Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2018

The Clientele - Lost Weekend EP (2002)











7

Marzec 2002 roku przyniósł pierwszą od pewnego czasu większą dawkę premierowej muzyki od The Clientele. Choć „większa” oznaczała w tym przypadku jedynie 20 minut, to jak na kapelę wydająca głównie single, mającą na koncie jedną EP’kę oraz kompilację, i tak był to już nieco pewniejszy krok. Pięć nagrań zawartych na „Lost Weekend” EP wydano w hiszpańskiej Acuarela Records i zarazem za sprawą brytyjskiego Eearworm.

Obsesyjne inspiracje Alasdaira MacLeana powracają w tych kilku utworach niczym starzy dobrzy znajomi. Tak długo, jak wokalista grupy wydaje się autentycznie urzeczony wrażeniami z kolejnego spaceru czy samochodowej przejażdżki, piątkowej nocy albo niedzielnego poranka, ma to przełożenie również na artystyczny skutek. Lider The Clientele na każdym kroku zawzięcie przypomina, że wyjątkowość nie jest cechą rzeczy samych w sobie, a raczej wynikiem tego, jak na nie patrzymy. 

Na „Lost Weekend” MacLean szczególnie upodobał sobie ideę odrealnienia. W pięknym, pełnym elegancji rozpoczęciu „North School Drive” objawia się ona podczas spoglądania przez szybę na oddalające się miejsca, gdzie reflektory aut na drodze są tylko mirażem, a pola rozciągają się w nieskończenie pustą noc. Ta kompozycja jawi się najkrótszym (2:24) piosenkowym fragmentem na płycie, ale jednocześnie najbliższym ideału. Fantastycznie wypada tu oparcie utworu na dźwiękach fortepianu oraz wokalne melodie tych zaledwie ośmiu jakże satysfakcjonujących linijek, spośród których zwłaszcza ostatnia, Deliver me to bars and crowds and lights, sprawia, że robi się na sercu miło. W praktycznie definiującym styl The Clientele „Emptily Through Holloway” kluczowe słowo unreal pada kilkukrotnie, a i doznania artykułowane przez Alasdaira wskazują na poczucie odczuwanej nieralności tego, co się dzieje: Friday night to Sunday morning I go on, I don’t know if I am really here at all. Następujące po nim „Kelvin Parade” jawi się jeszcze jednym urokliwie melodyjnym nagraniem, które pod żadnym względem nie odstawałoby od piosenek z „Suburban Light” oraz jej kilku następców.

Pozostałą dwójkę należałoby natomiast podsumować oddzielnie. „Boring Postcard” to krótki przerywnik pomiędzy pierwszymi dwoma opisanymi przeze mnie kompozycjami, zrealizowany na zasadzie field recording, w którym zarejestrowano prawdopodobnie dźwięki przejeżdżającego pociągu oraz urywkowych, niewyraźnych rozmów. Kończący EP’kę „Last Orders” jest zaś najdłuższym na niej (6:35), całkowicie instrumentalnym utworem, w którym główną rolę odgrywa słyszany już w „North School Drive” fortepian.

Wydane pierwszego dnia wiosny „Lost Weekend” stanowi jeszcze jedną udaną wycieczkę do świata klimatycznych, poetyckich obrazków i subtelnych, niezobowiązujących dźwięków. To wycieczka, co prawda krótka, ale gęsta oraz dość sycąca pod względem treści. Jeżeli płytę długogrającą możemy porównać do całego tygodnia, EP’ka ta będzie odpowiednikiem fajnego, lekko abstrakcyjnego, acz doznaniowego weekendu.  

wtorek, 26 czerwca 2018

The Clientele / Clock Strikes Thirteen - Six Foot Drop / We Could Walk Together (2002)











6.5

Na ostatnim z trzech splitów, wydawanych jeden po drugim w latach 2001-2002, The Clientele raz jeszcze spotykali się z kapelą „duchowo” sobie pokrewną, równie lubującą się w nastrojowym i romantycznym indie popie. Tym razem obyło się bez nagrań premierowych, a zamiast tego każda z grup zmierzyła się z materiałem skomponowanym przez tę drugą. Podczas gdy Alasdair MacLeana z kolegami wzięli na warsztat „Six Foot Drop”, singiel Clock Strikes Thirteen z 1996 roku, zespół z Philadelphii zdecydował się zinterpretować znane z kompilacji „Cry Me A Liver” (1997) i „Suburban Light” (2000) „We Could Walk Together”.

