Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocean Of Noise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocean Of Noise. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 listopada 2018

10 polskich (odcinek 5)




















Starania Rafała Konopki o to, by słuchacze rodzimej sceny alternatywnej nie zapomnieli o jego Ocean of Noise od kilku lat przybierają różne muzyczne kształty. W „Zwidzie” koncepcja ambitnego popu realizuje się już wyraźnie inaczej niż na przykład w singlowym „Want To Dance” sprzed dwóch lat, tak pomysłowym pod względem pojawiających się hooków. Tu odmienna jest zarówno struktura utworu, jak i cały jego nastrój. O ile w zapowiedzi „Still In a Dream” Konopka i Magdalena Noweta swobodnie bawili się wieloma melodiami, tak „Zwid” zbudowany jest głównie wokół stabilnej, choć całkiem barwnej klawiszowej linii. Muzycznie kawałek wpada w rejony „poważnego” synthpopu, do którego mglisty charakter tekstu śpiewanego przez Petera J. Bircha pasuje jak ulał. „Zwid” pozostaje przy tym stosunkowo gładki i radiowy. Podążając inną drogą Ocean of Noise dociera do tego samego, co wcześniej celu - eleganckiej i kunsztownej, acz nietrudnej dla ucha kilkuminutowej piosenki.            


„Drift” oraz udostępnione wraz z nim „Mermaids” zastają grupę Free Games For May w zupełnie innym miejscu niż jeszcze na debiutanckim singlu „Eight And A Half Woman”. Po ewidentnych sygnałach sympatii względem twee i jangle popu nie ma tym razem ani śladu, na całej linii słyszalna jest natomiast fascynacja czystym dream popem. I choć urok oraz lekkość pierwszej piosenki gdańszczan mogły przysporzyć takiemu kie-runkowi pewne grono zwolenników, to szybka przemiana, jakiej owocem są dwie kompozycje z czerwca wydaje się równie przekonująca. Nie sposób odmówić „Drift” głębi czy sugestywności. Pod nimi kryje się zresztą zwyczajnie ujmująco zaśpiewana i skonstruowana z ładnych melodii pięciominutowa ballada. Niezależnie od tego, co lubimy i jak szufladkujemy, tego rodzaju pokłady wrażliwości zawsze pozostają w cenie.



Pierwsza część „Fool” zapewnia nam około dwie minuty kapitalnych gitarowych melodii, nie-upadających daleko od tych, jakimi posługiwały się w drugiej połowie lat 90. zespoły grające indie emo, post-rock spod znaku The Sea And Cake lub indie rocka a la Built To Spill. Po upłynięciu drugiej minuty wszystko zaczyna się jednak powoli rozjeżdżać. Wokal „strzela focha”, z butami wkracza sekcja rytmiczna, a na dokładkę wpraszają się jeszcze rozchwiane dęciaki. Choć trzon utworu nie ulega zmianie, z każdą chwilą podlega on małej dekonstrukcji. Drugi singiel z „Night-Night” traci wówczas na intymnej romantyczności, ale zyskuje na swojego rodzaju nonszalancji. Staje się być może mniej ładny, acz kosztem tego nieco ciekawszy.     



Jak wiadomo najlepszy house to głęboki house, a SoundQ to artysta, który na tym podgatunku połamał zęby. „Submersed” niemalże tradycyjnie wymierza sprawiedliwość klarownością bitu i intensywnością brzmienia, które czynią z niego materiał na dość zgrabny deep house’owy singiel. Dzieje się tak tym bardziej, że utworu nie można posądzić o jednostajność, a jego dynamiczna struktura (instrumentalny synthpop?) przyjmuje kształt tego, co w bezwokalnej muzyce elektro-nicznej najbliższe jest pojęciu przebojowości.  



