Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Future Islands. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Future Islands. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

Podsumowanie 2014: albumy 22-11




22. Bohren & der Club of Gore - Piano Nights

Fortepianowo-saksofonowy towarzysz na długie nastrojowe noce. Mroczny ambient i zadymiony jazz dogadują się tu w swej pociągającej posępności. Rolę dostojnego sekundanta przyjmuje zaś wibrafon. W tego rodzaju muzyce każdy dźwięk odgrywa ogromną rolę. Nawet pojedyńcze uderzenia w bębny czy skromne klawiszowe wstawki mogą bardzo efektywnie przerzedzić klimatyczną syntezatorowo-basową przestrzeń. Całość jest tak zwarta, że nie zwróciłbym nawet uwagi, gdyby dajmy na to pod numerem trzecim i siódmym znalazły się dwie dokładnie takie same same kompozycje. Muzyka Bohren & Der Club Of Gohre wymyka się jednak kategorii nudy, a monotonnia nie przeszkadza, bo te instrumentalne kombinacje są na tyle dobre, że rozsmakowywanie się w nich musi trwać długo i namiętnie. Zejście poniżej jednej godziny nie wchodziło w grę.  


21. Francis Harris – Minutes Of Sleep

Wejście Harris ma spokojne, chilloutowe wręcz, ale już tu, w czterech pierwszych utworach drzemie niebywała klasa. Od szumiącej neo-poważki, przez docierający tajemniczo spod wodnych głębin jazz, po mikroskopijny house. Swobodny tok albumu przełamany zostaje za sprawą najbardziej zapamiętywalnego, głównie z uwagi na soulowe kwestie wokalne Gry Bagøien, „You Can Always Leave”. Po nim Amerykanin już na dobre zapuszcza się w głębokie wody minimalistycznej elektroniki i ambientu oraz nakręca prężny (czasem tańczący) warsztat stukań, bitów czy sampli. „Leland” z 2012 roku Francis nagrał po śmierci ojca. „Minutes Of Sleep” powstał jako swoisty hołd dla nie żyjącej już matki. Wykwintność omawianego albumu jest bezdyskusyjna. Życzmy jednak temu muzykowi, aby kolejne preteksty do tworzenia świetnych krążków były dla niego mniej ponure.


20. The War On Drugs – Lost In The Dream

"cross the bridge, to redefine your pain, the answer is in your heart"

Adam Granduciel wydał w tym roku ponad godzinę pięknej, głębokiej muzyki opartej na amerykańskich klasycznych wzorcach i wysoce imponujących kompozytorskich zdolnościach. Dylan, Springsteen, czy nawet wypunktowani przez recenzenta pitchforka Tears For Fears i Rod Stewart zostali twórczo zaabsorbowani do muzycznego krwiobiegu artysty. Ich udział w tej zacnej mieszance heartland-rocka, americany, ambientu i szeroko pojętego romantycznego popu jest mocno zauważalny, choć rozłożony do odpowiednich proporcji. „Lost In The Dream” posiada tylko jeden typowo singlowy, ekspresyjnie buchający hookami moment, czyli doskonały „Red Eyes”. Cała reszta odcina się od podobnej impulsywności, tworząc cierpliwy, równy, naszpikowany detalami zestaw. Gdzieś pomiędzy spokojną przebojowością i szlachetnym albumowym rozwlekaniem jest jeszcze „Eyes To The Wind”, a zadatek na porządny hit ma też „Burning”. Nie zmienia to jednak faktu, że trzecia pozycja w katalogu The War On Drugs należy do albumów zachwycających poprzez długie, doszlifowane formy. Największym atutem jest tu precyzyjnie dawkowane melodyjne bogactwo oraz emocje docierające w sposób wybitnie dojrzały i nienachalny.


19. Tigers Jaw – Charmer

Wokalista-gitarzysta i dziewczyna za klawiszami. Nerwowe dzieciaki piszące piosenki o emocjonalnych konfliktach w stających pod znakiem zapytania związkach. W tym roku stało się z nimi coś dziwnego. Konfiguracja gwiazd na niebie okazała się chyba wyjątkowo sprzyjająca, wena nawiedziła młodych muzyków, po czym wydostała się na zewnątrz już jako przetworzony element składowy dwunastu kapitalnych kompozycji. Nie powinno być to nic nadzwyczajnego, ale przyjrzyjmy się choćby „Divide”, jakiż tu panuje rytm! Nastrój, muzyka, słowa - jak wszystko to po kolei, harmonijnie się ze sobą układa. Zespół dodaje kolejne melodie, potęguje atmosferę, a wszystko dzieje się jakoś tak... samo. Zewsząd czuć poza tym twórczą energię. Nie ważne czy mowa o posępnie rozwijających się „wolnych” w rodzaju kawałka tytułowego, pop-rockowych perełkach a la „Teen Rocket” czy finezyjnie rockowych trackach pokroju „Slow Come On”. „Charmer” należy dać być może kilka szans, choć jestem pewien, że prędzej czy później wprawione ucho uchwyci tę tajemniczą chemię, to klasyczne „coś”, ten magiczny środek, dzięki któremu cała płyta iskrzy, a niemal każdy numer w jakiś sposób urzeka.   


