Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sarah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sarah. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2015

Heavenly - Our Love Is Heavenly (1990)











9.5

Tytuł utworu jak i sama nazwa zespołu mówią o „Our Love Is Heavenly” już prawie wszystko. Drugi singiel Heavenly to muzyczny ekwiwalent słowa „niebiańskość”,  piosenka wykonana bez jednego błędu, uszyta na kilku trafionych w dziesiątkę melodiach. Zaczyna się od chwytliwej zagrywki i skocznej sekcji rytmicznej, klarownego, roztańczonego jangle popu w deseń niektórych kawałków Szkotów z The Pastels. Na tym etapie wiadomo, że będzie dobrze, ale nikt nie spodziewa się jeszcze jak bardzo „dobro” zostanie zwielokrotnione po przejęciu pałeczki przez wokale. Amelia Fletcher śpiewa zwrotkę, lekką i luźną, uroczą z tekstem o jakimś tam rozstaniu z chłopakiem. Bez zbędnej poczekalni wchodzi refren, słyszymy pierwsze podrygi harmonii tworzonych wraz z The Catherines Of Arrogance. Wszystko zostaje podsumowane ładnym And now I am gonna leave you, Oh yeah, I have got to leave you, Sorry too. I właśnie w tym miejscu następuje moment boskości, niebo zostaje dla nas uchylone za sprawą naznaczonego wspomnianymi już harmoniami fragmentu pomiędzy refrenem a drugą zwrotką. Trzy linijki od 1:00 do 1:11. Zamiecione.

Grzechem byłoby oczywiście użycie każdego z tych fantastycznych pomysłów tylko raz. Zarówno riffem jak i dziewczęcym podśpiewywaniem oraz melodiami cieszymy się więc przez totalnie satysfakcjonujące trzy i pół minuty. Na deser dochodzi jeszcze fajna solówka oraz zauważalny prawie-śmiech Amelii przy kolejnym got a new boy who loves me. Zagwozdką pozostaje czy jest to najlepszy utwór z Sarah Records wydany w 1990 roku czy może tytuł ten należy się jednak „So Said Kay” The Field Mice? 

wtorek, 22 lipca 2014

The Field Mice - For Keeps (1991)











8

Miesiąc po genialnym samotnym singlu „Missing The Moon” ekipa The Field Mice silna personalnie przed nagrywaniem pełnego albumu jak nigdy wcześniej, popełnia w końcu dzieło przekraczające bite 50 minut. Dla porównania, zarówno „Snowball” jak i „Skywriting” liczyły zaledwie ponad pół godziny. Po trzech burzliwych latach właśnie tu kończy się historia zespołu, który w swej twórczości nie zanotował ani jednego większego błędu.

„Five Moments” to przykład tego, jak wiele wniosła do twórczości zespołu Annemari Davies. Dowód pójścia z duchem czasu, albo raczej wykorzystania zmian zachodzących w alternatywnym popie na początku lat 90. i włączenie stylistyk takich jak ethereal wave, dream pop, madchester do własnego muzycznego krwiobiegu. Rozpoczęcie „For Keeps” jawi się nie tylko piosenką zaśpiewaną dziewczęcym wokalem w duchu Cocteau Twins, His Name Is Alive, lub Pale Saints, ale także kapitalnym brzmieniowym pomostem między melodyjnym popem akustycznym, a powyginanymi dźwiękami, których nie było nawet na „Skywriting”, czy „Other Galaxies”. Innowacyjność szybko zostaje zgaszona przez klasyczne dla Wrattena „Star Of David”. Mamy tu jednakże do czynienia z konserwatyzmem w najlepszym wydaniu. Przy tak imponującym refrenie nawet nieprzyzwoicie proste słowa o nieśmiertelności przyjaźni nie są w stanie zepsuć efektu. Okolic proto-brit-popu a la The Stone Roses/Ride sięgają delikatnie „Coach Station Reunion” oraz “Of The Perfect Kind”. „This Is Not Here” wyróżnia się inaczej brzmiącym, zniekształconym niczym z pod wody głosem Bobby’ego co możemy potraktować jako symbol coraz silniej zarysowującej się ery shoegaze’owej.

