Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - wstęp



















Dlaczego punk & emo i co to właściwie znaczy? Obszar gatunkowy, którego dotyczy niniejsze podsumowanie wyznaczyłem sobie w dużej mierze instynktownie w oparciu o pewną część amerykańskiej sceny muzycznej, obejmującą niekiedy stylistyki mocno odmienne, choć nieprzypadkowo ze sobą powiązane. „Amerykański punk” kojarzy się dziś z kapelami grającymi muzykę o różnej skali agresywności. Przywodzi na myśl głównie odmiany takie, jak melodic hardcore, hardcore punk czy pop punk, ale też wiele innych hybryd bardzo często przechodzących w post-hardcore lub też właśnie wspomniane w tytule emo. 

Zarówno emo, jak i post-hardcore wywodzą się z czystego amerykańskiego punk rocka i pomimo przeróżnych ewolucji, modyfikacji oraz kolejnych „fal”, nierzadko zmieniających oblicza tych stylistyk zupełnie nie do poznania, cały czas krążą wokół jego rdzenia. Głęboko zakorzenione w hc punku były pierwotne, podziemne emo i emocore [1] ze środka oraz drugiej połowy lat 80. (Rites Of Spring, Moss Icon). Na początku kolejnej dekady u zespołów emo, nawet tych stosunkowo agresywnych, coraz silniej dało się zauważyć, zainicjowaną chwilę wcześniej przez Moss Icon, skłonność ku zniewalającym melodiom (Still Life, Hoover, Split Lip), aż w końcu stylistyka została na dobre przejęta przez nastrojowego indie rocka (Sunny Day Real Estate, Mineral, Christie Front Drive), a nawet dokonała ożenku z pop rockiem (The Get Up Kids, Jimmy Eat World). W ciągu tych dwóch dekad kombinacje bywały jednak przeróżne. Nie istniała konieczność ścisłego uprawiania gatunku o takich czy innych cechach, stąd naliczyć dało się mnóstwo grup „emo punkowych”, punk rockowych z elementami emo, emo/post-hardcore’owych albo grających coś nieokreślonego między emo, emocore’em, indie rockiem, post-hc i punkiem. Za przykład niech posłużą choćby takie nazwy jak: Samiam, Dag Nasty, Jawbreaker, Fugazi, Cap’n Jazz, Texas Is The Reason, At The Drive-In czy Lifetime. W przypadku sceny, gdzie wpływy wszystkich tych stylistyk nawzajem się przenikały, na której kapele punk rockowe i pop punkowe koncertowały wraz z zespołami emo oraz wydawały płyty w tych samych wytwórniach, związek pomiędzy punkiem a emo wydawał się nierozerwalny.

















Po kiepskiej dla emo dekadzie 2000-2009, kiedy można było odnieść wrażenie, że ostatecznie zanikła jakakolwiek nić łącząca ten gatunek z jego wstępną, a nawet tą nieco późniejszą wersją, niespodziewanie nastąpiło odrodzenie, w jakimś stopniu przywracające na mapę kolorową sytuację z lat 90. Dziś możemy mówić o licznych reprezentantach nastrojowego midwest emo (Empire! Empire! I Was a Lonely Estate, Joie De Vivre), grupach zakochanych w emo old-schoolowym (Human Hands), tabunach ekip trudniących się rozpaczliwym screamo (Raein), indie rockowych i pop rockowych mieszańcach (The Hotelier, Modern Baseball), emo-math rockowcach (The Brave Little Abacus, This Town Needs Guns) czy też ambitnych kapelach usiłujących wyprowadzić stylistykę na nowe tory (The World Is a Beautiful Place And I Am No Longer Afraid To Die, Foxing). Podobnie jak dawniej, koneksje z graniem punkowym i sceną „nowego punka” są w ich przypadku ogromne. Jeżeli wśród zespołów obracających się w wyżej wypisanych podszufladkach wymienilibyśmy przykładowo również Joyce Manor, Polar Bear Club, The Menzingers lub Title Fight, nikt nie zauważyłby w tym niczego niestosownego. Znamienny wydaje się chociażby fakt, że w wytwórni Epitaph Records, która zasłynęła swojego czasu jako kultowa oficyna wydająca artystów z kręgu punk rocka i melodic punku obok klasycznych reprezentantów w rodzaju Bad Religion, Rancida, Millencolin, Descendents i The Lawrence Arms, znajdzie się aktualnie miejsce także dla nowego emo The World Is A Beautiful Place... czy mniej lub bardziej poruszających się wokół tej „orbity” The Sidekicks i Pianos Become The Teeth.

