Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samiam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samiam. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2016

1989 w piosenkach - miejsca 30-21


Są takie utwory, które nawet u słuchaczy zaznajomionych z historią muzyki gitarowej w stopniu zaawansowanym muszą przypomnieć czasem, z jak nieograniczoną pod względem kreatywności dziedziną mają oni do czynienia. Nawet jeśli pojawiają się czasem myśli, że „wszystko już było” i „nic mnie nie zaskoczy”, to zarówno wśród rzeczy najnowszych, jak i tych starszych, ale jeszcze nie odkrytych znajdą się pozycje, które prędzej czy później udowodnią im jak bardzo się mylili. Jedną z nich może być choćby „Too Much For The Red Ticker”, poza-albumowy singiel wydany w 1989 roku przez Dog Faced Hermans. Dobór stylistycznych składników i sposób ich wykorzystania przez grupę z Edynburga prowadzi do efektu estetycznej unikalności. Wygodnie byłoby to ochrzcić jako „art punk”, ale wygoda nie pójdzie w tym przypadku w parze z oddaniem pełnej sprawiedliwości. Podstawę stanowi post-punkowy nerw, basowa linia do której dołącza następnie intrygująco rozedrgany kobiecy wokal Marion Coutts, rytmika ska, dzwonki, garść świstów, szumów i smacznych zagrywek. Przebieg kompozycji jest w każdym calu zajmujący, brzmienie bogate, a odczucie ze słuchania – nie tak znowu znajome, jakby nieco inne, jakby nawet świeże. 



W „Memphis Egypt” znajduje się prawdopodobnie wszystko, co da się wpakować w utwór, w celu zadowolenia nim miłośników alternatywnego rocka późnych lat 80. Nuta brytyjskiego post-punku, czucie amerykańskiego indie, wpływy country i jakżeby inaczej, zagrany na pełnym wykopie ROCK’N ROLL. Nie ma raczej wątpliwości, że to właśnie najszczersza gitarowa energia rozsadzając ten kawałek praktycznie dyktuje jego ramy. Z jednej strony wiąże się ona z pewną dozą „wkurwu”, z drugiej zaś z radością grania. Emanuje poprzez żywiołowe wymiatanie i gniewne niekiedy artykułowanie tekstu, ale też uparte wyciskanie chwytliwej melodii.


Aby zrozumieć, że Kurt Cobain przed napisaniem „About A Girl” maksymalnie nasłuchał się Beatlesów nie trzeba nawet wiedzieć, że Cobain przed napisaniem „About A Girl” maksymalnie nasłuchał się Beatlesów. Wystarczy w zasadzie przyjrzeć się strukturze utworu, a zwłaszcza momentu, w którym przechodzi on w refren, uwalniając cały ten, dobrze znany ładunek najbardziej fantastycznej melodyjności pod słońcem:  I'll take advantage while, You hang me out to dryyyyy.



Pierwsze albumy Samiam to esencja niezależnej szczerości. Miejsca znakomitych spotkań szorstkiego punk rocka i targanego uczuciami emo. Przykładami krystalicznego emo-core’u w ich wykonaniu są zwłaszcza „Underground” z debiutu i „Clean” wydany na kolejnej płycie. Pozostając pod dużym wpływem wcześniejszych zespołów sceny emocjonalnego hc, z którymi pod względem istotności nie mogli się równać, Kalifornijczycy potrafili chwilami sięgać tych samych wyżyn. Niedostateczna oryginalność w porównaniu do Rites Of Spring, Dag Nasty, a nawet Lifetime czy Jawbreakera nie umniejszała swoistej perfekcji, której jedynym źródłem było stuprocentowe zaangażowanie. W „Underground” słychać nasycenie emocją każdego fragmentu, mieszanie żalu (If you come back I won't forget) i nadziei (Sometimes you need to cry so you can smile again), przeżywanie słów i melodii, poddawanie się refleksji i porywające parcie do przodu. Wszystko naturalnie w estetyce czystego „podziemia”. 


Poza dość łatwym do przewidzenia byciem kolejną kompozycyjną znakomitością autorstwa XTC „Mayor Of Simpleton” zdobywa sympatię także jako błyskotliwa historia o miłości. Melodie, harmonie, zwrotki i refren to oczywiście jedno. Seria inteligentnych linijek Andy’ego Partridge’a pokroju: Well I don't know how many pounds make up a ton, Of all the Nobel prizes that I've never won, stanowi zaś fenomen osobny. Z dowcipnych, umiarkowanie wyrafinowanych, lecz na pewno niczego tutaj nie komplikujących lirycznych popisów rodzi się prostolinijne, ale jakże ciepłe przesłanie: And I may be the Mayor of Simpleton, But I know one thing and that's I love you.



