Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papercuts. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Papercuts. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 24-11




Jason Robert Quever, taki trochę wiecznie zakochany chłopiec, kompozytor padający z jabłoni gdzieś niedaleko Morning Benders, Fleet Foxes, Grizzly Bear. Dziedziczący po Brianie Wilsonie i Jamesie Mercerze, czerpiący z tradycji folku i barokowego popu. „Still Knocking At The Door” dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze autentycznej umiejętności Papercuts do układania zgrabnych, przeuroczych piosenek. Po drugie, wiedzy odnośnie tego jak powinny one ostatecznie zabrzmieć (skrzypce, chórki, wyeksponowana gitara na wysokości 3:00). Tu już rozmarzony, natchniony sposób wyśpiewania przez Jasona pierwszego wersu „Not scared of girls with dreams to sell…” nie pozostawia wątpliwości, iż mamy do czynienia ze spadkobiercą najlepszych indie-romantyków. Na pocieszenie dla wszystkich, którym jeszcze nikt nie otworzył drzwi.



Ze skromnej półminutowej zwrotki i jednostajnego rytmu sprytnie wprowadzających w hipnozę wyrasta refren gigant: „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”. Kiev Office napisali już nie jedną chwytliwą piosenkę na czeke z „Dwupłatowcami”. Tymczasem ten wyróżniający się kawałek ze „Statku Matki” brzmi jakby przed jego stworzeniem trio umyślnie podniosło sobie poprzeczkę w kategorii „przebojowość” po czym zgodnie z oczekiwaniami (i w duchu samego tekstu) dokonało życiowego skoku. Ok, dziś mamy bulwar i molo, ale aż strach pomyśleć przez co będą skakać dalej?



Hałaśliwi panowie z The Men sami ponoć nie wiedzieli, że noszą w sobie tego rodzaju kompozycje. Nie było w tym roku piosenki, przy której bardziej niż przy „Settle Me Down” żałowałbym, że radia nie są już tak fajne. Ta piosenka to zwykły rock, zwykłe country, zwykły pop, zwykła łagodna przebojowość do słuchania w samochodzie albo rankiem przed wyjściem do pracy. Mogłaby powstać zawsze i pewnie im prędzej by powstała, tym większym cieszyłaby się uznaniem. Wydana teraz niesie nas jednak na arcy-rozkosznych falach niedoprecyzowanej nostalgii.



W tej jednej znakomitej piosence Eric Berglund zamknął oczekiwania fanów Animal Collective na utwór, jakim inny wykonawca byłby w stanie wynagrodzić chwilowo nieobecność ich ulubieńców. Czy słuchając „Whorehouse” czujemy się tak jakby ktoś otworzył nam puszkę pandory? Chyba nie do końca, raczej jakieś jej przeciwieństwo. Ten kawałek to prędzej niezwykłe pudełeczko, z którego wyskakują zabawki, słodycze, konfeti i inne kolorowe niespodzianki. Miłośnik pomysłowo sprzedającego przyjemność popu poczuje się tu jak dziecko na urodzinach. Berglund a.k.a ceo sypnął z rękawa talią chwytliwych dźwięków, odgłosów i melodii. Szwed, jak to Szwed, napisał zgrabne, rytmicznie wzmocnione zwrotki, chłopięco niewinny refren, ale i posłużył się kluczową w tym wszystkim szkołą mistrzowskiego produkowania. Tym samym, najistotniejszym rezultatem stało się powstanie przyciągającego barwnymi detalami  singla kompletnego, w którym za każdym razem dosłuchujemy się kolejnych nowych rzeczy. Siedem (!) lat po zdobyciu piosenkiroku na Screenagers, ex-członek The Tough Alliance przypomniał nam się ze swej najkorzystniejszej strony.



Na bezrybiu i rak ryba. Na średniej płycie The Gaslight Anthem dobra piosenka napisana przez Briana Fallona to wciąż świetna piosenka. W „Rollin’ And Tublin” płonie żywy ogień podsycany goryczą i rozczarowaniem. Rozwód lidera zespołu z New Brunswick zainspirował być może najlepszy kawałek czystego rocka, jaki powstał w tym roku. Ciskane od samego wejścia riffy, refreny i mostki prowadzone na całkiem błyskotliwych wokalnych melodiach oraz spienione ostrym wkurwem teksty Briana („Baby I was born on the fourth of July, Exploding like a firework, aw yeah”) składają się na gitarową petardę o aparycji nie skalanej obskurnością. 



