Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yumi Zouma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yumi Zouma. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Podsumowanie 2016: piosenki 20-11















20. The Goon Sax – Sometimes Accidentally

Tym, co „kliknęło” w „Sometimes Accidentally”, a być może i w całej dotychczasowej twórczości The Goon Sax jest dziwnie zazębiająca się relacja między wykonawczym lenistwem i rozlazłością a traf-nością prostych, choć całkowicie zaraźliwych motywów. Nie trzeba być osobnikiem szczególnie by-strym, aby wskazać, co w utworze Australijczyków jawi się ele-mentem strategicznym. Kiedy dostajemy riff tak rozrywkowy i nienudzący się, zagrywkę tak zajmującą i przyjemną, jak ta tutaj, reszta może być w zasadzie dograna na odwal się. A więc, nawet jeśli od tego numeru zewsząd bije filozofią „nie obchodzi mnie to, w sumie mam to gdzieś”, to jego niewątpliwa neurotyczność staje się nieszkodliwa, a nawet sympatyczna, bo przecież dzięki dominującemu tu od pierwszej do ostatniej sekundy hookowi i tak „przypadkiem” cały czas tańczymy.


19. Minor Victories – A Hundred Ropes

Kompozycji autorstwa supergrupy złożonej z członków Mogwai, Slowdive i Editors przysługuje ode mnie tytuł największego growera roku. Z każdym przesłuchaniem „A Hundred Ropes” zauważalny sta-wał się kolejny element utworu, a moje uznanie rosło. Feno-menalność długiego klawiszowego tematu, przypominającego nieco ten z czołówki „Stranger Things” objawiła się oczywiście naty-chmiastowo, ale już klasa partii wokalnych Rachel Goswell, dra-matyzm wprowadzany za sprawą sekcji smyczkowej czy elektryzujące zakończenie ukazywały swe walory stopniowo. Minor Victories udała się trudna aktualnie sztuka stworzenia autentycznie intrygującego dream popowego singla. Piosenki zagadkowej i wciągającej, brzmiącej niczym kulminacyjny moment trzymającego w napięciu telewizyjnego serialu.


18. Modern Baseball – Just Another Face
















Naprawdę wiele wody upłynęło w pop punkowej rzece od czasu, gdy w 1994 roku Green Day „nanosił gatunek na mapę” popularyzując coś, co oczywiście istniało już sporo wcześniej. Można się zresztą spierać, czy Modern Baseball w ogóle gra jeszcze pop punk, ale zakładając, że w jakimś stopniu tak jest, to różnica między beztroską i brakiem powagi klasy ’94 a dojrzałą refleksyjnością obecnego pokolenia prezentuje się nad wyraz ewidentnie. 21 lat temu wokalista kalifornijskiej kapeli Home Grown w utworze „Another Face In The Crowd” śpiewał o tym, że chciałby zostać gwiazdą, aby ludzie go dostrzegali. Dziś w nieco podobnie zatytułowanym „Just Another Face” Brendan Lukens mierzy się z maniakalną depresją, psychicznymi zjazdami, samo-zwątpieniem i trudnościami, które te stany przysparzają w kontaktach międzyludzkich. Przesłanie piosenki na tym się jednak nie kończy. Tam, gdzie wchodzi optymistycznie brzmiący refren zaczyna się też podbudowująca część tekstu: If it's all the same, it's time to confront this face to face, I'll be with you the whole way. It'll take time, that's fact, śpiewana z perspektywy przyjaciół i rodziny “chorego”. Warstwa liryczna rezonuje więc z warstwą muzyczną, a muzyczna z liryczną, tworząc swoisty „thoughtful” pop punk. Współczesny wariant stylu, w którym wszystko wydaje się czemuś służyć i coś więcej znaczyć.
17. Still Corners – Lost Boys
















