Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Todd Mattei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Todd Mattei. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

Joan Of Arc - Flowers (2009)












5.5

„Flowers” zaczyna się doskonale, wzbudzając nadzieje na coś równie dobrego, jak „Boo Human”. Mamy tu trochę nowości, sporo trafnych pomysłów i relatywną przystępność. "Fogbow", prawdziwy balsam dla ucha, elegancko wykorzystuje subtelną elektronikę, doskonale lepiącą się z głosem Tima Kinselli. „The Garden of Cartoon Exclamations” intryguje chóralnymi wokalami na początku i fenomenalnymi klawiszami. Instrumentalne nagranie tytułowe to prawie siedem zadziwiających minut, brzmiących niczym halucynogenne jam session zrobione gdzieś na łące lub w lesie. Ciepło można się odnieść jeszcze do przyjemnie piosenkowego „Explain Yourselves #2”, gdzie dźwięki wydają się uciekać z ciasnego pokoju i szukać przestrzeni.

Ale jest też druga strona monety. Dalej robi się stanowczo zbyt swobodnie i fragmentarycznie, wkracza wodolejstwo i ucieka konkret. Już piąte na liście „Tsunshine” demonstruje sposób przynudzania większej części drugiej połówki płyty. Wkurzać może brak regularnych kompozycji, którymi panowie zachęcili na początku. Tu dwie minuty żwawego „A Delicious Herbal Laxative”, tam moment dłuższego, ale za to niesatysfakcjonującego „Explain Yourselves” i znów dwa razy po dwie minuty „Table of the Laments” oraz „Fable of the Elements”. Pierwszy brzmi, jakby zrobili go totalnie na czuja i bez idei, drugi to dźwiękowa zabawa z dzwoneczkami. Może nie ma tragedii, ale niedosyt pozostaje. „Life Sentence”/” Twisted Ladder” to taki rock w świecie Kinselli. Ledwie się kończy a my już jesteśmy świadkami zamknięcia płyty znów bardzo skromnym „The Sun Rose”.

Ładne kwiatki można by rzec. Może i ładne, ale jak to kwiatki, na dłuższą metę mało użyteczne. „Flowers” na całej swej płaszczyźnie przypomina zbiór nie mających nic do siebie impresji. Niczym typowa płyta, którą genialny muzyk napisał na kolanie i nagrał w krótkim czasie, objawia część jego geniuszu, ale i zbyt często zawodzi.

środa, 4 lipca 2012

Joan Of Arc - Boo! Human (2008)












9

Względna normalność znów okazała się sojuszniczką Joan Of Arc. „Boo Human” podejmuje tematykę brzmieniowo dużo bardziej zróżnicowaną od „Eventually All At Once”, ale jednocześnie z przystępności "parasolkowego albumu" nie umyka tutaj wiele. Choć na swojej dziewiątej płycie panowie nie czarują już tak bardzo pod względem atmosfery, to z drugiej strony nie ma też na niej przesadnego powrotu do chorobliwych rejonów „In Raped Fantasy…” ani tym bardziej masywnych eksperymentów „The Gap”. 

Wyróżniłbym z tego krążka trzech zdecydowanych faworytów. Hipnotyczną folk-balladę „Shown And Told”, kameralne „A Tell-Tale Penis” i porażające motywem fortepianu „Vine On A Wire”. Kiedy w ostatnim z wymienionych Kinsella wypowiada słowa the only impossible thing has happened, jestem skłonny uwierzyć w realność tej niesamowitej rzeczy. Wyjątkowo ciekawie wypadają krótsze fragmenty przeplatające krążek. Apokaliptyczne „9/11 2” z złowrogą wiolonczelą i gorzkim artykułowaniem Tima, mistrzowsko schizofreniczne „Everywhere I Go”, beztroska ciekawostka „Insects Don’t Eat Bananas” oraz elektroniczne „Lying And Cheating Mind”. W końcówce dominują post-rockowe pejzaże: “The Surrender #1” , “If There Was a Time #2”, “The Surrender #2”. Raz całkiem ciekawe, innym razem wyraźnie przynudzające, przez co równość materiału zostaje zachwiana. Nie na tyle jednak by popsuć słuchaczowi obcowanie z nim. 