Świąteczne utwory nie są nawet w połowie tak dobre jak te zimowe i nazwijmy je sobie “przedświąteczne”. Miłosna ballada Adama Bainbridge’a śpiewana w urokliwym duecie z wokalistką o pseudonimie Tawiah wpisuje się według mojego wyobrażenia właśnie w tę ostatnią kategorię. Stanowi o tym wyjątkowa, ciepła atmosfera, stonowanie i wrażliwość obydwu głosów piszących swoje kwestie na gruncie będącym wypadkową r’n’b z sophisti-popem. Dołóżmy do tego trzy grosze dołożone przez pana z Blood Orange oraz nie tak znowu wesoły tekst czyli czynniki równoważące poziom cukru w piosence do postaci półsłodkiej, może nawet wytrawnej. To może nie soundtrack do beztroskiego ubierania choinki, ale refleksyjnego grudniowego spaceru ulicą miasta wieczorową porą już jak najbardziej.



„Amnesia” zalicza się do sprytnie rozplanowanych piosenek, które z każdym kolejnym momentem już podczas trwania zyskują coraz większą sympatię słuchacza. Podopieczni Nasiono Records zaczynają nieźle, od pogodnej zwrotki, ważny punkt zyskują przy „run run runaway until you reach the blind street…”, aż w końcu przesądzają sprawę bujnie rozkwitającym refrenem. Nie wiem jakim cudem dałem się tu przekabacić (i to nie raz) tak wielu melodyjnym linijkom i fragmentom tekstu, które wypadałoby sobie gdzieś wytatuować. Ile razy, w czasie jednej sesji z tą piosenką, robi mi się ciepło na duszy? „Amnesia” = wiosna 2014. Niemy krzyk wiecznego bycia pomiędzy („I'm stuck forever somewhere in the middle”), ochoty porzucenia ciepłej nudy na rzecz odrobiny szaleństwa („A sip of tea washed down with a cooold drink”) i małego, osobistego buntu („I could never live that way agaaain”). Zdecydowanie ich “moment of bliss”.



Wyobraźmy sobie balladę o rozstaniach, takich chwilowych, o emocjonalnych kosztach jakie trzeba przez nie płacić, aby coś się opłaciło. Albo nie tylko o rozstaniach, raczej o wszystkim co wiąże się z poświęceniem czegoś dla dobra sprawy. O wysiłku, który na poważnie podjęty może zaowocuje triumfem, ale nie na sto procent, bo gwarancji nigdy ma... Tylko czy aby na pewno o tym wszystkim jest ta piosenka, czy jednak tylko o rozstaniach i tęsknotach? A może to jedynie ładna melodia, ciepła emocjonalność i kompozycjna szlachetna prostota? „Jedynie” – słowo klucz.



Jakże pięknym nabytkiem stał się dla Polyvinyla ten zespół. Jak łatwo można się zakochać w jego blond-wokalistce, jakże błogo melodie rozpływają się gdzieś w lekko-retro oprawie i jak kapitalna jest cała ta twee popowo/jangle popowa piosenka, tego wyrazić nie jestem do końca w stanie. Lato według Alvvays, słoneczna beztroska… takie struktury i klimaty już znamy, ale usprawiedliwieniem wysokiej oceny oraz zachwytów niech będzie meritum w postaci refrenu, słusznie naznaczonego tu największą starannością i wdziękiem.



Nie za łatwo jest pisać o tak mało charakterystycznych, typowych wręcz dla danego zespołu, ale mimo to diabelnie doskonałych utworach jak „Intruders”. The Antlers zaszczycają nas swą dostojną melodyjnością, krokami stawianymi z elegancją, gracją i lekkością jednocześnie. Linie wokalne Petera, jego falsetowane końcówki i sporadyczne uniesienia wypływają tak naturalnie, że nawet „fuck your doubts and your cute batallion” nie brzmi za grosz wulgarnie. Fragment zawierający te słowa jest zresztą w całej piosence najlepszy, a zdobiące numer trąbki wydają się być na miejscu tak bardzo, że aż dziwne jak mogli się obyć wcześniej bez nich.



Z czym właściwie mamy do czynienia? Post-punkiem, kraut-rockiem, avant-popem? Może wszystkim po trochu, a może z żadnym z powyższych. Kilka repetycyjnych struktur nakłada się na siebie, wokalista ciągnie zwrotki nadając tworowi pozorów piosenkowości, jest ciekawy rytm i basowy puls. Po tym jak dostajemy ostrzeżenie: „Digitale, analogi, błyskające oślepiają, Kiedyś Cię dopadną, więc się strzeż”, pojawia się chyba mój ulubiony, mroczniejszy fragment stanowiący pomost pomiędzy drugą, a trzecią zwrotką (refrenu nie ma). A w niej z kolei najlepszy element tej sympatycznej i dość wymyślnej konstrukcji tekstowej. „Skręt w grubymi nićmi sznurowany sen, O szybach czarnych i autach za pięć, Do tej całej idolatrii, pełnych szklanek, koleżanek, Głośno słuchających „Tago” Can”. 30 marca 2014 „kawałek frapował i wciągał.Dawał radę jako przewrotny singiel, a zarazem wzbudzał ciekawość co do tego,jak odnajdzie się w układance albumowej.” Dziś wszystko poza ostatnią częścią wydaje się być aktualne. Układanka albumowa to już z kolei temat na inną bajkę.