Na pierwszy rzut oka ta płyta może się wydawać nieco zbyt długa i w pewnych momentach nużąca. Przychylałbym się jednak do twierdzenia, iż jest to jeden z albumów dla cierpliwych, zasługujący na bardziej wnikliwe podejście do odsłuchu. Kawałki 1-5 oscylowały między poziomem dobrym a bardzo dobrym. W części 6-10 brak może highlightu na miarę „Five Moments”, a jednak ciężko nie przyznać, że jest ona niemniej interesująca. W „Tilting At Windmills” dają pierwszy upust swym elektroniczno-ambientowym zamiłowaniom. Przy okazji „Think Of These Things” z zadowalającym skutkiem zastajemy Wrattena przy fortepianie. „Willow” to znów pozostawiona na wokalu Annemari uroczo afirmująca dziewiczy twee-pop, przepraszająca za to, że tego obecnego kocha już bardziej niż tego poprzedniego. Równie czystym i niewinnym nagraniem jest (jak sama nazwa wskazuje) „And Before The First Kiss", które pasowałoby na EP’kę „So Said Kay”. Z niego możemy przy okazji dowiedzieć się o sympatii Roberta do Jacksona Browne’a – twice in a row, whilst flying home, we listened to "From Silver Lake". Ostatni krążek zespołu zamyka siedmiominutowe trzeszczące „Freezing Point”, tak jakby grupa symbolicznie poddawała się w tym momencie ostatecznej hibernacji.

The Field Mice podążając ścieżką wytyczoną przez wczesne kapele Sarah Records oraz jangle popowych nieco starszych kolegów w rodzaju The Wake i Go-Betweens szybko stanęli na czele tamtejszej części sceny niezależnej, po czym z równie imponującym tempem znacznie przekroczyli granicę, której przysłowiowi The Sea Urchins nie mogli sobie nawet wyobrazić. „For Keeps” udanie podsumowuje ich drogę złożoną z pogodnych, ale i nierzadko smutnych perfekcyjnych piosenek oraz ciekawych eksperymentów na owym doskonałym popie bazujących. Znając dobrze The Field Mice, ich stałe motywy i przemiany, jakim się poddawali nie dziwi droga Roberta Wrattena w późniejszych projektach. Najpierw anty-piosenkowy ambientowy dream pop Northern Picture Library (między innymi razem z Davies i Dobsonem), następnie pewnego rodzaju kontynuacja wątków macierzystej grupy w postaci długoletniego Trembling Blue Stars (tu także Harvey Williams, Michael Hiscock, producent Ian Catt i ponownie Annemari Davies). Pewne jest, że bez nich brytyjska alternatywa przełomu lat 80/90 miałaby w sobie o wiele mniej ciepła, uczucia i emocji.  Bez tego wkładu wspaniałych melodii, wrażliwych tekstów, stylu i jakości spojrzenie wstecz na angielskie indie byłoby dziś nie wystarczająco wyraziste.

poniedziałek, 21 lipca 2014

The Field Mice - Missing The Moon (1991)











10

Logiczny acz zaskakujący, nietypowo opasły w brzmieniu, za sprawą wyróżnienia przez NME chyba najgłośniejszy utwór The Field Mice, który mógłby stać się przepustką do większego muzycznego świata, choć ostatecznie został ich singlową łabędzią pieśnią. Może to i zresztą dobrze, bo (prawie) kończyć w tak dobrym stylu powinien każdy. Słyszymy tu zespół w dobie post-modernistycznej przemiany, obudowujący swą twee-popową wrażliwość acid-house’owym tanecznym ładunkiem. Przepięknie wchodzą ze sobą w harmonię wokale Annemari i Roberta, najpierw jej eteryczna melancholia, następnie jego linia doszczętnie dokumentująca melodyczną popową błyskotliwość. Siedem zatrważających minut, w których znajdzie się miejsce dla wszystkich zarówno wcześniejszych jak i nowych elementów: chropowatej gitary, rozmytej gitary, automatycznie wycinanych uderzeń perkusji, soczystego syntezatora. Niby zapowiedź trzeciego albumu, ale całkowicie od niego autonomiczna. Fantastyczna wypowiedź oraz postawienie kropki nad i w temacie serii najlepszych singli ever. 