Wiadomo już więc dlaczego w tytule mojego rankingu widnieje napis punk & emo. Określenie „nowe emo” odnosi się oczywiście do odrodzenia gatunku po roku 2010. W tym miejscu wypadałoby jednak jeszcze nadmienić co mam na myśli pisząc, „nowy punk”?











Tutaj znów można mówić o sporej umowności. Amerykański „nowy punk” rozpoczyna się dla mnie w okolicach lat 2006-2007, czyli już krótką chwilę przed okresem, jaki obejmuje podsumowanie. Jego narodziny to moment wydania EP’ki „The Redder, The Better” Polar Bear Club (2006) lub albumu „Sink Or Swim” The Gaslight Anthem (2007). Teorię, że coś się “święci” mogli ponadto potwierdzać inni debiutanci tacy, jak: Off With Their Heads, O Pioneers!!!, The Loved Ones i The Riot Before oraz  młode zespoły prezentujące w tym okresie swoje kolejne albumy: Bomb The Music Industry!, The Flatliners, Andrew Jackson Jihad czy Defiance, Ohio. Kluczowymi jawią się w tym przypadku pytania, na czym polegała ich nowość, czym się te kapele różniły od grup punk rockowych z poprzednich lat i jaki był ich wspólny mianownik?     

Wszystkie te kwestie można w zasadzie ująć za jednym zamachem. U wielu z wymienionych przeze mnie wyżej grup słyszalne były wpływy tych samych zespołów i stylistyk muzycznych, niewykorzystywane wcześniej na tak dużą skalę. Najbardziej inspirującą punk rockową kapelą całej dekady stali się bez wątpienia Hot Water Music, a zaraz za nimi Lifetime, The Lawrence Arms, Latterman oraz Against Me!. Zespoły te w sporym stopniu pomogły skonstruować cechy i styl nowopunkowych grup, których utwory często odznaczały się zarówno wyrazistą melodyjnością, jak i zauważalnie szorstkim charakterem. Wokalami krzykliwymi lub głośnymi i entuzjastycznymi.



Klasycznej szkole specyficznego „wyciskania” melodyjności i kreowania intrygujących dysonansów HWM przypatrywano się co prawda pod względem instrumentalnym, ale elementem z jakiego zaczęto korzystać wręcz garściami były przede wszystkim wokale duetu Chuck Ragan/ Chris Wollard. Przykładowo Jimmy Stadt z Polar Bear Club zręcznie manewrował pomiędzy zaczerpniętymi od nich typowymi „rykami” a znacznie delikatniejszym śpiewem. [2] Zespół O Pioneers!!! w swych poczynaniach wokalnych HWM praktycznie kopiował. Wpływy te były błyskawicznie rozpoznawalne także u wrzaskliwych The Flatliners, a kilka lat później choćby u Title Fight. Castevet inkorporowali zaś tego rodzaju wokale do konstrukcji post-rockowych. Krzykliwy szorstko-melodyjny punk rock i pop punk określano czasem także jako orgcore. [3] Jeżeli ochrypłe głosy jakimś cudem nie przypominały wokalistów grupy z Florydy, to z pewnością musiały się kojarzyć z Brendanem Kelly, czyli liderem The Lawrence Arms. [4]    

Część zespołów w tamtym okresie chętnie sięgała po wpływy folku, bluesa, heartland rocka i country. Folk punkowi i punk bluesowi w bardzo różny od siebie sposób byli O Pioneers!!! [5], Andrew Jackson Jihad i Defiance, Ohio. The Riot Before i The Gaslight Anthem w największym stopniu upodobali sobie przy tym muzyczne “południe”. Nie jest tajemnicą, że w przypadku drugiej z tych kapel od zawsze mówiło się o naśladowaniu Bruce’a Springsteena. „Gazlajci” jak przystało na czołowego przedstawiciela „ruchu” nie byli jednak wyłącznie prostą wypadkową chropowatego punk rocka Hot Water Music czy Against Me! [6] i punkowo-country’owego Social Distortion [7] z romantycznym oddechem „Bossa”, a kapelą o własnej, wyjątkowej tożsamości i inteligencji, pozostawiającą większość kolegów daleko w tyle.