Joyce Manor od trzech lat nieustannie utrzymują status najbardziej kultowej wśród lajtowych punk rockowych kapel. Króciutki numer 4 z „Never Hungover Again” 20 lat temu znalazłby swoje miejsce zarówno na „Punk In Drublic” jak i „Bee Thousand”.  „Victoria” z perkusją ala NOFX i entuzjastycznym krzyczeniem dziewczęcego imienia jawi się ich najbardziej beztroską lipcowo-sierpniową propozycją jak dotąd.  


12. Trust – Capitol

Pierwszy kontakt z „Capitol” ekscytacji nie przyniósł, ale już w drugim gotów byłem ocenić utwór Roberta Alfonsa na optymalne dziesięć. Zarówno podskórny odbiór jak i analityczna obserwacja sposobu rozłożenia składowych kawałka Trust jest intrygującym doświadczeniem. Autentyczną delirkę wywołuje zwłaszcza pierwsze 60 sekund. Obezwładniający klawiszowy motyw, lakoniczna tekstowo zwrotka, tak jakby napisana na kolanie, jedynie w celu zrobienia odpowiedniego wstępu do bombastycznego refrenu, ale w rzeczywistości będąca ogromną wartością sama w sobie. „No love, hold up, afraid/a friend?”, bo dobrzy poeci wiedzą, że mniej często wyraża najwięcej. Sam refren, tak wyczekiwany, maksymalnie przebojowy, powoduje czyste spełnienie. Z kolei nieinwazyjna taneczna część po nim, co najmniej słuszne przedłużenie przyjemności obcowania ze słodko-gorzkim synth-popowym singlem roku.



Sean Bonette, okularnik, szalony intelektualista i jego wesoła grupa folk-punkowych bystrzaków pozwalają nam przez moment przybrać nieco wrażliwszą optykę na świat. „Stevie Wonder to the bullshit, baby, Write a nice pop song about it”. Czyż nie brzmi to w przypadku “Temple Grandin’” jak postawione sobie i wzorowo zrealizowane wyzwanie? Ich muzyka nadal uderza, chwyta i krzepi. Poza tym „FIND A NICER WAY TO KILL IT!” wciąż można przy niej krzyczeć.  

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 2 (miejsca 15-1)

15. Algernon Cadwallader – Preservatives












Dziś patrzę już na tych chłopaków jak na kogoś więcej niż tylko średnich naśladowców stylu Cap'n Jazz. Od teraz są dla mnie przede wszystkim twórcami najlepszego, najbardziej skocznego hymnu dla środków antykoncepcyjnych jaki słyszałem. No dobra, może słyszałem tylko jeden taki, ale to co dzieje się w jego drugiej części jest dla mnie porównywalnie z niespodziewanym hookiem w „Vermillion Plaza” Deastro sprzed dwóch lat. Rodzice indie-dzieciaków w USA mogą spać spokojnie.

LINK


14. The Strokes – Under Cover Of Darkness












Nie odważyłem się póki co wrócić po raz drugi do najnowszego krążka Strokesów. Jednakże jeśli ma on, choć w niewielkim stopniu tak wysoki poziom growerowania co „Under Cover Of Darkness” to może powinienem spróbować. Nick Valensi, tak się nazywał ten ich gitarzysta? Jak mam pamiętać skoro wydają albumy raz na 5 lat? W każdym razie, to charyzmatyczne brzmienie gitary, wyeksponowanie melodii w omawianym singlu nie pozwala ich za żadne skarby znielubić. Samo „Is This It?” wystarczy żeby kultowy status mieli do końca życia. Wypuszczanie raz na jakiś czas równie przylepnych utworów w żadnym wypadku mu nie zaszkodzi.

LINK


13. Dropkick Murphys – Going Out In Style












Udał im się ten pierwszy singiel wyjątkowo. Choć cała płyta wypada przynajmniej przyzwoicie to drugiej takiej bomby już się w niej na bank nie doszukamy. „Goin Out In Style” wybucha z buńczuczną energią dorównującą klasycznym wycinkom poprzednich krążków – „I’m Shipping Up To Boston” czy „The State Of Massachusettes”. To pieśń przepełniona dumą, ale wyrażona na zupełnym luzie i bez spinki. Dopóki leje się piwo, banda wielkich facetów skanduje słowa tekstu, a kończynka jest zielona nie ma się co o Dropkicków martwić.

LINK


12. Joan Of Arc – Life Force












Minuta i trzynaście sekund podbudowującego optymizmu na jaki potrafił się zdobyć Tim Kinsella. Kiedy słyszę życzliwosć zawartą w słowach „let’s cut each other strings, give me the hand if you understand” podsumowaną jeszcze bardziej dowartościowującym “There’s this good thing inside of me, A way of seeing.” czuję, że nie może mnie już spotkać nic złego. Na horyzoncie same dobre chwile.