18. Future Islands – Singles

"those winter days, those winter nights, those days and nights, come see me through"

Obiło mi się gdzieś po uszy, że „Singles” wcale nie jest tak singlową płytą, a „Seasons (Waiting On You)” to jedyny pochodzący z niej kawałek, który spełnia postulat solidnej przebojowości. Otóż, nie. Nie zgodzę się niemal wzorowo, bo pewnie to kwestia gustu, ale dla mnie wszystko co fajne zaczyna się tu już po dość nudnawym indeksie pierwszym. O niebywale roztańczonych hookach „Spirit” pisałem a propos najlepszych kawałków roku. Naprawdę szkoda, że to nie do tej piosenki Herring tańczył u Lettermana. Świetne klawiszowe motywy i motywiki sypią się zresztą z niemal każdego numeru. Jeden z nich skutecznie urządza chociażby całe „Doves”. Początek “Back In The Tall Grass” sugerowałby jakieś stare, wesołe The Cars, ale im dalej w las tym więcej Future Islands i coraz więcej dodawanych elementów, składających się na absolutne popowe dobro. Spokojna, urodziwie melodyjna indietronica sączy się z „A Song For Our Grandfathers”. „Light House” z serią bitów, żywą gitarą i kolejną porcją syntezatorowych kolorów wpisuje się w ich sprawdzoną receptę nakładania na siebie kilku trafionych pomysłów. „Like The Moon” czy „Fall From Grace” prezentują wspaniały wachlarz post-eightiesowej romantyki, no i tak dalej... Czwartym albumem amerykańska kapela odwaliła kawał materiału na swoje przyszłe „Greatest Hits”.


17. Owls – Two

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że bracia Kinsella wspaniałą muzykę tworzą od zarania dziejów, faktycznie zaś od połowy lat 90. Nie myliła się garstka starych, oddanych fanów Joan Of Arc, Cap’n Jazz, American Football, Owls, Make Believe oraz pozostałych projektów, w których współtworzeniu udział brali Tim i Mike. Laury powszechniejszego uznania przyszło tym zdolnym panom zbierać jednak dopiero w 2014 roku za sprawą reaktywacji dwóch ze wspomnianych grup, nawracającej mody na emo oraz w jednym przypadku, po wydaniu całkiem nowej płyty. Stare Owls jest dziś kultowe, nowe nie upada wcale daleko. Cóż po 13 latach przerwy skoro ci ludzie tworzyli wspólnie przez cały czas, pod innymi nazwami, w różnych kombinacjach? Owls to dla przypomnienia ten sam skład co Cap’n Jazz, ale bez Daveya von Bohlena, który w 2000 roku przewyższał kolegów popularnością liderując The Promise Ring. Choć dziś, kwartet mógł równie dobrze wydać ten album pod nazwą Joan Of Arc, to 14 lat temu math-rockowe, ale zdecydowanie bardziej-jednak-piosenki „Sów” całkiem się różniły od eksperymentów sygnowanych podpisem JOA. Błyszczące momenty nowej płyty na czele z zapowiadającym ją „I’m Surprised…” uderzają w estetykę „Owls (2000)”, „Life Like”, singla „Meaningful Work” czy niektórych fragmentów „Boo Human”. W ruch idą podobne, grubo szyte, w skomplikowany sposób uzupełniające się melodie trzech nietuzinkowych muzyków, których współpraca potrafi dać efekty całkowicie nieprzewidziane. Kinsella plus Zurick plus zwłaszcza Victor Villarreal równa się oczywista gitarowa uczta


16. The Juan MacLean – In A Dream

"don't play your games here anymore, because heaven knows what the heavens know"

