Aby przekonać się jaką słabość mam do tej płyty wystarczy mi włączyć pierwsze dźwięki „Great Expectations”. Trudno pojąć dziwną więź łączącą słuchacza i ten album, ale tu właśnie spoczywa jego siła. Stara, gramofonowa melodia przerwana przez gitarowe uderzenie i naładowaną tekstowymi znaczeniami wokalną linię Briana. Mary, this station is playing every sad song, I remember like we were alive. Parafrazując wybitnego polskiego romantyka: “Odpowiednie słowu (pisanemu) dać czucie (muzyczne)”. To jest coś w czym Gaslight Anthem nie mają sobie równych. Her hair was rabid and her heart was like a tomb. My heart's like a wound…
Poza tym super, że można grać w tak wybitnie „czujący”, emocjonalny sposób nie zniżając się przy tym ani trochę do płaczliwości i egzaltacji. Young boys, young girls, ain't supposed to die on a Saturday night… . Jeśli istnieje jakiś album, przy którym nie powinienem sobie żałować nawalania cytatami to jest to właśnie “The 59’ Sound”. One wprost same włażą pomiędzy zdania. Tak jak ten z piosenki o starym, białym Lincolnie. You and your high top sneakers and your sailor tattoos. Your old '55 that you drove through the roof… . I żeby tylko jeszcze ten jeden, mnie coś w środku ciśnie już przy zwrotkach. Straight in my arms… Tak być powinno.
Z refrenami jest tak, że każdy wymyślony, wyważony precyzyjnie. Nie wiem czy znajduje się tu choćby jeden, którego nie mógłbym z pamięci zaśpiewać. „And maaaaariaaa comes from Nashville with a suitcase in her hand…”, “I've never felt so strange, Standing in the Jersey rain, Thinking about what an old man said, Maybe I should call me an ambulance”, “And Sally said, Sally said. I can't taaaake no more regret.”. Nikt nie dostarczył mi tylu wyśmienitych, wyrazistych chorusów w ostatnich latach. Porównania do Springsteena są zrozumiałe, ale do pewnego stopnia. Oczywiście jego wpływów u Gaslightów pojawia się co nie miara jednakże gadanie o tym, że ten zespół to kopia Bossa pachnie mi nieznajomością tematu i lekkim upośledzeniem. W obliczu tutaj wymienionych fragmentów tym bardziej.
Na koniec wypada mi po prostu powiedzieć jak niezmiernie się cieszę, że kapela zwąca się Gaslight Anthem stanęła na mojej drodze. Dla mnie „The ’59 Sound” jawi się kwintesencją autentyczności we współczesnej muzyce rockowej. Jeżeli szukać gdzieś w dźwiękach radości, nostalgii, pocieszenia, pokrzepienia, odwagi i otuchy – raz jeszcze polecam drugi krążek załogi z New Jersey.
Względna normalność znów okazała się sojuszniczką Joan Of Arc. „Boo Human” podejmuje tematykę brzmieniowo dużo bardziej zróżnicowaną od „Eventually All At Once”, alejednocześnie z przystępności "parasolkowego albumu" nie umyka tutaj wiele. Choć na swojej dziewiątej płycie panowie nie czarują już tak bardzo pod względem atmosfery, to z drugiej strony nie ma też na niej przesadnego powrotu do chorobliwych rejonów „In Raped Fantasy…” ani tym bardziej masywnych eksperymentów „The Gap”. Wyróżniłbym z tego krążka trzech zdecydowanych faworytów. Hipnotyczną folk-balladę „Shown And Told”, kameralne „A Tell-Tale Penis” i porażające motywem fortepianu „Vine On A Wire”. Kiedy w ostatnim z wymienionych Kinsella wypowiada słowa the only impossible thing has happened, jestem skłonny uwierzyć w realność tej niesamowitej rzeczy. Wyjątkowo ciekawie wypadają krótsze fragmenty przeplatające krążek. Apokaliptyczne „9/11 2” z złowrogą wiolonczelą i gorzkim artykułowaniem Tima, mistrzowsko schizofreniczne „Everywhere I Go”, beztroska ciekawostka „Insects Don’t Eat Bananas” oraz elektroniczne „Lying And Cheating Mind”. W końcówce dominują post-rockowe pejzaże: “The Surrender #1” , “If There Was a Time #2”, “The Surrender #2”. Raz całkiem ciekawe, innym razem wyraźnie przynudzające, przez co równość materiału zostaje zachwiana. Nie na tyle jednak by popsuć słuchaczowi obcowanie z nim. „Boo Human” to kolejny błyskotliwy album zgodny z duchem Joan Of Arc. Trochę naturalnie dziwny, jak wszystko czego dotknie się starszy z braci Kinsella, ale nie przesadnie udziwniony i w gruncie rzeczy stosunkowo dla odbiorcy przyjazny. Jak to powiedział Tim: I listen to a lot of weird music, but I listen to a lot of not-weird music, too. A jeśli słuchanie i tworzenie są u niego powiązane, to płyty takie ja ta oddają ową sytuację co do joty.