Za najbardziej charyzmatyczną cechę wielu punkowych kapel z lat 2006-2010, a nawet i dalej: 2006-2014 należy natomiast uznać skłonność do potężnych, zbiorowych gang-wokali, wykrzykiwanych wspólnie „braterskich deklaracji”, do jakich słabość mieli zarówno reprezentanci melodyjnego punk rocka/orgcore’u, jak również folk punku, emo, post-hc i ska punka. Przykłady z lat ostatnich mógłbym mnożyć, ale te najważniejsze zawarłem już w samych opisach piosenek. Za jedną, szczególną egzemplifikację niech posłuży końcówka utworu „We’re Getting A Divorce, You Keep The Dinner” z 2007 r. wielokrotnie wspominanego już The Gaslight Anthem.  

Jak już wspomniałem, tendencja utrzymywała się także w kolejnych latach. Ważne albumy w kategorii ostrzejszego pop/melodic punku nagrali w 2010 r. The Menzingers i w 2011 Joyce Manor. Dużym echem, nie tylko na scenie punk rockowej, obił się „The Monitor” autorstwa Titus Andronicus (2010). Kolejne istotne pozycje wydawali Bomb The Music Industry! i The Wonder Years. Obydwie kapele poza warstwą muzyczną zwracały uwagę również za sprawą dojrzałych tekstów piosenek. Jeff Rosenstock i Dan „Soupy” Campbell doskonale wpisywali się w wizerunek nowego punkowego tekściarza, auto-refleksyjnego, wyjątkowo świadomego niedoskonałości swoich poczynań, skupionego na sferze emocjonalnej, ale nie tylko na problemach natury uczuciowej. Dla nowopunkowego kompozytora/wokalisty ciekawsze od walki z systemem i komentowania spraw społeczno-politycznych stało się śpiewanie o życiowych zawodach i różnego rodzaju porażkach. Nawet jeżeli gdzieniegdzie pojawiało się jeszcze hasło „No Future”, to dotyczyło ono już czegoś zupełnie innego niż dawniej.  













Podsumowując, selekcja utworów w zestawieniu opiera się o przynależność do zataczającej szerokie kręgi amerykańskiej sceny okołopunkowej.  Nie oznacza to jednak, że wziąłem pod uwagę wyłącznie zespoły pochodzące z USA. W rankingu znalazło się miejsce także dla kanadyjskich, brytyjskich, szwedzkich, norweskich, japońskich, austriackich i polskich kapel grających emo/punk/post-hc. Bardziej bowiem niż o podział geograficzny chodzi tu o ujęcie pewnych stylistyk kojarzonych ze Stanami Zjednoczonymi, ale z powodzeniem uprawianych także w innych miejscach świata.

„Przesiew” w dalszej kolejności opierał się naturalnie o nic innego, jak tylko mój osobisty gust. Wyłącznie na własne sympatie i subiektywne poczucie „ważności” da się zrzucić dobór piosenek oraz przyznanie im wyższych lub niższych pozycji. Także o tym, że w podsumowaniu znalazło się, być może, więcej propozycji stosunkowo lekkich i melodyjnych niż ostrych i ekstremalnych zadecydowały własne preferencje i hierarchie wartości. Jeżeli więc ktoś stwierdzi, iż zabrakło tu czegoś ważnego, albo że proporcje między podgatunkami są zachwiane, to w kontekście „obiektywności” rankingu zapewne będzie miał rację. Z góry zaznaczam jednak, iż żadne silenie się na obiektywność nie było w tym przypadku moim celem. 