Taneczne parkiety ponownie wymiecione przez reprezentantów DFA. Zabójczym, ośmiominutowym „A Place Called Space” John i Nancy wchodzą w uczciwe konkury z progresywnym synth-popem Todda Terje. „Here I Am” wskrzesza stary dobry rok 2008 i najbardziej błyszczące momenty Cut Copy. Za sprawą „Love Stops Here” duet bardzo kreatywnie wyręczył w nagrywaniu nowej muzyki New Order. Niech nikogo nie zwiedzie łatwość dokonywania przeze mnie odniesień. „In A Dream” to nie tylko cwane kopiowanie, a kapitalnie skonstruowany materiał nieomylnie wypełniony arcy-chwytliwymi singlami. Jak doskonałe piosenki pisać w house’owej czy electro-popowej stylistyce dowodzi „You Were A Runaway”. „Running Back To You” znów każe przywoływać czyjeś nazwisko i jest to tym razem Jessie Ware, która nie odpuściłaby zapewne, by zrobić z tego kawałka słuszny radiowy hit. Na wysokości szóstego „I’ve Waited So Long” łapię się za głowę, ile oni mają pomysłów na refreny i pierwszego sortu produkcję?! A dalej jest jeszcze zgrabna „Charlotte”, samoprzylepny „A Simple Design” i grube dziesięć minut „The Sun Will Never Set On Our Love”. Cytując użytkownika Rate Your Music – “Dance yrself clean to the new DFA standard.”


15. Modern Baseball – You’re Gonna Miss It All

Jak bardzo źle musi brzmieć połączenie Daniela Johnstona z Blink 182? Dziwna sprawa, ale wcale nie najgorzej. Modern Baseball to z jednej strony chłopaczki w czapkach z daszkiem, z drugiej wrażliwcy pogrywający balladowe lo-fi. Brendana Lukensa i spółkę lata świetlne dzielą od znanego do tej pory przeciętnemu odbiorcy pokolenia pop-punkowców, od którego odrożnia ich chociażby nieco większa dojrzałość. Panowie śpiewają nam o piątkowych nocach, związkach i różnych bzdurach typowych dla młodych ludzi, ale wystarczy zerknięcie jednym uchem na takie „Broken Cash Machine”, aby zauważyć, że jednak inaczej, zupełnie inaczej. Gorzkie piguły czy słodki pudding? Oczywiście jedno i drugie.  Jak tu nie mieć serca dla uroczo szczeniackiego, ale niegłupiego songwritingu kolegów Brendana i Jake’a? Sympatii do rzucanych w manierze emocjonalnego buntu fucków i porządnych gitarowych melodii? Skamleń na temat dziewczyn, z którymi się zerwało oraz pozornych zwycięstw w radzeniu sobie samemu? No nie da się.


14. HTRK – Psychic 9-5 Club

Minimalizm, precyzja, mrok, uczuciowość, smutek. To słowa klucze dla wybornie klimatycznego trzeciego albumu HTRK. Głos Jonnine Standish, jakby niezdolny do wydobywania linii wokalnych brzmiących choć trochę optymistycznie, w każdym utworze obezwładnia jakąś hipnotyczną frazą czy zdaniem. „Im in love with myself”, „Im’ gonna love you much better”, „love is distraction”. I to przy nocnych, szorstkich teksturach Nigela Yanga w zupełności wystarcza. Nastroje z „9-5 Club” odbijają się niemrawo między alienacją a miłością, czy może raczej jej potrzebą. Uwodzenie jest niezaprzeczalne, chociaż odbywa się raczej w atmosferze chłodnej i tajemniczej.


13. The Sunlit Earth – Same Old Story

"run, run, run away until you reach the blind street, I don't know if it make my heart stop, or if it make, my heart beat"

Albumy takie jak “Same Old Story” z bolesną skutecznością odsłaniają absurdalność rodzimego rynku muzycznego. Tu wszystko już dawno wywrócono do góry nogami. Oto wychodzi świetna płyta naszpikowana gitarowymi hitami, raczej popowa. Trafia naturalnie do wora z alternatywą, w radiu o single z niej nikt się nie upomina, doskonałe piosenki nie mają prawa zagościć tam, gdzie może jeszcze w latach 90. byłoby dla nich miejsce, czyli na listach przebojów. Łatka „alternatywy” przyszywana jest u nas chyba wszystkiemu co zawiera w sobie jakość. W radiostacjach tymczasem ciężko o usłyszenie czegoś nowego, polskiego z dobrą melodią. Chłopaki z Giżycka zaproponowali na swoim debiucie dwanaście barwnych, różnych od siebie kawałków, z których każdy w jakiś sposób chwyta żywą energią i pomysłami. W „Right-About Turn” udaje im się stworzyć wrażenie nieprzystępności ledwie przez kilkanaście sekund. Zwrotki bardzo szybko zostają oswobodzone z brudu, utwór z jednej strony dąży do harmonii, ale z drugiej pęcznieje od podskórnego nerwu. Kwitnącą kompozycyjnie, podnoszącą na duchu „Amnesię”wychwalałem już dwa razy. „Fish Without Water” to niepoprawnie roztańczona sekcja i krzykliwy bunt w refrenie. „20 Years & 20 Days” zanurza się na kilka metrów w grobowym post-punku, ale i tu nie udaje się pogrzebać nośnego potencjału. „Rotten Feelings” (trochę buzzcocksowe w zagrywkach?) i “Little Screamer” częstują wyśmienitym college-rockiem. “Under My Eyelid” w niezłym stylu przypomina o starym, zużytym new-rock revolution. Znalazło się też miejsce dla znanych od dawna „Same Old Story” i „There’s Something In The Air” czyli łagodzącej balladki oraz killera a la dawne Radiohead.