once we spent our afternoons
dancing in our living rooms
now shes giving into her most unlit corners too soon
Tak powinien brzmieć dzisiejszy, nowoczesny albumpunk rockowy. Poprzedzony ciekawym intrem, na dobre rozpoczęty jakąś fajną wstawką (w tym przypadku kozacki motyw fortepianu) i ruszający w końcu z kopyta szorstkimi, mocnymi gitarami. Świetna harmonia ochrypłych wokali, zaciekle wykrzykujących hasła. Znów ta sama fajna wstawka kończąca pierwszy fragment owej „punkowej symfonii”. Kolejny wprowadza miłą lightowość, główny wokal kobiecy, ale nie spuszcza z tempa, zasuwa przed siebie. No to czas żeby te panczury zaskoczyły nas czymś jeszcze. Czwarty utwór urzeka popowym wręcz ułożeniem zwrotki i następnym super-motywem. Do czasu aż zechcą to zniszczyć chaosem wprowadzonym przez wokal przepity, przepalony, w ogóle bliski chyba utraty mowy. Tekstowo mamy tu coś o martwych policjantach. Ot typowo punkowy urok… W piątej piosence pokazują co mają do powiedzenia względem melodii. Konsekwentnie brzdąkanej nawet w najostrzejszych momentach. Czego jeszcze nie było? Ska? Będzie! I to doskonale wpadające w ucho. Do końca nie zabraknie szybkości, ostrza i chwytliwości. Pod dziesiątką wzorowo odegrany melodic-punk. Jedenastka iście hymniczna. Słowa: "The Cycle never ends (it never ends) the sickness never ends (it never ends) the sadness never ends (it never ends) it never ends, it never ends" mnie osobiście wzruszają. Cóz powiedzieć więcej. Tak powinien brzmieć dzisiejszy, nowoczesny album punk rockowy…
„Memory And Humanity” to coś w rodzaju paraboli skupiającej wszystko co znamy z poprzednich dokonań Funeral For A Friend. Są więc przede wszystkim wrzaski znane z debiutu (cecha charakterystyczna formacji, bez której Walijczycy byliby jak róża bez kolców) i miła dla ucha alternatywno-rockowa melodyka, odpowiednia szczególnie dla „Hours” i „Tales Don’t Tell Themselves”. Niestety ani jedno ani drugie nie w tak okazałej postaci jak dawniej. Bez porządnego zacięcia ostrych przebojów w rodzaju „Juneau”. Brak również piosenki równie ładnej jak „Into Oblivion” z „Tales Don’t Tell Themselves”. Mimo wszystko obyło się bez tragedii.
Najmocniejsze punkty krążka? „You Can’t See The Forest For The Wolves”, akustyczny początek z miejsca odkrywa refren kompozycji. Trwa to jednak tylko chwilę bo kawałek zaczyna się na serio w momencie wejścia wokalu i najlepszego z całej płyty gitarowego riffu. Jest to zresztą motor napędzający cały utwór. W zwrotkach brzmią bezkompromisowo, w refrenie łagodnieją. Ta piosenka nagrana 5 lat wcześniej byłaby jaśniejszym punktem „Cassually Dressed Up And Deep In The Conversation” pod warunkiem, że perkusista dograłby szczyptę swoich wrzasków.
Pierwszy singiel czyli „Waterfront Dance Club” rozpoczyna gęsta perkusyjno-gitarowa powierzchnia dźwięków. Niestety do 2:11 nie dzieje się już nic interesującego. Dopiero śpiewane przez Daviesa „Let’s go, waterfront…” wyprowadza ten kawałek na konkretną drogę. „Kicking And Screaming” to jedna z najbardziej nośnych rzeczy w zestawie. Doskonale przedstawia filozofię nagrań krążka – „grajmy głośno, ale nie zapominajmy o melodii”. Obydwa promujące utwory są w porządku, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że kiedyś było „Bullet Theory” albo „Roses For The Dead” na obydwa padnie zawstydzający cień.
Złego słowa nie powiem na temat „Beneath The Burning Tree”. Od tego kawałka bije pozytywna aura, masa w nim energii refren jest udany jak nigdy a to co dzieje się pod koniec drugiej minuty zasługuje na bezwarunkowe uznanie. „Building” chronologicznie wcześniejszy to z kolei perfekcyjny przykład urokliwej ballady. Fragment “Memory And Humanity” 6-8 czyli kolejno “You Can’t See The Forest For The Wolves”, “Building”, “Beneath The Burning Tree” jest zdecydowanie najciekawszy.