Bono i The Edge w 1987 r. (pod oryginalnymi nazwiskami) napisali dla Roya Orbisona utwór, którego wykonanie przez twórcę „Crying” i „Only The Lonely” można dziś utożsamiać z esencją muzycznej elegancji. The Big O śpiewa tu o fascynacji tajemniczą dziewczyną, o zniewalającej go ciemności w jej oczach i miłości, która nawet jeśli jest ślepa, to sprawia, że on wcale nie chce widzieć. A śpiewa z niezwykłym wyczuciem, w każde zdanie wkładając ogrom ciepłych emocji, szczytując za sprawą pięknego refrenu, do akompaniamentu kruchych i równie subtelnych melodii. 



Robert Wratten w „I Can See Myself Alone Forever” pogrąża się w gęstym pesymizmie, wynikającym z obawy, iż odnalezienie miłości może być dla niego czymś ostatecznie niewykonalnym. Najbardziej przerażająca dla lidera The Field Mice staje się perspektywa wiecznej samotności i przejścia przez życie bez osoby, która odwzajemniłaby uczucie. Wywnętrzenia Bobby’ego zostają wiernie przekazane przez wymowny smutek w wokalu, przejmujący chłód gitarowych melodii oraz smętne basowe pomruki. Śladów nadziei brak, w duszy panuje sroga zima.


Operation Ivy stanowiło króciutki, trwający zaledwie dwa lata przebłysk punkowej inteligencji, do dziś pozostający najtrwalszym świadectwem świetności legendarnej sceny muzycznej z Berkeley. Albumy tak zażarte jak „Energy” oraz utwory tak szczerze zaangażowane jak „The Crowd” powstają zazwyczaj z inicjatywy ludzi młodych, często debiutujących, noszących w sobie jakieś niezadowolenie i niezgodę na coś, niecierpliwie szukających okazji do rozładowania swych frustracji w sposób konstruktywny. W kawałku numer 5 z jedynego długogrającego albumu Kalifornijczyków wszystko to aż się gotuje. Desperackie wokale Jesse’a Michaelsa i Tima Armstronga w zwrotkach prowadzą do hymnicznie wykrzyczanego refrenu. Riffy oraz partie perkusji ani przez chwilę nie tracą na ostrości, słowa tekstu atakują z absolutną pewnością. Nie jest to przy tym bezzasadny bunt i pokaz siły, a raczej implikujące taką właśnie formę, rozpaczliwe wołanie o jedność (we need a gathering instead), wartość, którą ten zespół stawiał być może najwyżej.



„Floating” jako pierwszy utwór na „Floating Into The Night” zawsze oznaczał dla mnie wstęp do czegoś zmysłowego i ekscytującego. Początkowe dźwięki sekcji dętej oraz rozpościerająca się w kilku kolejnych chwilach atmosfera opętywały i zniewalały, inicjując następną trwającą kilkadziesiąt minut podróż do mroczno-miłosnego, jedynego w swoim rodzaju świata współtworzonego przez trio Cruise-Badalementi-Lynch. Utwór ten to też oczywiście wartość sama w sobie, rzecz intrygująco zaaranżowana i pięknie zaśpiewana, pobudzająca w człowieku milion emocji, niebywale sugestywnie nastrajająca. Włączam i unoszę się.



Pełne niebywałej gracji, niespieszne plątanie i rozplątywanie perfekcyjnych melodii w „Pictures Of You” brzmi, jakby Robert Smith i Porl Thompson znaleźli wzór na utwór ostateczny, kompozycję, jaką można snuć już w nieskończoność, gdzie każda kolejna minuta oznacza coraz głębsze wpadanie w cudowną hipnozę. Na ich wyczyny majestatycznie opada warstwa klawiszowego lukru. Do tego z kolei dołącza śpiew Roberta, przekazujący jeden z najbardziej ujmujących tekstów w historii zespołu, któremu w równie wybitny sposób przyszło dekadę zaczynać, jak i kończyć.  

miejsca 40-31

sobota, 1 grudnia 2012

1992 w piosenkach (punk część II)


10. The Offspring – Kick Him When He’s Down












Aktualnie The Offspring wraz ze swymi letnimi przebojami pod ESKĘ i VIVĘ zniechęca nawet najbardziej wytrwałych i odpornych na popową tandetę. Pomyśleć, że 20 lat temu kiedy wychodził ich drugi album jawili się jedną z najbardziej obiecujących, niezależnych punkowych kapel. Dexter miał dobry głos i nie często spotykaną barwę, a sam zespół na luzie mógł rywalizować z ówczesnym NoFx’em czy Pennywise’m. W "Kick Him When He's Down" mocno żarzy się płomień, młodej, pełnej energii i chęci zmieniania świata grupy. Jakże odmienny to obrazek od widoku dzisiejszego Dextera Hollanda i spółki wożących się z dupami w rytmie iście gównianego „Cruising California”.