12. Spoon – They Want My Soul

Spoon wyrobili sobie styl i renomę w taki sposób, by na wysokości kolejnych albumów już nikt nie musiał od nich wymagać zmian ani rewolucji. Jeśli grupa Britta Daniela nagra coś bardzo swojego, to w zasadzie wystarczy. Kawałki z „They Want My Soul” można śmiało posegregować i poprzydzielać do kilku wcześniejszych, kluczowych płyt zespołu z Texasu. Surowo otwierający „Rent I Pay” na „A Series Of Sneaks”. Ostro rytmiczny i pozytywny „Let Me Be Mine” oraz obłędnie przebojowe „New York Kiss” na wypełnioną melodiami „GaGaGaGaGa”. „Rainy Taxi” i niemal jazzowe „I Just Don’t Understand” do nastrojowego momentami „Girls Can Tell”, gdzieś przy niezapomnianym „Chicago At Night”. Tytułowe „They Want My Soul” i singlowe „Do You” właściwie wszędzie, bo i tak wszędzie robiłyby za gwóźdź programu. Czy wobec tego ostatni krążek Spoon ma jakiś własny charakter? Czy w 2017 powiemy, że któryś utwór z ich kolejnego albumu pasowałby na „They Want My Soul”? Nie wiem i średnio mnie to interesuje w momencie, gdy mogę się cieszyć całą serią w pełni wartościowych kompozycji ich autorstwa. Przynajmniej połowę tych piosenek zapamiętam i będę nucił na równi z poprzednimi, bo lata lecą, a oni wciąż ani trochę nie słabną. Czapki z głów, łyżki w dłoń!     


11. Alvvays – Alvvays

"forget the invitations, floral arrangaments and bread makers"

„Alvvays” to  optymalna płyta z gatunku refrenowo-zwrotkowych. Coś jak zeszłoroczne, niedocenione Surfer Blood. Polecam puszczać sobie te utwory, przy jednoczesnym spoglądaniu na ich teksty. Taki zabieg pozwala w sporym stopniu zrozumieć piosenkowy zmysł Molly Rankin. Można wręcz zgadywać, który wersik przyniesie kluczowy wokalny hook? Dajmy na to w „Party Police”, gdzie blondyna rozmiękcza już pierwszym „walking through the treees”, następnie tęsknym „you don’t have to leave...” i przynoszącym słodko-gorzkie pocieszenie „we could find comfort in debauchery”.  Nie mniejszy talent do dźwięcznych akordów posiadł zresztą gitarzysta Alec O’Hanley. Współpraca tych dwojga to witaminowa bomba dla melodycznych fanatyków. Jak nie ona refrenem, to zaraz on jakąś solówką albo zagrywką i tak na zmianę... Do tego ta retro-brzmieniowa oprawka, podkreślająca i tak niemałe walory  „Adult Diversion”, „The Agency Group” czy cudownie wakacyjnego „Atop a Cake”. Pasjonująca troska o melodię i serwowanie miłosnych perypetii w wyjątkowo beztroskich formach, czynią z Kanadyjczyków chyba najlogiczniejszych w tej chwili spadkobierców kapel ruchu C86. 

wtorek, 16 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 37-25

Nie wiem czy dziś jeszcze ktokolwiek używa tego określenia, ale Britt Daniel po czterdziestce nadal jasno i wyraźnie stawia wyznaczniki bycia cool w muzyce pop/rockowej. Cool, bo nie chodzi tu o jakaś zwykłą zajebistość, a zajebistość połączoną z totalnym luzem. Wystarczy jedno „let’s go get out of the street”, „don't it feel like Friday night?” albo “yes, yes, I know” wypowiedziane przez Daniela abyśmy my ową, nazwijmy to sobie “fajność” odczuli w stopniu najwyższym. W przednim kompozycyjnie „They Want My Soul” zespół zdobywa zresztą trzy punkty przy każdej przeprowadzonej akcji. Etap późny, bo późny, ale ja i tak nie mam wątpliwości, że mowa u nich o formie życiowej.



