Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise rock. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2020

Just Mustard - Frank // October (2019)












8

W ciągu zaledwie roku Just Mustard stali się dla mnie jednym z najbardziej ekscytujących nowych zespołów gitarowych. Wystarczył jeden album i jeden singiel. Wydany w 2018 mocny debiut „Wednesday”, gdzie zawarto choćby świetną piosenkę „Deaf” oraz zeszłoroczny „Frank // October”, na którym obydwa utwory przekonują, że wcześniej nie było jeszcze aż tak dobrze, żeby teraz nie mogło być lepiej.

Wypadałoby może zacząć od tego, że głos wokalistki funkcjonuje tu na zasadzie lekkiego dysonansu z instrumentami pozostałej części zespołu. Katie Ball mogłaby z powodzeniem występować w grupie grającej słodki dream pop, tymczasem w Just Mustard jej delikatna barwa, kontrastująca z mrocznymi gitarami i niepokojącą sekcją rytmiczną, pozwala na osiągnięcie mniej oczywistego, ale jak to często bywa bardziej intrygującego efektu. Na papierze niby nic nowego, pamiętamy np. Cranes, ale wystarczy posłuchać, aby przekonać się, że Irlandczycy wypracowali coś w dużej mierze swojego, opartego na dość unikalnej chemii.

I chociaż w obydwu częściach składowych „Frank // October” ta pociągająca komplementarność jest osiągana perfekcyjnie, a bez niej nie byłoby tak porażającego rezultatu, to w każdym z utworów jeden element wybija się ponad resztę. Pierwszy kawałek w największym stopniu „robi” charyzmatycznie artykułowane przez Katie „I WATCH TV TO FALL ASLEEP AND I CAN FLY IN MY DREAMS”, nawet jeśli nie da się ukryć, że także panowie zapewniają koleżance wprost wymarzone tło do snucia tego rodzaju wizji. Drugi to popis przede wszystkim chłopaków z gitarami, wycinających szalenie wiercący dziurę w głowie jazgotliwy motyw, choć i tu nie można pominąć faktu, że również frontmanka dokłada od siebie ogrom sugestywności.

Dwa zbudowane na pomysłowym operowaniu melodią, hałasem i atmosferą numery dają więcej satysfakcji niż wiele, tych nawet całkiem udanych, płyt długogrających. Na całym singlu wyraźnie słychać kapitalne wyczucie, umiejętność odpowiedniego rozkładania akcentów, dodawania przesterów, stąpnięć perkusji czy mruknięć basu. Mówiąc krótko panuje tutaj czysta kreatywność, co w indie rockowym graniu powinno dziś uchodzić za najcenniejszą zaletę.

niedziela, 1 listopada 2015

Melisa - Dla Melizy (2015)











6

Wolę brzydotę, Jest bliżej krwiobiegu. Te słowa mogłyby stanowić punkt wyjścia dla budowania przekazu przez zespół Melisa. Czerpiąc z antyestetyzmu pełnymi garściami kapela oddaje się bowiem kreśleniu realistycznych ilustracji społecznych patologii i skrajnie negatywnych stanów emocjonalnych. Obrazy nędzy i rozpaczy tworzą z noise’owo-hardcore’owym brudem alians całkowicie spójny oraz tak samo efektywny. 

Związek muzyki i tekstów na „Dla Melizy” jest zdecydowanie nierozerwalny. Przy tych dźwiękach dziwnie byłoby śpiewać o kwiatkach i motylkach. Analogicznie linijki w rodzaju Bardzo nie chcę tutaj być i zrzygałem się do krwii nie pasowałyby raczej do ładnych piosenek. Zdarza się tu co prawda czasem jakiś przetrącony, zabłąkany kawałek „melodii”, ale jawi się on prędzej ironicznie pozostawionym na kilka chwil niedobitkiem. Takie wrażenie można odnieść słuchając „Trotylu”, w którym zwłaszcza fragment: Zamknij sumę wszystkich dni w zadymionej klatce i... na swój zdegenerowany sposób wpada w ucho. Istota tego albumu to jednak granie nieubłaganie brutalne, mocne i ponure. Smakowity technicznie zlepek jazgoczącego noise-rocka z niezwykle mroczną odmianą post-hc. Najlepiej dzieje się na krążku, kiedy grupa wyprowadza najcięższą artylerię. W numerach takich jak: „Gdzie giną gołębie”, „Dla Melizy”, „Podróż za jeden uśmiech” czy ultra-masakrującym „Nie mam gdzie spać”. Nieprzypadkowo wymieniłem kompozycje najbardziej treściwe jeśli chodzi o zawartość słowa. Popisy liryczne Mateusza Romanowskiego zwielokratniają ostry wyraz muzyki i wraz z nią świadczą o największej sile Melisy. Szkoda, że w drugiej połowie stopniowo ulegają marginalizacji po czym ostatecznie znikają. 