LINK


9. Avail – March












Prawdopodobnie najbardziej skoczny (znany mi) utwór roku. Avail podobnie jak Jawbox od początku przekraczali granice typowego post-hardcore’u produkując coś w rodzaju jego mieszanki z indie rockiem i melodic punkiem. Jedni i drudzy nagrywali dla kultowych wytwórni (Lookout! i Dischord) oraz cieszyli się sympatią recenzentów. I chociaż kapela J. Robbinsa na pełne uznanie musiała zaczekać dopiero do trzeciej płyty to Tim Barry z Availem z miejsca zadebiutowali bardzo ciepło przyjętym „Satiate”. Trudno się dziwić skoro już na dzień dobry wyskakują z nagraniem tak zajebistym jak „March”. Wesoła, żwawa motoryka przypomina tu „Terms Of Psychic Warfare” autorstwa Hüsker Dü. To jeden z tych kawałków, przy których mam ochotę zabrać plecak, zawołać kolegów i w rytm muzyki pomaszerować gdzieś na spontaniczną wycieczkę.

LINK


8. NOFX – Bob












Album “White Trash, Two Heebs and a Bean” stał się dla NOFX sporym przełomem. To jak brzmią tutaj, a jak wypadali jeszcze na „Ribbed” robi z pewnością dużą różnicę. Zasługa w tym w dużej mierze El Hefe, który dołączył do składu stając się jednocześnie pierwszym wykwalifikowanym muzykiem w zespole. Bez jego obecności nie byłoby choćby „Boba”. Chwytliwy skate-punkowy kawałek doprawiły dźwięki wydobywające się z trąbki Aarona oraz jazzowy śpiew w końcówce. Tak narodził się kolejny element NOFX’owego stylu, który gładko osiadł w nim i pozostał przewijając się przez kolejne długie lata.

LINK


7. Still Life – Empty Cage












Emo w całej swej potędze. Pomiędzy pięknem i ulotnością melodii, a mocą masywnych gitarowych uderzeń. Szepty wraz z przeszywającymi serce na wskroś wrzeszczącymi lamentami. Nic więcej do dodania.

LINK


6. Crimpshrine – Summertime












Kawałek z kompilacji “Dact Tape Soup” wydanej w 1992. Lookoutowy pop punk rozbity na części i ułożony z powrotem po pijaku. Akordy wyrastają z zadymionej i zakurzonej garażowej tradycji. Wokal Jeffa Otta maksymalnie ochrypły, ustawia się na linii pomiędzy Blake’iem Schwarzenbachem a Henrym Rollinsem. Ale jest i w tym wszystkim rozbrajająca melodyjność. And I'll be back in the summertime, With a handful of flowers and a bottle of cheap wine. Sama słodycz.

LINK


5. Green Day – Welcome To Paradise












Chłopaki z East Bay z powodzeniem rozkręcali się na „Kerplunk” aby już na „Dookie” przynieść falę nowo-punkowego ożywienia w rockowym światku. „Welcome To Paradise” okazał się zresztą utworem na tyle ciekawym, że jego nowa wersja zaistniała dwa lata później na przełomowym, wyżej wspomnianym albumie. Billie Joe Armstrong opowiada nam tu o opuszczeniu domu i rozpoczęciu życia na własną rękę, w miejscu zamieszkanym przez wszelkiej maści wyrzutków, artystów, ćpunów i włóczęgów. Nie ma luksusów, nie ma lekko, w okolicy znów kogoś zabili. Nie ma dnia by nie pytać samego siebie „co ja tu robię?”, a jednak to jest teraz dom. Some call it slums some, call it nice. Powrotów nie będzie.

LINK


4. Rocket From The Crypt – Short Lip Fuser












John Reis (Speedo) był swojego czasu na tyle zaangażowanym muzykiem by równolegle świadczyć o sile dwóch mega-istotnych ekip niezależnego grania. Z Rickiem Frobergiem tworzył niezapomniane płyty pod szyldem Drive Like Jehu. Jednocześnie liderował też swej grupie Rocket From The Crypt, z którą w 1992 roku popełnił ten oparty na nieziemskim riffie znakomity wymiatacz. „Short Lip Fuser” to pierwszej klasy, dziki i druzgocący rock’n roll. Pokaz muzycznego konkretu.

