Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Joan Of Arc - In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust (2003)












7

Ta płyta przy kilkuletniej znajomości przysporzyła mi wielu mieszanych wrażeń. Od poczucia fantazyjnego zgwałcenia, kiedy okazało się, że Joan Of Arc nie zawsze brzmieli tak, jak na „Eventually All At Once”, przez częściową sympatię do niektórych fragmentów, po niemal całkowitą akceptację i zrozumienie czegoś, czego najlepiej nie rozumieć.

I started. he said so. are you from around here? Well if anyone invites you in, just politely say “no thank you.”

Kuriozalne poczucie estetyki daje o sobie znać już na początku, w specyficznej (jakżeby inaczej) opowieści o synu farmera. Samo „Sing The Scarecrow Song” wystarczy, aby uświadomić sobie, że choć są lepsi i więksi, to drugiego takiego jak Tim Kinsella nie ma na pewno. Następujące po nim lunatyczne „Happy 1984 and 2001” z wyliczanym jak mantra: sidewalk shadow, bird shadow, cowboy shadow, bicycle shadow, cigarette shadow, marijuana shadow, cocaine shadow, ecstasy shadow, Dick Cheney shadow, zapisuje się jako jeden z najbardziej pamiętnych momentów krążka. Przedziwny, choć znakomity zarazem.

Za sprawą sennie uwodzącego „Excitement Is Exciting” dowiadujemy się, jak może brzmieć odpowiedź Joan Of Arc na neo-psychodelię. Tuż po nim doznajemy zaś kompletnego absolutu w postaci „Barge”. Utworu prowadzonego tym razem przez obojętny głos Todda Mattei, do cna smutnego i dołującego, ale z której by strony nie spojrzeć doskonałego. Melodia fortepianu, późniejsze harmonie wokalne z Timem i odległe pogłosy przynoszą poczucie obcowania z czymś jedynym w swoim rodzaju. Klasę solidnie podtrzymuje także „Gang Language”, który domyka pierwszą część podróży, gdzieś na granicy irytującej bezsenności i kolejnych koszmarów.

Za sobą mamy więc już tę przyjemniejszą część płyty, przed sobą z kolei intensywny mind-fuck. Sny robią się coraz bardziej surrealistyczne, nieregularne i rozmazane. Muzycy Joan Of Arc rezygnują z opanowania i nie zamierzają dłużej trzymać fasonu. Zaczyna się faza rozbuchanego tripu oraz improwizacji. Chaotyczne „Moonlightning” z elementami jazzowymi brzmi, jakby im się zepsuła taśma, ale wciąż jest w tym coś inspirującego. Wyjątkowo łagodne pranie mózgu oddziela od siebie pierwszą, akustyczną oraz drugą, eksperymentalno-dubową część "Dinosaurs Constellations".

Reszty szczegółowo nie opiszę. Wspomnę jedynie, że usłyszymy tam między innymi ochrypłe fałszowanie do szklanki, modyfikujący mózg popis samplingu czy skrawki oderwane z poprzednich utworów i pozostawione w przypadkowych miejscach. Na koniec znów dostajemy nagranie tytułowe, podsumowujące całość za sprawą ośmiu minut upiornych zgrzytów i pisków, trochę w stylu awangardowej części twórczości Sonic Youth.

Nie ulega wątpliwości, że przy okazji tej płyty Joan Of Arc znów się zmieniło. Na „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust” zespół daje się jednak ponieść eksperymentalnym formom z lepszym skutkiem niż na „The Gap”, serwując równocześnie szczyptę nieco trzeźwiejszego podejścia do twórczości z komponowaniem wspaniałych piosenek włącznie. W kolejnych latach przyjdzie im spłodzić rzeczy lepsze i ładniejsze. Nigdy już chyba jednak równie osobliwe i artystycznie nieokiełznane.

sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po niełatwym i budzącym mieszane odczucia „The Gap” członkowie Joan Of Arc ponownie obrali kierunek o sto osiemdziesiąt stopni odmienny. Ich pierwsze dwa albumy stanowiły wprowadzenie do historii, trzeci przyniósł nowe wątki, a czwarty małe trzęsienie ziemi. Następny rozdział jest zaś dla tej opowieści punktem kulminacyjnym. Na "So Much Staying Alive And Lovelessness" zaczyna się bowiem krystalizować z grubsza najbardziej rozpoznawalne oblicze grupy.