„Wyspa Niemożliwości” to dla ostatniej płyty 3moonboys prawdziwa wisienka na torcie. Utwór krótki, na swój sposób niepozorny, odstający od reszty, ale zdecydowanie najbardziej intrygujący. Czasem nie trzeba wiele - dwie i pół minuty, kobiecy wokal, skromna melodia i automatyczny rytm perkusyjny. Tym, co w „Wyspie…” bierze znienacka jest jednak rodzące się na styku wszystkich tych składników poczucie ulotności, może tęsknoty? Trochę wynikające z walorów muzycznych, trochę z tekstowych, ale bez wątpienia wprawiające słuchającego w jakąś autentyczną zadumę, czyniące z tej kompozycji dużo więcej niż tylko kolejny albumowy closer.     



Nienajgorsza piosenka, fajne synthy i anglo-języczny wokal, niewyróżniający się niestety zbytnio na tle wielu innych zespołów z polskiego podziemia bandcampowego. Tak w jednym zdaniu można właściwie streścić „Sometimes”, utwór numer 3 z EP’ki „Tracks” wrocławskiej grupy Violet Train. Kompozycję, która przynosi odczucia raczej pozytywne, zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się klawiszowe i gitarowe mostki, ale co do której trudno nie odnieść wrażenia, że czegoś jeszcze brakuje.



Obecność szkockiego singer-songwritera w cyklu zatytułowanym “10 polskich” może się teo-retycznie wydawać nieco zagadkowa. Jeśli jednak kojarzymy działalność Neila Miltona i wytwórni Too Many Fireworks z ostatnich kilku lat, wątpliwości co do ulokowania tego artysty na naszej krajowej scenie nie powinny mieć miejsca. „Singing As You Leave” rozpoczynające tak samo zatytułowaną EP’kę to całkiem przebojowy college rockowy kawałek (traktujący o Brexicie), jakby skrojony pod poranną radiową playlistę. Piosenka z jednej strony lekka, śpiewana delikatnie, z drugiej zaś energetycznie gitarowa, brzmiąca niczym skrzyżowanie wczesnego Snow Patrol z Dinosaur Jr.     



Tytułowe, trwające ponad 9 minut, nagranie z albumu Bartosza Kruczyńskiego podpisanego tym razem jako Pejzaż to słuchowisko barwne i zajmujące. „Ostatni Dzień Lata” imponuje pod względem bogactwa wątków, tekstur, trafnie dobranych i dopasowanych części układanki. Słyszymy tu wszystko, co tak zatytułowana kompozycja powinna w sobie mieć. Melancholię związaną ze zbliżającym się końcem najcie-plejszej pory roku, będącym zresztą popularnym symbolem rozstania, ale też okraszoną śpiewem ptaków radość, świadczącą o tym, że dopóki się ten wyjątkowy moment nie skończył, to przecież wciąż wypada się nim cieszyć. Taki stan rzeczy potwierdzają również jakby zupełnie kontrastujące wokalne sample: Fala zalewa ląd głuchy i niemy, Barwy wietrzeją, a wszystko dlatego, Że się rozstajemy… z „Jednego Rozstania” Liliany Urbańskiej oraz Halo, dzień dobry, to ja. Co zrobimy z tak pięknie rozpoczętą miłością? z „Paru Pytań” Andrzeja Dąbrowskiego. Krańcowość miesza się tu z trwaniem, pogodna romantyczność z niepewnością, a klasyka polskiej piosenki ze szkołą samplingu The Avalanches. Trudno szukać w tym roku pośród rodzimej muzyki równie zjawiskowej konstrukcji. 



„Arfineq-Aaappaat” to przejmująca niepokojem muzyczna bryła lodu. Utwór, w którym partia fortepianu rozgrywana jest na tle narastającego drone’owego trzeszczenia. Wiedząc, że za projekt Nanook Of The North obok Piotra Kalińskiego (Hatti Vatti) odpowiada również Stefan Wesołowski, takich dźwięków właściwie mogliśmy się spodziewać. Nie po raz pierwszy bowiem twórca „Rite Of The End” udowadnia, że w oddawaniu poczucia ogromu, chłodu i grozy posiada umiejętności nieprzeciętne.