Jedynym elementem psującym udaną stylizację na lata 70-te w „Little Fang” jest zapewne wokal Aveya.  Zgadza się poza tym delikatny funk, melodie co rusz sugerujące jakieś „Dancing In The Moonlight”, chórki i prawie klasyczna piosenkowość, do której Tare na pewno nie zbliżyłby się w aż takim stopniu wraz z Animal Collective. Oczywiście fenomen utworu nie tkwi jedynie w przebierankach, a w tym co sprawia, że łapiemy się na niego jak sprzedajny polityk na garść banknotów. Hookach, ponadprzeciętnej chwytliwości i gładkiej acz pomysłowej produkcji. Czy ten dawniej awangardowy szaman odważy się podejść do tematu „konwecjonalnego” popu jeszcze bliżej?



Głos Petera Silbermana brzmi w „Palace” jeszcze bardziej zniewieściale niż dotychczas, co wprost idealnie pasuje do delikatnej muzycznej tkanki oplatającej kruche 5:35. Nie zapominajmy jednakże o tym jak znakomitym wokalistą jawi się Pete. Mowa o człowieku, który magicznie ukołysze, ale i w szczytowym momencie potężnie zagrzmi. Jakkolwiek ckliwy fortepian nie stanowi u nich niespodzianki, tak użycie trąbek jako równowartościowego komponentu może się wydać zaskakujące. W tym przypadku zaskoczenie nie ma nic wspólnego z rozczarowaniem. Elegancja wyprodukowanego przez owy instrument podsumowania pod koniec czwartej minuty każe odrzucić wszelkie obawy i wątpliwości. Antlersi stanęli na wysokości zadania komponując przepiękną balladę i udowadniając, że zawsze znajdą sposób, aby nas należycie wzruszyć.



Nikt inny nie potrafi z taka klasą strugać zakochanego pierdoły jak robi to Rivers Cuomo. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem w dużej mierze bazującym na dowcipnie romantycznym tekście („Even Da Vinci couldn’t paint you, Stephen Hawking can’t explain you”) chodzi za człowiekiem przez długi czas. O takiego Weezera walczyliśmy.



“Hey I need you my new charmer, I've been thinking don't you wanna?, Be my perfect babe instead, I can’t sleep in other beds”. Charakterystyczna w całym utworze (a zwłaszcza we wstępie) atmosfera stworzona przez klawisze i gitarę, a nawet tekst (postać egoistycznego kochanka) przypominają mi o czymś, czego muzycznego przywoływania jak dotąd nikt się chyba nie podjął. „Charmer” to kompozycja w stylu balladowego Cursive z czasów „The Ugly Organ”, zmierzająca niemal ku byciu następczynią „The Recluse”. Misternie haftowany melodiami majstersztyk, elegancko, nie za długo, ale bardzo treściwie rozwijający się i dążący do swojego momentu.   




Sławne „Drown With The Monster” to ostro imponująca rzeź niewiniątek. Mish Way niczym młoda Debbie Harry jest tu charyzmatyczna jak zwykle, na klipie fajnie wygląda, rusza się i krzyczy, choć wokalnie brzmi właściwie jak zawsze. Pikanterii dodaje natomiast współpraca punkowo thrash-metalowego gitarowego męczenia z bezlitosnym perkusyjnym naparzaniem. Ciężko nie ulec wrażeniu, że kapela pędzi tu na złamanie karku i z jakiegoś powodu nie mając nic do stracenia, dąży do stanu destrukcji optymalnej.




Jeszcze jeden przejaw seventiesowych fascynacji. „Wizard Staff” to nagranie o wiele większe, mocarniejsze brzmieniowo i produkcyjnie od tych zawartych na zeszłorocznym „Curiosity”. Kompozycja gęściej zaaranżowana, upalna, wpisująca się w estetykę leniwego, rozlazłego popu. Jeżeli progresywne stawanie się czymś nowym i jednoczesne pozostawanie sobą obrać za ideał, to zespół z Portland jest na dobrej drodze do jego osiągnięcia. Znacie już ich klawisze, które tu wypadają równie kosmicznie, teraz posłuchajcie saksofonu.