„Boo Human” to kolejny błyskotliwy album zgodny z duchem Joan Of Arc. Trochę naturalnie dziwny, jak wszystko czego dotknie się starszy z braci Kinsella, ale nie przesadnie udziwniony i w gruncie rzeczy stosunkowo dla odbiorcy przyjazny. Jak to powiedział Tim: I listen to a lot of weird music, but I listen to a lot of not-weird music, too. A jeśli słuchanie i tworzenie są u niego powiązane, to płyty takie ja ta oddają ową sytuację co do joty. 




once we spent our afternoons
dancing in our living rooms
now shes giving into her most unlit corners too soon

wtorek, 3 lipca 2012

Joan Of Arc - Eventually All At Once (2006)












10

To już nie ten sam Tim Kinsella, co na "In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust". Nie ten sam, któremu zdarzało się przypadkiem tworzyć ścieżki dźwiękowe do sennych koszmarów schizofrenika. Tym razem lider Joan Of Arc stara się jakby ukoić dusze romantyków, których nie do końca satysfakcjonuje słodka twórczość jego brata lub innych akustyczno-folkowych wykonawców. 

Klucz do zrozumienia magii "Eventually All At Once"? Włączcie pierwsze na liście nagranie tytułowe, popatrzcie na okładkę. Dźwięk i obrazek, jedno lepszym odzwierciedleniem drugiego. Chłopaki przygrywają beztrosko na gitarach, Tim śpiewa czystym głosem coś o zrozumieniu, niezrozumieniu, egzystencji. Melodie "I’m Calling Off..." są z kolei jak krople deszczu uderzające w przezroczyste parasole na zdjęciu. W tych szarpnięciach w struny i urokliwych kombinacjach idzie się człowiekowi rozpłynąć. Zadbany i zwiewny klimat, trochę jak u The Sea And Cake, przywoływanych już kiedyś przeze mnie w kontekście JOA, znów staje się stosownym odniesieniem. Wejście dzwoneczkowego "Miss Cat Piss And Peppermint" wprowadza odrobinę żwawsze tempo, acz nie zmienia gwałtownie dotychczasowego nastroju. W czwartym z kolei, misternie uszytym "You Can’t Change Your Mind" grupie również udaje się nie uronić z niego ani okruszka.

Po kilku wybornych piosenkach tak naprawdę dopiero dochodzimy do najlepszego autorskiego momentu albumu. Wyrafinowane "Living Out In The Sea Of Umbrellas" zabiera nas w enigmatyczny świat post-rockowych impresji. Indeks piąty z "parasolkowego krążka" jawi się wzorowym przykładem troski o klimat i zadbaną strukturę kompozycji, których w takim wydaniu nie słyszałem doprawdy nigdzie i u nikogo. 

W drugiej części warto przede wszystkim zwrócić uwagę na motyw "The Words Have Cast Their Spells" rodzący się gdzieś w środku (1:12) oraz jeszcze jedną akustyczną perełkę w postaci wydanego nawet na singlu "Many Times I've Mistaken". Najlepszy moment płyty (dyskusyjnie) to jednak rzecz nieautorska, a cover "Free Will And Testament" Roberta Wyatta. Genialna kompozycja z błyskotliwym tekstem napisana 10 lat wcześniej przez mistrza z Canterbury, dzięki łamiącemu się wokalowi Tima (końcówka!) nabiera tutaj nowego blasku.

"Eventually All At Once" ze względu na swoją lekkość i piosenkowość, dużo większą nawet niż "So Much Staying Alive And Lovelessness", to pozycja w katalogu Joan Of Arc dość wyjątkowa. Dziwnym trafem niekoniecznie przez Tima lubiana, chyba za mało dziwna i straszna, napisana i nagrana po śmierci ojca braci Kinsella, wśród fanów projektu znalazła jednak wielu zwolenników. Sam doskonale pamiętam zresztą jej pierwszy odsłuch. Druga klasa liceum, piątek po szkole, początki wiosny, wieczorna godzina i zachód słońca za oknem. Ta okładka i te dźwięki płynące z głośnika.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Joan Of Arc - In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust (2003)












7

Ta płyta przy kilkuletniej znajomości przysporzyła mi wielu mieszanych wrażeń. Od poczucia fantazyjnego zgwałcenia, kiedy okazało się, że Joan Of Arc nie zawsze brzmieli tak, jak na „Eventually All At Once”, przez częściową sympatię do niektórych fragmentów, po niemal całkowitą akceptację i zrozumienie czegoś, czego najlepiej nie rozumieć.