LINK


11. Braids – Plath Heart












Zachwytów nad czarującą wokalnie dziewczyną z Braids ciąg dalszy. Początkowy motyw można sobie nastawić na dzwonek. Kluczem do wspaniałości kawałka fragment „didn’t do extactly what you told me, when you scold me, leads me to implore the, golden hole which was surely given to make beautiful children and push and push and push and push” gdzie liczy się treść, ale też przede wszystkim sposób wyartykułowania. Całościowo piękny, “podwodny” pop.

LINK


10. Touche Amore – ~












Refleksyjna melodia, punk rockowa petarda, naładowany emocjami wokal. Wściekłość, energia, nadzieja, wszystko na przestrzeni niespełna półtorej minuty maksymalnie zaangażowanego grania. „If actions speak louder than words, I'm the most deafening noise you've heard, I'll be the ringing in your ears, That will stick around for years”. „For Want Of” obecnej dekady?

LINK


9. Manchester Orchestra – Simple Math












Jeśli to jest stadionowy rock, a podobno jest to znaczy, że stadionowe granie ma się dziś wyjątkowo dobrze. Ja co prawda nie słyszę tu żadnego wielkiego refrenu, przesadnej podniosłości ani nie wyczuwam lasu rąk kołyszącego zapalniczkami. Słyszę za to błyskotliwy jak cholera kompozycyjnie kawałek efektywnej i efektownej również gitarowej muzyki, zaserwowanej z równie inteligentnym tekstem. Klasy „Simple Math” nie trzeba wcale bronić przypominając o absolutnie genialnym teledysku.

LINK


8. Kiev Office – Dwupłatowce












Szczerze, nie dałbym się raczej pokroić za refren tej piosenki, ale już przy zwrotkach, przybrudzonych na shoegaze'owo, przebojowych gitarach czy doznaniowo wyśpiewanych linijkach w rodzaju „bo ja wooooooooooolę kiedy lecisz wciąż w górę, północny zachód kraju leży poza barierą dźwięku” szczęka opada każdorazowo. Przejście po pierwszym chorusie i podśpiewywanie Kucharskiej to również mały, ale jakże istotny bonus.

LINK


7. Death Cab For Cutie – Stay Young Go Dancing












Przy tym utworze uświadomiłem sobie kiedyś, że nic co złe nie trwa wiecznie, po nim w końcu nadchodzi lepsze. Dzisiaj wiem też, że to działa w dwie strony, a w zasadzie jak błędne koło. Na tym co wyparło gorsze też po jakimś czasie się zawiedziesz, ALE i to zniknie w końcu wyparte przez coś nowego. Zamotałem? Pewnie niewiadomo o co chodzi. Tak sobie gadam do siebie.

LINK


6. Papercuts – Do You Really Want To Know












Najbardziej przyczepna kompozycja z ostatniego albumu barokowych subpopowców. Papercuts nie mają może epickości Grizzly Bear ani nie zdobyli takiego rozgłosu jak The Morning Benders w roku ubiegłym. Piosenki, w których słodycz aplikowana jest tak jak tutaj, na miarę najlepszych jakościowo ciast i wypieków to jednak ich wyjątkowo mocna strona.

LINK


5. Maritime – Annihilation Eyes












Kilkanaście miejsc wcześniej wspominałem o “It’s Casual” jako potencjalnie najlepszej rzeczy spod dotychczasowego szyldu Maritime. “Annihilation Eyes” to oczywiście inna para butów, utwór mający na celu dodać chęci do życia, sprzedać pozytywnego kopa, sprawić, że chętniej wstaniesz rano na zajęcia. Co tu więcej pisać odkrywczego, ONA WŁAŚNIE TO ROBI, jest w swojej kategorii bezbłędna i raczej ciężka w tym roku do pobicia.

LINK


4. Joyce Manor – Leather Jacket












Nikt lepiej nie ujął ostatnio kwestii uczuciowego rozczarowania niż Joyce Manor w tym powalającym, hymnicznym kawałku. „In your new leather jacket, you're somebody else, And it's not nice to meet you in a fortress of self”. Istny autentyk łkania przez zaciśnięte zęby i ochrypły deadmilkmenowy wokal. „I miss the way we talked before you went away to school, I hate the way you're leaning and you're looking at your phone, I hate the way I feel like dying when I'm alone.”. Gorycz tęsknoty za starymi dobrymi czasami kiedy bliska ci osoba była ci jeszcze bliska… Przyszły klasyk punkowego romantycznego zawodzenia.

LINK


3. Setting The Woods On Fire – December Decay












Prawdziwe piekło chłopaki rozpętują we wstępie do wspaniałego „December Decay”, który po chwili przechodzi w uroczą indie-emo balladkę w stylu Mineral, ale iście wybuchowym, siarczystym hardcore’m (czy w końcu nawet post-rockiem) raczy również w kolejnych, zajmujących minutach. Nie mieliśmy czegoś takiego do tej pory na rodzimej scenie zbyt wiele, więc teraz STWOF starają się oddać wszystko za jednym zamachem…

LINK


2. The Antlers – I Don’t Want Love












Łamacz serca roku. Piosenka, której chcesz słuchać schowany przed światem, szczęśliwy lub nie, raczej nie, kiedy widzisz pierwszy śnieg za oknem, kiedy o kimś myślisz. Paradoksalnie tyle w tym utworze miłości, że Peter Silberman okazuje się marnym kłamcą.