Tessa Murray w głównym singlu z ostatniej płyty Still Corners wyraża romantyczną tęsknotę za „straconymi chłopcami”, „świętymi i grzesznikami”, w których oczach widoczne jest zło i dobro. W całym utworze aż roi się od nawiązań i aluzji, począwszy od tytułu przywodzącego na myśl wampiryczny film Joela Schumachera z 1987 roku, przez linijkę: There are boys in the twilight zone, alone, przypominającą o kultowej serii telewizyjnej z lat 60., po wszelkie muzyczne skojarzenia na czele ze słynnym przebojem Bronski Beat. A skoro już stanęło na muzyce, „Lost Boys” jest dokładnie tym, czego od londyńskiego duetu należało wymagać. Wymarzonym synthpopowym hitem, łączącym zamgloną, senną aurę z ekstatycznie dyskotekowym uderzeniem. Piosenką opartą o taneczną pulsację, atrakcyjną dynamikę zwrotek i jakżeby inaczej – rozkoszną erupcję refrenu. Wpaść, dać się omotać i dobrowolnie zatracić. Jeżeli bierzecie się za ten utwór, tak powinien wyglądać wasz plan na najbliższych kilka minut.


16. Hamilton Leithauser & Rostam – You Ain’t That Young Kid
















Hamilton Leithauser i Rostam Batmanglij w “You Ain’t That Young Kid” osiągają poziom muzycznej i tekstowej narracji bliski perfekcji. Tam, gdzie lider nieistniejącego już The Walkmen w nadzwyczaj absorbujący sposób z pozycji pierwszoosobowej opowiada o gorzkim rozstaniu, ex-członek Vampire Weekend na każdym etapie ubarwia historię kunsztownymi, acz wyważonymi muzycznymi pomysłami. Kiedy Hamilton podejmując zwrot akcji śpiewa: The parking lot was dark, And I walked out of the bar towarzyszą mu rozczulające partie klawiszy Rostama. Gdy Leithauser przechodzi do finalizującego piosenkę czarującego fragmentu: Pictures of us dancing, From a lifetime, a lifetime ago..., Batmanglij wyprowadza najbardziej ujmujący temat, jaki ma w zanadrzu. „You Ain’t That Young Kid” jest więc dopieszczone na obydwu płaszczyznach, ale co ważniejsze niesamowicie efektywne także jako całość. Utwór ten wypada przekonująco pod względem koncepcyjnym, choć równie pozytywnie za sprawą swej zachęcającej staroświeckości, melodycznej klasy czy naturalnej elegancji. 


15. Cass McCombs – I’m A Shoe
















Nie słyszałem w tym roku zakończenia albumu brzmiącego bardziej doniośle, roszczącego sobie prawo do stania się closerem klasycznym. „I’m A Shoe” Cassa McCombsa to utwór głęboki i pesymistyczny, zawieszony w aurze indie rockowych i slowcore’owych nagrań pierwszej połowy lat 90. W ciągu długich sześciu minut spotykają się tu nieszczęśliwy Mark Kozelek circa 1992-1993 i zdołowany, myślący o samobójstwie Elliott Smith. Słysząc śpiewane przez wokalistę zdania, takie jak: Goodbye good people, you can’t help me anymore, I’m going down for sure trudno zresztą nie odczuć pewnego niepokoju. Cała ta absolutnie pochłaniająca, pustynna warstwa muzyczna wydaje się sugestywnie prowadzić nas wraz z podmiotem lirycznym do Bodie – miasta duchów, niżej w dół niż korzenie sosny. Każdy towarzyszący dźwięk w czasie tej straceńczej wędrówki rozpływa się i rozmywa. Wszystko majestatycznie dąży do epickiego końca. Niebycie pod wrażeniem nie wchodzi w rachubę. 


14. The Radio Dept. – Swedish Guns
















„Swedish Guns” to jeden z tych przypadków, w których siłę rażenia utworu zapewniają elektryzujące dźwięki, podszyte dodatkowo mocną dawką politycznego przesłania. Panowie z The Radio Dept. chcąc zwrócić uwagę na fakt, iż ich słynąca z pokojowego i tolerancyjnego nastawienia ojczyzna jest w istocie jednym z największych producentów broni, wykładają sprawę jasno: Guess what came to town, The Swedish guns, And guess what burned it down, The Swedish guns, And every life they took, With Swedish guns. Logiczne wydaje się przy tym dobranie muzycznych środków, takich jak mechaniczny, uderzający niepokojem syntezatorowy motyw i towarzyszący mu repetycyjny bit. Johan Duncansson nie pozostawia nas jednak w tym frapująco sygnalizowanym poczuciu dyskomfortu do samego końca. W ciepło śpiewanym refrenie pobrzmiewa jeszcze nuta nadziei: When you want something done, Just take me by the hand, We'll make them understand.