Co do efektu, obyło się właściwie bez niespodzianek. Jeżeli posłuchamy autorskiej wersji „Six Foot Drop” i wyobrazimy sobie ten numer w wykonaniu The Clientele, a następnie włączymy wspomniany cover, wersja wyobrażona i rzeczywista nie powinny się od siebie wiele różnić. Amerykanie w ramach debiutanckiego singla skomponowali bliski wrażliwości Galaxie 500, melodycznie rozkoszny utwór w stylistyce lo-fi dream popu, w którym z damsko-męskich harmonii wokalnych uczyniono bardzo skuteczny oręż. Brytyjczycy, nic dodać nic ująć, przerobili go bardzo po swojemu, zachowując błogi urok „ładnej piosenki”, a wręcz czyniąc ją jeszcze delikatniejszą i bardziej rozmarzoną.

Clock Strikes Thirteen poradzili sobie z „We Could Walk Together” co najmniej równie sprawnie. Kawałek, który można chyba uznać za jeden z największych przebojów The Clientele trafił w dobre ręce, nabierając za ich sprawą nieco innego, acz całkiem interesującego charakteru. Wykonanie kapeli Benjamina Xaviera Kima brzmi niczym hippisowska ballada miłosna z lat 60. Psychodeliczny pop pobrzmiewający leniwymi gitarowym i akordami i dźwiękami tamburynu. Nie zagubiono tu fantastycznej, pojawiającej się w miejscu refrenu melodii, której w tym przypadku towarzyszą również słowa tytułowe, w oryginale nieobecne.

niedziela, 4 marca 2012

Owen - No Good For No One Now (2002)


6.5

Leniwe, niedzielne popołudnie. Skorzystałby człowiek z krótkotrwałych oznak wczesnej wiosny i wyszedł gdzieś, bo od środy znów ma być zimno. Tymczasem poprzedni wieczór przy frytkach, winie i oglądaniu Twin Peaks trochę dał się we znaki. Może by tak chociaż coś napisać? Oczywiście leżąc na brzuchu z laptopem wyciągniętym przed siebie.

Ostatnim razem ustaliliśmy już, że Mike Kinsella to skończony nudziarz, z którym nudzić się jest całkiem fajnie. Kolejna sesja z muzyką Owena nie przynosi żadnych odkrywczych wniosków. „No Good For No One Now” w zbyt dużych ilościach mogłoby wywołać odczucie potężnego znużenia. Broni się z kolei słuchane raz czy dwa w odpowiednich okolicznościach, przypuśćmy takich jak dzisiaj. To nie jest granie singlowe, z przebojowymi momentami, a raczej lejąca się masa przyjemnych, łudząco do siebie podobnych melodii przy wokalu chłopaka z sąsiedztwa. Bardzo ładne kompozycje takie jak „The Ghost Of What Should've Been” swoją klasę ujawniają za sprawą cierpliwej acz naturalnej kontemplacji. Przemknie czasem jakiś klawisz, jakaś linijka tekstu przykuje uwagę („Cause maybe my mom’s right, good deeds won’t save us, just true faith in Jesus. So in the name of her lord lets do what we shouldn’t some more.”). Granica pomiędzy ziewaniem, a delektowaniem się nastrojową twórczością Mike’a zaciera się czasem zupełnie nieoczekiwanie. Z początku człowiek myśli sobie czy może jednak zmienić płytę by po paru minutach uznać, że nie ma na ten moment niczego doskonalszego.