miejsca 101-91  




[1] Do dziś nie można mówić o jednoznaczym rozstrzygnięciu czy słowa emo i emocore oznaczają w istocie coś innego, czy są to jednak pojęcia synonimiczne, a emo to po prostu skrót od emocore’a? Osobiście przychylam się jednak do rozróżnienia obydwu określeń i przyjęcia dość przekonującej wersji Andy’ego Radina  z Funeral Diner, który pisał o tym na swojej stronie Fourfa.com: http://www.fourfa.com/styles/index.htm. Tekst został również przetłumaczony na język polski i umieszczony na witrynie Lemon Tree:  http://www.lemon-tree.host.sk/emoforma.htm. Na tej podstawie możemy mówić o emo jako pojęciu szerszym, skupiającym kilka podgatunków, jak i węższym, będącym w zasadzie jednym z nich. A więc emo  w sensie szerszym zawierałoby zarówno emo, emocore, midwest emo i hardcore emo, a emo w sensie węższym byłoby konkretną podstylistyką reprezentowaną przez grupy takie, jak Navio Forge, Julia, Hoover, Still Life oraz częściowo Moss Icon. Kapele grające emo różniłyby się od zespołów uprawiających emocore dynamiką, tempem grania i sposobami wyrazu. Emo jest w takim przypadku wolniejsze, mniej punk rockowe, zwykle agresywniejsze wokalnie, ale też skłonniejsze do ładnych melodii. Emocore to zaś w zasadzie „naładowany emocjonalnie punk rock”.

[2] https://web.archive.org/web/20071215124513/http://luchadorrecords.bigcartel.com:80/product/the-redder-the-better EP’kę „The Redder, The Better” określano na stronie Luchador Records jako “melodyjny, emocjonalny punk rock mający zapełnić lukę po rozpadzie Hot Water Music i Small Brown Bike”.


[4]
Inny, często pojawiający się w twórczości nowych zespołów, typ śpiewania stanowił wokal a la Ari Katz z Lifetime. Ten w przeciwieństwie do duetu Ragan/ Wollard całkowicie pozbawiony był jednak agresywnego „żwiru”, charakteryzował się stuprocentową melodyjnością i dość rozpoznawalną manierą.  Ślady tejże inspiracji, zwłaszcza po 2010 r. słychać było na przykład u Grown Ups, Late Nite Wars czy You Blew It!.

[5] Na ich album „Black Mambas” z 2006 r. składały się utwory oparte o folk punkowe aranżacje i wokale żywcem wyjęte z piosenek Hot Water Music. 

[6] Przykładowo recenzent Punknews.org wskazywał na bardzo czytelne podobieństwo „Boomboxes And Dictionaries” - kawałka rozpoczynającego płytę „Sink Or Swim” do utworu „Sink, Florida, Sink” grupy Toma Gabela. https://www.punknews.org/review/6355/the-gaslight-anthem-sink-or-swim

[7] Tom Breihan z Pitchforka w recenzji ich kolejnej płyty, „The ’59 Sound”,  zwrócił uwagę na przynależność TGA do grupy punkowych kapel starego typu takich, jak wspomniani Social Distortion, The Bouncing Souls i Alkaline Trio. Opisywał je zaś następująco:  These are the bands who sing in full-throated groan-man bellows, who unironically cover old country songs, who heroically keep the hair-grease industry afloat. http://pitchfork.com/reviews/albums/12454-the-59-sound/

poniedziałek, 2 września 2013

Aloha - Light Works (2007)










7.5

Muzyka na „Light Works” uderza aurą miłości. Autentycznym ciepłem, potężną dawką melodyjnej słodyczy i zakochanym marzycielstwem. Uczciwie uprzedzam, że to najbardziej ckliwa propozycja od panów z Aloha, szczęśliwie - wciąż utrzymana w przyzwoitych granicach.

Objętościowo ciężko powiedzieć czy mamy do czynienia z EP’ką czy albumem długogrającym. Ta niesprecyzowana pod względem formatu mini-płyta ujrzała światło dzienne 4 grudnia 2007 roku, prawdopodobnie nieprzypadkowo wpisując się swym nastrojem w zimową, przedświąteczną porę. Tony Cavallario z kolegami brzmią tu jakby zatrzymali się na kilka dni w studiu, tuż przed kupieniem prezentów, ubraniem choinki i spotkaniem z bliskimi. Kiedy słyszę „Passengers”, „The End” albo „Equinox” prawie tęsknię za śniegiem, miastem skąpanym w dekoracjach i wieczorami, podczas których zwykłe przejście po mieście zachwyca. W przypadku pierwszego z wymienionych utworów, ciężko mi sobie wyobrazić, że lider zespołu nie pisał tego pod wpływem permanentnego uwielbienia względem swojej wybranki serca. Szczególna aura pory roku jak i uczuciowa fascynacja zostają związane w magiczną jedność:  I have so much to say, We've rambled on a winter's worth of details, The snow I quantify, We're adding up two lives. Drugi to klasyczna, akustyczne szarpana i mknąca do przodu ballada, najbardziej motoryczny twór na krążku. Trzeci należy do kategorii kompozycji klimatycznych i wzruszających, „Equinox” nie byłoby nawet głupio włączyć w wigilię gdzieś pomiędzy jedną, a drugą kolędą.