13. Tacocat – You Can’t Fire Me, I Quit
















Bezpretensjonalne melodie, zgrabne zmiany akordów, sprężysta sekcja rytmiczna oraz czas trwania równy zaledwie dwóm minutom z groszami. Egzamin z układania finezyjnego i perfekcyjnie treściwego indie popu Tacocat zaliczają na ocenę możliwie najwyższą do wystawienia. W „You Can’t Fire Me, I Quit” wpływy wdzięcznego, dziewczęcego twee spotykają się z konkretem niezależnego rocka a la Guided By Voices. Wokal Emily Noces kusi powabnymi oh no, whoa-oh, zaś instrumenty pozostałej trójki muzyków zapewniają historii przepychanki: „kto z kim pierwszy zerwie?” oprawę bardzo gustowną i solidnie zachęcającą.


12. The Hotelier – Piano Player
















The Hotelier stają się zespołem coraz lepszym i ciekawszym, choć nie przestają być przy tym zespołem żywym, młodym i emocjonującym. „Piano Player” to kompozycja tryskająca witalnością i energią, pomysłowością oraz inteligencją. „Prawdziwy singiel”*. Partie gitar i bębnów niemiłosiernie wymiatają, wokal Christiana Holdena bez problemu nadąża, a teksty prezentują się ambitnie. Są tu takie smaczki jak to sustaaaaaain przemieniające się później w so staaaay czy klamrowa konstrukcja z mantrycznym: Inside your room there’s 40 few... . Pisząc prosto i krótko, The Hotelier spełniają na tę chwilę wszystkie warunki do bycia rockową kapelą, którą można się „jarać”.



11. Yumi Zouma – Text From Sweden
















Trudności związane z utrzymywaniem relacji międzyludzkich w czasie długich podróży i tras koncertowych to temat stary jak świat, podejmowany przez kompozytorów i tekściarzy wielokrotnie, nieodłącznie zresztą wpisany w dolę muzyka. Who Am I to try and save us? Haven't helt you close in ages, śpiewa w "Text From Sweden" Christie Simpson, wyrażając odczucia podobne choćby do tych, z którymi w "Don't Be Memory" borykał się ćwierć wieku wcześniej jej rodak Martin Phillipps. Tym razem zamiast szantowego kiwi rocka treść tę otrzymujemy w postaci skrzyżowania sophisti z synthpopem. Piosenkowego kolażu melodyjnej klawiszowo-gitarowej melancholii i wysublimowanej tanecznej rytmiki. Tym, co finalnie nadaje indeksowi numer 2 z „Yoncalla” wyjątkowości jest jednak jego punkt centralny – refren. Damsko-męski duet wokalny członków zespołu, wynoszący utwór w rejony wyższej szkoły magii. 

miejsca 50-41 

miejsca 40-31

miejsca 30-21

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Podsumowanie 2015: piosenki 40-31












Piosenki część 2

40.  Susanne Sundfør – Delirious















Każdy „synth” i każda kwestia wokalna w tej klarownej popowej piosence okupione są dawaniem słuchaczowi ogromu przyjemności. Głos Susanne w „Delirious” osiąga znakomity złoty środek między wdziękiem a siłą. Podobna relacja zachodzi też w charakterze kompozycji, o którym współdecydują bezpośrednia przebojowość oraz skłonność do art-popowych rozwiązań. Podczas gdy wielu życzyłoby sobie zapewne wypracowania podobnego kompromisu, dla 29-letniej Norweżki problem pogodzenia twórczych ambicji z precyzyjnym celowaniem w hit wydaje się całkowitą abstrakcją. 