LINK


1. Thursday – No Answers












Któż inny potrafiłby zaaplikować wyważoną podniosłość klawiszy, doskonałość gitarowych partii, perkusyjnych przejść i cudownego, wysmakowanego dramatyzmu niż ta wiecznie samodoskonaląca się grupa z New Brunswick? „No Answers” to kompozycja w ścisłym znaczeniu słowa, precyzyjnie skonstruowana, dograna na ostatni guzik przez każdego z muzyków. Technicznie jest się nad czym rozpływać, ale przecież i tak decyduje tu wartość emocjonalna, poruszanie i oddziaływanie. Zwłaszcza w tej fantastycznej końcówce gdzie pięknie zaakcentowany smutek ponownie okazuje się wartością nadrzedną,prowadzącą do powstania momentu jaki pamiętać się będzie na bardzo długo.

piątek, 16 grudnia 2011

Ulubione albumy 2011

Nie mogłem się jakoś zorganizować do przygotowania większego podsumowania. Poza tym chyba nie bardzo mi zależało. Do końca roku jeszcze trochę posłucham i pobawię się w bardziej rozbudowaną listę (bez opisów) na Rate Your Music. Tymczasem albumowe top 10, w którym znalazły się wzruszające, depresyjne slowcore'y, elektroniczne indie-wynalazki i ciepłe folkowe ballady. Tuż obok melodyjnych punkowych energetyków, emo-krzykaczy i post-hardkorowych koksów, bo tym razem byłem aż tak leniwy, że nie chciało mi się dzielić wszystkiego na dwie listy. Dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia.


10. Arrange – Plantation












7

Pewien kolega twierdzi, że nie może na dłuższą metę słuchać „mojej” muzyki, ponieważ jest ona zbyt smutna i dołująca, co ponoć tłumaczy czemu ja sam sprawiam wrażenie człowieka smutnego i zdołowanego. Dziwi mnie to, szczególnie, że nigdy nie puszczałem przy nim Codeine, Carissa’s Weird czy choćby takiego Arrange, który w piękny sposób namawia do skulenia się w kącie i poużalania nad sobą. Rzeczywiście na „Plantation” trzeba mieć po prostu nastrój. To wolna, rozlazła, zamulająca i świetna płyta. Neo-poważkowy grunt fortepianowo-ambientowy, nie znający pojęcia radości wokal, utwory niezbyt zróżnicowane, ale budujące bardzo taktowną całość. „Turnpike” można nawet śmiało wrzucić do jednego folderu z „D”, „Cody”, „Dagger” i „Silently Leaving The Room”. Oczywiście aby słuchać później raz na jakiś czas, w ciemności i samotności, bo wszyscy wiemy, że tak naprawdę nieszczęśliwi chłopcy nie mają powodzenia, a dziewczyny wolą tych wiecznie zabawnych i pewnych siebie.

"Turnpike"



9. La Dispute – Wild Life












7.5

Niedługo po tym jak mewithoutYou porzucili post-hardcore'owe ideały zamieniając je na całkiem urokliwe indie-folkowe granie, świat usłyszał o La Dispute. Muzyczna scena nigdy nie znosiła próżni, a pójście w ślady grupy Aarona Weissa przy niemałym potencjale własnym okazało się rozwiązaniem nad wyraz sensownym. Wiadomo, shoegaze'owcy kopiują z My Bloody Valentine, indie-bandy sugerują się Pavement, a neo-punkowcy zżynają z Hot Water Music. Wspomniane mewithoutYou pomimo trzech znakomitych płyt (ostatniej nie liczę) i stylu wyrazistego jak mało kto nie zdążyli dotąd stać się zespołem wpływowym, być może aż do dzisiaj. I właśnie tu pojawiają się tacy Touche Amore (mniej zapatrzeni w wyżej wymienionych) oraz bohaterowie tego tekstu, których płyty dla miłośników ostrzejszych brzmień będa definiować miniony rok. Być może dla kogoś okaże się to na dłuższą metę niestrawne, ale moim zdaniem ogromną zaletą jest, że La Dispute wkładają w muzykę 200% siebie, przeżywają, dramatyzują, hektolitrami wylewają z siebie emocje. A dominują wśród nich oczywiście gorycz, smutek i złość – często w wydaniu prawie ekstremalnym. “The Most Beautiful Bitter Fruit” to na tą chwilę takie ich “Nice And Blue”. “Safer In The Forest – Love Song For Poor Michigan” przypomina, że najdoskonalsze melodie to te refleksyjne i właśnie na nich w połączeniu z starannie budowanym napięciem opiera się najdoskonalsze utwory. Najdłuższy w zestawie “King Park” jest z kolei popisem epickiego posługiwania się tekstem w celu opowiedzenia poruszającej historii. Całość jawi się zwartą, niemal godzinną “drogą krzyżową” złożoną z 15 stacji. Pozbawioną większych mankamentów, może odrobinę monotonną, ale w całym tym masochizmie przedrastycznie przyjemną...