Jest jeszcze piękne „Body Buzz”, dla odmiany kojarzące mi się z tradycją pozostawienia dla gościa wolnego miejsca (I've been waiting for you, Our house full of laughter, Our love will live forever). Poza tym zdecydowanie najmniej zajmujące „Broken Light”, nieco lepsze „Trick Spring” i zaskakująco proste jak na nich „Gold World”. Całość zamyka się w liczbie piosenek siedmiu. Brak na „Light Works” oryginalnych wibrafonowych efektów Cale’a Parksa, nie ma właściwie wpływów prog-rockowych ani math-rockowych. Tutaj zespół ukazuje swą uduchowioną, dość wyciszoną stronę, co nie znaczy, że produkcja jest surowa, a brzmienie mało atrakcyjne. Przeciwnie, koronkowość wykonania w kilku przypadkach zasługuje na uznanie. Polecam sprawdzić w odpowiednim czasie. 


wtorek, 31 lipca 2012

The Gaslight Anthem - Sink Or Swim (2007)












9

Z każdą nową płytą The Gaslight Anthem zmuszany jestem do przewartościowywania dotychczasowej dyskografii zespołu. „The ’59 Sound” brzmiał świetnie od zawsze, ale dopiero przy okazji ukazania się „The American Slang” dotarło do mnie, że to album dziesiątkowy. „American Slang” z kolei wydawał się dobrym krążkiem, ale nie tak dobrym jak teraz kiedy na półki sklepów wchodzi „Handwritten”. Niczym dobre wino, z roku na rok co raz wytrawniej wypada także debiut ekipy z New Jersey.

Momentami do tego stopnia, że trzeba się zastanowić czy nie lepiej przypadkiem od przełomowego następcy o niebieskiej okładce. „Boomboxes And Dictionaries” zaczyna się pozornie bez szału aby już w refrenie w całej okazałości zachwycić romantycznym zrywem wokalu Briana. And if you're scared of the future tonight, We'll just take it each hour one at a time… to już niewątpliwie klasyk. Wybrany wówczas na singla “Drive” doskonale łączy cechy wymiatacza i rozklejacza. Punkową intensywność i chrypę Leatherface z wrażliwością oraz poczuciem sercowej nostalgii Springsteena. Fenomenem jest w ogóle to jak w pewnych momentach przyjazna charyzma Fallona i jakaś niepozorna melodia znienacka zmieniają charakter utworu. Tak jest na przykład w przedostatnim „We’re Getting A Divorce, You Keep The Diner”, zapowiadającym się na najostrzejszy w zestawie, a zaskakująco zakończonym hymnicznie chóralnym It's alright, man, I'm only bleeding, man. Stay hungry, stay free, And do the best you can... Kompozycje na “Sink Or Swim” układają się zresztą w całość złożoną z niemalże samych potężnych elementów. Wspaniale byłoby usłyszeć na żywo takie „I’da Called You Woody Joe”, zaśpiewać „We Came To Dance” albo bluesowe „Red At Night”.