Nie zaprzeczam, że poprzedni Owen był trochę lepszy. Druga płyta kompozytora z Chicago to po prostu dość udany follow-up. Album, który dobrze, że jest, choćby na takie rzadkie chwile wyciszonego posłuchania w czasie zmęczonej końcówki weekendu. Jutro rano trzeba wstać, wyjść i znów włączyć Japandroids albo Les Savy Fav na słuchawkach. Bo do życia niezbędna jest energia. A na razie, cytując tytuł jednego z utworów, Im not going anywhere tonight...

środa, 11 stycznia 2012

Aloha - Sugar (2002)













7.5

Na „Sugar” nieco zanika znana z pierwszej płyty kombinacja jazzu z indie popem, a zespół o wiele chętniej kultywuje tradycje post-rockowe. Młodszej siostrze „That’s Your Fire” nie odmówimy tych samych rysów i ogólnego podobieństwa. Przemianie ulegają kształty, podczas gdy te same pozostają środki. 

Produkcja, brzmienie i udział poszczególnych instrumentów nie różnią się zbytnio. Te same kapitalne gitary, wyrafinowana rytmika i wibrafon. Już łechtające narząd słuchu dzwoneczkowe intro „Fractures” sprawia przyjemność w znajomy sposób. „They See Rocks” może jedynie wzmocnić wrażenie, że oto przed nami wierny follow-up debiutu, jawiąc się przy okazji utworem na poziomie tych najlepszych sprzed dwóch lat. Po nim następuje jednak mój ulubiony „Let Your Head Hang Low”, który co prawda przez kilka minut pozostaje wpadającą w ucho piosenką, ale im dalej w las, tym wyraźniejsza staje się w nim ucieczka od tradycji zwrotkowo-refrenowej. Mamy tu swoiste "Sugar" w pigułce, a więc z jednej strony melodyjne słodkości, z drugiej rozciągnięte końcówki, kombinowane struktury i improwizacje.

Jeśli ktoś ceni sobie eksperymentowanie, „Sugar” trafi do jego serca być może bardziej niż „That’s Your Fire”. Z grubsza rzecz biorąc, różnica jakościowa między tymi płytami jest jednak kosmetyczna, a obecność kompozycji tak dobrych, jak "It Won't Be Long", „I Wish No Chains Upon You” czy „Dissolving” sprawia, że można tu odpłynąć co najmniej równie mocno. Na drugiej płycie Alohy piękno i progresja triumfują na całej linii. 

wtorek, 20 września 2011

Cursive/Eastern Youth - 8 Teeth To Eat You split (2002)












7

Powtórka z rozrywki względem ostatniej EP’ki. Serio, możnaby z nagrań na „Burst And Bloom” i splitu z Eastern Youth ułożyć jeden, dość krótki (9 kawałków), ale za to bardzo mocny jakościowo i spójny album. Na „8 Teeth To Eat You” w dalszym ciągu kłębią się pomysły rozwinięte chwilę później na opus magnum Cursive. Masakryczne wiolonczelinowo-gitarowe odjazdy z połamaną perkusją i rozemocjonowanym wokalem, szczególnie w "Excerpts From Various Notes…”, ale i wymiatającym „Am I Not Yours?” niewiele mniej. Także zastanawiające odgłosy na końcu „Escape Artist” (jakaś kobieta i dziecko śpiewają, w tle ktoś gra na fortepianie) czyli zabieg wykorzystany choćby w późniejszych „Driftwood” i „Harold Weathervein”. Przez całe kilkanaście minut jest barwnie, ciekawie i intensywnie.