„Dla Melizy” to płyta bez wątpienia oryginalniejsza od innej tegorocznej pozycji z udziałem Romanowskiego czyli „Fear Is The New Self-Awareness” The Spouds. Przy tym ani lepsza ani gorsza, bo zupełnie inna i na dobrą sprawę nieporównywalna. Solidna strawa dla antyestetów i fanów intelektualnej muzycznej agresji.

sobota, 11 października 2014

Kiev Office - Statek Matka (2014)


Otoczka to dużo, więcej niż mogłoby się wydawać. To, co dzieje się przed ukazaniem płyty, wszelkie zapowiedzi i zachęty nie zmieniają samej muzyki, ale mają ogromny wpływ na podejście przed sięgnięciem po nią. Podejście z kolei nie pozostaje bez wpływu na odbiór. I tak, na nowy Kiev Office narobiono mi smaku w całkowicie odpowiednim czasie, może tydzień przed premierą. Tak się również złożyło, że poprzednie dwie płyty, wcale nie z powodu premiery tej nowej, odświeżyłem sobie w niedalekiej i bardzo niedalekiej okolicy premiery „Statku Matki”. Otrzymanie świeżego materiału w tym momencie ucieszyło bardziej niż mogłoby w innym. Wzrósł entuzjazm, ale i podniosła się poprzeczka oczekiwań.

Moje zainteresowanie szczególnie ukierunkowane zostało do jednego z kawałków, o którym usłyszałem wcześniej to i owo.  „...a "Bulwar Molo" z refrenem "wirujesz wciąż jak fakir, zawijasz siebie w rollo, skaczesz przez bulwar, skaczesz przez molo" ma szansę stać się największym przebojem Kiev Office” pisał na fejsbukowym wallu Bartosz Chmielewski z Muzyki Końca Lata. Na wzmianki o przebojowości w kontekście zespołu, którego przebojowe fragmenty uwielbiam, zapaliłem się jak norweski kościół. Odpalając „Statek” miałem nawet zamiar zacząć swój odsłuch właśnie od numeru ósmego. A jednak coś mnie powstrzymało, ujarzmiłem ciekawość, postanowiłem rozprawić się z wszystkimi piosenkami po kolei, po bożemu. 

Zanim do meritum, jeszcze jedna około-tematyczna dygresja. Opowiadania z „bruLionu”, zadupijne dzielnice Katowic, podróże pociągami, „Lalamido”, reklamy Mazdy i szamponów do włosów wskrzeszane z YouTube’a, teledysk Code Orange, znane, młodsze trochę tylko gęby polityków w „Nocnej Zmianie”, wszelkiej maści brudna muzyka rockowa. Różne rzeczy w ciągu ostatnich miesięcy pobudzały moją ostrą nostalgię za latami 90. Ostatnim (jak dotąd) elementem owego pobudzania był live „Satelity” Kiev Office z 2009 roku. Nagranie ukazujące całą zadziorność kawałka i zawartą w nim, jedynie dla „ninetiesów” odpowiednią hiciarskość skumulowaną w gitarach. Klimatyczne w jednakowym stopniu - mrok i melodie czuło się już na „Antonie Globbie”, w zeszłym roku zniszczyła nadmorska narracja „Bałtyk Nocą”. „Statek Matka” również potrafi na całego wchłonąć i przetrawić sprawiając, że słuchacz zaginie zmysłowo gdzieś w krainie przepastnej, trójmiejskiej nocy.