"The Most Beautiful Bitter Fruit"



8. Papercuts – Fading Parade












7.5

Przyznaję, że trochę zauroczył mnie ten album, czwarty już w dorobku Jasona Quevera aka Papercuts, a pierwszy w katalogu Sub Popu. Piosenki na nim zebrane płyną, kołyszą, raczą ślicznymi harmoniami i rozmywają się w przyjemny sposób. Balladowy folk Fleet Foxes, senna, intrygująca atmosfera Beach House, odrestaurowany, sixtiesowy pop The Byrds. Quever pozostaje na czasie z tym z czym trzeba, ma spory talent, potrafi też pisać urzekające melodie. Całość materiału buduje wokół niezmiennego klimatu, wyciskając z niego ile tylko się da. Jest tu ckliwie i smutno, zawzięcie pięknie i śmiertelnie romantycznie. Przypomina się zeszłoroczny Pepper Rabbit, w obrębie poszczególnych kawałków pewnie i z tuzin innych nazw. „Do You Really Want To Know” to jedna z tych piosenek, przy których znów chcesz się zakochiwać albo nawet przeżywać miłosne zawody. Nie inaczej „White Are The Waves”, ukazujące perfekcję w chamber popowym piosenkopisarstwie. Do grona faworytów dorzuciłbym jeszcze „Winter Daze”, gdzie fortepian, oniryczna produkcja i głos Quevera składają się na bardzo ładny, muzyczny obrazek. Nawet gdyby pominąć wspomniane highlighty i tak będzie z czego wybierać. Utwory wyrwane z kontekstu nie tracą na urodzie, całościowo tworzą jednak spójny, hipnotyzująco-rozmarzony organizm, który właśnie w takiej postaci posiada największą siłę estetycznego rażenia.

"White Are The Waves"



7. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain












7.5

Trochę jak stara, zrzędząca baba muszę w tym miejscu odnotować, że rok 2011 okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem jeśli chodzi o wszelką muzykę indie i alternatywę. W latach poprzednich byłem świadkiem podobnych wyznań ze strony starszych kolegów powoli tracących entuzjazm, wpadających w rutynę coraz obojętniejszego słuchania. Ja nie wiem czy naprawdę w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy było aż tak fatalnie, ale albumy trafiające do mnie w stopniu, choć trochę wykraczającym poza przeciętne „podobanie się” mogę policzyć na palcach jednej ręki. WU LYF magicznego progu 8/10 nadal nie przekraczają. Oni jako jedni z nielicznych są tego jednak bliscy, swoim niesamowitym zapałem i dzikością serca podtrzymując we mnie iskrę zaangażowania. Bo przecież gdyby znalazło się w ich repertuarze więcej takich petard jak „Spitting Blood” to gadka byłaby zupełnie inna. Ten jeden kawałek symbolizuje właściwie wszystko czego mi ostatnio brakowało. Niczym wielki kubek kawy z guaraną/ koleżeński strzał z liścia w twarz/ wylanie na łeb wiadra zimnej wody, każe się ocknąć, otworzyć oczy, ruszyć w dziką szamańską orgię gdzie tańczysz przez całą noc wykrzykując „We are so happy happy to see, all of our children will run blind and free”. Te ich nieokrzesane wrzaski, skoczne melodie, uroczyste klawisze imponują mi także w „Dirt”, „We Bros”, „Cave Song”. Całe „Go Tell Fire To The Mountain” jest zaś jak powiew młodości, energii, buntu, odwagi, braterstwa. Taki „ciężki pop”, podlany grubą warstwą goryczy, nie zachęcający do prostego odbioru, ale w obrębie tego wszystkiego zapewniający ogrom muzycznej radości.

"Spitting Blood"



6. Maritime – Human Hearts












7.5

„Human Hearts” to nadzwyczaj solidna kontemplacja dźwięków w duchu amerykańskiego indie rocka, power popu, shoegaze'u. Sukcesywny powrót do czarowania atmosferą „We, The The Vehicles” z uwzględnieniem paru przebojowych chwil „Heresy And The Hotel Choir”. Nowym „Tearing Up The Oxygen” śmiało można typować singlowe „Paraphernalia”. Zniewalające rozmarzoną gitarą, melodią niczym pogodne oblicze The Cure i bezpretensjonalnym nastrojem. „Black Bones” wychodzi niby z podobnego założenia bardzo klimatycznego komponowania, ale brzmi już jakby bardziej „wieczornie” jeśli wiecie co mam na myśli. Ten fragment, w którym Davey rzuca kwestią “oooh, black bones…” z jakąś szczyptą niedopowiedzenia czy może zadumy niewątpliwie ma coś w sobie. W drugiej części rządzi i dzieli „Annihilation Eyes”, kawałek najbardziej pogodny i energiczny w zestawie, przypominający późne The Promise Ring, przy którym zatrzymują się twórcy wszystkich recenzji „Human Hearts”. Z okazji tego podsumowania ode mnie pół gwiazdki w górę.