LINK


3. Samiam – Hey Brother












Gitarowa melodia oszałamiająco intensywna, w kalifornijskim stylu, made in Berkeley. Ładnie korespondujące z nią nawalanie perkusisty jeszcze bardziej niepokorne. Klimat wesoły jak cholera. Melodic punk w całej swej wczesnej chwale.

LINK


2. Bad Religion – Generator












Like a rock, Like a planet, Like a fucking atom bomb! Z taka siłą nadal uderza punk rock autorstwa Bad Religion już dwa lata po “Against The Grain”.W tym numerze dodatkowo urozmaicony zręcznym mechanicznym przejściem (0:50, 1:52). Lekkie łamanie rytmu na chwilę studzi zapędy członków zespołu by ostatecznie przyczynić się do jeszcze większej eksplozji.

LINK


1. Jawbreaker – Chesterfield King












Punkowa opowieść romantyczna w wydaniu możliwie najbardziej klasycznym. Jak przystało na ogarniętego piosenko-pisarza Blake bezbłędnie ubiera tu w słowa małe radości, niepokoje i obawy relacji damsko-męskich. We sat on the floor and did we sit close, I could smell your thoughts and thought, Do you want to touch a lot like me?, Too scared to say a thing. Historia opowiedziana przez Shwarzenbacha w “Chesterfield King” swoim urokiem, uskrzydlającym przesłaniem i nieprzesłodzoną oprawą muzyczną bije na głowę większość znanych mi miłosnych opowiastek. Swoją wyjątkowość i inteligencję kapela z San Fransisco potrafiła wykazać na każdym kroku. W przypadku tej piosenki jest to już moim zdaniem małe mistrzostwo świata.




czwartek, 26 lipca 2012

1991 w piosenkach (część I punkowa)


15. The Cramps – Eyeball In My Martini












Soczyste psychobilly w klimacie horrorów klasy B. Coś z czego Crampsi słynęli i z uwagi na co są od lat szczególnie rozpoznawalni. Bardziej zdarzało mi się słuchać ich z ciekawości i dla popatrzenia na kiczowate teledyski, niż dlatego, że jakoś specjalnie interesuje mnie sama muzyka. Sam fakt, że „Eyeball In My Martini” zalicza się do kawałków, z których czerpię przyjemność zasługuje już na pewne wyróżnienie. Nie większe jednak niż pozycja otwierająca tę listę.

LINK


14. Down By Law – Right Or Wrong












Sympatyczny melodic-hardcore z debiutu Down By Law i pierwszych lat poważniejszej działalności wytwórni Epitaph, która istniała właściwie już od dekady, ale wydała do tamtej pory ledwie garstkę wydawnictw w tym głównie płyty Bad Religion. Nie był to już zdecydowanie czas wyłącznie zaangażowanego, agresywnego h-c, ale komercyjnego sukcesu Green Daya i Blinka 182 również jeszcze nie. „Right Or Wrong” brzmi dla mnie jak esencja oraz dokumentacja tego okresu pomiędzy. Do włączenia gdzieś razem z Pennywise i Face To Face.

LINK


13. Lifetime – Souvenir












Do you remember when hardcore was everything? Muzycznie, kolejny wyklepany na trzech akordach, undergroundowy kawałek jakich mnóstwo. Tekstowo, afirmacja 80’sowej sceny punkowej. Sceny jako czegoś co łączyło ludzi - pochwała muzyki, przyjaźni, szalonego pogowania i wspomnienie wszystkich wspaniałych bandów z Minor Threat, 7 Seconds i S.S.D na czele. Coś na swój sposób pięknego i optymistycznego. Zwłaszcza, że Ari w drugiej zwrotce śpiewa: I still feel the passion and the energy, I can’t help but feel hardcore as a part of me, Times will change and people change, And so will styles, But something in the music just makes me smile...

LINK


12. Poster Children – If You See Kay












Pozostając w analogii do przesłania poprzedniego utworu, Rick Valentin z Poster Children powiedział kiedyś: There was this whole other world where people who just like music could just start a band and just play. You didn't have to be great. I rzeczywiście wystarczyło trochę energii oraz dobrych chęci by stworzyć tak prosty i odjazdowy zarazem kawałek jakim jest “If You See Kay”. Mamy tu wszystko, DIY i lo-fi, prostotę i pomysł, rozrywające przestrzeń na strzępy wrzaski, masę mocy i odrobinę melodyjności. Obowiązkowo dla fanów Rocket From The Crypt, Refused oraz Nation Of Ulysses.