I started. he said so. are you from around here? Well if anyone invites you in, just politely say “no thank you.”

Kuriozalne poczucie estetyki daje o sobie znać już na początku, w specyficznej (jakżeby inaczej) opowieści o synu farmera. Samo „Sing The Scarecrow Song” wystarczy, aby uświadomić sobie, że choć są lepsi i więksi, to drugiego takiego jak Tim Kinsella nie ma na pewno. Następujące po nim lunatyczne „Happy 1984 and 2001” z wyliczanym jak mantra: sidewalk shadow, bird shadow, cowboy shadow, bicycle shadow, cigarette shadow, marijuana shadow, cocaine shadow, ecstasy shadow, Dick Cheney shadow, zapisuje się jako jeden z najbardziej pamiętnych momentów krążka. Przedziwny, choć znakomity zarazem.

Za sprawą sennie uwodzącego „Excitement Is Exciting” dowiadujemy się, jak może brzmieć odpowiedź Joan Of Arc na neo-psychodelię. Tuż po nim doznajemy zaś kompletnego absolutu w postaci „Barge”. Utworu prowadzonego tym razem przez obojętny głos Todda Mattei, do cna smutnego i dołującego, ale z której by strony nie spojrzeć doskonałego. Melodia fortepianu, późniejsze harmonie wokalne z Timem i odległe pogłosy przynoszą poczucie obcowania z czymś jedynym w swoim rodzaju. Klasę solidnie podtrzymuje także „Gang Language”, który domyka pierwszą część podróży, gdzieś na granicy irytującej bezsenności i kolejnych koszmarów.

Za sobą mamy więc już tę przyjemniejszą część płyty, przed sobą z kolei intensywny mind-fuck. Sny robią się coraz bardziej surrealistyczne, nieregularne i rozmazane. Muzycy Joan Of Arc rezygnują z opanowania i nie zamierzają dłużej trzymać fasonu. Zaczyna się faza rozbuchanego tripu oraz improwizacji. Chaotyczne „Moonlightning” z elementami jazzowymi brzmi, jakby im się zepsuła taśma, ale wciąż jest w tym coś inspirującego. Wyjątkowo łagodne pranie mózgu oddziela od siebie pierwszą, akustyczną oraz drugą, eksperymentalno-dubową część "Dinosaurs Constellations".

Reszty szczegółowo nie opiszę. Wspomnę jedynie, że usłyszymy tam między innymi ochrypłe fałszowanie do szklanki, modyfikujący mózg popis samplingu czy skrawki oderwane z poprzednich utworów i pozostawione w przypadkowych miejscach. Na koniec znów dostajemy nagranie tytułowe, podsumowujące całość za sprawą ośmiu minut upiornych zgrzytów i pisków, trochę w stylu awangardowej części twórczości Sonic Youth.

Nie ulega wątpliwości, że przy okazji tej płyty Joan Of Arc znów się zmieniło. Na „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust” zespół daje się jednak ponieść eksperymentalnym formom z lepszym skutkiem niż na „The Gap”, serwując równocześnie szczyptę nieco trzeźwiejszego podejścia do twórczości z komponowaniem wspaniałych piosenek włącznie. W kolejnych latach przyjdzie im spłodzić rzeczy lepsze i ładniejsze. Nigdy już chyba jednak równie osobliwe i artystycznie nieokiełznane.

sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po niełatwym i budzącym mieszane odczucia „The Gap” członkowie Joan Of Arc ponownie obrali kierunek o sto osiemdziesiąt stopni odmienny. Ich pierwsze dwa albumy stanowiły wprowadzenie do historii, trzeci przyniósł nowe wątki, a czwarty małe trzęsienie ziemi. Następny rozdział jest zaś dla tej opowieści punktem kulminacyjnym. Na "So Much Staying Alive And Lovelessness" zaczyna się bowiem krystalizować z grubsza najbardziej rozpoznawalne oblicze grupy.