Naprawdę nieudanych fragmentów właściwie nie ma. Trudno zresztą oczekiwać wielkich wpadek po zespole, który nagrał właśnie swoją czwartą płytę. „Someday The Fire”, „Charlie Don’t Surf”, „To Die Like Mouchette” delikatnie przynudzają co nie zmienia faktu, że krążek jest dość równy. Zaryzykuje nawet twierdzenie, iż mamy do czynienia z najbardziej wyrównanym poziomem albumu w całej dyskografii walijskiej kapeli. W czym więc problem? Panowie i ich muzyka są już delikatnie poza swoimi czasami, przeszli do lekko zakurzonego lamusa. Koleżanka, tak, coś więcej, nie. Nagrali nienajgorszy album. No Ok. Przypomnieli światu o swojej obecności. Dobre i to.
Długo przekładano datę wydania czwartego albumu Dillinger Four. Pierwsza zapowiedź pojawiła się już w czerwcu 2006, ale ostatecznie fani musieli czekać aż do października 2008. Dystans dzielący "Situationist Comedy" i "Civil War" rozrósł się więc aż do sześciu lat. Ponad pół dekady nieobecności nieprzerwanej nawet żadną EP’ką, toż to wieczność! Przez ten czas wielu mogło zapomnieć, że istniała w ogóle taka kapela. Ich powrót zwraca im jednak należytą chwałę i uznanie. Dillinger podtrzymują opinię kapeli w kręgach pop punkowych nieomylnej, a sama płyta nie odczuwa kompleksów wobec poprzednich dzieł. To też pewna odpowiedź na NOFX’owe"The War On Errorism" lub Green Day’owskie"American Idiot". Album wyrażający nastroje współczesnej Ameryki lub przynajmniej samych D4. „Krążek rewitalizujący wiarę w scenę punkową? Niech im tam będzie.
Znudziło mi się już trochę suche opisywanie kolejnych płyt, dawanie oceny i linka do YT pod spodem. W ramach odmiany robię dziś świąteczny przegląd małych płyt wydanych przez od lat niezawodną, pochodzącą z Teksasu grupę Spoon. Zespół moim zdaniem szczególnie ciekawy pod względem singlowym i poszczególno-piosenkowym, bardziej nawet niż całościowo-albumowym. (LOL)
All the Negatives Have Been Destroyed / Irrigation Man / If You Say So (1996) 8/10
Próbka stylu Spoon z czasów dwóch pierwszych płyt. Punkowy, energetyczny indie-rock sprawnie zamknięty w głodowych siedmiu minutach. Nonszalanckie “I had a feeling from the start of it you could say so, motherfucker, You could say so, motherfucker” i przyjemnie brzmiące gitarowe przejścia w “All The Negatives…”. Przyzwoity numer środkowy oraz będące jakby kontynuacją indeksu pierwszego “If You Say So” raz jeszcze stawiające na dziki rock’n roll.
Drugi singiel z wydanego dla Matadora debiutu „Telephono”. Tym razem coś bardziej na kształt Chavezowego grania, pozbawione chwytliwości „All The Negatives…” czy gracji mojego faworyta z pierwszej płyty „Dismember”. Nadal z jajami, ale chyba nie warto się na dłużej zatrzymywać.
Dwie wersje (1:30 i 2:04) krótkiego przeboju z “Series Of Sneaks” + 47 sekundowe „Audio Bio”. Całkiem spoko kawałek, nie zdążysz nawet zauważyć, że się zaczął, a już dobija do końca. Niestety nie daje przy tym takiego kopa jak potrójny singiel debiutancki. Lepiej sprawdza się jako część składowa płyty niż samodzielny byt.
Dwa kawałki wydane na singlu dla Saddle Creek chwilę po wyrzuceniu z majorsowego Elektra Records. Tytułowy to Spoon w smutno balladowym, deszczowym nastroju. Świetna piosenka, którą w ramach lo-fi’owych klasyków można postawić tuż przy „Advance Cassette”. „Laffitte Don’t Fail Me Now” zaś, logicznie wychodzi z punktu zakończenia poprzednika, jawiąc się utworem już nie tak szaro-burym, nieco żwawszym, ale nadal nie za wesołym. Co ciekawe w warstwie tekstowej mamy do czynienia z dissem na Rona Laffitte’a, człowieka od A&R’u z Elektry, do którego kapela Britta Daniela miała szczególny żal (now all that I want to know, are you honest with anyone?).