Eastern Youth są tu na etapie pomiędzy albumami „Kanjusei Oto Seyo” , a „What Can You See From Your Place”. Ta druga pozycja, wydana w 2003 to prawdopodobnie ich najlepiej znane dzieło, na co zresztą nagranie splitu z względnie popularnym zespołem ze Stanów mogło mieć spory wpływ. Japończycy jak zwykle dają radę, choć moim zdaniem im bardziej żywiołowo grają tym lepsze robią wrażenie, a tu jednak ukazują dość spokojne oblicze. Hisashi Yoshino oczywiście wydziera się tak jak na niego przystało, ale same melodie i tempa, za przeproszeniem dupy nie urywają, zwłaszcza w porównaniu do produkujących się obok kolegów.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Spoon - singlografia

Znudziło mi się już trochę suche opisywanie kolejnych płyt, dawanie oceny i linka do YT pod spodem. W ramach odmiany robię dziś świąteczny przegląd małych płyt wydanych przez od lat niezawodną, pochodzącą z Teksasu grupę Spoon. Zespół moim zdaniem szczególnie ciekawy pod względem singlowym i poszczególno-piosenkowym, bardziej nawet niż całościowo-albumowym. (LOL)


All the Negatives Have Been Destroyed / Irrigation Man / If You Say So (1996) 8/10












Próbka stylu Spoon z czasów dwóch pierwszych płyt. Punkowy, energetyczny indie-rock sprawnie zamknięty w głodowych siedmiu minutach. Nonszalanckie “I had a feeling from the start of it you could say so, motherfucker, You could say so, motherfucker” i przyjemnie brzmiące gitarowe przejścia w “All The Negatives…”. Przyzwoity numer środkowy oraz będące jakby kontynuacją indeksu pierwszego “If You Say So” raz jeszcze stawiające na dziki rock’n roll.

LINK


Not Turning Off / Party Up (1996) 6/10












Drugi singiel z wydanego dla Matadora debiutu „Telephono”. Tym razem coś bardziej na kształt Chavezowego grania, pozbawione chwytliwości „All The Negatives…” czy gracji mojego faworyta z pierwszej płyty „Dismember”. Nadal z jajami, ale chyba nie warto się na dłużej zatrzymywać.

LINK


Car Radio (1998) 7/10

Dwie wersje (1:30 i 2:04) krótkiego przeboju z “Series Of Sneaks” + 47 sekundowe „Audio Bio”. Całkiem spoko kawałek, nie zdążysz nawet zauważyć, że się zaczął, a już dobija do końca. Niestety nie daje przy tym takiego kopa jak potrójny singiel debiutancki. Lepiej sprawdza się jako część składowa płyty niż samodzielny byt.

LINK


Anticipation / Headz (1998)














The Agony of Laffitte (1999) 8.5/10












Dwa kawałki wydane na singlu dla Saddle Creek chwilę po wyrzuceniu z majorsowego Elektra Records. Tytułowy to Spoon w smutno balladowym, deszczowym nastroju. Świetna piosenka, którą w ramach lo-fi’owych klasyków można postawić tuż przy „Advance Cassette”. „Laffitte Don’t Fail Me Now” zaś, logicznie wychodzi z punktu zakończenia poprzednika, jawiąc się utworem już nie tak szaro-burym, nieco żwawszym, ale nadal nie za wesołym. Co ciekawe w warstwie tekstowej mamy do czynienia z dissem na Rona Laffitte’a, człowieka od A&R’u z Elektry, do którego kapela Britta Daniela miała szczególny żal (now all that I want to know, are you honest with anyone?).

LINK


Anything You Want (2001) 7.5/10












Czasy złego labelu i grania hałaśliwego post-punku już za nimi. Wraz z „Girls Can Tell” zaczyna się złota dekada Spoon pod banderą Merge. Na pierwszy ogień idzie „Anything You Want” – elegancki, melodyjny kawałek, zupełnie daleki od łomotów sprzed kilku lat. Kompozycyjnie bez szaleństw, ale z głową, dawkowanie motywów, wszystko na swoim miejscu. Tak się teraz będzie pisać indie-popowe numery.

LINK


Everything Hits at Once (2001) 8/10












Klasyczny opener płyty z zieloną okładką. Pełna dojrzałość, gustowny klimat, ktoś napisał, że „The best song Elvis Costello never wrote.”. Na tym albumie przebija go już tylko genialnie zamykające “Chicago At Night” (ewentualnie „Me And The Bean”).