LINK


11. Jawbox – Impossible Figure












Kłania nam się kolejna arcyważna postać amerykańskiego szeroko pojętego hardcore’u i sceny niezależnej. J. Robbins grał na basie w kultowej waszyngtońskiej kapeli Government Issue przez ostatnie 4 lata jej działalności. Kiedy GI w 1989 przestali istnieć, szeregi Dischord prędko zasiliła nowa kapela pod przywódctwem Robbinsa, zwąca się Jawbox. Debiutancki „Grippe” wzbudził co prawda ledwie zainteresowanie, a prawdziwe uznanie przyszło 3 lata później wraz z wydanym dla dużej wytwórni „For Your Own Special Sweetheart”. To jednak tu mamy do czynienia z szlachetnymi początkami nowej kapeli, pędzącym melodic punkiem łamanym przez post-hc. W „Impossible Figure” na poziomie jakim poszczycić się wówczas mogli chyba tylko Jawbreaker i Samiam.

LINK


10. Fugazi – Long Division












Najkrótszy na “Steady Diet Of Nothing”, z charakterystycznymi dla nich markotnymi melodiami. W porównaniu do wyróżnionego przeze mnie za rok 1990 „Shut The Door” kawałek zdecydowanie mniej efektowny, zupełnie inny estetycznie, a i tak samym tym dwuminutowym mruczeniem deklasujący tych, którzy do Fugazi chcieliby się chociaż zbliżyć.

LINK


9. Leatherface – Springtime












The Best punk rock song ever written? Nie wiem, nie mnie to oceniać, ale jeśli ktoś tak uważa to walczyć z nim nie będę. „Springtime” jawi się zażartym punkowym trackiem, ociekającym emocjami, wyposażonym w ostre, fantastyczne gitarowe partie i przebijające się przez nie nieznacznie melodyjne zagrywki. Poza tym głos Frankiego Stubbsa, chrypiąca charyzma pasująca do powyższych elementów jak ulał. USA miało wtedy cały wysyp dobrych i bardzo dobrych kapel, tu z kolei reprezentanci U.K wpisali się w nurt i zarazem ścisłą czołówkę światowej już jakby nie było sceny.

LINK


8. The Vandals – Pizza Tran












Niektórzy, zwłaszcza w Kaliforni mieli nieco inne podejście niż ci z Waszyngtonu czy Chicago. Punk rock dla The Vandals był przede wszystkim maszyną do zabawy i robienia sobie jaj. Escalante, Fitzgerald, Freese i Quackenbush stanowili kapelę typowo hedonistyczną, która za cel postawiła sobie uszczęśliwianie słuchacza pozytywnymi, dowcipnymi nutami zagranymi w przystępnej formie szybkiego, konkretnego nawalania. Jak tu nie kochać wydurniających się chłopaków w czapkach z daszkiem, w tym jednego śpiewającego o miłości do Wietnamki dostarczającej pizzę? Nie da się.

LINK


7. NOFX – The Moron Brothers












Wtedy jeszcze całkiem przeciętna kapelka, którą kamienie milowe dzieliły od klasy Bad Religion, słabsza nawet od takiego Pennywise’a czy Offspringa. Fat Mike z kolegami zawsze grali wybitnie prostą, a na początku łopatologiczną wręcz muzykę. Istotniejsze było być może poczucie humoru, którym naturalnie nadrabiali, i którym do dziś sukcesywnie odróżniają się od wyżej wymienionej stawki. Historyjka o braciach kretynach to jeden z ich pierwszych hitów, dziś zasłużony NOFX’owy klasyk. Zabawny, wesoły, idiotyczny i hymniczny, a przede wszystkim „catchy as hell”. Po przesłuchaniu, syndrom nucenia do do do do do do… nie do uniknięcia.

LINK


6. Samiam – Clean












Gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał czym jest emo-core to tu mamy go w czystym wydaniu.

