Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Antlers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Antlers. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

Podsumowanie 2014: albumy 10-1



10. Andrew Jackson Jihad – Christmas Island

Atmosfera śmierci zaciążyła na nowej płycie Andrew Jackson Jihad w stopniu większym niż dotychczas. „Puddle of body parts, Inside a bowl of angel hearts that the children were eating”, “Coffin full of orphans, slaughtered by a website-making man”, “God begging to be murdered”. Na “Christmas Island” trup ściele się gęsto, ale dantejskie sceny nie służą jedynie epatowaniu makabrą. Nie jest to również wyraz zwątpienia, czy skrajnego pesymizmu Seana Bonette. Raczej konstatacja pewnych rzeczy, dopuszczenie do głosu i wypowiedzenie kwestii trudnych, obaw z jakimi każdy ludzki umysł czasem musi się zmierzyć. Folk-punkowcy z Arizony nadal grają bardzo swoją muzykę. Nieco mroczniejsze niż dotychczas teksty wciąż zawierają elementy ironicznego humoru („his dad is dead enough, that his new dad can cure the bends”), gdzieniegdzie pojawia się i wypowiedziany bez fałszywej subtelności optymizm („Linda Ronstadt”). Kogo nie interesuje warstwa liryczna, ten może zresztą z powodzeniem słuchać większości z tych numerów jako świetnych, energetycznych piosenek („Temple Grandin”, „Children Of God”, „Kokopelli Face Tattoo”) lub quasi-ballad o niezłych melodiach („Do Re & Mi”, „Best Friend”, „Coffin Dance”) . Łowcy odniesień będą mieć zaś gratkę w doszukiwaniu się fragmentów nawiązujących do Wernera Herzoga, Q Lazzarus albo Stevie’ego Wondera.      


9. S.Carey – Range Of Light

"I'm flooding in spring, and swelling from the sound, and I am driftwood found" 

Ta płyta mogłaby w całości stanowić muzyczny ekwiwalent budzącej się do życia wiosny. Tak brzmią „Glass/Film” i „Creaking”, pierwsze dwa utwory z „Range Of Light”, niezwykle urokliwie przywołujące na myśl rozpuszczanie się ostatnich śniegów i lodów, rozkwitanie zieleni, nieśmiałe lutowo-marcowe podrygi. Nie miałbym nic przeciwko, by to wyjątkowo niespieszne tempo towarzyszyło całej płycie. Nie mam jednak również nic przeciwko temu, jaki kształt drugi album Seana Careya przybrał w rzeczywistości. Następca „All We Grow” z 2010 roku jawi się mistrzostwem harmonii, wrażliwości i ułożenia. Muzyk z Eau Claire wykazał niebywałą precyzję w dopasowywaniu folku do ambientu, popu, czy nawet elementów modern-classical. Kompozycje cechuje szlachetność i proste piękno, są one jakby bogate i dopieszczone, ale jednocześnie nieustannie czuć w nich coś ascetycznego. Niektóre fragmenty, jak choćby skrzypcowo rozedrgany, śpiewany wraz z Justinem Vernonem „Crown The Pines” przynoszą odrobinę kontrolowanego dramatyzmu. W innych Carey z pomocą fortepianiu snuje przeraźliwie smutno brzmiącą opowieść („Fire-Scene”) albo traci głowę w nieprzyzwoicie romantycznej balladzie („Alpenglow”). Zazwyczaj pozostaje jednak w swych poczynaniach stonowany i wyważony, a w realizowaniu koncepcji ostro konsekwentny. Doskonale potwierdza to olśniewająca końcówka: „Fleeting Light”, „The Dome” i „Neverending Fountain”, z której każda część składowa przynosi moment chwały.


8. The Hotelier – Home Like No Place Is There

Rzadko się zdarza, by najważniejszym momentem płyty był jej wstęp. Nie pierwsza piosenka z całego zestawu piosenek, a właśnie zaplanowane, uroczyste preludium, które u The Hotelier posłużyło za coś znacznie więcej niż typowe intro. „Open the curtain, singing birds tell me „tear the buildings down”, You felt blessed to receive their pleasant sound”. Od pierwszych chwil czuć w „An Introduction To The Album” zachętę do rozpoczęcia czegoś, odrodzenia, nowego startu. Powiew świeżego wiatru oraz oczekiwanie na dopraszającą się spontanicznego uwolnienia energię. Młodość i adolescencja w cztery i pół minuty. „Home Like No Place Is There” to najdojrzalszy z młodzieżowych, a także „najmłodzieżowszy” z dojrzałych albumów wydanych w ostatnich latach. Obecne są tu odpowiednie dla „fałszywego emo” lat 2002-2006: nastoletnio-romantyczna naiwność a la Jimmy Eat World (refren „Among The Wildflowers”) czy wrzaskliwa desperacja kojarząca się z Taking Back Sunday (z kumulacją w „Life In Drag”). Elementy, które, powiedzmy sobie szczerze, nie wróżyły raczej jak dotąd aplauzu krytyki i uznania w opiniotwórczych serwisach. Panowie z Massachusetts dokonali jednak niezwykłej sztuki wkomponowania ich w gitarowe kompozycje tak, by nie budziły większych zastrzeżeń, a wręcz świadczyły o sile utworów. Muzyczna witalność momentów takich jak „In Framing” , „Your Deep Rest”, „The Scope Of All This Rebuilding” i teksty dotykające obaw, frustracji, samotności na poziomie „trochę innym” niż w typowo koledżowym graniu świadczą same za siebie. Grupa Christiana Holdena dysponuje poważnymi tematami, mówi pewnym głosem i „nie marnuje wina tam gdzie jest coś do powiedzenia”. Jej kanciasty pop-rock rozgrzewany jest do czerwoności, a ekspresja, emocjonalne zaangażowanie i imponująca dynamika przekładają się na bezsprzecznie przekonującą jakość.