Z cyklu “puść jakieś chamskie techno”. Wtargnięcie tłustego syntezatorowego motywu ustawiającego cały ten kawałek jest stanowczo zbyt nagłe, zbyt bezpośrednie, po prostu zbyt bezczelne. „Vox Tuned D.E.D” to nakręcony, imprezujący typ na pigułach.  Wskakujący na parkiet, bawiący się 1000 razy lepiej niż ty, sprawiający wrażenie posiadania monopolu na dobrą zabawę. I już nie możesz tańczyć dalej na spokojnie, po swojemu, on ci przeszkadza, bo jest wszędzie.  Już chcesz mu wygarnąć, wyciągnąć za ryj i kazać iść gdzieś indziej, ale wtedy on wstaje, patrzy ci prosto w oczy i... „DON’T YOU LISTEN TO YOUR HEART?”, ruszasz w ostre nieskończone balety wraz z nim.




Parafrazując słowa muzyka Joyce Manor o „Evangeline” Cocteau Twins: „czemu zespoły, których członkowie nie są Brytyjczykami próbują w ogóle robić jangle pop?” Czyżby dlatego, że przy odrobinie szczęścia, okazjonalnie, nawet w przypadku jankeskiego zespołu trudniącego się zazwyczaj innym graniem może przynieść to efekt solidnie zadowalający? Dowodem „Heated Swimming Pool”, nie do końca nawet skok w bok, a tylko delikatne przesunięcie akcentu owocujące śliczną melodyjnie brzęczącą dwuminutówką godną pomysłów Morisseya czy Davida Gedge’a.



W przytłaczająco naładowanym treścią utworze Sun Kil Moon punktem wyjścia dla strumienia świadomości Marka Kozelka staje się śmierć seryjnego mordercy paraliżującego USA w latach 80. Naturalny zgon Richarda Ramireza w celi więziennej implikuje potok myśli, wznieca iskrę inicjującą eksplozję wspomnień i skojarzeń. Mark opowiada historię „nocnego łowcy” zapuszczając się jednocześnie trzydzieści lat wstecz do czasów terroru, w których obsesyjna ostrożność nakazywała sprawdzać czy pod łóżkiem nie kryje się przypadkiem nieproszony gość. Stąd tylko krok do refleksji na temat losów znajomych z sąsiedztwa, zwłaszcza tych rezydujących już poza światem żywych. Po wzmiance o najstraszniejszym ze wszystkich domów w okolicy ex-lider Red House Painters płynnie przechodzi do swoich codziennych dylematów, ale te są chyba tylko pretekstem do przypomnienia sobie o śmierci „gościa z Rodziny Soprano”, rówieśnika grającego tu na perkusji Steve’a Shelleya. Kozelek nie owija w bawełnę, dzieląc się z nami między innymi przemyśleniami o swojej prostacie i chorym kręgosłupie („and when I fuck too much I feel like I'm gonna have a heart attack”), ale na koniec wraca do myśli przewodniej spajając wszystko klamrą i zestawiając momenty oraz miejsca - gdzie był, kiedy schwytano „night stalkera” oraz to gdzie był, kiedy Richard Ramirez trzy dekady później zmarł z przyczyn naturalnych. Wciągalność jego monologu jest najzupełniej wybitna, choć mroczne akustyczne brzdąkanie i melodia kończąca utwór czynią warstwę muzyczną nie tylko godnym uzupełnieniem, ale też siłą rażącą w stopniu niemal tak samo wysokim.         



Ogłoszenia festiwalowe dotyczące koncertów klasycznych kapel z dużym stażem zawsze wzbudzają największe fale entuzjazmu. Fakt ten jest zrozumiały, w dużej mierze również mi ta radość często się udziela. Wspaniale było zobaczyć The Flaming Lips, Gang Of Four, Mogwai czy Neutral Milk Hotel. A jednak doświadczeniem zupełnie innego rodzaju jawi się wzięcie udziału w występie zespołu takiego jak Eagulls. Powód tego odmiennego przeżywania da się w moim przypadku określić jednym kluczowym słowem – AKTUALNOŚĆ. Droga twórców „Hollow Visions” toczy się właśnie teraz, ba – ledwie się rozpoczęła. Nie są jeszcze kultowi, choć za parę lat może się okazać, że jednak już w tym momencie byli. To nie grupa z 15-letnim stażem grająca swój trzysetny koncert, a wciąż ludzie młodzi, niepokorni, będący na podobnym poziomie dylematów, błędów i frustracji. Nawet nie do końca o podobny wiek chodzi, a sposób w jaki nadają, konstruując cały ten emocjonalnie wkurwiony ładunek odbierany natychmiastowo przez entuzjastów na tych samych falach. O symbolicznym wyrywaniu barierek przy “HOLLOW VISIONS ALL AROUND ME HOLLOW VISIONS YOU'LL SEE, I'LL SEE” z czystej przyzwoitości nie wspomnę. 