Bartek nie kłamał, „Bulwar/Molo” jest niesamowite i zawiera tekst, który onieśmiela chwytliwością co najmniej tak, jak „Historia oka” Bataille’a zawstydzała grzeczne filolożki polskie 25 lat temu. Najpierw te skromne pół minuty zwrotki, jednostajny rytm, sprytna hipnoza, z której wyrasta refren gigant. „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”! Z samym zaśpiewem przywodzącym jakby na myśl Manaam, może Siekierę czy inny rodzimy post-punk. Albo brzmi to aż tak dobrze, albo ja uwierzyłem zanim jeszcze posłuchałem. Wyborne jest również „Girls From Rewa, Boys From Hel”, esencja Kiev Office, coś czego mogliśmy się po nich spodziewać, ale doszlifowane i epickie jak nigdy dotąd. Chórki Joanny Kucharski nigdy nie brzmiały tak dostojnie, wokal Gorana nigdy tak przejmująco, muzyka grupy nigdy tak bardzo nie przypominała potężnego i pięknego parowca... . Tekst osiąga zaś wartość definitywną*. Ich „A Day In The Life”.

Przedstawicielem absorbujących kompozycji, o których napomknąłem pod koniec trzeciego akapitu jest najdłuższy na płycie „Opat”. Instrumentalna, zadumana nowa-fala, noc ciemna zmysłów, mogłaby tak nieść się i przez pół godziny. Na przeciwległym brzegu – „Po południu Mechowo”, hardcore’owa jatka, następca „Karoliny Kodeiny” i „Człowieka Pełnego Powiek”. Jakże cholernie mięsiste potrafią tu być gitary. Zwłaszcza w „Statku Matce” i „Indianinie”, także w „Białej Sierści” Miegoń tnie riffy aż lecą wióry, ogółem więcej jest też fantazyjnych solówek. Z sześciu strun emanuje noise-rock i post-punk, dobrze rozumiany alternatywny rock, punk, szczypta bluesa i ciężkiego grania. Piosenkową lekkość najlepiej reprezentuje zaś zdecydowanie „Szary Mistyk”.

Przy ostatnim odsłuchu „Zamenhofa”, uraczyła mnie ponownie rozrywkowość ich stylu, totalna radość i relaks. Przy spotkaniu z „Antonem” z kolei niebywała żywotność – „Mężczyźni w strojach kosmonautów” wręcz wyłazili ze słuchawek. Jeżeli miałbym na tę chwilę ująć największy atut „Statku Matki” to celowałbym w umiejętne posłużenie się rockowym warsztatem i skonstruowanie czystego gatunkowo, choć złożonego podgatunkowo materiału, który sprawia szorstką przyjemność, ale też jawi się jako interesujący. Surowowość i pomysłowość dochodzą do porozumienia, szarość jest kolorowa. Pomimo rewitalizowania estetyk poprzednich dekad ciężko posądzić o nieświeżość.


*około-trójmiejskie smaczki zawsze u Kiev Office obecne, a wręcz nieodłączne, tutaj rozkwitają zupełnie. Same tytuły zdradzają zresztą wiele. 

czwartek, 26 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 20-17



















Reprezentatywna próbka intrygującego miejscami stylu The Drones. Mroczna subtelność klawiszy i enigmatyczne linijki autorstwa charyzmatycznego wokalisty/kompozytora Garetha Liddiarda budują nastrój. Gwałtowne przyłożenia w okolicach refrenu nie do końca trafione, ale do zniesienia. Cieszy fakt, że Australijczykom udało się dojść do głosu i na przestrzeni ostatnich miesięcy ubarwić zdominowaną przez powtarzalnych Amerykanów i Brytyjczyków scenę gitarową.















O sympatii Mike’a Kinselli do The Smiths wiemy nie od dziś, pamiętamy cover „Girlfriend In a Coma”. W „Coffin Companions” dostajemy kolejny namacalny dowód. Czym byłaby ta piosenka bez kapitalnej parafrazy słów Morisseya? Prawdopodobnie czymś nadal całkowicie udanym, ale za „dziewczynę która ma coś do zrobienia” i „chłopca z dwoma cierniami w boku” należą się dwa punkty w górę.  