"Paraphernalia"



5. Bibio – Mind Bokeh












8

W kontekście dotychczasowej twórczości Stephena Wilkinsona mówiło się o balansowaniu pomiędzy laptopowymi dźwiękami i elektroniką spod szyldu Warp Records, a brzmieniami natury folkowej. Eklektyczna, konceptowo i nastrojowo przebogata układanka „Ambivalence Avenue” sprzed dwóch lat stała się dla Bibio rzeczą pod wieloma względami przełomową. Średnio znany twórca folkotronicznego lo-fi zebrał ósemkowe recenzje, zaistniał na albumowych listach roku, zdobył uznanie tu i tam. „Mind Bokeh” wzbudza już reakcje znacznie bardziej zróżnicowane. Sumując opinie przedstawiłby się nam obraz płyty jak najbardziej solidnej, miłej i ciekawej, ale jakby przynoszącej lekki niedosyt. Wilkinson znów stara się odnaleźć miejsce pomiędzy odmiennymi stylistycznie stronami medalu. Można by te kompozycje spokojnie posegregować, a następnie podzielić na dwie części. W jednej prym wiodłyby popowe melodie oraz przystępne motywy jak w radosnym „K Is For Kelson” czy rockowym „Take Off Your Shirt”. Druga skupiałaby nocne, absorbujące impresje o metafizycznym klimacie. I to właśnie „Excuses”, „More Excuses”, „Artists’ Valley”, „Saint Christopher” albo „Pretentious” fascynują i przyciągają atmosferą ukazując talent artysty w najczystszej postaci. „Mind Bokeh” to może dość niespójny, ale wciąż piekielnie dobry album, który przy braku solidniejszych rywali koniec końców okazał się moim indie rockowym faworytem roku.

"Excuses"



4. Eastern Youth - 心ノ底ニ灯火トモセ












8

Przez kilka pierwszych miesięcy roku z trudem mogliśmy doszukiwać się dobrego punk rocka łamanego przez post-hardcore w wydaniu anglojęzycznym. Zbawienie niespodziewanie nadeszło ze strony starych, skośnookich wyjadaczy. Eastern Youth kojarzą na pewno fani Cursive, z którymi grupa nagrała w 2002 roku split „8 Teeth To Eat You”. Lepiej byłoby jednak wspomnieć o imponującym 14-albumowym dorobku zgromadzonym do tej pory przez ekipę Hisashiego Yoshino. Ikona indie rocka z Kraju Kwitnącej Wiśni na „Tomose Lights At The Bottom Of The Heart” wykazała się nie lada energią oraz sprawnością w tworzeniu piorunujących riffów, emocjonujących gitarowych jazd i ekspresyjnie wykorzystywanych wokali. Poziom materiału naprawdę zaskakuje, jeśli weźmiemy pod uwagę ile ci panowie mają lat na karku i jak blado wypada przy nich 3⁄4 stylistycznie pokrewnych im bandów z USA. Muzyka Japończyków robi jednak wrażenie i bez wyżej wspomnianego kontekstu czy jakichkolwiek porównań. Eksplodująca dynamika "這いつくばったり空を飛んだり(這Itsukubatsu or fly in the sky)", chwytliwość refrenu „靴紐直して走る(Shoelaces Running Again)”, pogodzona na całej linii intensywność świeżego rockowego grania z przystępnością i przebojowością. Perełką w zestawie jest czwarte „東京West(West Tokyo)”, numer przechodzący drogę od wyciszonej ballady o nowofalowych naleciałościach do desperacko-wrzaskliwego post-hc. Nie szkodzi nawet, że nie rozumiem, o czym oni w ogóle śpiewają. Przekaz odczuć i wrażeń wypada tu jak najbardziej czytelnie.