Czasy złego labelu i grania hałaśliwego post-punku już za nimi. Wraz z „Girls Can Tell” zaczyna się złota dekada Spoon pod banderą Merge. Na pierwszy ogień idzie „Anything You Want” – elegancki, melodyjny kawałek, zupełnie daleki od łomotów sprzed kilku lat. Kompozycyjnie bez szaleństw, ale z głową, dawkowanie motywów, wszystko na swoim miejscu. Tak się teraz będzie pisać indie-popowe numery.
Klasyczny opener płyty z zieloną okładką. Pełna dojrzałość, gustowny klimat, ktoś napisał, że „The best song Elvis Costello never wrote.”. Na tym albumie przebija go już tylko genialnie zamykające “Chicago At Night” (ewentualnie „Me And The Bean”).
Świetnie przyjęte “Girls Can Tell” bardzo szybko doczekało się follow-upu w postaci jeszcze lepiej przyjętego “Kill The Moonlight”. „Someone Something” wybrane na pierwsze promo czwartego krążka „Łyżki” oparto niemalże w całości na monotonnym klawiszowym motywie, którego nieznaczne zmiany nie przynoszą wiele ciekawego, podobnie zresztą jak hand-clapy w końcówce. Nie tym razem Sztućcu.
Pitchfork: Na czym bazuje “Jonathon Fisk”? Wygląda na to, że kryje się tam jakieś uraz.
Britt: To tylko koleś, który bił mnie kiedyś w szkole średniej. No wiesz, typ gościa, który męczy cię, śmieje się z ciebie w stołówce, a potem próbuje jeszcze nękać po lekcjach, w drodze do domu.
Jonathan Fisk always a risk, tells me he counts my teeth every night I wanna get all back now, I wanna get em Allright
Aktualnie Jonathon Fisk podobno pojawia się nawet czasem na koncertach Spoon.
Chyba jeden z bardziej znanych numerów, ale czy najlepszych to na bank bym polemizował. Nie jestem wielkim fanem ani tego kawałka ani całego „Kill The Moonlight”, choć „All The Pretty Girls Go To The City” oczywiście zajebiste jest.
Od kwadratowego nawalania po coraz wyraźniejszą muzykalność (sprawdźcie sobie na ilu instrumentach Britt Daniel zagrał na „Gimme Fiction"), wpływy soulu i popową zajebistość. „I Turn My Camera On” śpiewane przez Britta w manierze Prince’owej plus pociągająca rytmika równa się najbardziej przystępny dla radia singiel zespołu.
Rzecz poza-płytowa. Nie trudno jednak zauważyć, że pochodząca z epoki piątego krążka. Funkowe, zbudowane na fantastycznej wręcz, bogatej melodii „My First Time” to mało znany fragment ich twórczości, choć zdecydowanie warty umieszczenia wśród tych najlepszych. Poza tym pierwsza kolaboracja Daniela z obecnym klawiszowcem Ericiem Harvey’em.
Ostatnie ogniwo promowania „Gimme Fiction” i powrót do singli brzmiących typowo gitarowo. Rozkoszna jak zwykle sekcja rytmiczna, poza tym wrażenie delikatnie Beatlesowskiego podejścia do kompozycji. Nie taki wypas jak „I Summon You”, ale i tak kawał ładnej roboty.
Saga “GaGaGaGaGa” rozpoczęta. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem o co właściwie chodzi w tej piosence, ale o to wypadałoby już zapytać kapelę The Natural History odpowiedzialną za oryginał („Don’t You Ever”). Bardzo średni wycinek albumu, z którego można było wykroić niejeden fajniejszy indie-popowy hit.
The Underdog / It Took a Rumor to Make Me Wonder, Now I'm Convinced I'm Going Under (2007) 8.5/10
Czego do tej pory jeszcze nie było w kawałkach Spoon? A na przykład sekcji dętej. Błąd ten jednak bardzo łatwo da się naprawić, nagrywając przy okazji najbardziej pozytywny i sympatyczny singiel jaki im się przytrafił. W wyobraźni wizualizuje mi się występ u Lettermana z szczerzącym swoje zębiska Brittem i przygrywającymi na dęciakach Meksykanami.
Prawdopodobnie mój ulubiony singiel ekipy z Austin, choć w kategorii ogólnej to nie-singlowe „Advance Cassette” , „Summon You” i „Chicago At Night” byłyby górą. „You Got Yr. Cherry Bomb” brzmi jak piosenka napisana przez człowieka szczęśliwie zakochanego i już przez sam ten fakt nie da się jej nie polubić. „Wiśniowa” melodia być może najbardziej słodka i urokliwa w Spoon’owym repertuarze. Sam Britt Daniel w jednym z wywiadów określił ją jednak jako smutną.