LINK


5. Pegboy – Strong Reaction












Nigdy nie zdobyli statusu takiego jak Jawbreaker, Screeching Weasel czy Rancid. Ich albumy nie były zapewne aż tak dobre, czegoś Pegboyowi brakowało, chociaż potencjału nie dało się odmówić. „Strong Reaction” to kawałek zaskakująco poważny. Nie uświadczymy w nim typowego dla skate/pop/melodic punku optymizmu. Tempo średnie, gitary nieco mocniejsze, wokal burkliwy, a tekst dotykający uczuciowego zawodu. I walk alone through the sleet and snow and pouring rain to, Get my heart broken, forever ever lost inside of…. Paradoksalnie bez eksponowania emocji, bo nawet przy takim lirycznym wydźwięku Pegboy pozostają chłodnymi i szorstkimi twardzielami, a powtarzane That’s all right and that’s okay... wcale nie do końca musi oznaczać, że wszystko jest w porządku.

LINK


4. Screeching Weasel – What We Hate












Recepta na zły humor? Włączyć “What We Hate” i poczekać na rezultat. Jeśli nie podziała za pierwszym, zrobić to jeszcze dwa albo cztery razy. Z każdym kolejnym powinno być co raz lepiej. Warto dać się przekonać, że lepiej odrzucić hejterstwo, które w prosty sposób upodabnia nas do tego czego nienawidzimy. Po drugie, lepiej nie marnować czasu, bo jak to Ben Weasel ujął: you're only young once, old forever.

LINK


3. Nation Of Ulysses – Spectra Sonic Sound












Nation Of Ulysses czyli jeden z najbardziej spektakularnych aktów w dziejach około-punkowego łojenia. Tytuł piosenki najlepiej określa co znajduje się w środku. Oszałamiające dźwiękowe szaleństwo z maksymalnie wyrazistym, chorobliwie zaangażowanym i zakręconym wokalem Iana Svenoniusa.

LINK


2. Drive Like Jehu – If It Kills You












Podczas gdy dla jednych post-hardcore był tylko trochę poważniejszą, nieco inaczej wyrażającą się, ale nadal dość prostą formą punk rocka, inni w o wiele ciekawszych formach wynosili go już do rangi muzyki jakiej nie brać na poważnie byłoby wstyd. Pokomplikowana, inteligentna, wściekła i złożona formuła przemieszana z noise rockiem, zapodana w postaci siedmiominutowej miazgi czyni z „If It Kills You” swoiste „The Wonder” tego gatunku. Tym samym, już na początku lat 90., już na swoim debiucie Rick Froberg z Drive Like Jehu osiągnęli coś co do dziś śmiało można nazwać szczytowym wyczynem post-hc.

LINK


1. Pennywise – Bro Hymn












Braterski hymn, ze szczególną dedykacją dla tych, których już z nami nie ma. Dziwna wiąże się z tym utworem historia, bo przecież kiedy „Bro Hymn” powstawał to pisany był z myślą o zmarłych tragicznie w wypadku samochodowym przyjaciołach Jasona Thirska (Colvin, Canton, Nichols this one’s for you...). Smutnym paradoksem można nazwać to, że pięć lat później basista Pennywise opuścił ten świat strzelając sobie w głowę, a wersja „Bro Hymnu” z ’97 roku zawierała już słowa Jason Matthew Thirsk this one’s for you… . Tragiczne okoliczności z pewnością mają duży wpływ na emocjonalny ładunek zawarty w piosence oraz jej przesłanie (life is most precious thing you can loose...). Nie tylko to czyni ją jednak wyjątkową. Niewyobrażalna wręcz siła tkwi we wszystkich okrzykach i słowach wymawianych przez Jima Lindberga oraz podłączający się w sportowo skandowanym refrenie zespół. Mega-ciary na wysokości 0:30, rozsadzająca energia, mobilizująca wiara w to by mimo wszystko iść na przód. Nawet jeśli debiut Pennywise z 1991 roku nie należy do wybitnych osiągnięć gatunku to ten kawałek zapisuje się w historii amerykańskiego punk rocka jako jeden z najlepszych, a już na pewno bez zbędnego patosu najbardziej poruszających fragmentów jakie powstały.



Podsumowanie punkowe 1990

piątek, 16 lipca 2010

Garść utworów (rok 2000)


Cursive - Making Friends and Acquaintances













Łamiący serce fragment “Domestiki”, krótkiego, ale niewątpliwie ważnego dla Cursive albumu, na którego warstwę tekstową znaczący wpływ wywarło rozstanie Tima Kashera z żoną. W „Making Friends…” nie doświadczymy wściekłości i pasji zauważalnej jeszcze w kilku wcześniejszych utworach ( „The Martyr”, „Shallow Means Deep Ends”). Doskonale odczuwalna jest tu za to swoista rezygnacja oraz podkreślony pięknym wiodącym motywem klawiszy smutek. No i to przejmujące it was nice to meet you… na końcu. 