Po co pisać kolejną piosenkę z jednym refrenem albo dwie z dwoma? Ezra Koenig w „Don’t Lie” udowadnia, że równie dobrze można zrobić dwa zajebiste na raz i to w jednym kawałku. Pierwszy rozpoczęty od don’t lie... i drugi od I want to know... Gdzieś w tym wszystkim docierają do nas sprytnie przemycone wpływy przebojowo kołyszącego reggae.















Zajęcia z cyklu „słowo i muzyka” czyli jak totalnie ckliwe piękno, metafizykę i emocje ująć jednocześnie za sprawą tekstu oraz dźwięków. Gdybym mógł, ściągnąłbym Trevora Powersa na swoją uczelnię, aby ten fenomen zaprezentował. Trevor wyciągnąłby instrumenty, zaczął grać motyw przewodni „Dropli” i kruchym głosem śpiewać tę wyjątkową opowiastkę o śmierci. W jednej chwili wszyscy pojęliby na czym polega istota zagadnień poruszanych na konwersatorium. Reszta zajęć do końca semestru zostałaby odwołana.  

niedziela, 25 sierpnia 2013

Judy's Funeral - Four Track EP (2013)









6.5

W trójmieście wyrósł nam niedawno polski odpowiednik A Place To Bury Strangers, kapela wyznająca brutalny shoegaze, masywne przestrzenie dźwięku, noise i zimną falę. W muzyce Judy’s Funeral ciężko właściwie wyczuć jakiekolwiek oznaki polskości. Gdyby powiedziano mi w ciemno, że panowie pochodzą z USA, Wielkiej Brytanii, Australii czy dajmy na to Szwecji, łyknąłbym tę historię bez problemu. Tymczasem mowa o trzech chłopakach z Gdyni, reprezentujących barwy wytwórni FYH!. Lewandowski, Piotrowski i Rojek bezkompromisowo konstruują ściany dźwięku, ukrywają psychodelę pod przykrywką lodowatego anturażu i masakrują wszystko na swej drodze, lub tak jak w ostatnim na EP’ce „Before You Fade Away” snują klimatyczne melodie nie rezygnując przy tym z garażowej estetyki. 


niedziela, 2 grudnia 2012

1992 w piosenkach (indie/alternatywa część I)


30. Beat Happening – Noise












It’s only noise, it’s only noise, it’s only noise. No właśnie chyba nie do końca, bo ta nieco przewrotnie zatytułowana piosenka jawi się bardziej wyśmienitym, starej szkoły indie popem niż którąś z hałaśliwszych odmian rock’n rolla. Co prawda gitara przyjemnie zgrzyta tu, szumi i rzęży, ale wydostają się z niej także popowe akordy, a przeuroczy śpiew Heather Lewis mówi już sam za siebie.

LINK


29. Blueboy – Sea Horses












W „Sea Horses” delikatny, zwiewny twee-pop rodzi się z pozostałości wpływów C86 po czym rozkosznie rozpływa w estetyce kojących dźwięków bliskich tym, które wkrótce po drugiej stronie oceanu wypłyną spod instrumentów The Sea And Cake. Od Keitha Murdlera, który z Gemmą Townlet snuje głosowe harmonie, nauczy się zaś wiele Stuart Murdoch. Słuchając Blueboya trudno odeprzeć wrażenie, że bez tego zespołu klasyczne płyty Belle & Sebastian z lat 90. brzmiałyby zupełnie inaczej.

LINK


28. The Jesus Lizard – Gladiator












Gladiator wkracza na arenę. Mocne nawalanie plus szaleńcza wokalna artykulacja, która więcej ma wspólnego z histerią i zwierzęcymi odgłosami niż tym co przywykliśmy nazywać śpiewem. Kawał noise-rockowej, undergroundowej sieki.

LINK


27. Pale Saints – Thread Of Light












Gdyby los w końcówce lat 80. potoczył się nieco inaczej, Meriel Barham byłaby dziś pewnie znana jako wokalistka Lush. Niewiadomo czy świat usłyszałby w ogóle o Miki Berenyi, a Pale Saints nigdy nie nagraliby tak pięknego utworu jak „Thread Of Light”. Aura jest tu lekko zapożyczona od Cocteau Twins i typowa dla dream popowych zespołów przełomu dekad. W tym miejscu to jednak Pale Saints stali się niewątpliwie kluczowym zawodnikiem gatunku. Mając już na koncie „Comfort Of Madness” teraz potwierdzając klasę albumem „In Ribbons”, poskładanym z równie doskonałych piosenek, kwartet z Leeds chwytał swój najlepszy moment.