Były już dziewczyny z gitarami, teraz czas na pana za fortepianem. S. Carey od dawna powinien być traktowany jako ktoś więcej niż tylko zdolny muzyczny kolega Justina Vernona. Sean dał się poznać jako nietuzinkowy kompozytor ballad oraz utworów balladopodobnych zawsze niosących słuchaczowi masę autentycznego ciepła. Jeżeli macie w sobie choć mililitr wrażliwości, ten człowiek wydobędzie ją z was śpiewaniem wybornych melodii do tekstów w rodzaju „I was wondering if you'd be my wife, be the compass in my rugged life, come as quick and leave until, you will, you will, you will”. Choćby znajdowała się na samym dnie. 




Waflowanie się do “Seasons (Waiting For You)” przy świadomości, że nowa płyta Przyszłych Wysp wyposażona jest w utwory o hookach tak fenomenalnych jak ten ze „Spirit” uważam za co najmniej dziwne. Ich czwarty album, „Singles” nie został zatytułowany w ten sposób przez przypadek, niemal każdy kawałek wykazuje tu zdolność przebojodawczą z czego moim skromnym zdaniem wiele bije „Seasons” na głowę. Mamy tu chociażby uzbrojony w arcy-zwinne motywiki indeks numer dwa, ukazujący całą tę zdolność grupy z Baltimore do pisania ogromnie przyjemnych, synth-popowych hitów. Dwie klawiszowe pętle przenikają się ze sobą w zwrotkach, kolejna żwawo dołącza w refrenie dzielnie kontrastując z niepodrabialnym wokalem Samuela T.Herringa. Gusta gustami, ale zgrabnego, roztańczonego „Spirit” pasowałoby nie przeoczyć.  

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 1 (miejsca 30-16)


30. Andrew Jackson Jihad – Hate, Rain On Me












Oda do pesymizmu, hejterstwa oraz ponuractwa i zarazem rzecz idealnie godząca indie rockowców z kibicami folk punku, z kultową linijką: I wish I had a bullet big enough to fucking kill the sun. 


29. Yellowcard – With You Around










W gimnazjum słuchałem „Ocean Avenue”, w liceum dałem się nabrać na „Paper Walls”, teraz jestem na studiach, a Yellowcard perfidnie gra na sentymentach, znowu śpiewając o kalifornijskim słońcu i wymiatając na skrzypcach. Mimo, że lata lecą, wciąż odbywa się to tak samo autentycznie i z podobną beztroską, jak w pierwszej połowie lat zerowych.


28. Bon Iver – Towers










Z zadania napisania folk-ballady o szczególnie ujmującej melodii Justin Vernon wywiązał się celująco. Oczywiście on zawsze tworzył praktycznie same ładne ballady, ale „Towers” wyróżnia się pewną pozytywną przystępnością, która niczego tu nie odbiera, a wręcz przeciwnie robi bardzo dobrze. Oh, the sermons are the first to rest, Smoke on Sundays when you're drunk and dressed. Ktoś jeszcze w tym roku rzucał takimi tekstami?


27. Future Islands – Before The Bridge










Dyskoteka dla ludzi z depresją. To co się tu wyprawia za cholerę nie powinno do siebie pasować. Jest bit, pulsacja, klawisze, a z drugiej strony przygnębienie, koleś o specyficznym wokalu i do you believe in love, do you believe in love? wymawiane w taki sposób, że ja chyba już w nic nie wierzę.


26. WhoMadeWho – Every Minute Alone










Jeśli kapela wymyśla z 15 zajebistych motywów i zamiast rozłożyć je regularnie na cały krążek wszystko upycha w jednym kawałku, to czy da się tego później nie umieścić na liście piosenek roku? Duńczycy z WhoMadeWho fachowo opakowali indie rockowy numer w mrocznawą, tanecznie-transującą elektronikę, czego rezultatem ten oto w wąskich kręgach uznawany przebój.


25. Iron & Wine – Tree By The River











Czarny koń na “Kiss Each Other Clean”. Dlaczego akurat tę piosenkę wybrałem spośród innych kapitalnych nagrań z ostatniego albumu Sama? W czym jest lepsza od „Walking Far From Home” – potężnego hitu indie-kręgów A.D 2011, „Rabbit Will Run” albo „Your Fake Name Is Good Enough For Me”? Nie wiem, nie powiem, czaruje mnie chyba sielskość tego klimatu, “drzewka przy rzece kiedy mieliśmy po 17 lat”. Cóż poradzić.


