Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ska punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ska punk. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 czerwca 2016

Partia - Żoliborz-Mokotów (2000)











8

Słuchanie trzeciej płyty Partii uświadamia, jak w istocie charakterystyczny i barwny styl zespół opracował sobie już od początku muzycznej kariery. Na „Żoliborz-Mokotów” grupa nie gubi kluczowych elementów obecnych na debiucie i albumie „Dziewczyny Kontra Chłopcy”, ale nie ma też potrzeby dołączania nowych w celu uzyskania efektu świeżości. Atuty, które odegrały większą rolę na poprzednich krążkach tym razem pozostają nieco w cieniu, podczas gdy inne, nieposiadające wcześniej dużego znaczenia, ulegają ostremu podkręceniu.

Wygląda to trochę tak, jakby na „Partii” z 1998 roku Lesław i spółka zaledwie ustalili składniki, a dopiero później zaczęli próbować różnych wariantów wyważenia ich proporcji. Rockabilly, punk, pop, rock, surf i ska. Lekkie melodie, ostre riffy, przesiąknięte klimatem basowe i kontrabasowe linie. Klasyczne utwory z wokalem oraz ścieżki instrumentalne. Po polsku i po angielsku. Inspiracja latami sześćdziesiątymi i osiemdziesiątymi. Sporo z kraju, ale równie dużo z zagranicy, bo przecież z jednej strony Bielizna, z drugiej The Smiths, stąd Oddział Zamknięty, stamtąd Elvis (albo Billy Idol). Czy należy się dziwić, że z takiej plasteliny możliwe stało się ulepienie co najmniej kilku interesujących opcji? 

Debiut był swoistym przekrojem. W „Dziewczynach...” postawiono na przebojowość standardowo skonstruowanych utworów i obłędnie chwytliwe refreny. „Żoliborz-Mokotów” to z kolei zawrotna, niebezpieczna jazda z okazjonalnymi przystankami. Wiele, zarówno samym tytułem, jak i pod względem brzmienia mówi nam już krótkie intro „Rocket Ride”. O ile tego rodzaju „cząsteczki” Warszawiacy chowali wcześniej gdzieś w środku albo w końcówce, tak tu w ten sposób postanawiają rozpocząć, a trafności takiego ruchu trudno im odmówić.  

Jeżeli poprzednio ktoś odczuwał niedosyt po osamotnionym punk rocku „Chciałbym Umrzeć Jak James Dean”, to „Żoliborz” może mu go spokojnie wynagrodzić. Zwłaszcza w „Disco 707” oraz „30 Dni i 30 Nocy” warszawskie trio wyciska ostatnie soki z szybkiego, mięsistego rock’n rolla i równie oszałamiającego tempem, skocznego ska punka. Przesiąknięte tęsknotą i ulotnością, choć tak samo intensywne, co poprzednie kompozycje „Światła Miasta” jawią się esencją estetyki zespołu. Obrazem warszawskich dzielnic przepuszczonym przez naznaczoną nostalgią wrażliwość Lesława, zawartym w hymnicznej, gitarowej petardzie. „Skillshot”, „Skinhead Girl” oraz „Hiszpański Elvis” - wszystkie bazujące na gęstej mieszance rockabilly, surf rocka, punku i ska wspólnie zapracowują na spójny kształt krążka.

W zestawie odstaje niewątpliwie piosenka ukryta pod indeksem ósmym. Być może najbardziej kultowy fragment trzeciej płyty Partii, czyli maksymalnie sugestywny „Oskar Hell”. Tutaj głośne wymiatanie milknie, pozostają zaś dźwięki o wiele bardziej wyważone, dopasowujące się do opowieści. Pokój, przedpokój, korytarz okno, patrzę na zegarek kolejny raz. Na niewielkiej przestrzeni rozgrywa się coś ważnego, choć teoretycznie nie rozgrywa się nic, bo przecież On czeka, ale Ona nie przychodzi. Cała scena sprowadza się właśnie do wyczekiwania, Jego emocji i tego, w jaki sposób postrzega sytuację. I wszystkie głosy zmieniają się w jeden głos, I wszystkie twarze zmieniają się w jedną twarz. To, co robi lirycznie Lesław można uznać za jakąś formę sytuacjonizmu - skoncentrowania uwagi na przeżyciu dokonującym się we wnętrzu, tu i teraz, w konkretnej chwili i miejscu. Finalnym uczuciem okazuje się smutek słyszalny zwłaszcza w momencie wypowiadania słów: Tylko dla ciebie tu przyszedłem, tylko dla ciebie tu jestem, i odgrywania towarzyszącej im melodii. 