Piąta pozycja w dyskografii JOA jawi się jak na dotychczasowe standardy chicagowskiej formacji płytą niezwykle uporządkowaną. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych wybryków, stawiając na spójną, konsekwentnie trzymającą się klimatu całość. Zmiana była przy tym nie do końca podyktowana samymi chęciami czy zamiarami, a raczej wymuszona przez okoliczności. Tymczasowo kapelę opuścił Jeremy Boyle, osoba do tej pory w największym stopniu odpowiedzialna za elektronikę i syntezatory. Z respektu dla kolegi pozostali postanowili więc tym razem zwyczajnie odpuścić sobie wspomniany element.    

Esencjonalnie dla Joan Of Arc okresu 2003-2011 brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof”, a w zasadzie już pierwsza sekwencja gitarowych akordów tej kompozycji. To właśnie snucie tego rodzaju gęstych, pokomplikowanych melodii (innym przykładem np. "Olivia Lost") stanie się w dłuższej perspektywie cechą charakterystyczną projektu Tima Kinselli oraz podstawą najbardziej udanych fragmentów dyskografii JOA. Może to stanowić punkt odniesienia zarówno dla płyty „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” z 2004 roku, "Boo Human" z 2008, wydanego dwa lata po nim singla „Meaningful Work”, jak i  krążka "Life Like" z roku 2011. 

O ile przy okazji każdego właściwie wcześniejszego albumu przynajmniej po jednym razie zarzucałem im bezcelowość długich kawałków, tak tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To, że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a kompozycje są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, bardzo pasuje do wspomnianego „On A Bedsheet…”, choć jednocześnie lekko wyróżnia się za sprawą stukającego motywu i jazzowych wstawek. Duży plus to także poprawa wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on wybitnymi warunkami głosowymi ani ultra-melodyjnym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem miło.

Jeśli chodzi o kwestię piosenek, to jeszcze za wcześnie na przebojowe refreny, ale bazująca na zgrabnym fortepianie „Olivia Lost”  i chwytający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” są w stanie po ludzku wpaść w ucho.  Świetnym nagraniem okazuje się także „Mean To March”, gdzie po odgłosach maszerowania wkraczają aż dwie melodie, po nich następuje fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy i dołączenie wokalu Tima. Coś jak magiczne jam session, w którym zespół osiągnął wyższy poziom zrozumienia.

„So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i równością, jakiej im zawsze mocno brakowało, na wysokości 2003 roku rości sobie prawo do bycia najlepszym albumem Joan Of Arc. Na tej płycie coś zostaje jakby zdefiniowane i "przyklepane". To także długo oczekiwany krążek, na którym jest po prostu bez udziwnień elegancko i przyjemnie. 

sobota, 8 października 2011

Joan Of Arc - The Gap (2000)












5.5

W 1999 roku Tim Kinsella odkrywa narzędzie szatana, czyli program "Pro Tools" i wraz z resztą zespołu odpływa w szał nieskrępowanego eksperymentowania na kompozycyjnej tkance. "The Gap" okazuje się albumem do reszty wyprowadzającym z równowagi krytykę i słuchaczy, którzy spodziewaliby się jeszcze po Joan Of Arc w miarę normalnych piosenek. Czy aby na pewno słusznie?

“(You) [I] Can Not See (You) [Me] As (I) [You] Can” zaczyna jakby w tym samym miejscu, w którym kończyło się "Live In Chicago, 1999". Przerywane szarpnięcia w struny, podobne komputerowe przeszkadzacze, wokal Tima i właściwie cały efekt wybrzmiewa bliźniaczo do kilku muzycznych fragmentów poprzednika. Pogięty, niemal 8-minutowy  “As Black Pants Make Cat Hairs Appear” sprawia wrażenie obszernego wora z pomysłami, zawierającego praktyczne wszystko, co Joan Of Arc miało jak dotąd w repertuarze. Od awangardowej abstrakcji w czystym wydaniu, z jęczącym od niechcenia Timem i odgłosami rozbijanego szkła, przez akustyka, niedopasowaną do reszty perkusję i elektroniczne manewry, po całkiem urodziwe piosenkowe partie, zwłaszcza te z kobiecymi wokalami (m. in. Rebecca Gates z The Spinanes), które sprawiają, że faktycznie jest tu przez kilka minut śpiewana melodia. To ten rzadki moment, kiedy w stu procentach doświadczamy u nich zarówno frapującego eksperymentu, jak i przemyślanej kompozycyjnej koncepcji. Wszystko to w dodatku gładko funkcjonuje w ramach jednego ciała.