Nie było chyba jak dotąd piosenki The Spouds, której refren tak mocno chodziłby po głowie. Choć dla wielu za taki numer uchodził zapewne „Night” z poprzedniej płyty, to w moim przypadku dopiero kapitalnemu I just need to see you here… ta sztuka udała się w wyższym stopniu. Poza tym „Świętokrzyska” to porządnie emocjonalny łamacz serca. Wciągający i angażujący na tej płaszczyźnie od pierwszej linijki i melodii, a szczytujący właśnie przy newralgicznym refrenie. Uczuciowe rozterki w indie rockowej estetyce, przy gitarach zawodzących niczym Modest Mouse czy SDRE, dawno nie brzmiały tak dobrze. 

10 polskich odc 4
10 polskich odc 3 
10 polskich odc 2 
10 polskich odc 1

wtorek, 7 lutego 2017

Podsumowanie 2016: albumy 40-31


















W ubiegłym roku wraz z Colinem Stetsonem, tym razem już samodzielnie, Sarah Neufeld dwa lata z rzędu zapracowuje sobie na miejsce w rankingach i podsumowaniach. Mimo, iż Colin udziela się okazjonalnie także na „The Ridge”, nie zmienia to faktu, że płyta pozostaje autorskim dziełem kanadyjskiej skrzypaczki. Drugi krążek artystki można traktować jako pozycję z gatunku post-minimalism/modern classical, ale przez wzgląd na elementy wokalne czy wartką kompozycyjną narrację, odciągające materiał od rejonów awangardowych właściwie też jako nieco oryginalniejszy art pop. Choć najbardziej imponujące są tu nadal smyczkowe eskapady, harmonizujące się z perkusją, basem, lyriconem i syntezatorem, niektórych momentów w „The Glow” nie powstydziłaby się zapewne Liz Harris. Nawet jeśli głos artystki czasem milknie, ustępując miejsca intrygującej pracy instrumentów lub składa się wyłącznie z bezsłownego śpiewu, to w ogólnym rozrachunku właśnie zderzenie eterycznych wokali i osobliwych aranży najczęściej w „The Ridge” przynosi unikalny, chwytający za gardło efekt. 



Czasem, zwłaszcza wieczorem, do szczęścia wystarczy tylko to, co oferuje ta skromna, magiczna płyta. Urokliwy nastrój, wzruszające melodie fortepianu oraz, żeby nie było za ckliwie, trochę zastanawiającej elektroniki. Muzyczne minimum kojące wszelkie nerwy w stopniu maksymalnym.






Na “Paradise” White Lung uwypuklili swoje najbardziej przebojowe oblicze, prezentując słuchaczom płytę brzmiącą niczym zestaw „singli”, ale nie singli takich po prostu, a takich, które tylko oni mogliby nagrać. W większości z nich postawiono na niespożytą energetycznie, ostrą prze-bojowość, czego przykładem ot, choćby pierwsze z brzegu „Dead Weight” – tradycyjne dla grupy gitarowe ma-sakrowanie, bezkompromisowe, nie-owijające w bawełnę wejście. W mniejszości jednak, nieco spuszczono z tonu, zaczerpnięto oddech, czego skutkiem na przykład jedno z lepszych na płycie „Below”, czyli jak to określiła sama Mish Way „Stevie Nicks spotyka Celine Dion ballada”. Utwór, w którym po symbolicznym wypowiedzeniu słów I want to take it all down uraczeni zostajemy refrenem, jak na możliwości tych znanych drapieżców, zaskakująco ułożonym.   



Mariażów jangle popu z nową falą nigdy dosyć prawda? Na ostatniej płycie Sea Pinks po raz milionowy zapewne żenią melodyjne zagrywki, brzęczące gitary i delikatną mgiełkę czegoś mroczniejszego, ale ta powtarzalność nie ma żadnego znaczenia tak długo, jak dzieckiem wyżej wymienionych cech stają się ładne, efektywne piosenki. „Green With Envy”, „Cold Reading” czy „(I Don’t Feel Like) Giving In” to majstersztyki w swojej kategorii. Indie popowe asy w klasycznym, old-schoolowym stylu, wpadające w ucho nieco subtelniej, bez oczywistych hooków, za to z dużą dozą dźwięcznych akordów i basowych linii. Mariażów jangle popu z nową falą nigdy dosyć.