W końcówce z pełnym impetem powraca żywiołowość, jaką płyta naznaczona jest w swej przeważającej części. Tytułowa „Żoliborz-Mokotów” to niespełna dwuminutowy pokaz przejmującego rockowego grania i podobnie jak wcześniejsze „Światła Miasta” coś w rodzaju niepodrabialnego romantyzmu Partii w pigułce (chłopak z Żoliborza, dziewczyna z Mokotowa, kalejdoskop bez początku i bez końca). Śpiewane po angielsku, old-schoolowe „String Along” raczy mniej desperackim, a zdecydowanie luźniejszym feelingiem, nadającym się niemalże na rock’n rollową potańcówkę sprzed połowy wieku.  

Trzeci album w ciągu trzech lat i trzeci z kolei pełnoprawny sztos. Na tym etapie wciąż wysoce trudno byłoby się znudzić twórczością warszawskiej grupy, a jednak „Żoliborz-Mokotów” zapisał się jako jej ostatni długogrający krążek zawierający zestaw nowych nagrań. W roku 2002 wypuszczono jedynie wydawnictwo „Szminka i Krew” z coverami, koncertówkami i dwoma premierowymi utworami.* W 2003 Lesław i Arkus rozpoczęli zaś działalność w kapeli o nazwie Komety, której w zasadzie nigdy nie było szczególnie daleko do poczynań Partii. Kariera tego zespołu okazała się pod wieloma względami bardziej fortunna, dłuższa i co ważne – artystycznie nadal mocno satysfakcjonująca.


* Do bólu warszawskie ”Powietrze” i punkowa „Nieprzytomna z Bólu” – obydwa wyśmienite

piątek, 17 czerwca 2016

Partia - Dziewczyny Kontra Chłopcy (1999)











10

Drugi krążek Partii zdradza pewne podobieństwo do albumów rodem z wczesnych lat 60., rzadziej będących zorganizowanymi całościami, a częściej zestawami maksymalnie przebojowych singli. Siedem spośród jedenastu utworów na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” zamyka się w naturalnym dla popowych kawałków formacie dwóch minut i kilkudziesięciu sekund, trzy są niewiele dłuższe, jedna trwa trochę ponad minutę. Większość oparta jest na konstrukcjach zwrotkowo-refrenowo-mostkowych i nawet jeśli nie wszystkie z nich posiadają refreny, to każda odznacza się bardzo wyrazistym, z miejsca dającym o sobie znać hookiem.    

Słyszalna na wszystkich możliwych frontach optymalna chwytliwość rozpoczyna się już w samym zarodku każdego numeru, pierwszych partiach perkusji i wstępnych motywach. Może to być, na przykład: dęty temat nagrania tytułowego, nieskazitelny riff „Wyglądasz Jak Chłopak”, błyskawiczne akordy i uderzenia bębnów w „Kobietach” albo „Kim Jesteś?”. Każdą akcję poprzedza króciutka, absolutnie treściwa zapowiedź, z której bezpośrednio wyłania się dalsza wyśmienicie piosenkowa historia. 