Najpierw na EP’ce o tym samym tytule, następnie na długogrającym „Transference”. „Got Nuffin” to numer na tyle dobry, że nikogo nie powinno dziwić, iż zespół umieścił go na dwóch wydawnictwach. Czterominutowa jazda na post-punkowym motywie, niektórym przywodząca na myśl Dinosaur Jr. Całkiem wciągająca.
Na pierwszym planie wyraziste pianino, charyzma wokalna Britta, tuż za nimi gitarowe zagrywki, a wszystko to składające się na obrazek muzyki brzmiącej bardzo amerykańsko (pstrykanie palcami wskazane). „Solid” jest słowem jakie pasuje mi w tym miejscu najbardziej. Kolejny udany kawałek od zespołu, który zupełnie nie opanował umiejętności rozczarowywania swoich słuchaczy.
„As He Climbed The Dark Mountain” można traktować jako czołowe nagranie ze splitu z Envy. To kawałek dość typowy dla Thursday, bliski wszystkim dotychczasowym dokonaniom. Oparty na gitarowym riffie spółkującym z dynamiczną grą perkusji Tuckera Rule’a, powalający energią w spontanicznie sunących masach dźwięku. Kapitalnie brzmią napierające na siebie wokal, riff, perkusja oraz wrzaski niezawodnego Steve’a Pedulli. Szczególnie na początku drugiej minuty gitarzysta Thursday podkreśla, że jest również jednym z najdoskonalej obecnie wydzierających się bocznych wokalistów w USA.
Pozostałe utwory mogły być dla niektórych niespodzianką, ale jeśli ktoś pamiętał ostatni track na „A City By The Light Divided” czyli "Autumn Leaves Revisited" nie powinien czuć się zaskoczony. Zwrot w stronę jesiennych, doskonale klimatycznych choć wciąż mocnych kompozycji okazał się trafieniem szóstki w lotto. W pięknym, instrumentalnym „In Silence”, Thursday stają się niemal zespołem post-rockowym. Najpierw wprowadzają w atmosferę smutnymi melodiami nie rzadko używając do tego celu fortepianu aby po upływie kilkudziesięciu sekund uderzyć druzgocącą, potężną gitarą niczym Mogwai na „Young Team”. Trzecie nagranie „An Absurd And Unrealistic Dream Of Peace” cieszy obecnością najważniejszego instrumentu w wyposażeniu bandu z New Brunswick – wokalu Geoffa.
Na koniec amerykański sekstet oferuje jeszcze „Appeared And Was Gone” czyli remiks "In Silence" autorstwa Anthony'ego Moliny z Mercury Rev. 6 minut instrumentalno-produkcyjnej uczty, post-rocka z elektroniką i kilkanaście sekund śmiechu bliżej nieokreślonych osób. Niecałe 20 minut z tych czterech nagrań daje więcej satysfakcji niż nie jeden 40-minutowy album. Głębokością zaś rozkłada zaś na łopatki całe dyskografie niektórych współczesnych grup post-hardcore’owych.
Udział Envy w splicie jest nieco krótszy bo około 16-minutowy w czego skład wchodzą 3 numery o średnim czasie trwania 3-6 minut. Wiadomo, że wspólny album nie mogły nagrać zespoły odbiegające zbytnio od siebie stylistycznie. Różnica między jakością grania Envy i Thursday również nie jest drastyczna. Nie znam poprzednich krążków japońskiej grupy, ale to co pokazali na „Thursday/Envy” stawia ich w wyjątkowo jasnym świetle. Podobnie jak Geoff i koledzy, muzycy z kraju kwitnącej wiśni łączą spokój, harmonię i klimat z dynamiką, wściekłością oraz krzykiem. Nie jest to jednak bardzo drastyczne a poziom brutalności nie przekracza poziomu Amerykanów. Fuzja dźwięków introspektywnych i hardkorowych to w ich wykonaniu coś niesamowitego. Dwie pozornie odmienne barwy potrafią scalić niezwykle gładko i efektywnie. To co robią bywa wręcz genialne jak końcowy efekt nagrania „An Umbrella Fallen Into Fiction”.
“Isolation Of A Light Source” jest trochę jak odpowiednik “Absurd And Unrealistic Dream Of Peace”. Mocniejszy kawałek z przestrzennym tłem i intensywnie pracującymi instrumentami. Przede wszystkim perkusją. Chwilami bębniarz Japończyków zamienia się w prawdziwy automat. „Pure Birth And Loneliness” przypomina mi zaś dźwiękowe pejzaże rodem z emo lat 90’tych. Kapitalnie prezentuje się rozrywający powietrze screamo-wokal z rozbudowanym, bogatym w świetne melodie oraz solówki tłem chociaż to może właśnie wokalizy są tu na drugim planie. Nigdy nie zapuszczałem się głęboko w rejony screamo. Wymienione kawałki Envy wydają się najlepszą rekomendacją aby to w końcu poczynić.