Nie sposób również nie docenić zabiegów dokonanych w ramach gęstego, bardziej klaustrofobicznego „Knife Fights Every Night” z bogato zaaranżowaną strukturą dźwiękową, a nawet harmoniami wokalnymi. Krótkie “John Cassavetes, Assata Shakur, and Guy Debord Walk into a Bar...” przedłuża ostatnie westchnienia "Knife Fights..." i zarazem wprowadza w klimat kosmicznego „Another Brick at the Gap (Part 2)”, za sprawą którego na dobre opuszczamy rozległe formy i słuchamy, jak bracia Kinsella, Boyle, Mattei i Clark dają się ponieść nowej palecie nęcących możliwości. W tym momencie trudno nawet rozpoznać, gdzie się co kończy, a gdzie zaczyna. W "Zeldzie" odbywa się ponowne przeprogramowanie na częstotliwość quasi-piosenkową (wraca wokal), a jej końcówka jest zarazem początkiem brzmiącego nieco jak próba zespołu "Pleasure Isn't Simple". Niewiele wydaje się od niego różnić „Me and America (or) the United Colors of the Gap”, ale tylko do chwili wejścia tyle zaskakującej, co i pożądanej partii skrzypiec.  

Etap fragmentaryczności i niespójności kończy “Your Impersonation this Morning of Me Last Night”. Jak na ponad 9 minut utwór rozczarowująco pusty i niewciągający. Przy tajemniczym „Outside The Gap” obcujemy ze ścieżką dźwiękową do czarnej dziury i kosmicznej pustki. Tak też album dokonuje żywota. 

Problem z "The Gap" polega na tym, że odbiór płyty mocno zależy od oczekiwań, jakie się ma przed sięgnięciem po nią. Nie jest to raczej rzecz tak niesłuchalna, jak sugerowałyby opinie recenzentów w momencie jej wydania, a album, którego bez problemu wysłucha każdy, kto miał już w życiu do czynienia z jakąś formą eksperymentalnego czy awangardowego rocka.  Pytanie, czy efekt przekonuje? Czy ten każący się z sobą trochę pomęczyć art-pop ma ręce i nogi czy jednak pod otoczką artyzmu nie kryje się żadna ciekawa treść? Prawda leży chyba gdzieś pośrodku. Albumy Joan Of Arc łączą najczęściej dźwięki piękne, dziwne, straszne i ciekawe. Na każdym kolejnym proporcje są przy tym w różnych kierunkach przesuwane. Warto więc zrozumieć, że na "The Gap" (ich "Kid A") Tim Kinsella  i pozostali mocniej eksplorują te trzy ostatnie, raz ze skutkiem lepszym, a raz gorszym. Ta płyta z pewnością nie boli i z taką samą pewnością na miano arcydzieła również nie zasługuje. 

piątek, 23 września 2011

Joan Of Arc - Live In Chicago, 1999 (1999)












7

Po tym jak grupę opuścili Eric Bocek, Sam Zurick i Mike Kinsella, a do Tima i Jeremy'ego Boyle'a dołączył Todd Matei, Joan Of Arc stało się triem. Odtąd zresztą JOA praktycznie na każdej płycie funkcjonowało już w innym składzie, bez permanentnych członków zespołu, którzy przy poszczególnych krążkach znikali i dowolnie pojawiali się przy kolejnych. Dzięki "Live In Chicago, 1999" nielubiane przez starszego Kinsellę skojarzenia z emo mogły coraz bardziej odejść w niepamięć. Chłopaki zrobili okładkę odtwarzającą scenkę z filmu Godarda, jeszcze bardziej rozwlekli utwory i spowolnili tempa. Uzyskali łatkę artystowskich ekscentryków, a do tego znakomicie musieli się bawić przy wymyślaniu tytułów. („Who's Afraid Of Elizabeth Taylor?”,„Sympathy For The Rolling Stones” czy “It's Easier To Drink On An Empty Stomach Than Eat On A Broken Heart”)