Lesław w kilku wywiadach wspominał o tym, że kiedy zaczynali, nie istniało zbyt wiele polskich zespołów, które robiły na nim wrażenie. W muzyce rockowej modny był grunge i formacje pokroju Iry lub Wilków, podczas gdy lider Partii bardziej cenił sobie wrażliwość Bielizny lub kompletnie anonimowego dziś Marilyn Monroe, a spośród grup zagranicznych Suede, The Smiths czy wczesnego The Cure. To, czego być może tak bardzo brak gitarowemu graniu, znanemu z polskich radiowych rozgłośni ja zawsze znajdowałem z kolei w napisanym przez niego „Wyglądasz Jak Chłopak”. Drugi utwór na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” uderza jednocześnie swą unikalnością, jak i... normalnością. Riffem cholernie dorodnym, choć wcale nie nadzwyczajnie wymyślnym i tekstem też nie arcyskomplikowanym, choć niewątpliwie ciekawym, intrygującym i sięgającym głębiej. Można by dojść do wniosku, że Partia wypełniła pustkę, o jakiej mówił Lesław, gdyby nie oczywiście fakt, iż te bezbłędne pop rockowe piosenki, pokroju „Wyglądasz Jak Chłopak”, nigdy na dobrą sprawę w dużych mediach nie zaistniały. 

Jeżeli kwestia najlepszego riffu na albumie jest dla mnie oczywista, to z wyłonieniem najdoskonalszego refrenu istnieje spory kłopot. Poważnym pretendentem do tego tytułu jawi się wpadające w ucho „Kim Jesteś?”, jeden z tych chorusów (Teraz czekam na kogoś nowego...), z którymi budzisz się rano w głowie, a potem chodzisz jeszcze przez kawałek dnia. Innym, szalone i oszałamiające, kuszące dodatkowo w zwrotkach wyliczanką kobiecych cech i prostymi rymami „Kobiety” (Jest tak wiele kobiet, że kręci mi się w głowie...). Nie mniej od dwóch poprzednich ponadto, beztroski, pachnący przygodą i młodzieżowymi serialami z lat 60. „Adam West” (kultowe Zadzwoń do mnie i uratuj mi życie...). Ten ostatni dzięki fragmentowi poczętemu od słów: teraz stoję pod twoim blokiem, na pewno już śpisz wszystkie światła są zgaszone, podkreślonemu świdrującą solówką bezkonkurencyjnie wygrywa zresztą osobny konkurs na najwspanialszy mostek.  

Kilka nagrań, być może równie istotnych i tak samo dobrych, wyłamuje się nieco z tej najczystszej „singlowej” reprezentacji. Zalicza się do niej jeszcze wpadający w ska, muzycznie pogodny (w czym duża zasługa trąbek) „Kieszonkowiec Darek”. Czym innym jest już natomiast brawurowy punk rock „Chciałbym Umrzeć Jak James Dean”, powalający zabójczo ekspresyjnym momentem: pusta autostrada, czerwony blask, niebo eksploduje milionem gwiazd!. Wyróżnia się „Prawdziwy Partner”, w którym grupa zamienia przez chwilę wesołe melodie na jazzujący feeling i przybrudzone dźwięki, a Lesław ponownie wykorzystuje swą umiejętność stymulowania czyjejś wyobraźni klimatycznością tekstów: dym papierosów, dźwięki tłuczonego szkła, duszący zapach perfum, jeszcze jedna taka noc.

W trochę innej bajce funkcjonuje też zamykające płytę „Wieczorem”, gdzie lider Partii urokliwie dzieli się z nami opisem pewnego okropnego dnia oraz jakby od niechcenia wymienia wszystkie miejscowe obiekty, które mija podczas powrotu do domu. Jest to najspokojniejsza kompozycja na krążku, muśnięta dźwiękami wibrafonu, doskonale oddająca nastrój miejsko-dzielnicowej rzeczywistości. Nie ma co się jednak łudzić, że te „jabłka” upadają od jabłoni szczególnie daleko. Mimo, iż ich charakter wypada odrobinę odmiennie, nie zmienia się fakt, że one także maksymalnie chwytają i przynoszą kolejne, stworzone do nucenia linijki pokroju: Tak mijają miesiące, Ty nie tracisz nadziei, powiedz jak ty to robisz? Całość dopełniają: króciutki surf rock/psychobillly „Vampire Beach” i śpiewany po angielsku „Speedway”, gdzie grupa brzmi niczym łagodniejsza wersja psycho-punkowców z The Reverend Horton Heat.