Na „99.9%” Kaytranada wraz z imponującym zestawem gości serwuje relaks o niezliczonej ilości odcieni. Bazą jest tu muzyka klubowa i elektroniczna w swej najłatwiej przyswajalnej, choć jednocześnie całkiem wysublimowanej postaci, instrumentalny hip-hop, synth-funk i masa innych podgatunków dających z siebie wycisnąć hektolitry kreatywnego chillu. Pomysłowości, dbałości o detal i staraniom producenta, żeby nawet na sekundę nie przestawało być kolorowo znakomicie wychodzą naprzeciw wszyscy kolaborujący z nim muzycy. Od niosącego najbardziej popowe czucie Craiga Davida, przez ultra-szybkiego i dynamicznego wokalnie Vica Mensę, po intrygujących dokładaną linią basu panów z BadBadNotGood. 



Po ekscytującym „Now We Can See” kolejne albumy The Thermals przeszły mi jakoś koło nosa lub jak to się mówi, jednym uchem wleciały, a drugim wyleciały. Nie chwyciło „Personal Life”, zapowiedzi „Desperate Ground” nie zainteresowały na tyle, abym w ogóle po krążek sięgał. Sądząc po ocenach przyznanych wydawnictwom tria w kilku miejscach, wrażenia moje oraz wielu słuchaczy i recenzentów okazały się całkiem zgodne. Podobnie ma się rzecz także z tegorocznym „We Disappear”. Nie jest to może spektakularny powrót do najwyższej formy, o niebo lepszy od dwóch poprzednich płyt, ale stwierdzenie, że coś tu wyraźnie drgnęło do przodu nie będzie na pewno przesadzone. Nie oczekujmy, że Thermalsi diametralnie coś w swoim graniu zmienią. Ich energetyczny power popowy indie rock, uprawiany od kilkunastu lat może być lepszy albo gorszy, ale wątpię, by mógł być kiedykolwiek inny. Hutch Harris i spółka, aby wygrywać nie muszą zmieniać, a jedynie dobrze robić swoje. Właśnie ta sztuka udaje się im na „We Disappear” wielokrotnie. Przy „Into The Code”, „The Walls”, „Thinking Of You” czy „In Every Way” przypomina mi się dokładnie to, co czułem latem 2009. Powraca doskonała symbioza wakacyjnego, college-rockowego śpiewania i grania melodii z konkretnym gitarowym przyłożeniem. Zwłaszcza w drugiej części albumu Kanadyjczycy brzmią, jakby złapali długo oczekiwany drugi oddech, odmłodnieli o pół dekady i po długiej gonitwie nareszcie zaczęli doganiać siebie samych.



Weźmy sobie taki zespół jak Tigers Jaw, przefiltrujmy go przez brzmienie i wrażliwość kapel w rodzaju Title Fight albo Nothing, a następnie zastanówmy się, jaki będzie efekt równania? Spiesząc z odpowiedzią, wokalne damsko-męskie dialogi plus shoegaze’owa gitara równa się „White Hot Moon”. Na swoim drugim albumie Pity Sex kupują słuchacza ładnymi, lekko przybrudzonymi pio-senkami, w których rolę motywu przewodniego odgrywa najczęściej tę-sknota lub inny rodzaj gorzko odczuwanego braku. Tu właśnie leży istota tego, co Amerykanie wydają się czuć znakomicie i co potrafią równie dobrze za pomocą dźwięków i tekstów przekazać. Usłyszeć można to w eskapistycznym otwarciu „A Satisfactionary World For Reasonable People”, gdzie znamienna okazuje się powtarzana na koniec linijka: dancing in a dream. W zniewalająco tęsknym, zarówno przez głos Britty Drake, jak i oddające esencję tego stanu słowa zwrotki: I want your summer salty skin, Without yours mine is wearing thin, "Burden You”. Klasycznym, acz wciąż poruszającym zestawieniu relacji miłosnej z końcem lata „September” (The end of summer's heat, you are september to me, Before the autumn leaves, You are my sun and my breeze) albo najsmutniejszym, traktującym o śmierci, ale zarazem najsłodszym spośród całej dwunastki “Plum”.


