysłaniana gwałtownymi momentami tutaj staje się kompletnie ogołocona i na wskroś widoczna. Da się ją poczuć w wypielęgnowanych, wiodących melodiach, ale także tych najbardziej niepozornych fragmentach aranży: chórkach, skrzypcowych, czy fortepianowych partiach. Nawet jeśli w kluczowym dla tej płyty „The Magdalene” Conor podnosi głos, to kiedy go znów ścisza do falsetu, czuć w tym jakby większą winę, co wydaje się najzupełniej zasadne biorąc pod uwagę motywowane wiarą wątpliwości przewijające się w tekście. Murphy wypada ujmująco w swym rozpamiętywaniu przeszłości („Glass Coughs”) i naznaczonym strachem zaklinaniu przyszłości („Night Channels”). Styl kapeli wywodzący się z midwest-emo oraz post-rocka nie zanika, a jedynie przeobraża się w coś znacznie subtelniejszego. W „Laundered” elegancka trąbka a la „The Summer Ends” American Football wraz z wokalnymi harmoniami i onirycznymi klawiszami znacząco wpływa na klasę utworu. Przerażliwie ponura tematycznie „Indica” autorstwa basisty pobrzmiewa zaś przez chwilę marszową perkusją rodem z jakiegoś numeru Explosions In The Sky. O ile „Dealer” mieści się w ramach swego macierzystego gatunku i jawi się płytą bez wątpienia potężnie emocjonalną, to warto przy tym zaryzykować twierdzenie, że emocjonalność w emo być może jeszcze nigdy nie była tak dojrzała.