LINK


26. Cows – Contamination












Grupa Cows proponowała swojego czasu odrobinę alternatywy wobec zwykłego noise rockowo-garażowego łojenia. Szczypta swojskości, punkowego bluesa, ale przy tym niezachwiana ostrość i pełna bezkompromisowość męskiej muzyki. Gitarowe grzanie bez sentymentów.

LINK


25. Alice Donut – Magdalene













Alice Donut w pierwszej połowie lat 90. ani trochę nie spuszczali z tonu. W samym okresie 1990-1992 nagrali trzy albumy, EP’kę i kilka singli w tym właśnie „Magdalene”. I co by tu właściwie dodać? Kawałek udany, nawet bardzo. Brudny, mięsisty, ale z całkiem nieźle wkręcającym się refrenem, nie ujmującym niczego ich pociągającej niedbałości. To wciąż stare, dobre Alice Donut, sympatyczna muzyczna łobuzerka rodem z NYC.

LINK


24. Ecstasy Of Saint Theresa – Swoony












Grubo myli się ten kto sądzi, że w tamtych czasach pierwszoligowy shoegaze powstawał jedynie w krajach takich jak Anglia czy Stany Zjednoczone. Ciekawe rzeczy działy się choćby u naszych czeskich sąsiadów. Ecstasy Of Saint Theresa za sprawą swojej płyty „Susurrate” stali się prawdopodobnie najlepszymi naśladowcami My Bloody Valentine w tej części Europy. Słowo „naśladowca” brzmi zresztą dość nieprzyjemnie, bo choć wpływy twórczości Kevina i Blindy można stąd czerpać garściami to najważniejszy jest fakt, iż kompozycje Ekstazy Świętej Teresy były najzwyczajniej w świecie znakomite. „Kompozycje” oczywiście w tym sensie czysto shoegaze’owym. W przypadku „Swoony” mógłby bowiem ktoś złośliwy powiedzieć, że pod niewyraźnym wokalem i jeszcze bardziej „zawaloną” linią gitary żadna przemyślana melodia się nie kryje. Nic bardziej mylnego. Użycie dźwięków w taki, a nie inny sposób, sprawienie, że układają się one w taką, a nie inną muzyczną mozaikę sprawia, że nie ważne są środki czy zamiary. Jeśli rezultat wygląda właśnie TAK to naprawdę wszystko mi jedno czy jest on wynikiem skrupulatnego planu czy udanego odjazdu na prochach.

LINK


23. Love Spirals Downwards - Illusory Me












Anielski śpiew Suzanne Perry niczym wyciągnięty ze średniowiecznych pieśni. Kościelne wokalizowanie przyjemnie przywołuje nam His Name Is Alive, muzyka zaś zdradza sympatię do Dead Can Dance. Już sam ten skąpany w gotycko-dream popowej atmosferze utwór rozpoczynający „Idylls” sprawia, że przy twórczości Love Spirals Downwards słowo eteryczny nabiera dla mnie nowego znaczenia.

LINK


22. Treepeople – Funnelhead












Mam czasem problem z tym by wytłumaczyć niewtajemniczonym znajomym jak brzmi indie rock. Unaocznić im to odpowiednio, podając jakieś uniwersalne, charakterystyczne cechy stylu. Zdecydowanie łatwiej byłoby po prostu powiedzieć „posłuchaj Archers Of Loaf, Built To Spill albo Treepeople, będziesz wiedział”. Pierwsza kapela Douga Martsha spokojnie mogłaby posłużyć za egzemplarz niezależnego, rockowego łojenia z początku lat 90. W duchu grania rodem z Chapel Hill, melodyjnie, niedbale, garażowo i młodzieżowo. „Funnelhead” mknie przed siebie niczym jeden z lepszych superchunkowych wymiataczy.