Bardziej punk rockowej płyty The Gaslight Anthem zapewne już nigdy nie uświadczymy. Tutaj słyszymy ich pierwotny, kto wie czy nie najlepszy styl. Duuuużo energii, gitarowe jazdy i duszę na ramieniu, której trudno im odmówić przy czymkolwiek za co się wezmą.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Lifetime - Lifetime (2007)












8.5

Energia + melodia. To znamy. Tym cechuje się każda kapela melodic-punkowa. Tylko teraz gdzie tak naprawdę leżą korzenie takiego grania? Kto był pierwszy, kto zainspirował rzesze do powielania tej muzyki? Możemy mówić o Bad Religion, choćby o Descendents czy może właśnie Lifetime jak sugerują niektórzy. Mowa oczywiście o Lifetime z lat 90’tych. Tych, którzy zniknęli ze sceny po wydaniu „Jersey’s Best Dancers” w 1997, a pojawili się z genialnym w swojej klasie „Lifetime” całą dekadę później. Melodicowe dzieciaki wychowane na ich krążkach dostają tu solidną lekcję. Jak w dwadzieścia parę minut zapodać miłośnikom gatunku kipiący energią, gotujący się od melodii, rażący oślepiającym kalifornijskim słońcem punk rock. „Haircuts & T-Shirts”, “Can’t Think About It Now”, “Airport Monday Morning” i znów są wakacje. Znów chce ci się żyć, skakać po pokoju, chodzić z kumplami po mieście i pytać siedzące na przeciwko dziewczyny o papierosa, którego naprawdę nie potrzebujesz…

niedziela, 8 maja 2011

Muzyka Końca Lata - 2:1 Dla Dziewczyn (2007)













7.5


Album ten jest opowieścią o wielkiej nieskończonej miłości chłopaków do dziewczyn i podróżą po różnych jej odcieniach, od zakochania i motyli w brzuchu po stany smutku i tęsknoty


*

Melancholijne westchnienie gitary, palce ocierające się o struny, a już po chwili element niepokoju. Kilka basowych dźwięków, marszowa perkusja, wokal podkreślający powagę sytuacji. Czy to aby na pewno Muzyka Końca Lata? Brzmi intrygująco, słuchamy dalej. Zmywak wymienia miejsca, nie wiemy jeszcze o co chodzi. A wszystko to bez ciebie, nie liczy się… A więc, wszystko to tylko dla podkreślenia jak ważna jest (była?) „ona”, czy raczej jak mało ważne jest wszystko, co ważne, bez niej… W drugiej zwrotce jeszcze ciekawiej. Tym razem Bartek wylicza/skanduje ulubione polskie zespoły: Pustki, The Users i Ewa Braun, wszystkie piosenki co z kapelą gram! Jeden z najfajniejszych, pewnie najbardziej szczerych i rozczulających miłosnych manifestów, jakie słyszałem. 

Dujer, piwo, tak po lekcjach. Co prawda, ja chodziłem do „chemika”, a nie na „piękną”, ale regionalną ciekawostkę kojarzę i mam nawet z tym miejscem zabawne wspomnienia. W „Piękna 4A” słychać już typowo wyluzowane, pogodne oblicze zespołu. Kolejną porcję świetnych, lekkich melodii i mostków. Pod względem instrumentalnym całkiem niedaleko do zagranicznego indie popu. Z wejściem trójki na trackliście robi się już totalnie romantycznie. Niektórzy zarzucają Chmielewskiemu często przesłodzone, miłosne liryki. Nie mogę się z tym do końca nie zgodzić, ale „Ekstramocne” to akurat przykład idealnego wyważenia. Zwyczajnie piękny, balladowy kawałek, przy którym bez problemu można zamknąć oczy i poddać się… Z krainy rozmarzenia w ska punkowym stylu skutecznie wygania „Fenoloftaleina”, najbardziej przebojowa rzecz na „2:1”. Skoczność, trochę energii i pozytywnych wibracji. Te na bank zapewni końcówka z krzyczanym przez niezawodnego bocznego wokalistę, Marcina Biernata: Tylko jedna chwila!

Pewnie pisano już o tym nie raz, ale ostatnim co można muzyce Muzyki odebrać jest swoista prawdziwość. Teksty o życiu, takim naprawdę. Prozaicznym, niezbyt ekscytującym, nie w wydaniu „M jak Miłość”, a niebezpiecznie bliskim każdemu. Nie będzie pewnie odbiorcy, który nie odnalazłby się w którejś z tych opowieści. Młoda para borykająca się z niespodziewaną ciążą, on zarabia pieniądze za granicą, ona tęskni tutaj (sympatyczne „W Środę Wieczorem”) . Chłopak z małej miejscowości podąża za ukochaną do wielkiego, groźnego miasta („Na Cienkim”). Naiwna nastolatka przeżywająca kolejne miłosne historie („16 Skończy w Czerwcu”).  