Mahogany – Chance


Za sprawą dwóch krążków wydanych w latach 2000 i 2006 Mahogany roszczą sobie pretensje do bycia jednym z ciekawszych dream popowych składów ubiegłej dekady. „The Dream Of A Modern Day” i jej o 6 lat młodsza siostra to zresztą materiał na znacznie dłuższe opowiadanie. Tymczasem „Chance” uprzejmie oferuje fragmencik wachlarza możliwości brooklyńczyków, przy okazji jakby antycypując Asobi Seksu. 

 



Idlewild – Actually It’s Darkness










Ewidentna radość grania, energia ledwie powstrzymywana w zwrotkach i spontanicznie uwolniona w refrenie. You shed a shade of shyness… to pewnie najbardziej Oasis'owy wers niewyśpiewany przez żadnego z braci Galagherów. 


Flogging Molly – Devil’s Dancefloor 

Niezrównany Dave King i ekipa w jednym ze swoich sztandarowych numerów czyli kopiący zady celtycki folk-punk w wykonaniu nowojorczyków o irlandzkich korzeniach. 

Destroyer – In Dreams










To musiał być naprawdę kapitalny rok dla Dana Bejara. Wyśmienity solowy „Thief” i Pornographersowe „Mass Romantic” . Z tego pierwszego zawsze urzeka mnie kompozycja nr 10, której podstawę stanowi słodka i ckliwa, do bólu urocza klawiszowa melodia.


The Clientele – Reflections After Jane 

Poranek, motyle z pozłacanymi skrzydełkami, czerwone słońce, robotnicy na moście, bezsenność, jej włosy tak ciemne w deszczu. A w słowniku angielsko-polskim wyskakuje mi zdanie „pójdźmy na spacer”.  


















Hefner – The Greedy Ugly People











Podczas gdy Belle And Sebastian powracali ze średnio przyjętym “Fold Your Hands Child, You Walk Like A Peasant”, londyński Hefner zaprezentował publice świetne „We Love The City” . W “The Greedy Ugly People”, jednym z jego licznych rarytasów, łatwo odczytać naczelną inspirację kwartetu. Wyssany z tygrysim mlekiem, zwiewny sposób prowadzenia piosenki, nie narzucające się trąbki, stonowanie i elegancja. Po ledwie kilku latach istnienia ci klasyczni bohaterowie drugiego planu pozostawili po sobie mocne dziedzictwo w postaci czterech dobrych płyt, kilku EP’ek oraz kilkunastu singli. 


Samiam – Mud Hill 

Na pierwszych albumach Samiam szybki melodyjny punk zacierał się momentami z intrygującym emo-core’em. Jeszcze lepiej było na kompozycyjnie ciekawszym, zawierającym dłuższe utwory „Billy” . I choć „Clumsy” oraz „You Are Freaking Me Out” przyniosły grupie z Berkeley większą popularność, to jak łatwo się domyśleć, brzmiały już nieco mniej fajnie. W nową dekadę Samiam weszli za sprawą „Astray”. Promujący go teledyskiem „Mudd Hill” to kawałek solidnego indie rocka. Emocjonalny, rozpoznawalny styl Jasona Beebouta nabiera dojrzalszej barwy. Introspektywne melodie Brogana i Loobkoffa przeradzają się w rozmyślne gitarowe uderzenia wysuwając przesłanie: „Nie gramy już punka, nie mamy energii sprzed dziesięciu lat, ale wciąż możemy was mile zaskoczyć”.

 

Badly Drawn Boy – Disillusion











Trzeci singiel z debiutanckiej i ponoć najlepszej płyty singer-songwritera, którego cechami rozpoznawczymi stały się broda i czapka. Może to nie „Once Around The Block”, ale funkowy riff gitary, na którym ta piosenka płynie determinuje kończyny i ciało do ruchów, o które sam posiadający by siebie nie podejrzewał. 



Dillinger Four – Last Communion 

Istny walec pop punkowego, ultra-energetycznego grania z potężnym brzmieniem czego się da i dwoma niepokornymi wokalami, jakby na każdym kroku walczącymi o prawo bytu.

 













In your Itsy-Bitsy Teeny-Weenie Riding-Up-Your-Butt bikini, Keeping on the heels, cause you're sagging just a teeny Yeah Kick it Yo, bitch Word That's right Bust Uh Huh Yeah Pills Pills Pills Pills Pills Pills Pills Pills Pills Pills Pills 



Czyż nie takie DCFC zawsze zdobywało nasze dusze? Klasyczne indie rockowe brzdąkanie miłych, przytulnych melodii, jeszcze opierających się o Built To Spill, ale z klimatem odpowiednim już wyłącznie dla nich. Do refleksyjnego posłuchania letnim wieczorem spędzanym samotnie (albo i nie) w domu. Niepoprawnie rozromantyzowane granie inteligentnych panów w okularach, z krótkim, acz treściwym uderzeniem na końcu.