Krytycznie, ale mam nadzieję kulturalnie. O płytach, które swojego czasu mnie rozczarowały.
Joan Of Arc – The Gap (2000)
3.5
Z całym moim szacunkiem i radosnym podejściem do wszelkiej twórczości Tima Kinselli, ten akurat album zasługuje na marne oceny jakich doczekał się w większości serwisów opiniotwórczych. Mówić za bardzo nie ma o czym. Płyta jest dziwna. Niezrozumiała, pochrzaniona, poszukująca sensu od początku do końca, nie znajdująca go nawet na moment. W dodatku wymęczona, brzmiąca jakby nagrywano ją od niechcenia. Oczywiście typowo Joan Of Arc’owe lanie wody na upartego może się niektórym spodobać, ale po co się męczyć skoro można sięgnąć po znacznie lepsze płyty od tych panów. Zarówno te poprzedzające „The Gap” jak i nagrane już po nim.
The Cure - „4:13 Dream” (2008)
4
Same lata 80’te wystarczą by marce The Cure wybaczyć każde późniejsze mizerie w rodzaju „4:13 Dream”. Bo jak wielu może się poszczycić stworzeniem siedmiu wyłącznie bardzo dobrych i wspaniałych dzieł w ciągu dziesięciu lat? Dziś przeciętny zespół w tym czasie byłby w stanie wydusić z siebie jakieś trzy krążki, z czego trudno byłoby mu utrzymać wysoki poziom na każdym, nie wspominając już o jakimś wyraźniejszym zapisaniu się w historii swojego gatunku. Jeżeli „The Top” (tak, lubię ten album) uznać za najsłabsze osiągnięcie tamtego okresu, a zjawiskową trylogię za najwybitniejsze oraz przyjąć, że Smith ukoronował wszystko wielkim „Disintegration”, stworzonym jeszcze przed ukończeniem trzydziestki to wypada tylko słać pokłony i nie czepiać się, że po prawie trzech dekadach panowie nie są w stanie nagrywać już rzeczy na czołówki list roku.
Ale. Ich problem, że za sprawą „Bloodflowers” i „The Cure” pokazali światu, że jeszcze mogą, że jednak wciąż się liczą i wciąż możemy na nich liczyć. Choć przygasło zarówno tempo jak i efektywność to za płyty z lat 2000-2004 i tak należą im się kolejne słowa uznania (Cure z lat 00 > Cure z lat 90’tych). W tym momencie dzieje się coś co właściwie przyjąłem swojego czasu ze spokojem. Pokładaliśmy nadzieję w „4:13” a niewielu z nas prócz die-hard fanów ten album usatysfakcjonował.
„Only One” było sympatycznym singlem, „Freakshow” również. Dodatkowo pierwsze nagranie na płycie „Underneath The Stars” robiło doprawdy epickie wrażenie o ile nie wiedziało się, że to b-side trzymany jeszcze od czasu „Disintegration”. Niemal całe pierwsze dwadzieścia minut płyty to jeszcze nie jest zawód. Całkiem przyjemne, przyzwoite granie, trzymanie w niepewności, czekanie na większe momenty, ale już poziom szóstkowy mniej więcej. No, ale niestety, bańka pryska po króciutkim „Siren Song”. Rozpoczyna się jakiś totalny bełkot, który trwa i trwa i trwa tak już do końca, z ewentualnym wyjątkiem w postaci „Sleep When I’m Dead”. Bez zatroszczenia się o choćby jedną, udaną melodię, jakiś ciekawy riff tudzieź inny hook, który mógłby słuchanie uprzyjemnić. Materiał zdecydowanie cierpiący na suchoty.
Brand New – Daisy (2009)
5
Brand New to zespół nieobliczalny i przewidywalny w jednym. Zdążyli już przyzwyczaić sympatyków do wcale nie małych zmian jakie zaliczają z płyty na płytę. Co prawda nikt nigdy nie wie w co teraz wyewoluują, jedno jest jednak pewne jak słońce na niebie. W żadnym wypadku nie zaprezentują drugi raz tego samego co poprzednio. Najpierw w lightowym stylu śpiewali o sobotnich nocach, relacjach z byłymi, lub zauroczeniach paniami z TV. Na „Deja Entendu” przyjęli sobie odważniejszą i o wiele bardziej pomysłową stylistykę. Świetny to był album trzeba przyznać, dokumentujący rozwój młodej kapeli. Przy okazji trzeciego krążka ambicje rozrosły się jeszcze bardziej. Powstało „The Devil and God Are Raging Inside Me”. Melancholijne, dojrzałe dzieło wypełnione pierwszego sortu smutnymi melodiami i balladami jakie można sobie puszczać pijąc do lustra po urazie miłosnym.