niedziela, 20 lipca 2014

The Field Mice - September's Not So Faraway (1991)












6

Pieśń o tytule, który niedostatecznie pilnym studentom mógłby służyć za doskonałe przypomnienie o zbliżającej się sesji poprawkowej. Propozycja The Field Mice na wiosnę 1991. Pierwszy owoc współpracy dotychczasowej trójki z nowymi członkami zespołu – grającą na gitarze, klawiszach i udzielającą się wokalnie Annemarie Davies (byłą dziewczyną Wrattena) oraz perkusistą Markiem Dobsonem. Powiedzmy to sobie szczerze - mieli dużo lepsze piosenki i mieli również tych dużo lepszych niemało. Byrdsowskie pogodne gitary, punktująca perkusja, tematyka totalnie Wrattenowa, bo o tęsknocie. W sumie ładne, całkiem urokliwe, choć nieszczególnie wyraziste. PERFEKCYJNEGO POPU nie jestem w stanie się doszukać, zwłaszcza znając możliwości grupy. Prawdziwie epickie rzeczy miały dziać się już za pół roku, właśnie we wrześniu.  

wtorek, 15 lipca 2014

The Field Mice - So Said Kay EP (1990)












8

W przeciwieństwie do poprzedzającego wydanie tej EP’ki „Skywriting” wypowiedź niezwykle spójnie utrzymana w pierwotnym stylu grupy. Pięć utworów nurzających się w romantycznym, melodyjnym sosie. Melancholijny pop w najlepszym wydaniu.

Da się odnieść wrażenie, że Wratten i Hiscock byli wyjątkowo uparci w tym by swoje niewinne indie-popowe pieśni o trudach młodzieńczej miłości wciąż powielać. Jedynym słusznym argumentem za usprawiedliwieniem takiego działania może być wyłącznie skuteczność i kreatywność, a tych w żadnym wypadku nie brakowało. Końcówkę „So Said Kay” (nawiązującego do lesbijskiego filmu „Desert Hearts”), w której następuje kumulacja dobrych pomysłów należałoby wliczyć do najlepszych momentów zespołu. Skrzypce, pogłosy, gitara i typowa liryczna melancholia Bobby’ego zlewają się razem w wyjątkowo nastrojową jesienną pocztówkę z roku 1990. Pozostałe kawałki od tego obrazka znacząco nie odbiegają. Starannie wybrzmiewa „Indian Ocean” również wpisane w zadumę patrzenia na spadające liście. „Landmark” wyróżnia się ckliwym dostojeństwem syntezatorowego motywu umieszczonego w centralnej pozycji kawałka. „Quicksilver” ze swymi ładnymi klawiszami i wdzięcznym brzdąkaniem w struny zapewnia sytą porcję przestrzennego akustycznego popu. Jakaś egzotyka wkrada się do „Holland Street” znanego z kompilacji Sarah Records, jedynego instrumentalnego numeru na płycie.

Skończyło się więc nagraniem wysokiej klasy EP’ki pełnej pasjonujących melodii i klimatu odpowiedniego dla tejże unikalnej grupy. Obok pierwszych singli i debiutu być może najbardziej esencjonalna rzecz od nich do sprawdzenia.  

wtorek, 8 lipca 2014

The Field Mice - Skywriting (1990)



Po dopuszczeniu do procesu komponowania i nagrywania nowego członka, wcześniej wspomagającego The Field Mice wyłącznie na koncertach panowie mogli wreszcie spełnić groźbę sugerowaną na „Autumn Store” czy „Other Galaxies” i wypuścić na światło dzienne pełnoprawnie eksperymentalnego potwora. Zespół zasilił nie kto inny jak Harvey Williams wcześniej równie dzielnie współbudujący legendę Sarah Records jako Another Sunny Day. Efektem odważnej wolty powstał krótki album dokumentujący etap całkiem udanych artystycznych poszukiwań.