„Druga Partia” to album pozbawiony dłużyzn, pełen regularnie i konsekwentnie zastępujących się melodii, które nigdy nie okazują się chybione. Na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” zachowany został styl pewnie określony już na debiucie, ale przy tym większy nacisk położono tu na pisanie nośnych, perfekcyjnych piosenek. Lesław, Waldek i Arkus w 1999 r. stworzyli prawdziwą „złotą jedenastkę” i jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi, obok „Miłości w Czasach Popkultury” Myslovitz, być może ostatni klasyk wśród polskich gitarowych krążków dwudziestego wieku.

niedziela, 10 lutego 2013

Bomb The Music Industry! - Album Minus Band (2005)












7

Szalony Jeff Rosenstock z kolegami na swoim debiutanckim, najbardziej nieokiełznanym albumie. Ska-punk odnotowuje tu zadziwiającą mutację, ginie jego klasyczne oblicze, niewiele pozostaje też z third-wave. Chłopaki zamiast trąbek mają klawisze, nieskończone pokłady energii i najpewniej wrodzone, pozytywne dziwactwo. Wszystko dosłownie atakuje słuchacza, zazwyczaj w tempie galopującego punk rocka, czasem tylko chłodzonego akustycznymi fragmentami („Sweet Home Cananada”, „Future 86”). Doprawdy trudno na szybko ogarnąć ten krążek. Rosenstock jest jak Robert Pollard pierdolniętego ska („I’m a Panic Bomb Baby!!!” = neo-Guided By Voices). Chorujący w dodatku na zaawansowane ADHD. Brak mu studyjnych luksusów, nadrabia więc pomysłowością. Tworzy co się da, z tego co ma, pozostając gorącym orędownikiem estetyk DIY i lo-fi. Całe „Album Minus Band” brzmi jakby zostało nagrane za jednym zamachem, niemalże na jednym oddechu. Jest kilka płyt Bomb The Music Industry!, których słucha mi się lepiej, jednakże pod względem bezkompromisowości ta stanowi zdecydowany numer 1.


Top 3:

1. "FRRRREEEEE BIIIIIIIRRRRD!!!!!! FRRRRREEEEEEEEE BIIIIIIIRRRRRRRRDDDDD!!!!!!!"



I'll just stay on the State Streets complaining that it's all the saaaaaame!!! Far too lazy to change anything.

Całe wyborne, ale refren!


2.“Pike St. – Park Slope”

Maybe we could run away and start a little repertory moviehouse or something?

Cover indie rockowej grupy Harvey Danger z lat 90. Piątka za odkopanie wartej uwagi kapeli, a przynajmniej tego kapitalnego utworu (hołdu dla brooklyńskich miejsc). Wersja BtMI też niezła.


3. “It Ceases to Be ‘Whining’ If You’re Still ‘Shitting Blood’”

So write some songs with lots of hooks, Remember why you wrote songs in the first place

Prosta, wesoła nawalanka o pisaniu piosenek i graniu w zespole.

środa, 2 maja 2012

Star Fucking Hipsters - Never Rest In Peace (2009)












4

Tekst powstał 6 listopada 2009

Druga płyta Star Fucking Hipsters egzemplarzowo wręcz pokazuje jak z jednej z najlepszych kapel na punkowej scenie w bardzo krótkim czasie stać się wynalazkiem przeciętnym, odtwórczym i wypalonym. Zachwycałem się kiedyś tym kolejnym projektem starego wyjadacza Stza znanego już z Leftover Crack czy Choking Victim. Nie miało to zresztą aż tak wielkiego znaczenia. „Until We’re Dead” było przecież diabelnie dobre, kreatywne, myślące. Mija niecały rok od tamtego druzgocącego spotkania. Mija niestety i dobre wrażenie na ich temat.