LINK


Car Radio / Advance Cassette (2001)












Powtórka z rozrywki. “Advance Cassette” znakomicie udające Pavement powinno być wydane jako główny singiel z “The Series Of Sneaks”, ale to szczegół.

LINK


Someone Something (2002) 6/10












Świetnie przyjęte “Girls Can Tell” bardzo szybko doczekało się follow-upu w postaci jeszcze lepiej przyjętego “Kill The Moonlight”. „Someone Something” wybrane na pierwsze promo czwartego krążka „Łyżki” oparto niemalże w całości na monotonnym klawiszowym motywie, którego nieznaczne zmiany nie przynoszą wiele ciekawego, podobnie zresztą jak hand-clapy w końcówce. Nie tym razem Sztućcu.

LINK


Jonathon Fisk / Stay Don't Go (2002) 6.5/10











(w wolnym tłumaczeniu)

Pitchfork: Na czym bazuje “Jonathon Fisk”? Wygląda na to, że kryje się tam jakieś uraz.

Britt: To tylko koleś, który bił mnie kiedyś w szkole średniej. No wiesz, typ gościa, który męczy cię, śmieje się z ciebie w stołówce, a potem próbuje jeszcze nękać po lekcjach, w drodze do domu.

Jonathan Fisk always a risk, tells me he counts my teeth every night
I wanna get all back now, I wanna get em Allright


Aktualnie Jonathon Fisk podobno pojawia się nawet czasem na koncertach Spoon.

LINK


The Way We Get By (2003) 6/10












Chyba jeden z bardziej znanych numerów, ale czy najlepszych to na bank bym polemizował. Nie jestem wielkim fanem ani tego kawałka ani całego „Kill The Moonlight”, choć „All The Pretty Girls Go To The City” oczywiście zajebiste jest.

LINK


I Turn My Camera On (2005) 7/10











Od kwadratowego nawalania po coraz wyraźniejszą muzykalność (sprawdźcie sobie na ilu instrumentach Britt Daniel zagrał na „Gimme Fiction"), wpływy soulu i popową zajebistość. „I Turn My Camera On” śpiewane przez Britta w manierze Prince’owej plus pociągająca rytmika równa się najbardziej przystępny dla radia singiel zespołu.

LINK


My First Time Volume 3 (2005) 8/10












Rzecz poza-płytowa. Nie trudno jednak zauważyć, że pochodząca z epoki piątego krążka. Funkowe, zbudowane na fantastycznej wręcz, bogatej melodii „My First Time” to mało znany fragment ich twórczości, choć zdecydowanie warty umieszczenia wśród tych najlepszych. Poza tym pierwsza kolaboracja Daniela z obecnym klawiszowcem Ericiem Harvey’em.

LINK


Sister Jack (2005) 7.5/10












Ostatnie ogniwo promowania „Gimme Fiction” i powrót do singli brzmiących typowo gitarowo. Rozkoszna jak zwykle sekcja rytmiczna, poza tym wrażenie delikatnie Beatlesowskiego podejścia do kompozycji. Nie taki wypas jak „I Summon You”, ale i tak kawał ładnej roboty.

LINK


Don't You Evah (2007) 5/10












Saga “GaGaGaGaGa” rozpoczęta. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem o co właściwie chodzi w tej piosence, ale o to wypadałoby już zapytać kapelę The Natural History odpowiedzialną za oryginał („Don’t You Ever”). Bardzo średni wycinek albumu, z którego można było wykroić niejeden fajniejszy indie-popowy hit.

LINK


The Underdog / It Took a Rumor to Make Me Wonder, Now I'm Convinced I'm Going Under (2007) 8.5/10












Czego do tej pory jeszcze nie było w kawałkach Spoon? A na przykład sekcji dętej. Błąd ten jednak bardzo łatwo da się naprawić, nagrywając przy okazji najbardziej pozytywny i sympatyczny singiel jaki im się przytrafił. W wyobraźni wizualizuje mi się występ u Lettermana z szczerzącym swoje zębiska Brittem i przygrywającymi na dęciakach Meksykanami.