Kawałków jest tu sześć, każdy inny, każdy przemyślany i wnoszący coś interesującego. Na pierwszy ogień idzie mechanicznie połamany, dziewięciominutowy „Triangle”. Uczuciowi chłopcy na dobre przemienili się w cyborgi. Po nim „Canada”, zgrabne przeniesienie przebojowego jangle-popu na modłę country. Piosenka właściwie na miarę wcześniejszych singli, ale znacznie od nich pogodniejsza, oczywiście jak na utwór o miłosnym trójkącie pisany przez Wrattena. Zarówno tu jak i w „Clearer” swoje trzy grosze dołożył Williams co po przesłuchaniu oraz porównaniu z resztą materiału wyda się na pewno bardzo logiczne. W drugim z wymienionych kawałków niezła gitarowa linia i melodie konfrontuje wyrwany z jakby innej opowieści trąbkowy (latynoski?) motyw. Nie jestem przekonany czy rzeczywiście w tym miejscu potrzebny. Ale serce „Skywriting” to bez wątpienia „It Isn’t Forever”. Trochę jak „Letting Go” i „I Can See Myself Alone Forever”, o obsesji, tęsknocie i świadomości tego, że nie można być z tym, kogo się wyjątkowo pragnie. To jednak świeża forma nadaje takiej tematyce nowy wymiar. Coś lekko z New Order, syntezatorowa mgła, pogłosy, bas Hiscocka i nawracające gitarowe fragmenty, które przemieniają się ostatecznie w spontaniczne wyładowanie towarzyszące eksplozjom maszyny perkusyjnej. Po tak mocarnych sześciu minutach przychodzi czas na wydech. „Below The Stars” jest wszystkim tym czego można się spodziewać po samym jego tytule. Uroczym spacerem pod rozgwieżdżonym niebem, słodyczą trzymania się za ręce i niepoprawnie słodkich melodii. Na koniec, powtarzane w manierze prania mózgu, wysamplowane LOVE-SEX-CHOCOLATE czyli gwałcące umysł "Humblebee". 

„Skywriting” nie należy do płyt perfekcyjnych, ale udanych, ciekawych i nietypowych już jak najbardziej. Większość nierzadko dziwnych pomysłów udało się trzem panom zrealizować bez zastrzeżeń, czasem wręcz imponująco. Choć z ich długogrających krążków wolę „Snowball”, to każdy odsłuch drugiej płyty Londyńczyków utwierdza mnie w przekonaniu, że ścieżka jaką wówczas, w roku 1990 wybrali była jak najbardziej słuszna. 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

The Field Mice - The Autumn Store EP Part 1 & 2 (1990)











6

Chwila oddechu pomiędzy pierwszorzędnym, efektywnym debiutem, a kolejną fazą istnienia, w której zawrą się dwa następne albumy i kilka udanych, pomniejszych wydawnictw.

Na pierwszej części „Jesiennego Sklepu” nie dzieje się właściwie nic nadzwyczaj spektakularnego, choć pewne akcenty warto dostrzec. Najpierw „If You Need Someone” czyli dobrze znane oblicze The Field Mice lekko podkreślone syntezatorem, piosenka z intrem mieniącym się gdzieś tam podobieństwem do Cure’owskiego „Just Like Heaven”. Następnie ciężki orzech do zgryzienia - „The World To Me”, z jednej strony znów totalnie dotychczasowi oni, z drugiej jakieś zupełnie nie przystające do Wrattena i Hiscocka cuda-niewidy. Dęciaki? Elementy orkiestrowe? Utwór numer 2 dezorientuje, choć jak to się mówi “w rdzeniu” jawi się kompozycją definitywnie udaną. Kiedy Robert śpiewa Don't go Don't go away Don't go Don't go away Say you will Say you will Say you will stay… jest to dla słuchacza lubiącego ich wcześniejsze wyczyny czymś naprawdę wystarczającym.