39.  Miguel – Coffee















Totalnie zakochany, romantyczny wrażliwiec Miguel brzmi tutaj niczym wyznawca kościoła absolutnego miłosnego spełnienia. Oczywiście w piosenkach R&B często mamy do czynienia z miłością, w której seks jest elementem nieodłącznym i zawzięcie pulsującym albo nawet z tą miłością jawnie tożsamym. Nie inaczej dzieje się w „Coffee” choćby za sprawą dość oczywistych metafor (Wordplay, turns into gunplay), czy wymownego podtytułu wersji rozszerzonej (proszę sobie sprawdzić). Fenomen tego kawałka nie wykracza w zasadzie poza intymno-bezwstydną grę, hektolitry ciepłych emocji, zachęcający feeling i niezłą produkcję. Warto jednak przy tym podkreślić, że wykraczać poza te rzeczy wcale nie musi, bo jeśli faktycznie je posiada, to znaczy, że już jesteśmy w domu. Yes, let's drugs, sex, and polaroids.


38.  Ducktails – Surreal Exposure















Bratobójczą walkę pomiędzy członkami Real Estate rozstrzyganą za sprawą jednej najlepszej piosenki wygrywa u mnie w tym roku Matt Mondanile. Nie podejmę się jednoznacznej oceny czy ostatnia płyta Ducktails jest ogółem lepsza od albumowej solówki Martina Courtneya, ale „Surreal Exposure” jako pojedynczy utwór zdecydowanie wygrywa najważniejszą bitwę między obydwoma panami. Pamiętając o świetnym „The Flower Lane” nie dziwi fakt, że koronkowe melodie tkane przy kolejnych wersach, przedrefrenach, refrenie i mostku płyną tutaj sobie swobodnie tak, jakby były efektem jedynie nieco głębszego wzięcia oddechu przez Matta. I o czym tu więcej pisać? Tak proste, a tak wyrafinowane. 















Słowa padające w utworze Keep Shelly In Athens obok mglistych klawiszowych melodii oddają maksymalną sugestywność za pomocą minimalnej treści. Lay down, We're silent, Frozen fractals, Now we're shading our waaaay. Krótkie, enigmatyczne linijki stają się idealnym tworzywem dla tęsknej dream popowej piosenki, a zwłaszcza jej refrenu. Cytując eksperta specjalizującego się w tematyce chaosu: Fraktale są niby proste, ale wystarczająco skomplikowane, żeby fascynować.

36.  Deerhunter – Breaker















Sprytny „myk” zastosowany w tym kawałku polega na wykorzystaniu rozbrajająco banalnego pomysłu, jakim jest niewątpliwie zaangażowanie do duetu wokalnego dwóch członków zespołu. Locket Pundt – gitarzysta i wokalista znany z pisania najwyżej kilku utworów na każdą płytę Deerhuntera oraz dobrze ocenianych albumów pod szyldem Lotus Plaza postawiony zostaje w „Breaker” właściwie na równi z liderem kapeli Bradfordem Coxem. Obydwaj panowie nadzwyczaj urokliwie przemieniają się między zwrotkami i refrenami, a kiedy „pałeczkę” przejmuje jeden, wówczas drugi wspiera go gdzieś na boku. Osobną sprawę stanowi też pomykająca przez cały czas w tle, teoretycznie niepozorna, aczkolwiek w praktyce ostro uzależniająca melodia, patronująca tej arcyładnej piosence o radości z bycia żywym.


35.  Unknown Mortal Orchestra – Can’t Keep Checking My Phone















W istnie synkretycznym, wybornie wyprodukowanym kawałku UMO zmiksowali nam końskie dawki funku, neo-psychodelii i deep house’u. „Can’t Keep Checking My Phone” to impreza co rusz przenosząca się w inne miejsce. Od czegoś w klimacie retro począwszy, o klub rodem z lat 70-tych zahaczając, na elektronicznym DJ-secie a la Boiler Room skończywszy. Nowozelandzko-amerykańska grupa trzyma rękę na pulsie każąc jednocześnie tańczyć i śpiewać. Zwróćmy bowiem też uwagę na płynność zwrotek i sposób rozkładania akcentów w wykorzystującym tytułowe słowa refrenie: I cant’ keep checkiing my pho o one, pho o one. Niby nic, a cieszy. Aż chciałoby się to szaleństwo jakoś rozwinąć, rozkręcić, przedłużyć. Do siedmiu albo dziesięciu minut.   