Skupmy się jeszcze jednak na aspekcie muzycznym. Miński zespół najlepiej sprawdza się w piosenkach wesołych i sielankowych. U Myslovitz „Chłopcy” spoglądali na spódnice dziewczyn, które nie chcą ich znać. Na drugiej płycie MKL „Chłopaki” mają już lepiej, bo wieczorem wracają od dziewczyn. Siódmy numer to perełka „2:1”. Wakacyjna beztroska, dobór słów i klimat jak z big-beatowego 60’sowego przeboju. Zmywak w najlepszej formie kompozytorskiej, a przynajmniej takiej, jaka mi się podoba najbardziej. Strzałem w dziesiątkę jest też wejście wokalistki Magdaleny Turłaj aka Karotki w drugiej zwrotce. Podoba się przesiąknięte nastrojem wpatrywania w gwiazdy „Ona Nie Chce Jeszcze Spać”. Wcale nie mniej alt-countrowe „Rude Drzewa”, coś jak esencja stylu kapeli. ”Nie Pytaj” to zadumane, smutne zakończenie, przy którym można by zatańczyć wolnego, gdyby tylko muzykom nie zachciało się go podsumować nieco ostrzej…

Nie żebym słuchał wiele muzyki z rodzimego podwórka, ale czasem dziesiątki zajebistych i odległych amerykańskich bandów warto zastąpić jednym, który rodził się i rozwijał gdzieś tu całkiem blisko. Nie zawsze do szczęścia potrzeba miażdżących gitar i wykwintnej elektroniki. Czasami wystarczy zwykłe lalala. 

wtorek, 26 kwietnia 2011

Maritime - Heresy & The Hotel Choir (2007)












6

Wiem, że trochę tak niegrzecznie wyliczać coś komuś w punktach, ale tym razem zrobię wyjątek. Jakby ktoś się pytał to z lenistwa oczywiście.

Wniosek 1: Na „Heresy And The Hotel Choir” nieco przygasa zwiewna jak chorągiewka, rozmarzona indie-popowość, pojawia się więcej rockerki. Nie żeby przeszli gigantyczną metamorfozę, ale da się zauważyć.

Wniosek 2: Mają u mnie minusa za to, że nie utrzymali klimatu. Zbyt wiele utworów wpada w nudną, manierę („Aren’t We All Found Out”, „Are We Renegade”) , w niektórych trudno mi się doszukać sensu powstania („Perill”), jeszcze inne choć nie przeszkadzają to pozostawiają obojętnym („Be Unhappy”, „With Holes For Thumb Sized Birds”). Romantyczność takiego „First Night On Earth” zupełnie mnie nie rusza, zwłaszcza, że oni przecież potrafią pisać bardzo dobre ballady (patrz recenzja „Glass Floor”).

Wniosek 3: Kawałek z pod indeksu 7 jest dość chlubnym wyjątkiem od reguły.”Pearl” z powodzeniem mogło się znaleźć na poprzednim albumie Maritime – „We, The Vehicles”, który zresztą do dziś jest świadectwem ich najwyższej formy.

Wniosek 4: Paradoksalnie tam gdzie energiczny power-pop im akurat wyszedł możemy mówić o najbardziej wyrazistych kawałkach w repertuarze Maritime w ogóle. „For Science Fiction” to numer co najmniej zajebisty, zagrany na solidnym hooku, o świetnym refrenie. Davey VonBohlen wrzeszczący „Now I want thank god, thank god, thank god, thankgod, thankgod, thankgod!!!” pozostanie w pamięci. “Hand Over Hannover” brzmi jakby ex-lider The Promise Ring złapał przez chwilę drugą młodość. Sympatyczne szarpanie strun w „Guns Of Navarone” i piosenkowa jakość owego utworu także przejdą do kanonu ich dokonań.

Wniosek 5: Album jest nierówny. Dużo tu powtarzania się, za mało inwencji w umilaniu słuchaczowi czasu. Sytuację ratuje na szczęście kilka naprawdę kapitalnych nagrań, dzięki którym ostatecznie wychodzą na średnią.

Wniosek 6: Maritime nie tracą mojego respektu. Nadal jesteśmy za pan brat.