LINK


21. Pavement – Summer Babe (Winter Version)












Nawet najlepsza wersja tego kawałka brzmi dość beznadziejnie. Jakościowo i produkcyjnie oczywiście, bo w tym właśnie cały myk. Już debiutancką płytą Pavement przysłużyli się scenie lo-fi bardziej niż Guided By Voices przez pierwszych dziesięć lat istnienia. Mimo to domyślam się, że nie każdy był wówczas w stanie ich fenomen załapać tak jak i nie każdy jest w stanie zrobić to dziś. Weźmy takie „Summer Babe (Winter Version)” - najbardziej nośny numer ze „Slanted And Enchanted”, który średnio wtajemniczony słuchacz uznałby pewnie już dwa lata później za garażowe demo Weezera. Tymczasem aktualnie uważa się go za rzecz wybitną i ja pewnie dowiedziałbym się dlaczego tak jest gdyby tylko chciało mi się przeczytać kilka recenzji. Ale skoro czytać mi się nie chce to znaczy, że chyba się nie dowiem. Trudno. Bardzo lubię kolejną płytę Pavement i podoba mi się też „Summer Babe”. Nie jakoś ponadprzeciętnie, nie ubóstwiam tego kawałka, nie widzę w nim ósmego cudu świata. Dla mnie to jedynie świetny utwór, którego chętnie czasem posłucham i jaki uczciwie zmieszczę w trzeciej dziesiątce tej listy.



czwartek, 19 lipca 2012

The Megaphonic Thrift - The Megaphonic Thrift (2012)












7.5

Poprzednio Norwegowie z Megaphonic Thrift zaserwowali nam średnio-przeciętny album, na którym dość perfidnie i niezbyt przekonująco podszywali się pod późne Sonic Youth. Całe szczęście stać ich było wtedy również na kilka bardziej zachęcających piosenek w rodzaju „Talks Like A Weed King”, dzięki którym nie żal jest teraz w ogóle sięgać po następcę „Decay/Decoy”. Bardzo dobrze, że „Megaphonic Thrift” jednak mnie skusiło, bo progres jaki w ciągu dwóch lat zanotowała grupa z Bergen jest jak najbardziej widoczny i wyraźny. Inspiracja Sonicami zanika na rzecz wpływów My Bloody Valentine, ale wpływy te dają o sobie znać w stopniu o wiele bardziej przyzwoitym. Robi się to wszystko bardziej zjadliwe, więcej mamy melodii, luzu i świeżego powietrza. Za prawdę powiadam wam, że już od pierwszego numeru i tytułowego nastrojenia umysłów słucha się ich ze szczerą przyjemnością. Przy „Raising Flags” czuć, że zespół jest na fali i serio nie wiele mu potrzeba aby arcy-chwytliwy hałas wprowadzić w czyn. „Fire Walk With Everyone” udowadnia, że stać ich na ciekawą zagrywkę i gitarowy motyw. Perkusja wszędzie brzmi klarownie, dysonanse i efekty dźwiękowe sprawiają świetne wrażenie wpisując się w strukturę kawałków. The Guillotine” to iście zautomatyzowana, rytmiczna kosa. W licznych, nakładających się na siebie pogłosach „Broken Glass, Yellow Fingers” można się utopić. Harmonie wokalne na płycie są być może najlepszymi jakie słyszałem w tym roku. Dobitnie słychać to zresztą w moim ulubionym z całego zestawu „Moonstruck”, który nie dość, że kołysze i wpada w ucho to ze skandynawską gracją zapewnia również powiew rozkosznego odświeżenia.

Miłą sprawili niespodziankę, nie po nich spodziewałem się tak kunsztownego indie rockowego grania, a tu proszę bardzo. Był Sonic, a jest Megaphonic. Po swojemu, tym razem pokazali klasę.


we don't even care about it... (można się rozpłynąć, w dodatku w teledysku piękne Bergen i pan królik)

środa, 2 maja 2012

The Megaphonic Thrift - Decay Decoy (2010)












6

Lubicie rzucanie nazwami w recenzjach? Obrazowanie brzmienia zespołu za pomocą przywoływania innych? Zabieg to owszem prosty, pójście po linii najmniejszego oporu, ale zarazem chyba najskuteczniejszy jeśli chodzi o przybliżanie stylu i nie tylko. Na początek A Place To Bury Strangers, Ringo DeathStarr, Casio Kids, The Low Frequency In Stereo i Stereo 21. Z pierwszymi – gigantami „nu-gaze’u” - twórcom „Decay Decoy” przyszło koncertować. Drudzy są ich obecnymi kolegami z wytwórni. Pozostałe trzy kapele to fragment norweskiej sceny alternatywnej - grupy, w których członkowie Megaphonic Thrift grali dotychczas. Wiemy już z kim przystają i skąd się w ogóle wzięli. A od kogo w takim razie „przywłaszczają” w największym stopniu samą muzykę?