Może to tylko 25 minut, bardziej pół płyty niż pełnoprawny album, ale przynajmniej wszystko jest tu na swoim miejscu. Nie wiem, czy „Still In A Dream” od początku miał posiadać właśnie taki format, czy może twórcy krążka postanowili spasować w odpowiednim momencie, aby zachować perfekcję i niczego już nie zepsuć jakimś mniej fortunnym ruchem? Fakt, że każdy utwór, licząc od promiennego „Want To Dance”, przez brzmiący niczym idealny singiel z lat 80. „Hummingbird” i instrumentalne „Boardas” po indie popowe specjały „Forget About It” i “Heartbeats” oraz kończące “Still In A Dream”, nie pozostawia swą klasą wątpliwości. Tańczę, odlatuję i śnię. Nie pogniewałbym się gdybym za rok mógł dostać drugie tyle.   


Kompozycje ze swojej ósmej płyty Woods skąpali tym razem w sosie nieco bardziej egzotycznym, ale przy tym i wy-kwintniejszym. „City Sun Eater In The River Of Light” nie jest w żadnym wypadku odcięciem się doświadczonych indie folkowców od dotychczasowego stylu, ale jednocześnie to album, który unika szablonowości jak może i poza śladami americany czy kwaśnej popowej psychodelii wzbogaca tkankę utworów także grubymi warstwami ethio-jazzu oraz odrobiną reggae’owego czucia. Indie-klasyczność zostaje doskonale pogodzona z ambitnym poszukiwaniem, stare i sprawdzone z nowym i wyzywającym. Jeśli ktoś chciałby zjeść ciastko i mieć ciastko, to tutaj ma ku temu świetną okazję.



Szum fal, posępny syntezator, przedzierający się przez pierwsze warstwy dźwięków saksofon, burza, chaotyczne odgłosy i rozwibrowany klawiszowy motyw. Wszystko to już w pierwszym utworze na „Petrol”, streszczającym poniekąd zawartość albumu i będącym zarazem jego najbardziej sugestywnym fragmentem. „Body” to skompresowana demonstracja tego, co czeka nas na trzeciej płycie Anenona. Większość wymienionych w nim wątków  zostaje w dalszej części krążka rozwiniętych, niektóre powracają w bardzo podobnym kształcie, ale w międzyczasie dochodzą i nowe. Umiejętne absorbowanie znajduje swoje przedłużenie w następującej po chwili „Luminie”, nieco odmiennej, proponującej tym razem zapętlony temat, garść pomruków i szmerów oraz wejście bardzo istotnych dla całości skrzypiec. W kompozycji numer 3 mamy już zarówno nerwowy „jazzstep”, syntezatorową chmurę, ale i coś na kształt pospiesznie kreślonej melodii. Na tym spojlerowanie i opowiadanie wypada może skończyć. Nu jazzowo-elektroniczna układanka warta jest doświadczenia na własnej skórze, krok po kroku, ścieżka po ścieżce. Tak dla dekonstrukcjonistów, jak i klimaciarzy. 

miejsca 50-41

piątek, 6 stycznia 2017

Podsumowanie 2016: piosenki 40-31
































Silenie się na powagę i robienie czegoś wprost na poważnie często bywa dla twórców muzyki czymś niewygodnym i trudnym, niemającym prawa się udać. Biorąc ten fakt pod uwagę tym bardziej imponuje sposób artystycznego wyrażania się przyjęty przez Jeremy’ego Bolma i jego zespół. Touche Amore jest śmiertelnie na poważnie i wprost. Touche Amore jest otwarcie śmiertelnie na poważnie, bo ani przez chwilę nie udaje, że nie jest. Może właśnie dlatego ich utwory w ostatnich latach tak bardzo ekscytują i niosą emocje podążając prosto do celu, bez niesmacznego ekshibicjonizmu, ale uczciwie i autentycznie. „New Halloween” opowiada o odczuciach związanych ze śmiercią matki Jeremy’ego, o tym jak szybko minął rok, o poczuciu winy, o unikaniu tego, co może przypominać o bólu, o przyzwyczajaniu się i w końcu pogodzeniu ze stanem rzeczy. Muzycznie to zaś jedna wielka intensywność, euforia, katharsis. Jest tu taki moment (refren?): I tried to be your light, Did my best to shine, Nothing I do feels right, As I went out all the time, stanowiący kulminację, eksplozję, moment ulgi i oczyszczenia. Chwila, w której dzieje się coś nadzwyczajnego, wewnętrznie budującego. Przekaz od artysty do słuchacza docierający z całą mocą, bez najmniejszych przeszkód i zakłóceń.


