LINK


You Got Yr. Cherry Bomb (2008) 9/10












Prawdopodobnie mój ulubiony singiel ekipy z Austin, choć w kategorii ogólnej to nie-singlowe „Advance Cassette” , „Summon You” i „Chicago At Night” byłyby górą. „You Got Yr. Cherry Bomb” brzmi jak piosenka napisana przez człowieka szczęśliwie zakochanego i już przez sam ten fakt nie da się jej nie polubić. „Wiśniowa” melodia być może najbardziej słodka i urokliwa w Spoon’owym repertuarze. Sam Britt Daniel w jednym z wywiadów określił ją jednak jako smutną.

LINK


Got Nuffin (2009) 7/10












Najpierw na EP’ce o tym samym tytule, następnie na długogrającym „Transference”. „Got Nuffin” to numer na tyle dobry, że nikogo nie powinno dziwić, iż zespół umieścił go na dwóch wydawnictwach. Czterominutowa jazda na post-punkowym motywie, niektórym przywodząca na myśl Dinosaur Jr. Całkiem wciągająca.

LINK


Written in Reverse (2009) 6.5/10












Na pierwszym planie wyraziste pianino, charyzma wokalna Britta, tuż za nimi gitarowe zagrywki, a wszystko to składające się na obrazek muzyki brzmiącej bardzo amerykańsko (pstrykanie palcami wskazane). „Solid” jest słowem jakie pasuje mi w tym miejscu najbardziej. Kolejny udany kawałek od zespołu, który zupełnie nie opanował umiejętności rozczarowywania swoich słuchaczy.

LINK

niedziela, 19 września 2010

4x post-hc

Kilka opisów płyt popełnionych "kiedyśtam".


Alexis On Fire - Alexis On Fire (2002)












8

W dyskografii Alexis On Fire nie ma jak dotąd pozycji słabo ocenionej. Pod względem równości uznanej przez fanów i krytykę, kanadyjskim post-hardcore’owcom trudno byłoby postawić jakieś zarzuty. Zwłaszcza, że ich model grania okazał się przez lata jednym z bardziej wpływowych. Dobitnym świadectwem pozostaje debiutanckie Alexis On Fire. Ten styl starali się skopiować choćby ich ziomkowie z Silverstein. Zupełnie bezskutecznie. Dallas Green i George Pettit wypracowali specyficzną, opartą na kontrastach harmonię wokalną. Śpiew pierwszego nieco chłopięcy, emocjonalny, nieźle wtapiający się w introspektywne momenty. Artykułowanie drugiego to wrzaski, intensywne screamowanie, któremu towarzyszy szybsze tempo, punk rockowe i hardcore’owe fragmenty. Zdumiewające jak dojrzale i okrzeple brzmi to już na ich pierwszym albumie. Klasyku nagranym niemal z miejsca, rok po uformowaniu się składu.


The Blood Brothers - Burn, Piano Island, Burn (2003)