Słucham tego wymęczonego, hałaśliwego i nieprzyjemnego czegoś. Nadal trudno mi uwierzyć, że to ta sama grupa. Bez naciągania odnajduje tu dwie porządne kompozycje. Reszta bywa średnia, przyzwoita, ale najczęściej kiepska, słaba, beznadziejna. Nie mogę się oprzeć myśli, iż bardziej chodziło im tu o treść, aniżeli o jakiekolwiek dobre brzmienie. To zresztą co dobre niczym nie zaskakuje. Wpasowuje się w momenty swojego ze trzy grube poziomy ciekawszego poprzednika i tyle. Porównajmy choćby same intra dla zrozumienia różnicy klas. Nagrane na odpierdol, „tak żeby było”, iście gówniane Vol. II KONTRA świetnie inicjujące „Introducción a los Hipsters”. Wynik niczym San Marino – Polska sprzed kilku miesięcy. Sorry za drobiazgowość. Po intrze wchodzi najlepszy kawałek z tej płyty. „3, 000 Miles” pachnący prawdziwym pop punkiem. Ta wokalistka nadal śpiewa lekko i świeżo wchodząc w interakcje ze stanowiącym jej przeciwieństwo zapitym głosem męskim. Fajnie, tylko tam mieliśmy coś takiego w dużo zajebistszym „Two Cups Of Tea”. A tuż po tamtym intrze rozwalała genialna partia fortepianu, z której to wyłaniał się piękny, dynamiczny punk rock. Wokalu Stza słuchało się z przyjemnością pomimo jego pewnej trudności. Tutaj bez obrazy, ale koleś jedynie charczy… Żeby już nie mylić wracamy do „Never Rest In Peace”. Do niezłego, chwytliwego "Design". Tu znów w dużej mierze dziewczyna odpowiada za pomyślność kawałka. Ale, że wspomnę tylko o „Immigrants & Hipocrites” z debiutu i satysfakcja znika. Przepraszam, musiałem. W „Church & Rape” jakieś strojenie gitary, tekst, który na papierze jakoś tam wygląda jako ich głos w sprawie aborcji. Niestety niewiele więcej. „The Civilization Show” jawi mi się dość tanim ska. „Severance Pay” pomimo nijakości ujdzie. Wszak w tak marnym towarzystwie to nietrudne.

I na cholerę nagrywają gnioty takie jak „S.F.H Theme”? Żeby zapchać czymś tą niewartą kilku złotówek płytę? 29 jebanych minut? Wcześniej stać było ich na 44 uczciwego majstersztyku. Nawet gdyby to podzielić na 4 byłoby ciekawiej niż w ciągu tej kiepściutkiej, oszukańczej połowy godziny…

wtorek, 1 maja 2012

Star Fucking Hipsters - Until We're Dead (2008)












8.5

Tak powinien brzmieć dzisiejszy, nowoczesny album punk rockowy. Poprzedzony ciekawym intrem, na dobre rozpoczęty jakąś fajną wstawką (w tym przypadku kozacki motyw fortepianu) i ruszający w końcu z kopyta szorstkimi, mocnymi gitarami. Świetna harmonia ochrypłych wokali, zaciekle wykrzykujących hasła. Znów ta sama fajna wstawka kończąca pierwszy fragment owej „punkowej symfonii”. Kolejny wprowadza miłą lightowość, główny wokal kobiecy, ale nie spuszcza z tempa, zasuwa przed siebie. No to czas żeby te panczury zaskoczyły nas czymś jeszcze. Czwarty utwór urzeka popowym wręcz ułożeniem zwrotki i następnym super-motywem. Do czasu aż zechcą to zniszczyć chaosem wprowadzonym przez wokal przepity, przepalony, w ogóle bliski chyba utraty mowy. Tekstowo mamy tu coś o martwych policjantach. Ot typowo punkowy urok… W piątej piosence pokazują co mają do powiedzenia względem melodii. Konsekwentnie brzdąkanej nawet w najostrzejszych momentach. Czego jeszcze nie było? Ska? Będzie! I to doskonale wpadające w ucho. Do końca nie zabraknie szybkości, ostrza i chwytliwości. Pod dziesiątką wzorowo odegrany melodic-punk. Jedenastka iście hymniczna. Słowa: "The Cycle never ends (it never ends) the sickness never ends (it never ends) the sadness never ends (it never ends) it never ends, it never ends" mnie osobiście wzruszają. Cóz powiedzieć więcej. Tak powinien brzmieć dzisiejszy, nowoczesny album punk rockowy…

sobota, 23 kwietnia 2011

Catch 22

Skoro ostatnio na tapecie bloga pojawiła się dyskografia Thursday, uznałem że warto byłoby przyjrzeć się również innym kapelom, które w ciągu ostatnich 10-15 lat przewinęły się przez punkową scenę miasta New Brunswick. Jeśli jednak spodziewacie się tu ujrzeć „prawdziwy PUNK!” albo coś z klimatów garażowego indie to trafiliście źle. Tu mowa przede wszystkim o graniu szybkim i melodyjnym, podlanym pozytywną energią.