Nie odpuścili i tym razem. Nadal pragnąc się przeobrażać poszli w odważne kombinowanie. Należy docenić, że lider grupy Jesse’a Lacey nie zawahał się eksperymentować z mało przystępnymi brzmieniami, dziwnymi pomysłami, szorstkim brzmieniem. Ryzyko nie zawsze się jednak opłaca. Po dwóch szczęśliwych strzałach tym razem chyba czegoś zabrakło. „Daisy” to niezbyt dobra płyta, za bardzo przekombinowana, miejscami zwyczajnie nudna. Już początek w postaci rozwrzeszczanego, hardkorowego „Vices” każe zadać pytanie WHAT THE FUCK?!! Czy to w ogóle Brand New? Może i nie byłoby najgorsze na jakiejś innej płycie, obok innych kawałków, albo przynajmniej w innym miejscu. Reszta to swoją drogą też niezły bajzel. Po nawet przyzwoitym „Bed” przychodzi kolej na wyjątkowo beznamiętny, singlowy „At The Bottom”. Ten refren… litości. Zacina się tam w międzyczasie płyta, jakieś efekty, jakieś „artystyczne” zabiegi. A dajcie spokój.
Trzy najlepsze moim zdaniem momenty. „Gasoline” głównie dzięki hałaśliwym, przekonująco nawalającym gitarom i perkusji. A także desperacji w głosie Laceya, który chociaż na „Daisy” wkurza mnie jak nigdy tu w ostrym, niewątpliwie udanym fragmencie zręcznie wpasowuje się w sugestywny, instrumentalny zgiełk. „You Stole” doskonale przywołujący czasy „The Devil and God…”. Głęboki, atmosferyczny, trochę mroczny. W dodatku w dalszej części pojawia się w nim potężna ściana dźwięku i melodia pomiędzy nią. Nic czego nie byłoby w 2006, ale tak zajebiste jak wtedy. Kończący „Noro” z potencjałem do poruszenia człowiekiem od środka. Raz jeszcze świetne połączenie smutnego klimatu z mocniejszym uderzeniem.
Co nie zmienia faktu, że numery pokroju „Jar”, „Sink”, „Bought a Bride” niewiele mają w sobie fajnego o ile w ogóle cokolwiek. Niektóre zapowiadają się nieźle, mogłyby podtrzymywać dobry nastrój, ale Lacey ma niezwykły talent do psucia wszystkiego swoimi gwałtownymi krzykami. To było dobre w kawałku „Sowing Season (Yeah)”. Tutaj razi. Ujdzie jeszcze tytułowy „Daisy”, który wyszedł im gdzieś tak do połowy. Można bronić „Daisy”, mówić, że to materiał niełatwy, kazać się wsłuchać i podkreślać jego eksperymentaly charakter. Po kilku przesłuchaniach mam jednak dość, bo mało w tym przyjemnego a na cholerę mi płyta, która przez ¾ trwania nie sprawia mi przyjemności?
Sparta – Threes (2006)
3.5
Nie od samego początku „Threes” budziło we mnie całkiem negatywne odczucia. Po „Porcelain”, na którym ruszyli ścieżką wytyczoną przez spokojniejsze fragmenty debiutu, styl trzeciej płyty odebrałem jako naturalne następstwo. Lata lecą, człowiek pokornieje, ostrego, spontanicznego grania mu się odechciewa. Energia i tak już nie ta. Niejeden rock’n rollowy muzyk z wiekiem skłania się ku harmonii, ciszy, ku balladom. Tak chyba było z Jimem Wardem przy okazji „Threes”. To nadal płyta podpadająca pod „gitary”, „dynamikę”, „alternatywnego rocka”.Brzmiąca jednak jakby z dawnej Sparty wyciśnięto wszystkie soki. Jeśli chcesz grać ładne, klimatyczne piosenki to chociaż o nie zadbaj! Niech zapadają w pamięć, a nie będą takie szare i smętne. „Threes” kojarzy mi się z żuciem jednej gumy przez kilka dobrych godzin. Wszelkie zabiegi są tu powtarzalne i nieciekawe. Jakieś rozciąganie i pompowanie kompozycji, kolejne przejścia od ciszy do głośności, następne nieprzekonujące gitarowe „bum” w środku utworu. Zdecydowanie zbyt dużo tak zwanej „przestrzeni”, pod którą nic się nie kryje. Rozwój wydarzeń łatwy do przewidzenia. Można się nawet nabrać jeśli nie słucha się w wielkim skupieniu. Mały plus za singlowe „Taking Back Control”. Wśród reszty ze świecą szukać, choć w połowie tak dobrego numeru.