Część druga czyli pozycja 25 z katalogu Sarah Records zaczyna się od dość topornego „Song Six”, w środku ma liryczne „Anyone Else Isn’t You”, a na końcu przyjemną niespodziankę zatytułowaną „Bleak”. Przyjemną, ponieważ o ile pierwsze dwa kawałki można swobodnie zapomnieć, tak trzeci ma już coś w sobie. Szaro, smutno, ponuro, ale nie tak jak choćby w pamiętnym „Letting Go”. Inna odmiana ponurej melancholii, o śmierci, bez miłości.  Syntezator na swoim miejscu, ułamek czegoś nowego. 



czwartek, 22 maja 2014

The Field Mice - Snowball (1989)











9

Ukoronowaniem pierwszego etapu działalności The Field Mice jeszcze jako duetu jest właśnie ta debiutancka płyta długogrająca, twórcze podsumowanie oraz rozwinięcie wszystkiego co Bobby Wratten i Michael Hiscock przekazali wcześniej na znakomitych singlach. „Snowball” najwspanialej brzmi w swym początku oraz zakończeniu, tym samym uznanie „Let’s Kiss And Make Up”* i „Letting Go” za najwybitniejsze albumowe fragmenty zespołu nie powinno budzić wielkich kontrowersji. Zwłaszcza, iż obydwa jawią się prezentacją dwóch ważnych oblicz tej grupy. W pierwszym delikatna elektronika, niespieszne tempo i nieśmiałe melodie budzą album do życia, a dzieje się to w takim stylu, że równie dobrze mogłoby trwać przez co najmniej połowę krążka. Wratten jest emocjonalnie stabilny, w nastroju przyjaznym, gotowy do całowania i pogodzenia się. Sześciominutowy closer to z kolei nagranie niebezpieczne smutne, zatrważająco ponure oraz jakżeby inaczej - cudowne. Tu blisko klimatycznie do innej płyty wydanej w tym samym roku, a mianowicie „Disintegration” The Cure. Zamglony, melancholijny pejzaż, zapadający w pamięć klawiszowy motyw, dojmująco przenikliwa gitara i tekst z cyklu tych, których pisania powinno się zabronić. Deep down I know we'll never be, Living, laughing, loving in perfect harmony, The thought of you with someone else just kills me… Gdyby ktoś układał kiedyś playlistę z najlepszymi utworami do samobójstw z racji złamanego serca, to polecam gorąco.

Pamiętajmy jednak, że ci chłopcy mieli również w zwyczaju pisać twee-popowe chwytliwe piosenki. Kilka z nich z powodzeniem wybrzmiewa na „Snowball”.  Nie da się powiedzieć złego słowa o zgrabnie skomponowanym, bardzo krótkim „You’re Kidding Aren’t You”. Nieco cukierkowo wypada prze-radosne, zakochane „This Love Is Not Wrong”**. Jest i obiecane „Everything About You” czyli perfidnie bezpośrednia czysta afirmacja wyrażona słowami i muzyką. Śpiewane przez Bobby’ego wersy o kochaniu wszystkiego co związane z dziewczyną o chrześcijańskim imieniu i o niemożności doczekania się kolejnego spotkania z Nią. Tak bardzo twee.