Strzał nieco słabszy niż „Alena” i na pewno nie tak frapujący jak „A Long Walk Home From Parted Lovers”, ale wciąż  na tyle dobry, by w zespole Yumi Zouma nadal widzieć najbardziej obiecującego singlowego zawodnika sceny chillwave’owej. W drugim numerze promującym „EP II” Nowozelandczyków podgatunek kojarzony z Toro Y Moi, Washed Out czy Neon Indian bierze górę nad wyraźniej wcześniej zauważalnymi inklinacjami sophisti-popowymi. Trio pada tu chyba najbliżej rejonów stylu uprawianego w 2012 roku przez Work Drugs, a przynajmniej mi osobiście skojarzenie z klimatem tamtych nagrań wydaje się najwłaściwsze. Istotnymi zaletami „Catastrophe” jawią się barwne klawiszowe tekstury, nasycony emocją efektywny refren, no i to tak zwane „uczucie” aktywujące w kawałku pokłady nostalgii.














Mam nadzieję, że zdążę posympatyzować trochę z tą piosenką zanim wkrótce za sprawą jakiejś reklamy pozna ją cały świat. Jak na razie można chyba bezpiecznie cieszyć się z niezajechanych jeszcze na śmierć hooków, które w „Go!” występują w liczbie nader imponującej. Spróbujmy je zresztą wyliczyć:

1.      Goooo! czyli inicjalne rozkręcanie akcji
2.      Eksplozja roztańczonego tematu przewodniego
3.   Pierwsze wejście linii wokalnej i fajnego głosu dziewczyny o nazwisku Mia Bøe
4.      Końcówka pierwszej zwrotki: Yeah you heard me, I stay cooool and gonna take you there inside
5.    Środek drugiej zwrotki: I seek connections of your mind, I know you want it yeah, we want it for you
6.   Uderzające do głowy: And if you feel like the sky walk land from burning, Remember our souls are burning too. Fragment przewidziany zapewne na zawiązanie największej więzi ze słuchaczem.

Uczciwie wypadałoby poza tym wymienić wiele więcej. Sztokholmskie trio zmieliło w swej maszynce wszystko, co ostatnimi czasy nosiło w sobie znamiona największej przebojowości: synthpop, chillwave, dream pop. Podążyło tropem efektowności M83 i MGMT smażąc murowany hit dla młodzieży bawiącej się do „indie-muzy”, a zarazem trzy i pół minuty bardzo rzetelnego popu. Wiem już jakiego utworu najmocniej będzie mi brakować podczas sylwestra.














Jelcyni ani na milimetr nie odstępują od swego indie/power popu grubymi garściami podkradanego od Weezera, Superchunka czy The Shins. „Step Brother City” to utwór wyjątkowo przejrzysty. Wymiatacz oparty o stare, dobre chwyty, prowadzony rozwibrowanym riffem, energetyczną grą perkusisty i chwytliwym podśpiewywaniem. W chwilach oddechu da się tu usłyszeć garstkę brzdąkanych melodii oraz odrobinę basu, a miękki wokal Philipa Dickeya z rozmysłem wymierza błyskotliwe zdania oddające stan uczuciowych niepowodzeń i dezorientacji. Nie rozczarowuje zwłaszcza finał zawierający solidną gitarową puentę, urwaną być może w najlepszym momencie.  















W kawałku tych duńskich młodzieńców znalazłoby się kilka niedociągnięć takich, jak kiepski tekst i niezbyt dobry wokal. Ktoś lub coś, jakieś niepojęte zjawisko chciało mimo to, by „Out Of My World” stała się piosenką rewelacyjną. Zaważyły zapewne pasja, szczerość, szczenięca naiwność i cała reszta cech marzycieli zawodzących o nieosiągalnej miłości. Zachwycają tu zadbane, ekstatyczne melodie, rozpościerające się pomiędzy konstelacjami dream popu, jangle popu i nowej fali. Zdobywają siłą rzeczy sympatię uczuciowe łkania Martina Rehova, a sama maniera lidera Communions czyni z niego męskiego odpowiednika niepokornej Mai Milner z Makthaverskan. Przede wszystkim olśniewa jednak stanowiący rarytas dla piosenkofili refren kompozycji, posiadający podwójne, a może nawet potrójne dno, mieszczący co najmniej tysiąc emocji na raz.


Piosenki 50-41