W tym umownie zamknijmy skojarzenia dotyczące muzyki The Daysleepers. Zespołu z Buffalo, NY, twórczo czerpiącego z dorobku Slowdive, Cocteau Twins i jednej szczególnie płyty The Cure. Urzekającego słuchaczy pięknym, dream popowo przymglonym, ale paradoksalnie bardzo wyrazistym brzmieniem, w którym odpowiednio zadbano o każdy element. Dochodzą do tego odrealnione, rozmarzone teksty pełne metafor. W ten sposób dają o sobie znać na debiutanckiej EP’ce. Rozkosznej i obiecującej. Tu do odnotowania szczególnie utwór pierwszy „Threnody”, ale i drugi „Mesmerize”, a także epicki „Stars On Fire”. Swoje uznanie dla tego krótkiego krążka wyrazili między innymi Rachel Goswell, Neil Halstead (btw. jakże kolosalny cover „She Calls” mają Daysleepers na swoim koncie!) czy Robin Guthrie. Schowajcie swe oczy bardzo głęboko. To dopiero początek.
The Soft Attack EP (2006)
7.5 Jeff Kandeferodpowiada za warstwę liryczną, śpiewa, jest też gitarzystą. To wizjom tego człowieka, i jego nieskrępowanej wyobraźni zawdzięczamy taki, a nie inny wizerunek kompozycji grupy. Taki, czyli głęboki, mistyczny, wypełniony niesamowitą aurą. To muzyka w której się jest, w jakiej łatwo się „utopić” i pogrążyć. Motyw wody pełni niezmiernie ważną rolę i występuje często (także jako ocean, fala) zarówno jako coś kojącego, jak i destrukcyjnego. Weźmy na przykład „The Soft Attack” jeden z ich najlepszych kawałków, opener drugiej EP’ki, tym razem dłuższej od skromnego „Hide Your Eyes”. Spójrzmy jak Kandeferposługuje się tekstem, by wzbudzić w odbiorcy sugestię: I Remember the sea, I Remember the water at my feet, I was watching the waves roll in …to drag me down, I Remember the Coastline, I remember the breeze was cool, and it drags me down…To w połączeniu z przejmującą, odpowiednio dopasowaną „kolorystycznie” muzyką udaje mu się znakomicie. EP’ka nr 2 choć w dalszym ciągu trochę nierówna, spokojnie powinna zaspokoić oczekiwania postawione wobec zespołu po pierwszym wydawnictwie. Pół godziny zajmującego, eterycznegoshoegaze’u. Jeśli spodobały się komuś gitarowe odniesienia do„Disintegration”niech sięga po indeks nr 3, poprowadzone na cudnej linii „Cloudless”. Gustujący w pieśniach wielominutowych dostaną długaśne „Mother Ocean” oraz ustępujące mu ledwie trzydzieści sekund, oparte na urokliwych wokalach „Lightforms”.
Nareszcie, w 2008 pod banderą Clairecords ukazał się debiut długogrający grupy. Po raz kolejny z doskonale obrazującą zawartość okładką. Żeby tradycji stało się zadość, na samym wstępie umieszczono nagranie-miazgę „Release The Kraken”. Rozmyte gitary, bezbłędnie zharmonizowane głosy Jeffa i Elizabeth, okryte mgiełką tajemnicy melodie i ten dreszcz przy did you know love, my heart is a monster… Bez cienia wątpliwości, kawałek nieprzeciętny. Szkoda tylko, że w swej wybitności tutaj raczej osamotniony. Nie, żeby „Drowned In The Sea Of Sound” było płytą złą, bo tak nie jest w żadnym wypadku. Utrzymano poziom EP’ek, serwując kawałek świetnego grania w stylu do jakiego zdążyli nas przyzwyczaić. Znów te same „Smithowe” sześć strun, ładnie pobrzmiewająca echem perkusja, romantyczne teksty. Tym razem nieco większa rola w wokalnym udzielaniu się Elizabeth, której słodki głos był wcześniej marginalnym dodatkiem do poczynań Kandefera. Problem w tym, że potencjał takiego „Krakena” każe wołać o zdecydowane więcej. Albumowi przydałoby się kilka wyrazistszych piosenek, które dałyby radę funkcjonować także oddzielnie, zapaść w pamięć refrenem czy istotniejszym tematem. Jak na pierwszą płytę, tak czy inaczej, nieźle. MySpaceoficjalna strona