Poza wymienionymi, wciąż znajdują się tu jeszcze trzy kompozycje. Do których grup się zaliczają? „End Of The Affair” jest czymś niewątpliwie pokrewnym do „When Morning Comes To Town”. Kolejną sielanką, wzbogaconą nawet o dźwięki fletu, traktującą o końcu relacji, aczkolwiek takim, który da się zaakceptować. Jak to Wratten ma w zwyczaju, następny utwór musi być ciepły i napawający optymizmem. Stąd „Couldn’t Feel Safer”, chyba najbardziej zlewający się z resztą punkt programu. Miło więc, że prawie na koniec duet serwuje swoisty ewenement, najmniej przystępne dla ucha, mechaniczne „White”, którego nie powstydziłby się pewnie wczesny Kevin Shields. Ponoć kontynuacja „Sensitive”, dla mnie numer ten wydaje się mieć sens jako początek nowej, eksperymentalnej drogi, którą grupa obierze już za moment.  




* "Let's Kiss and Make Up" - to pewnie najczęściej powtarzana informacja na temat The Field Mice, ale tak, powiedzmy to jeszcze raz, wersja Saint Etienne to oczywiście cover kawałka Wrattena i Hiscocka. Prawdopodobnie popularniejszy od oryginału. 

** "This Love Is Not Wrong" - może się mylę, ale czy przebój niejakich The Pains Of Being Pure At Heart (czyli najpopularniejszych aktualnie  kontynuatorów twee) zatytułowany "This Love Is Fucking Right" nie jest właśnie czytelnym nawiązaniem do piosenki TFM?


poniedziałek, 19 maja 2014

The Field Mice - I Can See Myself Alone Forever (1989)













Zgadza się, tytuł tego singla ukazuje nam Roberta Wrattena jako pesymistycznego,  zrezygnowanego, boleśnie nieszczęśliwego melancholika. I teraz pytanie, czy to co on nam tu wciska o umieraniu w samotności i niedoczekaniu znalezienia drugiej połówki jest w swej beznadziei komiczne, czy naprawdę przerażające? Zwrotka „I Can See Myself Alone Forever” to wręcz zupełna odwrotność tego co The Field Mice proponowali w „Emma’s House”. Tekstowe lamenty oraz wywnętrzenia Bobby’ego bezbłędnie przekazuje również muzyka, w szczególności zimny bas i rozmyta, cholernie głęboka gitara. Ryzykuję twierdzenie, że właśnie tutaj, głównie za jej sprawą, mamy do czynienia ze wczesną i iście doskonałą formą podgatunku muzyki alternatywnej zwanej dream popem.

Tym bardziej zaskakuje obecność „Everything About You” – chyba najbardziej optymistycznej i nośnej piosenki Londyńczyków jako strony B. O niej nieco więcej przy okazji pierwszej płyty długogrającej. 


niedziela, 11 maja 2014

The Field Mice - Sensitive (1989)








10

Od momentu wydania „Emmy” minęło kilka miesięcy, zaczął się nowy rok, choć nie dobiegła końca stara zima. Luty 1989, The Field Mice pokazują światu potwierdzenie tego, iż nie są tylko chwilowym aktem na rozległej a zarazem mało trwałej scenie niezależnej. Dowodem znakomite 5:05, w którym doprawdy żadna sekunda nie zostaje zmarnowana. „Sensitive” jawi się mocnym uderzeniem, kawałkiem motorycznie poprowadzonym przez melodie, puls basu, ale przede wszystkim brudne, pre-shoegaze’owe brzmienie gitary i wyrazisty rytm perkusji. Robert manifestuje tu wrażliwość i uczuciowość, bo choć tym razem piosence daleko do ckliwości i założeń kojarzonych z twee popem, to tekst jest niemalże krwawą obroną wartości, jakie panowie swoją twórczością niewątpliwie reprezentują.

My feelings are hurt so easily, That is the price that I pay, The Price that I do pay, To appreciate, The Beauty they're killing, The Beauty they're busy killing, Killing, Killing, Killing…

Z kolei uzupełniający singiel utwór “When Morning Comes To Town” to Field Mice klasyczne, konserwatywne i najzwyczajniej w świecie bardzo dobre. Emocje opadają, piosenka jest ładna, jej charakter niemal sielski, pomimo tego, że traktuje o kolejnej miłości, która musiała się skończyć. Bobby, wspomagany przez kobiecy głos jest jednak świadomy nieuchronności tego zdarzenia i nie wydaje się dołować. Rankiem idzie do przodu, wieczorem jest samotny i rozmyśla o niej. Standard.