7. We Call It A Sound – Trójpole

Wystarczająco dobre jest już to, co WCIAS robią wyłącznie za sprawą swych elektronicznych, ambientowych i chill-wave’owych, smakowicie brzmiących wojaży. Taki „Tatarak” z innym, najlepiej anglojęzycznym tekstem byłby nieodróżnialny od rasowych produkcji zajmujących miejsca w rubryce „best new track” pewnego amerykańskiego serwisu. Od z miejsca inicjujących, a następnie bezlitośnie „cisnących” cały ten twór barwnych elementów można dostać uszopląsów. Entuzjastycznie wybijany rytm, świeżutki jak szczypiorek „miejski” riff, art-popowa artykulacja wokalna, bajeczne klawisze, hook na hooku. To jednak połączenie nowoczesnych form z elementami rdzennie wiejskiego folku, przejawiającymi się na podłożu najczęściej językowym, ale kilka razy i muzycznym sprawia, że „Trójpole” jawi się materiałem egzotycznym, intrygującym, innym od innych. „Opowiadają historie, które jeżą włos”. Może nie same historie, co raczej styl ich opowiadania, bo opowiada się tu przecież także dźwiękiem. Ale jeżą, jak najbardziej. Chociażby „Na Powiach” z klarnetem i akordeonem, nie przypominające nic, czego przyszło mi w ostatnim czasie słuchać. „Mroczny kujawiak, swoista nowoczesna, wiejska mantra, zatopiona w mrocznych, onirycznych melodiach”. Albo wchodzące prosto po nim „Smugi” - czysta doznaniowa metafizyka. Było w tym roku kilka albumów, które pokochałem mocniej. Ten zasługuje jednakże na miano w 2014 najbardziej osobliwego.


6. Spring Offensive – Young Animal Hearts

Rozpoczyna nieco inne od pozostałych „Not Drowning, But Waving”, którego doskonałość budowana jest powoli, wraz z cykaniem zegara, mrocznymi chórkami, niezbyt wesołą historią i logicznie wyrażonym na poziomie warstwy muzycznej smutkiem. W kulminacji, wokal raczy nas pięknie brzmiącym, refleksyjnym wyznaniem „Afraid you'll turn on me and I'll go down for this”. Z kolei w samym zakończeniu czeka już istny sztorm i stosowne wyładowanie. „No Assets” to reprezentant frakcji utworów o tematyce pieniężnej, dobra rada o konieczności oszczędzania. Jakżeby inaczej, przystrojona w intrygujący melodyjno-rytmiczny płaszczyk, połamaniec z poważnym refrenem. Ze środka krążka uśmiecha się do nas błyszczący szczególnie w lajtowych zwrotkach „Speak”. Kilkukrotne przesłuchanie tonącego w posępności, raczącego pesymistyczną ironią „The River” kończy się późniejszym śpiewaniem fragmentu o  ześlizgiwaniu się do rzeki. No i na finał, piosenka podsumowująca wszystko co u nich najlepsze, perełka w postaci kawałka tytułowego. „Young Animal Hearts” jawi się swojego rodzaju kompilacją hitów i ukoronowaniem pewnego okresu działalności zespołu. Nic nie zmienia jednak faktu, że jest to zwyczajnie doskonały album. Spring Offensive kilka lat temu pokazali się jako niewiarygodnie zdolna grupa. Sporo wody w rzece upłynęło zanim owe zdolności przyszło im potwierdzić na długogrającym debiutanckim krążku. Ostatecznie wydali tylko ten jeden, ale za to jaki.  Naprawdę fajnie, że zanim spasowali dostarczyli nam pełnoprawny, nie pozostawiający wątpliwości dowód na swą wyjątkowość. 


5. Eagulls - Eagulls

"you're the pain in my neck, my neck, my neck"

Nowa siła białasowskiego, gitarowego grania nadciągnęła z Leeds. Podobnie jak koledzy ze Spring Offensive, chłopaki z Eagulls dorastali w naszych oczach za sprawą poszczególnych nagrań, EP’ek i singli. Był swojego czasu ręcznie napisany list, który dedykowali „wszystkim plażowym zespołom ciągnącym sobie wzajemnie chuja”. Był entuzjazm towarzyszący pojawieniu się kawałków takich jak „Moulting”, „Possessed”, „Nerve Endings” albo „Tough Luck”. Przydarzył się  i przełomowy występ w nocnym programie Davida Lettermana. Brzmienie utworów na „Eagulls” niech posłuży za najlepszą odpowiedź na pytanie dlaczego wykonanie „Possessed” w „Late Night Show” dalekie było doskonałości. Weźmy dla przykładu takie „Hollow Visions”, fragment debiutujący przy okazji albumu. Kawał ostrego jak papier ścierny post-punka z gitarami, w których nowo-falowa przestrzeń wprost zagryza się z atakującym uszy, blisko-noise-rockowym jazgotem. Eagulls generują rodzaj hałasu, przy jakim jedyną słuszną opcją jest podkręcenie głośności. Są zespołem napieprzającym trochę na jedno kopyto, ale robiącym to na tyle dobrze, że drugi, trzeci i czwarty numer w podobnym stylu dalej cholernie nam się podoba, a piąty i szósty będzie co najmniej mile widziany. Jakże cudownie skutkuje ta mieszanka energii, pasji i złości w rozsadzającym na kawałeczki „Footsteps”, męczonym i katowanym chyba do ostatniego tchu zdesperowanego wokalisty George’a Mitchella. Przyjemnie jest dać się zmieść na koniec przez ścianę dźwięku w „Soulless Youth”. Wyróżnia się ponadto wśród tej inspirującej młócki opatrzone teledyskiem „Tough Luck”, rzecz chyba w zestawie najbardziej sięgająca stanów melodyjnej przebojowości. Dostaliśmy więc dobry, mocny, nieokrzesany debiut. Testostereonowy zastrzyk dla fanów ciekawszego punk rocka.  Zestaw rozedrganych emocji, wkurwień, wątpliwości i wyżyć.