8

Chyba najbardziej pokręcona ekipa wśród post-hardcore’owców. Zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy muszą ich lubić albo kochać. Sam miałem z początku problem z akceptacją tego pojebanego, raz dziecinnego raz rozwrzeszczanego kolażu dźwiękowego. Ale jeśli tylko odważymy się dać Blood Brothers jeszcze jedną chociaż szansę to może być jedna z lepszych decyzji podjętych odnośnie muzyki. Krwawi bracia opracowali ciekawy, oryginalny styl ociekający szaleństwem, dziwactwem i chorą emocją. Kawałki budują chaotycznie, ale rozmyślnie. Trochę jak HORSE The Band nie mają oporów z żonglowaniem tempami, zagrywkami, nastrojami. Z jednych do drugich przechodzą jednak dużo płynniej stale nie wyczerpując pomysłów na wyrzucane co chwilę, nowe motywy. "Ambulance Vs Ambulance" stanowczo wymyka się stereotypowi zwykłego singla, a przecież to i tak ich najbardziej przyjazne nagranie. "USA Nails" brzmi jak hymn drużyny sportowej wykonany przez stado żądnych krwi bestii. Kierunek w jakim podąża "Cecilia and the Silhouette Saloon" (where is love now? la la la la la) zwala z nóg. A najbardziej podobają mi się i tak pierwsze dwa (nie licząc intra). Niby nieprzystępne, a jak cholera chwytliwe "Fucking Greatest Hits" i bezkompromisowe, wyjebane w kosmos "Burn Piano Island, Burn". Lubcie sobie ich albo nie, ale zaprzeczanie o wybitności tych szaleńców na post-hardcore’owym polu to jak stwierdzenie, że ziemia jest płaska.




Sparta - Wiretap Scars (2002)












8

Podejrzewam, że partia perkusji wybębniona w intrze do "Cut Your Ribbon" jest tą, która wyryła mi się w pamięci najmocniej ze wszystkich jakie słyszałem. W każdych okolicznościach, miejscu i czasie mógłbym ją bezproblemowo odtworzyć wybijając rytm palcami. Właśnie od niej i tego mega wyrazistego kawałka zaczyna się "Wiretap Scars. Debiut ekipy Jima Warda ocalałej po At The Drive-In, wzbogaconej kilkoma nowymi nabytkami. To płyta z silnym wykopem, zakorzeniona jeszcze w post-hardcore’owej tradycji, ale i bliska lżejszemu brzmieniu rocka alternatywnego. Po wspomnianym otwieraczu serwują piosenkę zatytułowaną "Air". Zwrotka brzmi spokojnie, balsamicznie dla ucha, ale już refren tnie ryczanym przez Warda : we're drinking on jet streams, the row, tow, ideas are numbered. Podobnie zbudowano "Collapse". Ten utwór ma jednak za zadanie olśniewać ładną melodią, a decybele podkręcone w okolicach chorusowych wprowadzać świetny, zapętlony motyw. W drugiej połowie krążka bryluje oparte na brudnym riffie i chwytliwych wokalach "Red Alibi". Nie są to może nagrania zasługujące na miano naprawdę wielkich, ale "Wiretap Scars" to płyta co najmniej zajebista, całkiem nieźle zapełniająca lukę po At The Drive-In.




Bear Vs Shark - Terrorhawk (2005)












8

Jedni z lepszych obrońców praktycznie wymarłego emo-core/post-hardcore’u. W ich muzyce mamy wszystko co miłośnikowi takiego grania do bycia szczęśliwym niezbędne. Szorstkie, krzykliwe, ale emocjonalne wokale, zakorzenione wyraźnie w Hot Water Music, choć nie czerpiące z tej inspiracji nachalnie. Gitarowe, poszarpane, nerwowe uderzenia dzięki którym brzmią chwilami niczym mocniejsza wersja Cursive. Silna również tendencja do czerpania z dokonań At The Drive-In. Słuchanie tego „Detroit indie-quartet” to rozkosz i balsam dla ucha każdego kto ukochał sobie 3 wymienione wyżej przeze mnie kapele. Wspaniała propozycja dla tych, którzy hardcore, indie, punk i emo uwielbiają w równym stopniu. Tutaj podane w równych ilościach, przyzwoicie wymieszane i aranżacyjnie mistrzowsko przyrządzone. Danie z rodzaju tych ostrych.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Monster Movie - Last Night Something Happened (2002)












9.5

W Slowdive pierwsze skrzypce odgrywali eteryczna Rachel oraz korespondujący z nią wokalnie Neil. Z tą dwójką wiąże się najbardziej znana ścieżka utarta po rozpadzie shoegaze’owych klasyków z Reading. O Mojave 3 słyszał każdy, kto choć odrobinę liznął temat. Tego samego nie da się niestety powiedzieć o Monster Movie. Kim w ogóle jest Christian Savill?