Na początek coś nie do końca z NB (nie ma to jak od razu sobie zaprzeczyć), a z oddalonego o kilkanaście mil East Brunswick. Ska-punkowcy z Catch 22. Saksy, trąbki i gitary, twoja stara to twój stary.










Dyskografia:


Keasbey Nights (1998)












8.5

Album z którym wiąże się pewna historia, owiany mgiełką kultowości, nagrany nawet kilka lat później ponownie, ale już przez zespół o innej nazwie. Pierwotnie przygotowała go ekipa pod wodzą 19-letniego, choć już cholernie charyzmatycznego Tomasa Kalnoky. Był to zresztą pierwszy i ostatni krążek Catch 22, pod jakim ten człowiek się podpisał. Słuchanie „Keasbey Nights” dziś, wiąże się w moim przypadku z odnajdywaniem większej ilości słabych punktów niż dawniej, ale kto powiedział, że kultowy równa się perfekcyjny? Dzieło nieopierzonych muzyków operujących zestawem młodego trój-akordo-napierdalacza oraz sekcją dętą jest prawie dokładnie takie jak być powinno. Optymistyczne, zagrane i wykrzyczane z pełnią życia, zawierające kilka niepodważalnych ska-punkowych hymnów. Takim bez cienia wątpliwości jest esencjonalne, chwytliwe i skoczne ponad wszystko nagranie tytułowe. W trzech minutach „Keasbey Nights” mieszczą się zajebiste, złożone z dwóch motywów zwrotki, jakieś tam trąbkowe przejścia no i ten oczywiście genialnie skandowany refren: „When they come for meI'll be sitting at my desk, with a gun in my hand, wearing a bulletproof vest, singing my my my, how the time does fly, when you know you're going to die , by the end of the night, say hey”. O ile całość jak już wspomniałem do najrówniejszych nie należy, a jedna z piosenek podchodzi nawet pod disco-polo w wydaniu ska (“Kristina”) to track 3 na debiucie Catch 22 uznaję za miniaturowy pokaz bezbłędności. Poza nim warto wskazać prostolinijne, pękające w szwach od energii (szczególnie ze strony niesamowicie nabuzowanego wokalisty) „Giving Up Giving In”, „Dear Sergio” (tytułowe Keasbey zamieszkuje wielu Latynosów) czy króciutkie, konkretne jak tylko się da „9 Mm And A Three-Piece Suit”. Miło z perspektywy znanych już późniejszych losów powrócić do albumu, który powstał zanim chłopaki rozminęli się w drogach życiowych i postanowili rozdzielić na dwa różne składy (nie szczędząc sobie zresztą okazjonalnych nieprzyjemności na późniejszych krążkach). „Keasebey Nights” to afirmacja młodości, życia i nocy radośnie spędzanych z kumplami, w jednej z mieścin stanu New Jersey.


Alone in a Crowd (2000)