Nie dowiemy się tego raczej słuchając dwóch pierwszych utworów na płycie. Co prawda z perspektywy znajomości całości, otwierający „Undertow” mógłby już cokolwiek zdradzić, ale przy inicjalnym odsłuchu skojarzenie nie było dla mnie tak oczywiste. Skandynawskie chłopaki i dziewczyna startują w typowo alt-rockowym stylu z odrobiną hałasu, ale i bardzo stonowanym, spokojnym wokalem. „Talks Like A Weed King” to ich największe odchylenie w stronę przebojowości. Świetne, chwytliwe gitarowe partie i atakujące refren damsko-męskie głosy przynoszą zdecydowanie najbardziej singlowy kawałek tego krążka. Szkoda, że już chwilę później zaczynamy odkrywać wszystkie karty „Decay Decoy”. Przez to z miejsca robi się mniej ciekawie, co nie znaczy, że nie warto zapoznawać się z tym materiałem dalej.

Nazwę SONIC YOUTH należałoby wykrzyczeć przy okazji trzeciego w kolejności „Neues”, a także wszystkich innych właściwie zawartych tu piosenek. No a jeśli chodzi o ścisłość, Sonic Youth od „Murray Street” wzwyż. Jeśli wspomniany wcześniej pachnie mi jeszcze The Radio Dept., to „Sister Joan” jest już wykapanym pójściem w najbardziej apatyczny songwriting Lee Ranaldo. Gdyby cała reszta tak właśnie miałaby wyglądać, do debiutu Megaphonic Thrift prędko bym nie wrócił. Na szczęście w swej nadmiernej fascynacji późnym dorobkiem nowojorczyków, Norwegowie sięgają także po ich jazgotliwe, kakofoniczne momenty. Takie jest „Candy Sin” z masakrycznym bębnieniem, prawie przekalkowaną gitarą i manierą wokalu. Może i kopia, ale brzmi zadowalająco. W podobny sposób daje radę energiczne „Queen Of Noise”. Tego nie można jednak powiedzieć choćby o „You Saw The Silver Line”, gdzie przesyt i znudzenie osiągają punkt krytyczny. Nie dość, że smęty niesamowite, to na co im jeszcze te perfidne przestery na koniec?

Wyłania się z tego obraz dość mętny. Album zespołu z potencjałem, który ostatecznie wpadł w potworną miejscami rutynę. Nigdy nie przepadałem za „Murray Street” ani „Rather Ripped”, dlatego odgrywanie na nowo tych krążków niezbyt mnie przekonuje. Szkoda, że Megaphonic Thrift nie przygotowali więcej wymiataczy na kształt „Talks Like A Weed King”. Z drugiej strony nie nagrali też rzeczy złej. „Decay Decoy” można posłuchać, najlepiej posługując się przy tym opcją skipowania.

wtorek, 1 maja 2012

No Age - Everything In Between (2010)












7.5

Duetowi Randy Randall & Dean Spunt od paru lat udaje się nieustannie utrzymywać pozycję bohaterów amerykańskiej indie-prasy. Zaledwie w 2007 wydali kompilację „Weirdo Rippers”, rok później potwierdzili klasę „Nouns”. O ile pierwsze wydawnictwo trochę zwróciło na nich uwagę, tak po tym drugim nie było już szanującego się fana alternatywy, który o No Age by nie słyszał. Trudno nie przyznać im zasług w szybkim spopularyzowaniu tej całej lo-fi punkowej/noise-popowej sceny, patrząc dziś na poczynania kapel w rodzaju Wavves czy Male Bonding. Choć niekoniecznie każdy w ich rzępoleniu odnajdywał pokłady garażowej poezji, to kawałki operujące energetycznym przyłożeniem oraz porcją kanciastej melodyki, takie jak „Teen Creeps”, na swój sposób podbijały serca. Można ich było odebrać jako przeciętną kapelę i to z beznadziejnymi wokalami, piszącą średnio finezyjne śmieć-rockowe piosenki, przewlekającą je czasami pseudo-artystycznymi fragmentami. Wielu jednakże widziało coś więcej.