4. The Antlers – Familiars

Brzmienie utworów na ostatnim albumie grupy Petera Silbermana nie jest ani trochę wymagające, nie przynosi bólu, silnych przeżyć raczej też nie. No chyba, że do takowych zaliczymy poczucie totalnego komfortu. „Familiars” jest bowiem płytą „wygodną”, miękką i melodyjną, ale przy tym nie tracącą ani trochę pod względem głębii. Tylko nielicznymi miejscami smutną, ale jedynie na tyle, byśmy mogli nazwać ją piękną, a momentami autentycznie wzruszającą. Taki moment dostajemy zresztą od samego wejścia za sprawą singlowego rozklejacza czyli „Palace”. Utwory takie jak „Intruders”, „Parade” czy „Director” nie zaskakują, bo nie muszą. Grunt, że stanowią esencję eleganckiego, wyrafinowanego indie popu. Ogromnym bonusem jest poza tym ukryty pod dwójką, siedmiominutowy „Doppelgänger”, kompozycja spowita mrokiem, ciekawie odsyłająca do początku lat 90. i czytelnie przywołująca wykonawców spod znaku sadcore/slowcore. To jednak zagranie celowe, nie zmieniające faktu, iż na „Familiars” The Antlers odeszli już całkiem daleko od chowania się w pustym pokoju. Padają tu przecież słowa: "And I can feel the difference when the day begins, like all I know is, "This year will be the year we win" dowodzące, że z wyważonym optymizmem jest im całkowicie do twarzy.  


3. Weezer – Everything Will Be All Right In The End

Na „Everything Will Be All Right In The End” nie dziwi sama obecność świetnych kawałków, co raczej wzorowa równość materiału, o którą nikt by już dziś Weezera nie posądzał. Znając tegoroczny krążek można ulec wrażeniu, że wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady było ze strony Riversa i spółki zwyczajnym lenistwem. Ten album mogli popełnić w dowolnym momencie po „Pinkertonie”. To nie żadna stylistyczna wolta, a typowy Weezer, ale w postaci optymalnej. „The British Are Coming” jest ich najbardziej udanym Beach Boysowym kawałkiem od czasu „Holiday”. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem, bazującym na dowcipnie romantycznym tekście  zapętla się na długo. „Ain’t Got Nobody” to świeżość i luz, rock’n roll w wyjątkowo chwytliwym wydaniu. „Zielono Albumowa” „Lonely Girl” opiera się na rymach niemal podręcznikowych, ale co z tego skoro jest kolejną trafioną, czysto hedonistyczną w piosenkowym sensie produkcją, zagraną na odpowiednim wykopie?  Dzieło wieńczy pomysłowa, w dużej mierze instrumentalna trylogia. I tu znów szkolna piątka, zwłaszcza za wyciskające łezkę „Anonymous”. Kto się nie ugnie pod „I don’t even know your name, No, I don’t know the words to say so….” ten nigdy nie był nastolatkiem zakochanym w jakiejś bliżej nieznanej, anonimowej koleżance. Kwartet z Los Angeles przygotował wreszcie długo wyczekiwany materiał z jajami, garść piosenek godną starego Weezera z lat 90, lepszą może nawet od „Green Albumu” z 2001 roku. „EWBARITE” to należna rekompensata dla fanów i wszystkich Weezerowych entuzjastów, ale też krążek, który powinien spodobać się każdemu miłośnikowi power popu czy wszelkich odmian melodyjnego rocka. Kto wie z czym wyskoczą za dwa albo trzy lata? Co wymyśli Rivers by ponownie zinfantylizować oblicze zespołu? Póki co cieszmy się z unikalnego momentu realnej chwały jego grupy. Kto wie, czy drugi taki kiedykolwiek się jeszcze powtórzy?


2. Sun Kil Moon - Benji

W pierwszym utworze na “Benji” Mark Kozelek obiecuje śpiewać imię swej tragicznie zmarłej kuzynki Carissy przez wszystkie morza. Dokładnie po tych słowach, jakby na przypieczętowanie deklaracji, spod jego gitary wypływa przepiękna melodia, kluczowy muzycznie moment całej piosenki. Chwilę później lider Sun Kil Moon z obezwładniającą szczerością przyznaje, że rzeczą bez jakiej nie mógłby żyć jest miłość swojej matki. Z grobowo poważnego „Truck Driver” o wujku, który spłonął żywcem we własne urodziny pozostaje w pamięci szczególnie jedno optymistyczne zdanie. „And babies were crying, Kentucky Fried Chicken was served, And that's how he would've wanted it, I'm sure”. W “Jim Wise” najważniejsza jest myśl, iż przyjaciel ojca Marka zabił swoją żonę, bo kochał ją zbyt mocno, by pozwolić jej na cierpienie. Nieważne czy Kozelek śpiewa o kolejnej śmierci, swoim kumplu Benie Gibbardzie („My Friend’s Ben”), wylicza szczegółowe relacje z płcią przeciwną począwszy od najmłodszych lat („Dogs”), czy po swojemu snuje refleksje na temat licznych tragedii mających miejsce w USA („Pray For Newtown”). Wszystkie te kawałki pochłania się z ciekawością, niczym najlepsze opowiadania. I nie ma tu u słuchacza mowy o zdystansowaniu się. Albo jesteśmy w nich na całego, albo suniemy przez długą, suchą pustynię. W podsumowaniu piosenek, w kontekście „Micheline” pisałem o oddawaniu przez kompozytora najwspanialszego hołdu zmarłym. Ta sztuka ex-wokaliście Red House Painters udaje się jeszcze kilkukrotnie, a partycypowanie w jego wynurzeniach chwyta za duszę niezliczoną ilość razy. Jak sam wyznaje: „nie jest tym, który się modli, ale tym, który gra i śpiewa”. Może to właśnie dlatego.  