Wbrew pozorom nie był to album z nagraniami na żywo. Nazwa „Live In Chicago, 1999” wiązała się po prostu z faktem, że członkowie formacji żyli wtedy w Chicago i wyjątkowo utożsamiali się z miastem. Po latach Tim wspomina ten okres jako esencję swoich lat dwudziestych, moment funkcjonowania we wspólnocie, której członkowie rozumieli się wzajemnie, byli zainteresowani tymi samymi rzeczami, czytali te same książki i oglądali te same filmy. Pierwszy raz moimi przyjaciółmi były nie tylko punkowe dzieciaki, ale też malarze, muzycy noise'owi czy free-jazzowcy. Nie istniała żadna hierarchia i wszyscy  ekscytowaliśmy się tym, co robią nasi przyjaciele działający w innych dziedzinach. Według Kinselli bardzo wielu kreatywnych ludzi przenosiło się wówczas do Chicago. Być może tłumaczy to również sięgnięcie przy okazji tej płyty po cover „Thanks For Chicago, Mr. James” Scotta Walkera, śpiewany przez Tima w dziwnym, przerysowanym tonie jeden z jaśniejszych punktów krążka. 


"Live In Chicago, 1999" stylistycznie różni się nieco od poprzedników. Choć panowie ponownie wydają się wychodzić z założenia, iż akustycznego brzdąkania i elektronicznych eksperymentów nigdy za wiele, a najlepiej, kiedy jedno łączy się z drugim lub bezpośrednio po sobie następuje przynosząc mały efekt szokowy, to stylistycznie widać pewną różnicę.  Produkcja jest jakby cichsza i bardziej stonowana, kompozycje płyną powoli, stają się wysmakowane i gdyby nie wspomniany już ekscentryzm oraz skłonność do psucia, dałoby się wręcz powiedzieć, że zrobiło się tu dojrzalej. Jak to często bywa, tworzenie przez artystów muzyki specyficznej czy wyzywającej, nie zawsze okazuje się zrozumiałe dla słuchacza. Przykładowo po czarującym, dającym się słuchać w nieskończoność "Who's Afraid Of Elizabeth Taylor" i kapitalnym "If It Feels/Good, Do It", gdzie wszystkie elementy: spokojne gitary, nienachalny elektroniczny podkład i trąbkowy motyw, gładko ze sobą harmonizują, wchodzi rozgniatające cały nastrój na kawałeczki dziką partią bębnów nagranie tytułowe. Trudno też nie zastanowić się, czy rzeczy ukryte pod ścieżkami 7, 11, 12, 13 albo nawet 1, aby na pewno były tu konieczne lub czy niektóre z nich nie mogłyby trwać nieco krócej?

Najbliżej perfekcji Tim i Joan Of Arc docierają za sprawą indeksu nr 8. Epicko zatytułowanego „When The Parish School Dismisses And The Children Running Sing”, którego kameralna aranżacja i brzmienie to czysta poezja, a moc melodii, jakich nie powstydziliby się The Sea And Cake, każe nam wizualizować w wyobraźni najpiękniejsze filmowe obrazki. W lekko psychodelicznym „Me (Plural)” Timowi towarzyszy wokalnie Jen Wood, a wraz z nią także fortepian i maszynka do wycinania perkusyjnych efektów, nadające całości sugestywny charakter. Przyjemnie słucha się wdzięcznego "(In Fact I'm) Pioneering New Emotions" czy "(I'm 5 Senses) None Of The Common", gdzie okazjonalnie partie perkusji dorzucił Mike Kinsella.  

Przy wielu fragmentach błyskotliwych przydarza się kilka chybionych i sporo neutralnych. Ogółem te grube pięćdziesiąt minut sprawia już jednak lepsze całościowo wrażenie niż "A Portable Model Of" i "How Memory Works". "Live In Chicago, 1999" to album dobry i dla swych twórców ważny, na którym krzepnięcie artystycznej tożsamości w jakimś stopniu się dokonuje.