„Politics Of Free” to esencjonalny letni hymn roku 2016. Upojna wakacyjna piosenka złożona z melodyjnych akordów i sugestywnych haseł w stylu: constellations in the summer sky, in the world of shit let’s tune out tonight. Ten trwający trzy i pół minuty indie popowy rarytas smakuje słońcem, muzycznymi festiwalami i wieczorami spędzanymi w gronie przyjaciół. Przebojami pitchforkowego indie sprzed dziesięciu lat a la The Shins czy Band Of Horses. Wolnym czasem, przygodą, harmonią ze światem. Alkoholem i błękitnym niebem, wędrowaniem po lasach, ogniskami i pływaniem w jeziorze. Czy taki utwór może w ogóle nie być wspaniały?


Przy pierwszym zetknięciu “Looking Out For You” może wydawać się kolejną, niezbyt ciekawą pozycją z gatunku „indi-srindi”, czyli tego maksymalnie odtwórczego i płytkiego sortu indie popowego grania, od-znaczającego się często niestrawną słodkością. Nic bardziej mylnego, bo strona A z debiutanckiego singla Joy Again to kawałek prosty i niepozbawiony sporej ilości cukru, ale całkowicie uczciwy kom-pozycyjnie. This is love song for a girl, Who will never know it’s about her, Know it’s pretty stupid, But i’m much too shy to tell her.  Nic dodać, nic ująć. Ta piosenka epatuje szkolnym, naiwnym urokiem. Szczeniacką fajnością, która może się lepiej bronić także dzięki żwawej rytmice oraz dobrym melodiom granym zarówno na bandżo, gitarach i basie. Lubiącym niegdyś kapelę taką jak Born Ruffians, wczesne Vampire Weekend czy inny z podobnych miłych wynalazków lat 2008-2009, rekomenduję szczególnie. 


37. Ariana Grande - Into You

Cause I'm so into you, into you, into you... Tym, co sprawiło, że zostałem przez singiel Ariany Grande ostatecznie już przy pierwszym przesłuchaniu zdobyty, było nic innego, jak ta niebezpiecznie przebojowa, wpadająca do głowy końcówka refrenu. Choć niewątpliwie zachęcające jest całe "Into You", to właśnie ten jeden arcyważny szczegół wydaje się domykać w nim prawdziwie popowe meritum. Wspomniany fragment jawi się tutaj triumfalnym finałem, wisienką na torcie, hookiem nieskomplikowanym, a całkowicie porywającym. 


















Wokalna maniera “zbitego psa”, wyrażająca coś w rodzaju stanu pośredniego między tęsknotą a żalem, do Barry’ego Johnsona z Joyce Manor najwyraźniej przylgnęła już na dobre. To, czym na poprzedniej płycie przesiąknięte były choćby utwory takie jak „Christmas Card” czy „Falling In Love Again” doskonale słychać również w zwrotce „Angel In The Snow”. Ta sama emocja także tutaj staje się niezbędnym uzupełnieniem nośnej i błyskotliwej, jakże właściwej dla nich college-punkowej piosenki. Składnikiem o gorzkim smaku, w odpowiednich proporcjach komponującym się z programową dawką melodyjnej, zwrotkowo-refrenowej słodyczy.