1. Joyce Manor - Never Hungover Again

Trzy lata temu Joyce Manor mogli się szczycić najbardziej elektryzującym, maksymalnie przebojowym w swej treściwości i energii debiutem na współczesnej punkowej scenie. Przesłanki ku zostaniu Jawbreakerem obecnej dekady były dla nich jak najlepsze, a dziś, kiedy można już cokolwiek zweryfikować, wydają się jeszcze bliższe spełnienia. Kultowość w jaką powoli obrastają Kalifornijczycy znajduje swoje uzasadnienie przy okazji 19-minutowego „Never Hungover Again”. Piosenki na trzeciej płycie młodzieńców z Torrance traktują o niedopowiedzianej miłości, rozstajach uczuciowych dróg (symbolizowanych prozaicznie przez koniec lata), ponownym zakochiwaniu się, żałowaniu czegoś i zapominaniu. Typowe, zawsze aktualne problemy dorosłej i nie dorosłej młodzieży, tematyka bez dna, w ich wykonaniu ma swój urok. Zdarzyło mi się napisać, że nikt nie ujął kwestii uczuciowego rozczarowania lepiej niż Joyce Manor w powalającym, hymnicznym „Leather Jacket” stanowiącym kwintesencję współczesnego, emocjonalnego punk rocka. Nadal uważam ponadto, iż niczyje łkanie („everything reminds me of youuuu”) nie było tak zajebiste jak Barry’ego Johnsona w „Beach Community”, a „Constant Headache” wykonywane na koncertach nawet przez Conora Obersta i Desaparecidos jest już nieodwracalnym klasykiem w dziedzinie punkowych piosenek o damsko-męskich relacjach. Na „Never Hungover Again” talent do układania i wyrażania tego rodzaju doznań nie ulotnił się, choć ostre kontury zostały nieco złagodzone przez czucie „najlepszej wakacyjnej płyty tego lata”. Zważywszy jednak, że mowa o Joyce Manor, to wakacje i lato wcale nie muszą oznaczać wyłącznie lekkich klimatów. Refleksję z wyczuwalnym posmakiem smutku i bezsilności niesie „End Of The Summer”. Gorzkim szlochem jest „Falling In Love Again”, w którym możemy posmakować tak wyczekiwanych desperackich wokali Barry’ego, najintensywniejszy stan osiągających kilka chwil później w „Catalina Fight Song”. Dziś pop punkowa młodzież jawi się znacznie bystrzejszą, bardziej „oczytaną” niż dziesięć i dwadzieścia lat temu. Już na „Of All Things...” JM sięgnęli po kaliber zwący się The Smiths. Dziś również nie wahają się, by go użyć, ze sporym wdziękiem i skutecznością zresztą, w nie przekraczającym progu dwóch minut „Heated Swimming Pool” na słodki koniec. Zakładając na pierwszą płytę (czysty punk) filtr z wnoszącej kilka zmian drugiej (brytyjskie i amerykańskie indie), nie zabijając własnej charyzmatycznej istoty zespołu i dodając więcej słońca otrzymujemy „Never Hungover Again”. 19 minut, ulotnego pod więcej niż jednym względem, przebojowego grania w około-punkowym stylu pierwszej połówki bieżącej dekady. To płyta niewinna jak dziecko, ale pod jakimś względem ważna, mocna i definitywna.

środa, 24 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 24-11




Jason Robert Quever, taki trochę wiecznie zakochany chłopiec, kompozytor padający z jabłoni gdzieś niedaleko Morning Benders, Fleet Foxes, Grizzly Bear. Dziedziczący po Brianie Wilsonie i Jamesie Mercerze, czerpiący z tradycji folku i barokowego popu. „Still Knocking At The Door” dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze autentycznej umiejętności Papercuts do układania zgrabnych, przeuroczych piosenek. Po drugie, wiedzy odnośnie tego jak powinny one ostatecznie zabrzmieć (skrzypce, chórki, wyeksponowana gitara na wysokości 3:00). Tu już rozmarzony, natchniony sposób wyśpiewania przez Jasona pierwszego wersu „Not scared of girls with dreams to sell…” nie pozostawia wątpliwości, iż mamy do czynienia ze spadkobiercą najlepszych indie-romantyków. Na pocieszenie dla wszystkich, którym jeszcze nikt nie otworzył drzwi.