24. Joan Of Arc – Love Life










Niech ktoś mi powie, że oni nie są tu w świetnej formie. Z „Love Life” pomysłowością aż kipi. Najpierw wchodzi wesolutka gitara, melodyjne kombinacje i math-rockowe kształty. Po chwili kończy się matematyka, a zaczyna powaga, start emocyjnego natężenia i gorycz w głosie Tima oraz popis wszystkich instrumentalistów. Jakby to powiedziała jedna moja koleżanka, dla mnie jako fana CZAD, ale bynajmniej nie tylko fani mogą czuć się tu pod wrażeniem.


23. Braids – Lemonade










Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałem się, co by było, gdyby ktoś z duetu Avey Tare-Panda Bear urodził się kobietą i mniejsza zresztą o to. Odpowiedź do tego pewnie nigdy niezadanego pytania przyszła wraz z debiutem Braids, a szczególnie jego przeuroczym openerem „Lemonade”. Tekstury, melodie oraz rytmika wypadają tu wspaniale, ale i tak najbardziej skupia na sobie uwagę wokalistka. Operująca głosem w jakiś magicznie kojący sposób, już definitywnie czyniąca z tego kawałka małe, konstrukcyjne i klimatyczne arcydzieło.


22. Maritime – It’s Casual










Zaskakujące, jak na Maritime, shoegaze’owe inklinacje i uzależniająco rozwibrowana gitara wystarczają "It's Casual" do podbicia serca i zapewnienia sobie lokaty w trzeciej dziesiątce podsumowania.


21. Eastern Youth – 這Itsukubatsu can fly in the sky










Od dziecka lubiłem mangę, anime i nośne kawałki zawarte w openingach do tychże japońskich kreskówek. Stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza jeśli Eastern Youth muzycznie obraca się w kręgach jakże mi bliskich, a ich najnowsza płyta prezentuje wyborny poziom. „Itsukabatsu” ze swoją rozsadzającą energią, dynamiką i przebojowością z powodzeniem możnaby wykorzystać w czołówce do jakiegoś kipiącego akcją bitewnego lub sportowego shounena.


20. Late Nite Wars – New Regulars










Ściąganie z Hot Water Music i Lifetime to oczywiście normalka, kapel grających w tym stylu mamy obecnie prawdziwy wysyp. Late Nite Wars wykazali się jednak nie lada sprytem serwując to, co najlepsze u drugiej z wymienionych grup nie w formie melodyjnego, ultra-szybkiego wymiatacza, a akustycznej, niesamowicie wdzięcznej miniaturki. Jeżeli oni rozpadli się i zniknęli już tak na serio, to właśnie przez takie utwory będzie mi ich brakować.


19. John Maus – Quantum Leap










Główną rolę gra tu bez wątpienia porażający intensywnością, ryjący banię klawiszowy chwyt zaserwowany już na samym początku, a następnie z premedytacją trzymany na uwięzi prawie do samej końcówki, gdzie po dwóch minutach absencji eksploduje raz jeszcze. Choć zimny bas a la Peter Hook też jest tu zacny, a i kościelne niemal wokale można uznać za atut, to właśnie ten diabelnie chwytliwy motywik sprawiał, że „Quantum Leap” odtwarzałem w tym roku wiele, wiele razy.


18. Ringo DeathStarr – So High










W "So High" jest tak bardzo wiosennie, twee popowo, narkotycznie i piosenkowo. Mamy tu lekki shoegaze’owy odjazd, wesołą gitara oraz ładne damsko-męskie wokale. Poza tym to także retrospekcja ostatniego Offa, zielonej trawki i letniego popołudnia przy ich występie.


17. Bomb The Music Industry! – Hurricane Waves










Beachboysowska plażowa piosenka, wzięta na warsztat z właściwym dla Jeffa Rosenstocka urokiem, robiąca swoje przede wszystkim dzięki kapitalności zwrotek i refrenu. 


16. Owen – No Place Like Home










Odgłosy wibrafonu, ksylofonu czy innej marimby nadają już w rdzeniu całkiem niezłej kompozycji Owena przydatny element świeżości. Liczy się zresztą obcowanie z dobrze u niego znanym ciepłym nastrojem akustycznych melodii i tekstów afirmuących spokojne, rodzinne życie w czterech kątach. Nudy panie Kinsella i oby tak dalej.