Nie znam się za bardzo na french popie, więc o „Ou Va Le Monde” nie powinienem właściwie pisać nic więcej poza tym, że jest to kawałek poważnie uzależniający i przylepny, zarażający sobą zwłaszcza za sprawą śpiewanej przez dwóch panów drugiej zwrotki. Śmiertelnie gadulskie (co nie szkodzi) partie wokalne Sashy i Marlona oraz ładny śpiew Clémence otaczane są przez około-surfowe motywy i mglisty vintage. Jak to, trzeba przyznać idealnie, określił jeden z recenzentów - retro surf noir. Ważną cechą tkwiącą w kompozycji wydaje się poza tym niedostatek powagi, jakiś wykwintny luz i nonszalancja. La Femme śpiewają niby o czymś w miarę poważnym („Dokąd zmierza świat?”), ale robią to tak, że ja nieszczególnie ich „powagę” kupuję, ale jak najbardziej jej się poddaję.



Jak na możliwości Anny Meredith “Something Helpful” to taka czarująca, art-popowa piosenka-minimum. Miniaturowa piękność mieszcząca w sobie garść świetnych pomysłów, krystalicznie brzmiąca i harmonijnie za-śpiewana. Z której strony by nie spojrzeć zwiewna i delikatna, choć ogromnie naładowana kre-atywnością. Rzecz elegancka, ale i figlarna, przyjemna, acz wy-rafinowana konstrukcyjnie. 

Rasowość pierwszego singla z nowej płyty Ocean Of Noise cieszy, choć w żadnym wypadku nie zaskakuje. Kto pamięta poprzedni krążek projektu Rafała Konopki, ten powinien bowiem wiedzieć, że już tam zdarzały się rzeczy świetne. Estetyka „Want To Dance” balansuje gdzieś pomiędzy melodiami „naszych” z Thin Man Records a wdziękiem klasycznych piosenek twee i indie popowych. Programowa lekkość nie kłóci się tu z kompozycyjnym konkretem. Instrumentalnie i wokalnie jest więcej niż just fine. Smakowite hooki, takie jak ten klawiszowy na wysokości 1:13 albo hoooold my hand na 2:15, potrafią zaś wyskakiwać całkiem znienacka. W tym roku muzyczna wiosna „buchnęła majem” już w kwietniu. 

















Gdyby emo było mainstreamem „Common Cold” stałoby się wielkim hitem, a spotkanie Dylana Mattheisena z Conorem Murphym duetem co najmniej na miarę Rihanny i Shakiry w „Can’t Remember To Forget You”. Może to porównanie dość absurdalne, ale trudno w 2016 roku o wyciśnięcie dźwięków bardziej przebojowych we wspomnianej estetyce od tych nagranych tutaj przez Tiny Moving Parts i wspomagającego ich lidera Foxing. Singlowy numer z „Celebrate” to utwór ponadprzeciętnie dynamiczny, bezlitośnie intensywny, zagrany i wykrzyczany do ostatniego oddechu. Nawet towarzyszące zwrotkom spokojniejsze, midwestowe melodie oraz subtelny mostek jedynie służą kapeli w tworzeniu kontrastu, dzięki któremu efekt tej niesamowitej energii, uwalnianej zwłaszcza za sprawą kilku kluczowych zdań zostaje dodatkowo uwydatniony.     

















Formalnie „Nineteen Ninety Heaven”, podobnie jak na przykład „Dizzy” z zeszłorocznego albumu Title Fight jawi się łzawą, pop rockową balladą opakowaną w shoegaze’owo-dream popowe brzmienie. W obydwu przypadkach można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z całkowitymi pościelówami do tańczenia wolnych i przytulania dziewczyn. Tymczasem zarówno piosenka z „Hyperview”, jak i propozycja Nothing pod względem tekstowym nie dotyczą tematyki miłosnej. Pierwsza to rzecz znaczeniowo dość enigmatyczna i trudna do rozszyfrowania, druga subtelnie dotyka zaś trudnego tematu, jakim jest depresja. Majestatyczne, powoli wkraczające bębny torują drogę spokojnej, smutnawej melodii, do której dołącza lekko zapowietrzony wokal Domenica Palermo. Ten z kolei nie musi wypowiadać wiele, aby przekazać wszystko: I'm living in a dream world, Life's a nightmare, And I don't ever wanna wake. 

miejsca 50-41