Ze skromnej półminutowej zwrotki i jednostajnego rytmu sprytnie wprowadzających w hipnozę wyrasta refren gigant: „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”. Kiev Office napisali już nie jedną chwytliwą piosenkę na czeke z „Dwupłatowcami”. Tymczasem ten wyróżniający się kawałek ze „Statku Matki” brzmi jakby przed jego stworzeniem trio umyślnie podniosło sobie poprzeczkę w kategorii „przebojowość” po czym zgodnie z oczekiwaniami (i w duchu samego tekstu) dokonało życiowego skoku. Ok, dziś mamy bulwar i molo, ale aż strach pomyśleć przez co będą skakać dalej?



Hałaśliwi panowie z The Men sami ponoć nie wiedzieli, że noszą w sobie tego rodzaju kompozycje. Nie było w tym roku piosenki, przy której bardziej niż przy „Settle Me Down” żałowałbym, że radia nie są już tak fajne. Ta piosenka to zwykły rock, zwykłe country, zwykły pop, zwykła łagodna przebojowość do słuchania w samochodzie albo rankiem przed wyjściem do pracy. Mogłaby powstać zawsze i pewnie im prędzej by powstała, tym większym cieszyłaby się uznaniem. Wydana teraz niesie nas jednak na arcy-rozkosznych falach niedoprecyzowanej nostalgii.



W tej jednej znakomitej piosence Eric Berglund zamknął oczekiwania fanów Animal Collective na utwór, jakim inny wykonawca byłby w stanie wynagrodzić chwilowo nieobecność ich ulubieńców. Czy słuchając „Whorehouse” czujemy się tak jakby ktoś otworzył nam puszkę pandory? Chyba nie do końca, raczej jakieś jej przeciwieństwo. Ten kawałek to prędzej niezwykłe pudełeczko, z którego wyskakują zabawki, słodycze, konfeti i inne kolorowe niespodzianki. Miłośnik pomysłowo sprzedającego przyjemność popu poczuje się tu jak dziecko na urodzinach. Berglund a.k.a ceo sypnął z rękawa talią chwytliwych dźwięków, odgłosów i melodii. Szwed, jak to Szwed, napisał zgrabne, rytmicznie wzmocnione zwrotki, chłopięco niewinny refren, ale i posłużył się kluczową w tym wszystkim szkołą mistrzowskiego produkowania. Tym samym, najistotniejszym rezultatem stało się powstanie przyciągającego barwnymi detalami  singla kompletnego, w którym za każdym razem dosłuchujemy się kolejnych nowych rzeczy. Siedem (!) lat po zdobyciu piosenkiroku na Screenagers, ex-członek The Tough Alliance przypomniał nam się ze swej najkorzystniejszej strony.



Na bezrybiu i rak ryba. Na średniej płycie The Gaslight Anthem dobra piosenka napisana przez Briana Fallona to wciąż świetna piosenka. W „Rollin’ And Tublin” płonie żywy ogień podsycany goryczą i rozczarowaniem. Rozwód lidera zespołu z New Brunswick zainspirował być może najlepszy kawałek czystego rocka, jaki powstał w tym roku. Ciskane od samego wejścia riffy, refreny i mostki prowadzone na całkiem błyskotliwych wokalnych melodiach oraz spienione ostrym wkurwem teksty Briana („Baby I was born on the fourth of July, Exploding like a firework, aw yeah”) składają się na gitarową petardę o aparycji nie skalanej obskurnością. 



Świąteczne utwory nie są nawet w połowie tak dobre jak te zimowe i nazwijmy je sobie “przedświąteczne”. Miłosna ballada Adama Bainbridge’a śpiewana w urokliwym duecie z wokalistką o pseudonimie Tawiah wpisuje się według mojego wyobrażenia właśnie w tę ostatnią kategorię. Stanowi o tym wyjątkowa, ciepła atmosfera, stonowanie i wrażliwość obydwu głosów piszących swoje kwestie na gruncie będącym wypadkową r’n’b z sophisti-popem. Dołóżmy do tego trzy grosze dołożone przez pana z Blood Orange oraz nie tak znowu wesoły tekst czyli czynniki równoważące poziom cukru w piosence do postaci półsłodkiej, może nawet wytrawnej. To może nie soundtrack do beztroskiego ubierania choinki, ale refleksyjnego grudniowego spaceru ulicą miasta wieczorową porą już jak najbardziej.



„Amnesia” zalicza się do sprytnie rozplanowanych piosenek, które z każdym kolejnym momentem już podczas trwania zyskują coraz większą sympatię słuchacza. Podopieczni Nasiono Records zaczynają nieźle, od pogodnej zwrotki, ważny punkt zyskują przy „run run runaway until you reach the blind street…”, aż w końcu przesądzają sprawę bujnie rozkwitającym refrenem. Nie wiem jakim cudem dałem się tu przekabacić (i to nie raz) tak wielu melodyjnym linijkom i fragmentom tekstu, które wypadałoby sobie gdzieś wytatuować. Ile razy, w czasie jednej sesji z tą piosenką, robi mi się ciepło na duszy? „Amnesia” = wiosna 2014. Niemy krzyk wiecznego bycia pomiędzy („I'm stuck forever somewhere in the middle”), ochoty porzucenia ciepłej nudy na rzecz odrobiny szaleństwa („A sip of tea washed down with a cooold drink”) i małego, osobistego buntu („I could never live that way agaaain”). Zdecydowanie ich “moment of bliss”.



Wyobraźmy sobie balladę o rozstaniach, takich chwilowych, o emocjonalnych kosztach jakie trzeba przez nie płacić, aby coś się opłaciło. Albo nie tylko o rozstaniach, raczej o wszystkim co wiąże się z poświęceniem czegoś dla dobra sprawy. O wysiłku, który na poważnie podjęty może zaowocuje triumfem, ale nie na sto procent, bo gwarancji nigdy ma... Tylko czy aby na pewno o tym wszystkim jest ta piosenka, czy jednak tylko o rozstaniach i tęsknotach? A może to jedynie ładna melodia, ciepła emocjonalność i kompozycjna szlachetna prostota? „Jedynie” – słowo klucz.