„Sensitive” okazał się singlem umiarkowanie dostrzeżonym. Dotarł do top 20 UK Independent Chart a nawet znalazł się w prestiżowym Festive 50 kompilowanym co roku przez Johna Peela. 


wtorek, 6 maja 2014

The Field Mice - Emma's House (1988)









10

Kto dziś posiada jakąkolwiek wiedzę o wytwórni Sarah records, temu przychodzi zapewne na myśl przede wszystkim nazwa The Field Mice. Co prawda nie oni byli tu pierwsi, gdyż debiutancką siedmiocalówkę wydano im jako dwunastą z kolei pozycję w katalogu, a The Sea Urchins czy Another Sunny Day do zasobów twee i jangle-popu dorzucili od siebie coś ciekawego już chwilę wcześniej. To jednak Field Mice ze wszystkich kapel Sary okazał się zespołem bezapelacyjnie najbardziej prominentnym, rozpoznawalnym i posiadającym w ostatecznym rozrachunku najistotniejszy dorobek. Zaczynali zresztą kapitalnie, za sprawą znakomitości pod tytułem „Emma’s House”.

Kiedy Harvey Williams grał jeszcze wyłącznie we wspomnianym Another Sunny Day, panowie Bobby Wratten i Michael Hiscock radzili sobie zaledwie we dwójkę. Układ sił musiał być w każdym razie więcej niż wystarczający, skoro zaledwie wczesna faza działalności przyniosła duetowi kilka permanentnych majstersztyków. Pierwszym jest naturalnie tytułowe nagranie debiutanckiej EP’ki (albo jak kto woli singla). Utwór odsłaniający sporego rąbka muzycznej wrażliwości grupy, kamuflujący tęsknotę pod pozorem piosenki pogodnej i niebywale prostej. Składa się na niego modelowo dla wyspiarskiego indie-popu tamtego okresu brzmiąca gitara, obrazowo stawiane wersy przenoszące nas do portowego poranka, na godzinę za pięć szóstą, gdzie chłód przebija się przez jedwabną podkoszulkę bohatera oraz piękny w każdym calu refren - ujmująca ulotność uchwycona w kilku frazach. Wratten pyta gdzie ona jest? Śpiewa o opuszczonym domu ważnej dla siebie osoby i rozmyśla nad tym czemu wciąż nazywa go Jej domem? Emma, która dokądś odeszła, pozostawiając chłopaka w stanie sentymentalnej zadumy wpisuje się w jeden z najbardziej enigmatycznych dziewczęcych wizerunków niezależnego popu.

Na tym nie kończą się zalety pierwszej „siódemki” The Field Mice, choć zauważenie, że jej pierwsza połowa brzmi o niebo lepiej od drugiej będzie raczej nieuniknione. W totalny późno-80’sowy romantyzm z delikatną precyzją wprowadza „When You Sleep”. Bobby ponownie akcentuje wyjątkowość, ale i mglistość relacji miłosnej. Czule opisuje widok śpiącej ukochanej, a jednocześnie przeczuwa, że jego szczęście nie będzie trwać wiecznie. Co na papierze wydaje się rzeczą być może przesłodzoną w formie muzycznej zdaje egzamin na pięć. „Fabulous Friend” to nadal przyjemny, ale dość generyczny wytwór zespołu (Wratten posypuje głowę popiołem i akceptuje poczucie winy na jakie sobie zasłużył). „The Last Letter” z obecnym pianinem jawi się raczej letnią i błahą pioseneczką o przeciętnym tekście. 

Z dwiema kompozycjami bliskimi ideału, jedną dobra i jedną słabszą Londyńczycy notują debiut nierówny, ale i tak zapamiętany głównie przez wzgląd na klasę tytułowego utworu.



Ocena na górze to ocena tytułowej piosenki singla, b-side'y zostawiam w spokoju