"ドッコイ生キテル街ノ中"



3. Joyce Manor – Joyce Manor












8.5

Zespół Joyce Manor może szczycić się najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na modern punkowej scenie w tym roku. Czy na dłuższą metę zostaną Jawbreakerem obecnej dekady, czas zweryfikuje, aczkolwiek przesłanki są ku temu jak najlepsze. Na „Joyce Manor” zacierają się granice melodicu, org-core’u, poppunku, hardcore’u i post-hc. Nie znaczy to wcale, że płyta jest w jakiś sposób przeładowana brzmieniem. Przeciwnie, to, aż trudno uwierzyć, jedyne 18 minut totalnie skocznego, prostego, choć piekielnie pomysłowego grania. Wyraźnie kłania się podejście do rzemiosła Bomb The Music Industry!, szalona melodyjność, bałagan i niedbałe wokale. Co mnie jednak najbardziej urzekło to smykałka do tworzenia niebywale wyrazistych kawałków z potencjałem do bycia przyszłymi hitami w swojej stylistyce. Po pierwsze „Constant Headache” - solidna kandydatura na nowy hymn uświadomionej, punk rockowej młodzieży. „Famous Friend” eksplodujące skondensowaną chwytliwością. „Constant Nothing” jakby puszczające oczko do „Little League” Cap’N Jazz, a także na swój sposób urzekające „Leather Jacket” z „śpiewem” a la Dead Milkmen. Radość od tego materiału aż promieniuje. Poza tym chłopaki mają niebywałą charyzmę - towar zawsze mocno deficytowy, dlatego też doceniany co najmniej podwójnie.

"Constant Headache"



2. Bomb the Music Industry! – Vacation












8.5

Jeff Rosenstock od paru lat „groził” sporym potencjałem oraz umiejętnością nagrywania nie tylko punkowych wymiataczy, ale i kompozycyjnie sprawnych, popowych piosenek o znakomitych refrenach. Ciasna szufladka ska-punku od dawna była dla Bomb The Music Industry! jedynie formalnym tagiem, niewiele znaczącym w kontekście ewoluującej, niepokornej twórczości. Zeszłoroczna EP’ka „Adults!!!: Smart!!! Shithammered!!! And Excited By Nothing!!!!!!!” poza eksplodującymi klawiszowymi odjazdami zdobyła uznanie także dzięki świetnym tekstom, w których Rosenstock opisywał przekonująco potyczki z własnymi depresjami. Ten mini-album, a także pojawiające się co jakiś czas zapowiedzi „Vacation”, zwyczajnie nie mogły antycypować rzeczy złej. Ska prawie całkiem odeszło do lamusa, punk rock nadal pełni ważną rolę, ale i tak najwyraźniejszy stał się czysty songwriting. „Hurricane Waves” imponuje lekkością i beztroską a la wczesne The Beach Boys. Trąbki oraz laptopy zostały rzucone w kąt, mamy do czynienia z klasycznym graniem i śpiewaniem. W „Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)” pojawia się jedno i drugie, ale to wokalne linie Jeffa wychodzą na pierwszy plan. Epickie „The Shit That You Hate” rodzi się jako ckliwa ballada, by po drodze zahaczyć o wpływy country i „Pet Sounds”, a następnie zakończyć żywot zbuntowaną podniosłością. Dodajmy jeszcze energetyczny melodic punk „Everybody That You Love”, „Savers” brzmiące jak wszystko, co najlepsze w tym zespole z rozkosznym zdzieraniem gardła na czele i resztę pieśni, jakich nie mogę już tu opisać, a wyjdzie nam obraz wyjątkowo udanego, wakacyjnego (a jakże) albumu będącego ukoronowaniem dotychczasowych działań formacji z Baldwin.

"Why, Oh Why, Oh Why (Oh Oh Oh Oh)"



1. Thursday – No Devolucion












10

Zachwycając się “No Devolucion” podczas pisania pierwszej, dość opasłej recenzji na FURS nawet przez myśl nie przyszło mi, że kiedy wrócę do tej płyty przy okazji podsumowań roku, Thursday nie będzie już dłużej egzystować jako zespół. Choć jak zapewnili muzycy rozpad nie jest definitywny i w niedalekiej przyszłości znów może dojść do współpracy, nadal istnieje obawa, że tegoroczny album pozostanie tym naprawdę ostatnim. Tym bardziej cieszy fakt, że jeśli ekipa Geoffa Rickly w tym momencie bezpowrotnie się z nami żegna to owo rozstanie wypada w naprawdę wielkim stylu. Następca “Common Existence” jawi się wydawnictwem olśniewającym kompozycyjnymi pomysłami, emocjonalnym wkładem, technicznymi rozwiązaniami, wszystkim właściwie co mi przychodzi do głowy i czego bym sobie życzył. Wiadomo, że energiczne, post-hardcore'owe wymiatacze to dla nich chleb powszedni. Takie są “Turnpike Divides”, “Open Quotes”, “Milimeter” i “Fast To The End”. Jak wieść gminna niesie, Thursday posiedli również ambicje do tworzenia rozbudowanych, nastrojowych utworów, przy których szczęka zwykła opadać w dół. Tu wskazanie na “No Answers”, “Sparks Against The Sun” albo “Stay True”. Co by tu więcej nie napisać i tak skoczy się na pochwałach. Dobrze w sumie, bo przecież po to mamy te gloryfikujące najlepsze płyty, listy roku, jak i płyty takie jak ta, aby takie listy w ogóle mogły powstawać.

"Fast To The End"