Jakże pięknym nabytkiem stał się dla Polyvinyla ten zespół. Jak łatwo można się zakochać w jego blond-wokalistce, jakże błogo melodie rozpływają się gdzieś w lekko-retro oprawie i jak kapitalna jest cała ta twee popowo/jangle popowa piosenka, tego wyrazić nie jestem do końca w stanie. Lato według Alvvays, słoneczna beztroska… takie struktury i klimaty już znamy, ale usprawiedliwieniem wysokiej oceny oraz zachwytów niech będzie meritum w postaci refrenu, słusznie naznaczonego tu największą starannością i wdziękiem.



Nie za łatwo jest pisać o tak mało charakterystycznych, typowych wręcz dla danego zespołu, ale mimo to diabelnie doskonałych utworach jak „Intruders”. The Antlers zaszczycają nas swą dostojną melodyjnością, krokami stawianymi z elegancją, gracją i lekkością jednocześnie. Linie wokalne Petera, jego falsetowane końcówki i sporadyczne uniesienia wypływają tak naturalnie, że nawet „fuck your doubts and your cute batallion” nie brzmi za grosz wulgarnie. Fragment zawierający te słowa jest zresztą w całej piosence najlepszy, a zdobiące numer trąbki wydają się być na miejscu tak bardzo, że aż dziwne jak mogli się obyć wcześniej bez nich.



Z czym właściwie mamy do czynienia? Post-punkiem, kraut-rockiem, avant-popem? Może wszystkim po trochu, a może z żadnym z powyższych. Kilka repetycyjnych struktur nakłada się na siebie, wokalista ciągnie zwrotki nadając tworowi pozorów piosenkowości, jest ciekawy rytm i basowy puls. Po tym jak dostajemy ostrzeżenie: „Digitale, analogi, błyskające oślepiają, Kiedyś Cię dopadną, więc się strzeż”, pojawia się chyba mój ulubiony, mroczniejszy fragment stanowiący pomost pomiędzy drugą, a trzecią zwrotką (refrenu nie ma). A w niej z kolei najlepszy element tej sympatycznej i dość wymyślnej konstrukcji tekstowej. „Skręt w grubymi nićmi sznurowany sen, O szybach czarnych i autach za pięć, Do tej całej idolatrii, pełnych szklanek, koleżanek, Głośno słuchających „Tago” Can”. 30 marca 2014 „kawałek frapował i wciągał.Dawał radę jako przewrotny singiel, a zarazem wzbudzał ciekawość co do tego,jak odnajdzie się w układance albumowej.” Dziś wszystko poza ostatnią częścią wydaje się być aktualne. Układanka albumowa to już z kolei temat na inną bajkę.



Joyce Manor od trzech lat nieustannie utrzymują status najbardziej kultowej wśród lajtowych punk rockowych kapel. Króciutki numer 4 z „Never Hungover Again” 20 lat temu znalazłby swoje miejsce zarówno na „Punk In Drublic” jak i „Bee Thousand”.  „Victoria” z perkusją ala NOFX i entuzjastycznym krzyczeniem dziewczęcego imienia jawi się ich najbardziej beztroską lipcowo-sierpniową propozycją jak dotąd.  


12. Trust – Capitol

Pierwszy kontakt z „Capitol” ekscytacji nie przyniósł, ale już w drugim gotów byłem ocenić utwór Roberta Alfonsa na optymalne dziesięć. Zarówno podskórny odbiór jak i analityczna obserwacja sposobu rozłożenia składowych kawałka Trust jest intrygującym doświadczeniem. Autentyczną delirkę wywołuje zwłaszcza pierwsze 60 sekund. Obezwładniający klawiszowy motyw, lakoniczna tekstowo zwrotka, tak jakby napisana na kolanie, jedynie w celu zrobienia odpowiedniego wstępu do bombastycznego refrenu, ale w rzeczywistości będąca ogromną wartością sama w sobie. „No love, hold up, afraid/a friend?”, bo dobrzy poeci wiedzą, że mniej często wyraża najwięcej. Sam refren, tak wyczekiwany, maksymalnie przebojowy, powoduje czyste spełnienie. Z kolei nieinwazyjna taneczna część po nim, co najmniej słuszne przedłużenie przyjemności obcowania ze słodko-gorzkim synth-popowym singlem roku.



Sean Bonette, okularnik, szalony intelektualista i jego wesoła grupa folk-punkowych bystrzaków pozwalają nam przez moment przybrać nieco wrażliwszą optykę na świat. „Stevie Wonder to the bullshit, baby, Write a nice pop song about it”. Czyż nie brzmi to w przypadku “Temple Grandin’” jak postawione sobie i wzorowo zrealizowane wyzwanie? Ich muzyka nadal uderza, chwyta i krzepi. Poza tym „FIND A NICER WAY TO KILL IT!” wciąż można przy niej krzyczeć.  

wtorek, 16 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 37-25

Nie wiem czy dziś jeszcze ktokolwiek używa tego określenia, ale Britt Daniel po czterdziestce nadal jasno i wyraźnie stawia wyznaczniki bycia cool w muzyce pop/rockowej. Cool, bo nie chodzi tu o jakaś zwykłą zajebistość, a zajebistość połączoną z totalnym luzem. Wystarczy jedno „let’s go get out of the street”, „don't it feel like Friday night?” albo “yes, yes, I know” wypowiedziane przez Daniela abyśmy my ową, nazwijmy to sobie “fajność” odczuli w stopniu najwyższym. W przednim kompozycyjnie „They Want My Soul” zespół zdobywa zresztą trzy punkty przy każdej przeprowadzonej akcji. Etap późny, bo późny, ale ja i tak nie mam wątpliwości, że mowa u nich o formie życiowej.