Ignorancja byłaby nawet zrozumiała gdyby w roku 2001 ten ex-drugoplanowy gitarzysta Slowdive wraz z niejakim Seanem Hewsonem oraz jego żoną Louise nie pokwapili się o zarejestrowanie w studiu nagraniowym materiału na „Last Night Something Happened”. To, co bowiem działo w ich dyskografii później( a były jeszcze 3 płyty) jest raczej średnio warte zachodu. Na szczęście ten jeden moment, album, w którym RAZ A DOBRZE udało im się umieścić pokłady intymnej atmosfery i zasmuconego klimatu, nieco rodem z macierzystej kapeli Savilla, wystarczy by Monster Movie umieścić w potencjalnej dream popowej loży zasłużonych.

Ich wydawcą zostało florydzkie Clairecords. Wytwórnia nieprzeceniona w trosce o niszowy shoegaze i dream pop ostatnich kilkunastu lat. U nich ukazywały się krążki Sciflyer’a, Pia Fraus, The Brother Kite, Air Formation czy Astrobrite. „Last Night Something Happened” to być może największa chluba Claire. Poza przypomnieniem elementów stylu Slowdive, zwielokrotniono tu nastrojową głębię, zadbano by każdy element dało się „poczuć”, pobudzić nim wyobraźnię słuchacza i sprawić by ten całkowicie wsiąknął w dostarczane mu dźwięki.

To ten typ muzyki, której najdoskonalej słucha się nocą, w łóżku, pod kołdrą, w absolutnej ciemności, w towarzystwie tylko własnych myśli, roztrząsając poszczególne fragmenty. Klawiszowe intro „First Trip To The City” swobodnie niesie do emocjonalnego „Shortwave” z tym świdrującym duszę pytaniem do you feeeeeel?. „Home”, tak jak i właściwie całe „Last Night Something Happened” utrzymano w pół-mrocznym, smutnawo-miłosnym nastroju. Do otwierającej utwór pulsacji przywodzącej na myśl bicie serca dołącza w siódmej sekundzie mroźny klawiszowy motyw. Mam przed oczami całkowicie ciemny, zionący nieprzyjemną pustką pokój. Wtedy wchodzi oniryczny wokal Seana, a wraz z nim wiatr szumiący złowrogo w tle. Tak jakby ukradkiem przecisnął się do tego pokoju przez szczelinę w drzwiach. Prowadzi przez moment zwrotkę, aż do jej niebiańskiego wejścia. Głos Louise to jaśniejszy fragment, trochę ciepła, nadziei. A przede wszystkim osiągnięcie absolutnej harmonii wokali damsko-męskich. Instrumentalne „Star City” intryguje kolaboracją smętnej piano-melodii z radiowymi szumami (A Silver Mt. Zion z debiutu się przypomina) i odgłosami helikoptera. Niewątpliwie wyszło im również kilka charakterystycznych tematów. Wiosenne, zwiewne plumkania w „Waiting”, coś co można przyrównać do rozpędzającej się lokomotywy w perfekcyjnym „Sleeping On A Train” czy dość zapamiętywalne linie gitary w zamykającym „Winter Is Coming” i „4th And Pine”, gdzie dostojnie zostają wypowiedziane słowa tytułowe albumu. 

Na koniec pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, że kocham ten tytuł. „Last Night Something Happened”. Czy to nie daje do myślenia? Coś się wydarzyło, ostatniej nocy. Jakieś zdarzenie, może wypadek (okładka), może chodzi o sferę uczuciową, coś co stało się między dwojgiem ludzi? Nie wiadomo, ale to tylko zachęca do kolejnego odsłuchu. Do jeszcze jednego przesłuchania tuż przed zaśnięciem. Odsłuchu, który i tak nie da odpowiedzi. Ta płyta to tajemnica jakiej nigdy się nie odkryje, ale jaką nieustannie będzie się chciało odkrywać.