9

A to już zupełnie inne Catch 22 niż dwa lata wcześniej. Bez złotego chłopca trzeciej fali ska – Tomasa Kalnoky’ego, który od wiecznych tras koncertowych chwilowo wolał postawić na edukację wyższą. Grupa stanęła przed nie lada problemem, bo jak tu zastąpić tak wyrazistego lidera? Do tego potrzebnych było aż dwóch równorzędnych kompozytorów i wokalistów. Trzeba przyznać, że duety Ryan Eldred-Jeff Davidson (kompozycja) oraz Ryan Eldred-Kevin Gunther (wokale) sprawdziły się lepiej niż ktokolwiek mógł się spodziewać (sami mieli ponoć obawy). „Alone In A Crowd” praktycznie nigdzie nie zarabia tak dobrych not jak „Keasbey Nights” czego ja osobiście nie rozumiem. Może nie ma tu już świeżości debiutu, ale w żadnym wypadku nie brak dobrych, dynamicznych piosenek, pod wieloma względami brzmiących nawet lepiej. Na follow-upie jest zwyczajnie równiej, tak samo przebojowo i z czystym sercem trudno się przyczepić jeśli lubiło się poprzednika, a nie jest fanatycznym szalikowcem Kalnoky’ego. W skrócie mówiąc, pociągnęli to tak umiejętnie jak się dało. Wymiatające „Arm To Arm” (najlepszy utwór Catch 22 ery post-Tomasowej), „Hard To Impress” (jedyny kawałek autorstwa Kevina Gunthera), „Point The Blame” , przewlekająca przez całość tematyczna trylogia „What Goes Around Comes Around”- “Bloomfield Ave.”- “Neverending Story”, ładna tytułowa balladka – nie ma tu w sumie czego skipować, żadnej “Kristiny” czy innych fillerów. Później aż tak super już nie było, ale jeszcze przynajmniej raz próbowali.


Dinosaur Sounds (2003)












5.5

Wczoraj mówili ci, że odmładzasz gatunek, dziś brzmisz jak każdy inny zespół grający w tym stylu. Catch 22 na wysokości „Dinosaur Sounds” przypomina mi mniej euforycznych Less Than Jake czy też ze względu na wokal Rx Bandits. Poza tym nie trudno w nich rozpoznać tą samą kapelę, która odpowiadała za „Alone In A Crowd”. Tym razem niestety zabrakło tak udanych melodii albo niemal w ogóle kawałków zapadających w pamięć. Trzecią płytę Eldreda i spółki traktuje się poniekąd jako ich master-flop, sam również prawie się z tym zdaniem zgadzam. Prawie. Rzeczywiście jest nudnawo, bez wyrazu, rytmy wydają się ograne i nie chce się już przy tym SKAkać do góry. A jednak nie skazałbym tego albumu na wieczne potępienie. Zdarzają się tu nieliczne fajne momenty takie jak „Wine Stained Lips” (rytmika zwrotek powtarza „Guilty Pleasures” z „Alone” ) i „Chasing The Moon” (zaskakująco wybuchowy), a całość jakkolwiek nie porywająca specjalnie też nie irytuje. Dla fanów.


Permanent Revolution (2006)












7

Ostatnia jak dotąd płyta Catchów to spora niespodzianka. Ska-punkowy koncept-album opowiadający o życiu Lwa Trockiego, rosyjskiego rewolucjonisty, jednego z twórców ZSRR i oponenta Stalina. W przeciwieństwie do „Dinozaurzych Dźwięków” tu spróbowali być ambitni. Każda piosenka mówi o innym wydarzeniu, do każdej przypisana jest inna data, a całość tworzy historię ciągnącą się przez kilkadziesiąt lat (aż do śmierci bohatera). Oczywiście dźwięki starają się w jakiś sposób obrazować to co przekazują teksty. I tak znakomity singiel „Party Song” to eksplozywne przedstawienie przejęcia kraju przez komunistów, „The Spark” w ramach klasycznego reggae/ska opowiada o „Iskrze” i początkach działalności Trockiego, dostojna końcówka „On The Black Sea” pasuje do śmierci Lenina. Ale tak naprawdę czy nie ma tu przerostu formy nad treścią i czy w warstwie czysto muzycznej to brzmi w porządku? Na pewno to najpoważniejsza i najdojrzalsza wypowiedź Catch 22 dotychczas. To im się chwali, ale jeszcze bardziej to, że tym razem zapewnili też kilka mocnych, tak zwanych „dużych” refrenów, które w „Party Song”, „Bad Party” albo „A Minor Point” potrafią zrobić wrażenie. Z drugiej strony część materiału nie da się określić inaczej jak „średnio na jeża” i za to trzeba punkty z końcowej noty uciąć. W każdym razie jeśli „Permanent Revolution” miałby być ich ostatnim albumem w ogóle, mogliby spocząć na laurach ze spokojem.