Jedynym elementem psującym udaną stylizację na lata 70-te w „Little Fang” jest zapewne wokal Aveya.  Zgadza się poza tym delikatny funk, melodie co rusz sugerujące jakieś „Dancing In The Moonlight”, chórki i prawie klasyczna piosenkowość, do której Tare na pewno nie zbliżyłby się w aż takim stopniu wraz z Animal Collective. Oczywiście fenomen utworu nie tkwi jedynie w przebierankach, a w tym co sprawia, że łapiemy się na niego jak sprzedajny polityk na garść banknotów. Hookach, ponadprzeciętnej chwytliwości i gładkiej acz pomysłowej produkcji. Czy ten dawniej awangardowy szaman odważy się podejść do tematu „konwecjonalnego” popu jeszcze bliżej?



Głos Petera Silbermana brzmi w „Palace” jeszcze bardziej zniewieściale niż dotychczas, co wprost idealnie pasuje do delikatnej muzycznej tkanki oplatającej kruche 5:35. Nie zapominajmy jednakże o tym jak znakomitym wokalistą jawi się Pete. Mowa o człowieku, który magicznie ukołysze, ale i w szczytowym momencie potężnie zagrzmi. Jakkolwiek ckliwy fortepian nie stanowi u nich niespodzianki, tak użycie trąbek jako równowartościowego komponentu może się wydać zaskakujące. W tym przypadku zaskoczenie nie ma nic wspólnego z rozczarowaniem. Elegancja wyprodukowanego przez owy instrument podsumowania pod koniec czwartej minuty każe odrzucić wszelkie obawy i wątpliwości. Antlersi stanęli na wysokości zadania komponując przepiękną balladę i udowadniając, że zawsze znajdą sposób, aby nas należycie wzruszyć.



Nikt inny nie potrafi z taka klasą strugać zakochanego pierdoły jak robi to Rivers Cuomo. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem w dużej mierze bazującym na dowcipnie romantycznym tekście („Even Da Vinci couldn’t paint you, Stephen Hawking can’t explain you”) chodzi za człowiekiem przez długi czas. O takiego Weezera walczyliśmy.



“Hey I need you my new charmer, I've been thinking don't you wanna?, Be my perfect babe instead, I can’t sleep in other beds”. Charakterystyczna w całym utworze (a zwłaszcza we wstępie) atmosfera stworzona przez klawisze i gitarę, a nawet tekst (postać egoistycznego kochanka) przypominają mi o czymś, czego muzycznego przywoływania jak dotąd nikt się chyba nie podjął. „Charmer” to kompozycja w stylu balladowego Cursive z czasów „The Ugly Organ”, zmierzająca niemal ku byciu następczynią „The Recluse”. Misternie haftowany melodiami majstersztyk, elegancko, nie za długo, ale bardzo treściwie rozwijający się i dążący do swojego momentu.   




Sławne „Drown With The Monster” to ostro imponująca rzeź niewiniątek. Mish Way niczym młoda Debbie Harry jest tu charyzmatyczna jak zwykle, na klipie fajnie wygląda, rusza się i krzyczy, choć wokalnie brzmi właściwie jak zawsze. Pikanterii dodaje natomiast współpraca punkowo thrash-metalowego gitarowego męczenia z bezlitosnym perkusyjnym naparzaniem. Ciężko nie ulec wrażeniu, że kapela pędzi tu na złamanie karku i z jakiegoś powodu nie mając nic do stracenia, dąży do stanu destrukcji optymalnej.




Jeszcze jeden przejaw seventiesowych fascynacji. „Wizard Staff” to nagranie o wiele większe, mocarniejsze brzmieniowo i produkcyjnie od tych zawartych na zeszłorocznym „Curiosity”. Kompozycja gęściej zaaranżowana, upalna, wpisująca się w estetykę leniwego, rozlazłego popu. Jeżeli progresywne stawanie się czymś nowym i jednoczesne pozostawanie sobą obrać za ideał, to zespół z Portland jest na dobrej drodze do jego osiągnięcia. Znacie już ich klawisze, które tu wypadają równie kosmicznie, teraz posłuchajcie saksofonu.




Z cyklu “puść jakieś chamskie techno”. Wtargnięcie tłustego syntezatorowego motywu ustawiającego cały ten kawałek jest stanowczo zbyt nagłe, zbyt bezpośrednie, po prostu zbyt bezczelne. „Vox Tuned D.E.D” to nakręcony, imprezujący typ na pigułach.  Wskakujący na parkiet, bawiący się 1000 razy lepiej niż ty, sprawiający wrażenie posiadania monopolu na dobrą zabawę. I już nie możesz tańczyć dalej na spokojnie, po swojemu, on ci przeszkadza, bo jest wszędzie.  Już chcesz mu wygarnąć, wyciągnąć za ryj i kazać iść gdzieś indziej, ale wtedy on wstaje, patrzy ci prosto w oczy i... „DON’T YOU LISTEN TO YOUR HEART?”, ruszasz w ostre nieskończone balety wraz z nim.