Czy No Age to faktycznie cudotwórcy, którzy z pustych puszek i pękniętych butelek wyczarowują najwyższą, wysublimowaną sztukę, tego nie wiem. Jestem za to pewien, że jako rockowa kapela, grająca muzykę równie nośną, co mile kaleczącą narządy słuchu, a przede wszystkim porywająca do szaleńczej zabawy, sprawdzają się perfekcyjnie. Na „Everything In Between” nie brak galopujących, ociekających koncertowym potencjałem wymiataczy, czego egzemplarzowym przykładem jest zabójcze „Shed And Transcend” albo młócka w postaci „Depletion”. „Sorts” wkręca za sprawą swej banalnej rytmiki i niepoprawnie wyluzowanego wokalu. „Valley Hump Crush” z całkiem miłych senno-plażowych klimatów nie wiadomo w jaki sposób przechodzi do typowo No Age’owego modelu grania. Najbardziej zakręcona jazda to jednak świdrujące mózgownicę „Fever Dreaming”, schowane pod kultową na trackliście trójką.

Tak przedstawia się zaledwie jedna strona medalu. Na drugiej panowie dają upust eksperymentowaniu - ścianom dźwięku, shoegaze’ującym motywom, noise’owej, niczym nie ograniczonej, wesołej (albo i nie) twórczości. „Skinned” i „Katerpillar” to jak elementy jakiejś ambientowej/drone’owej układanki przypadkiem rzucone pomiędzy gitarową orgię. To samo z „Dusted”, na którym malują jeszcze dodatkowo coś na kształt dźwiękowego pejzażu do zachodzącego słońca. Fortepian zlewający się z szumem i delikatnym przesterem w „Positive Amputation” to już w ogóle kosmos.

Jak jedno z drugim może egzystować, nie gryząc się ze sobą? Na papierze może i wygląda to dość podejrzanie, ale wystarczy posłuchać aby stwierdzić, że się da. Styl grupy z Los Angeles na „Everything In Between” dzięki tej pozornej niespójności jedynie nabiera unikalnego smaku. A jeśli dodamy jeszcze kilka utworów, które nie wpisują się ani w jeden ani drugi schemat, wyłoni nam się danie wręcz wytrawne. Mowa tu o „Glitter”, który po kilku przesłuchaniach uświadamia słuchacza o swej genialności. Spokojny, pozornie nie rzucający na kolana singiel, gdzie wymawiane przez Spunta mądrym tonem kolejne słowa tekstu budują rzecz potencjalnie kultową. "I don’t fear god / Don’t fear anything at all/ Cause I know that’s where I’ve been/ Thoughts are moving/I’ve been wondering/When they take my turn to get a win/Everyone is out to get you again/ And I want you back/ Underneath my skin”. Skojarzenia z “Teenage Riot” uzasadnione. Mowa również o finalnym “Chem Trails”. Tam znów hałasy całkowicie schodzą z drogi piosenkowemu ułożeniu i urokliwym klawiszom.

Tak więc punkowy zgiełk ustawia się w parze z kojącym spokojem, prostota środków z bogactwem wyobraźni, gówniarska ekspresja z dojrzałością i stonowaniem. O co tu biega? „Everything In Between” jest jak zaduma nad dalszą przyszłością i zadyma na noise’owym gigu. Jak Bowie na drugiej części „Low” i Dismemberment Plan na nieokiełznanym debiucie. Może ja już za bardzo fantazjuję, wymyślam i przeginam, ale jak się nie podoba, to co za problem? Idźcie i ich sprawdźcie, zobaczcie koncert, kupcie płytę. Twórczość tej dwójki albo was wciągnie albo odrzuci. Obojętność nie powinna wchodzić w grę.