Chwali się “You’re No Rock’N Roll Fun” sympatyczna piosenkowa prostota. Nawet jeśli potencjał tych trzech pań sięga o wiele, wiele wyżej (cokolwiek z „Call The Doctor” czy któryś z koszących fragmentów „One Beat” ) to i tak Sleater-Kinney w wydaniu chwytliwym i singlowym jest o dwie klasy fajniejsze niż większość zespołów usiłujących robić to w ten sposób.


The Living End - Roll On











Australijski odpowiednik Green Day. Z większą porcją rock’n rolla, energii i przynajmniej równie zaraźliwymi melodiami, czego demonstracją jest na przykład "Roll On".


Elliott – Shallow Like Your Breath 

Rok 2000 zastał dawne emo na totalnym wymarciu. Choć jeszcze w drugiej połowie lat 90. druga fala miała się doskonale, wkrótce po tym na scenie dokonał się niemal całkowity rozłam. Twórcy „U.S Songs” ruszyli drogą wielu, dystansując się od DIY-owskich zasad i standardowego emo-stylu. Nowofalowe syntezatory, bogatsze brzmienie, doskonała produkcja. „Shallow Like Your Breath” fenomenalnie przedstawia wizerunek grupy Elliott z albumu „False Cathedrals”. Wyciszony, harmonijny pejzaż przez kilka dobrych minut po cichu ewoluuje w drodze do epickiego, melodramatycznego finału, zestawionego z chłopięcym wokalem Chrisa Higdona. Kruchość i potęga w jednym.


Avey Tare & Panda Bear – Penny Dreadfuls

Zrozumienie wrażliwości Dave’a Portnera na zawsze pozostanie poza moim zasięgiem. Pisanie specyficznych tekstów, przedstawianych z zaskakującego punktu widzenia to jeszcze nic. Ale wyrażenie się przez nie w tak poruszający sposób?! Słuchając magicznego „Penny Dreafuls” - wzruszającego fortepianu i ośmiominutowych poczynań szepczącego, zawodzącego, aż w końcu krzyczącego (you leave my boy aloooone!) Aveya odczuwamy jego przedziwną autentyczność. Paradoksalną realność przeżywanych emocji w zupełnie odrealnionym brzmieniowo świecie jaki tu wraz z Pandą stworzyli.


The Sea And Cake – All The Photos

Przypadek tego utworu przypomina mi jak wielka część mojej ulubionej muzyki powstała w Chicago, Illinois. Nie było chyba roku, w którym jakiś artysta stamtąd nie uraczył nas doskonałym wydawnictwem. Z takiego pochodzi też „All The Photos”. Zwiewność nad lekkościami i delikatność nad eterycznością. Dźwięki rozpływające się w słuchawkach i temu podobne sprawy.

 

Pedro The Lion - Eye On The Finish Line











Tu z kolei mamy sytuację podobną do wczesnego Death Cab For Cutie. W kreśleniu wciągających romantycznych ballad Dave Bazan był bowiem swojego czasu zawodnikiem podobnie uzdolnionym, co Ben Gibbard. W „Eye On The Finish Line” Pedro The Lion schodzą dodatkowo w pesymistyczne rejony „Goldheart Mountaintop Queen Directory” Guided By Voices, czym wcale nie umniejszają uroku kompozycji.


Kid Dynamite – Got A Minute? 

Kawałki przekraczające próg trzeciej minuty dla Kid Dynamite bywały prawdziwą rzadkością. Rozwodzenie się nad czymś co zwykliśmy nazywać „kompozycją” najwyraźniej nie leżało w ich gestii. W minucie błyskawicznego, melodyjnego nawalania ci bohaterowie kalifornijskiego h-c zwykle zawierali swą zwięzłą muzyczną wypowiedź. Got a Minute? Pytanie retoryczne.

  


The New Pornographers – The Fake Headlines 

Miało być “Jackie”, ale na YouTube nie było przyzwoitej wersji, a „Letter For An Occupant” to oczywistość, że aż wstyd. Dlatego też tym razem wystawiam kawałek samotnie może nie oszałamiający, ale bez wątpienia znacząco budujący zbiorczą power popową potęgę „Mass Romantic”.