Parafrazując słowa muzyka Joyce Manor o „Evangeline” Cocteau Twins: „czemu zespoły, których członkowie nie są Brytyjczykami próbują w ogóle robić jangle pop?” Czyżby dlatego, że przy odrobinie szczęścia, okazjonalnie, nawet w przypadku jankeskiego zespołu trudniącego się zazwyczaj innym graniem może przynieść to efekt solidnie zadowalający? Dowodem „Heated Swimming Pool”, nie do końca nawet skok w bok, a tylko delikatne przesunięcie akcentu owocujące śliczną melodyjnie brzęczącą dwuminutówką godną pomysłów Morisseya czy Davida Gedge’a.



W przytłaczająco naładowanym treścią utworze Sun Kil Moon punktem wyjścia dla strumienia świadomości Marka Kozelka staje się śmierć seryjnego mordercy paraliżującego USA w latach 80. Naturalny zgon Richarda Ramireza w celi więziennej implikuje potok myśli, wznieca iskrę inicjującą eksplozję wspomnień i skojarzeń. Mark opowiada historię „nocnego łowcy” zapuszczając się jednocześnie trzydzieści lat wstecz do czasów terroru, w których obsesyjna ostrożność nakazywała sprawdzać czy pod łóżkiem nie kryje się przypadkiem nieproszony gość. Stąd tylko krok do refleksji na temat losów znajomych z sąsiedztwa, zwłaszcza tych rezydujących już poza światem żywych. Po wzmiance o najstraszniejszym ze wszystkich domów w okolicy ex-lider Red House Painters płynnie przechodzi do swoich codziennych dylematów, ale te są chyba tylko pretekstem do przypomnienia sobie o śmierci „gościa z Rodziny Soprano”, rówieśnika grającego tu na perkusji Steve’a Shelleya. Kozelek nie owija w bawełnę, dzieląc się z nami między innymi przemyśleniami o swojej prostacie i chorym kręgosłupie („and when I fuck too much I feel like I'm gonna have a heart attack”), ale na koniec wraca do myśli przewodniej spajając wszystko klamrą i zestawiając momenty oraz miejsca - gdzie był, kiedy schwytano „night stalkera” oraz to gdzie był, kiedy Richard Ramirez trzy dekady później zmarł z przyczyn naturalnych. Wciągalność jego monologu jest najzupełniej wybitna, choć mroczne akustyczne brzdąkanie i melodia kończąca utwór czynią warstwę muzyczną nie tylko godnym uzupełnieniem, ale też siłą rażącą w stopniu niemal tak samo wysokim.         



Ogłoszenia festiwalowe dotyczące koncertów klasycznych kapel z dużym stażem zawsze wzbudzają największe fale entuzjazmu. Fakt ten jest zrozumiały, w dużej mierze również mi ta radość często się udziela. Wspaniale było zobaczyć The Flaming Lips, Gang Of Four, Mogwai czy Neutral Milk Hotel. A jednak doświadczeniem zupełnie innego rodzaju jawi się wzięcie udziału w występie zespołu takiego jak Eagulls. Powód tego odmiennego przeżywania da się w moim przypadku określić jednym kluczowym słowem – AKTUALNOŚĆ. Droga twórców „Hollow Visions” toczy się właśnie teraz, ba – ledwie się rozpoczęła. Nie są jeszcze kultowi, choć za parę lat może się okazać, że jednak już w tym momencie byli. To nie grupa z 15-letnim stażem grająca swój trzysetny koncert, a wciąż ludzie młodzi, niepokorni, będący na podobnym poziomie dylematów, błędów i frustracji. Nawet nie do końca o podobny wiek chodzi, a sposób w jaki nadają, konstruując cały ten emocjonalnie wkurwiony ładunek odbierany natychmiastowo przez entuzjastów na tych samych falach. O symbolicznym wyrywaniu barierek przy “HOLLOW VISIONS ALL AROUND ME HOLLOW VISIONS YOU'LL SEE, I'LL SEE” z czystej przyzwoitości nie wspomnę. 



Były już dziewczyny z gitarami, teraz czas na pana za fortepianem. S. Carey od dawna powinien być traktowany jako ktoś więcej niż tylko zdolny muzyczny kolega Justina Vernona. Sean dał się poznać jako nietuzinkowy kompozytor ballad oraz utworów balladopodobnych zawsze niosących słuchaczowi masę autentycznego ciepła. Jeżeli macie w sobie choć mililitr wrażliwości, ten człowiek wydobędzie ją z was śpiewaniem wybornych melodii do tekstów w rodzaju „I was wondering if you'd be my wife, be the compass in my rugged life, come as quick and leave until, you will, you will, you will”. Choćby znajdowała się na samym dnie. 




Waflowanie się do “Seasons (Waiting For You)” przy świadomości, że nowa płyta Przyszłych Wysp wyposażona jest w utwory o hookach tak fenomenalnych jak ten ze „Spirit” uważam za co najmniej dziwne. Ich czwarty album, „Singles” nie został zatytułowany w ten sposób przez przypadek, niemal każdy kawałek wykazuje tu zdolność przebojodawczą z czego moim skromnym zdaniem wiele bije „Seasons” na głowę. Mamy tu chociażby uzbrojony w arcy-zwinne motywiki indeks numer dwa, ukazujący całą tę zdolność grupy z Baltimore do pisania ogromnie przyjemnych, synth-popowych hitów. Dwie klawiszowe pętle przenikają się ze sobą w zwrotkach, kolejna żwawo dołącza w refrenie dzielnie kontrastując z niepodrabialnym wokalem Samuela T.Herringa. Gusta gustami, ale zgrabnego, roztańczonego „Spirit” pasowałoby nie przeoczyć.