Piąta pozycja w dyskografii JOA jawi się jak na dotychczasowe standardy chicagowskiej formacji płytą niezwykle uporządkowaną. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych wybryków, stawiając na spójną, konsekwentnie trzymającą się klimatu całość. Zmiana była przy tym nie do końca podyktowana samymi chęciami czy zamiarami, a raczej wymuszona przez okoliczności. Tymczasowo kapelę opuścił Jeremy Boyle, osoba do tej pory w największym stopniu odpowiedzialna za elektronikę i syntezatory. Z respektu dla kolegi pozostali postanowili więc tym razem zwyczajnie odpuścić sobie wspomniany element.    

Esencjonalnie dla Joan Of Arc okresu 2003-2011 brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof”, a w zasadzie już pierwsza sekwencja gitarowych akordów tej kompozycji. To właśnie snucie tego rodzaju gęstych, pokomplikowanych melodii (innym przykładem np. "Olivia Lost") stanie się w dłuższej perspektywie cechą charakterystyczną projektu Tima Kinselli oraz podstawą najbardziej udanych fragmentów dyskografii JOA. Może to stanowić punkt odniesienia zarówno dla płyty „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” z 2004 roku, "Boo Human" z 2008, wydanego dwa lata po nim singla „Meaningful Work”, jak i  krążka "Life Like" z roku 2011. 

O ile przy okazji każdego właściwie wcześniejszego albumu przynajmniej po jednym razie zarzucałem im bezcelowość długich kawałków, tak tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To, że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a kompozycje są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, bardzo pasuje do wspomnianego „On A Bedsheet…”, choć jednocześnie lekko wyróżnia się za sprawą stukającego motywu i jazzowych wstawek. Duży plus to także poprawa wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on wybitnymi warunkami głosowymi ani ultra-melodyjnym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem miło.

Jeśli chodzi o kwestię piosenek, to jeszcze za wcześnie na przebojowe refreny, ale bazująca na zgrabnym fortepianie „Olivia Lost”  i chwytający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” są w stanie po ludzku wpaść w ucho.  Świetnym nagraniem okazuje się także „Mean To March”, gdzie po odgłosach maszerowania wkraczają aż dwie melodie, po nich następuje fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy i dołączenie wokalu Tima. Coś jak magiczne jam session, w którym zespół osiągnął wyższy poziom zrozumienia.

„So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i równością, jakiej im zawsze mocno brakowało, na wysokości 2003 roku rości sobie prawo do bycia najlepszym albumem Joan Of Arc. Na tej płycie coś zostaje jakby zdefiniowane i "przyklepane". To także długo oczekiwany krążek, na którym jest po prostu bez udziwnień elegancko i przyjemnie. 

środa, 21 września 2011

Cursive - The Ugly Organ (2003)












10

(INTRO) Najpierw słyszymy dźwięki radosnej orkiestry, wesołe miasteczko, WTF? A potem ORGANY. Złowieszcza melodyjka. Jakiś psychopata wrzeszczy coś o perwersji, lamencie, spowiedzi i chorej obsesji. Ta atmosfera i obłąkańczy okrzyk. Dr. Frankenstein stworzył swojego potwora.

Chwilę później te same słowa docierają do nas już w postaci pierwszego utworu na „The Ugly Organ”. „Some Red Handed Sleight Of Hand” wchodzi tak pewnie i bezkompromisowo, że jedyne z czym może się kojarzyć to… szubienica. Perkusja, wiolonczela oraz gitary, w które uderzają chyba kijami tworzą morderczy, piosenkowy mechanizm. Ciach, ciach. W górę i w dół. W naszych uszach wybrzmiewa historia brzydkiego organisty. „Nie ma potrzeby utrzymywać sekretów, wszystko co ukryłem kończy się w tekstach, więc przeczytaj i mnie oskarż, jeśli to co napisałem wprowadzi cię w błąd”. Z tego co zdążyliśmy się dowiedzieć, organista nie posiada zbyt czystego sumienia. Jego tytułowym brzydkim organem jest w rzeczywistości pełna od grzechów dusza.

Nr 3 „Art Is Hard”. Teraz ten szatański instrument zwany wiolonczelą gotuje istne piekło. Brzmienie jak z soundtrack do sądu ostatecznego. „Więc jesteśmy znów w tym miejscu, sztuka udawanej słabości, zakochiwanie się dla porażki, dla podniesienia cen płyt. Więc płyty się sprzedają, och co za hit! Musisz to powtórzyć, musisz utonąć żeby popłynąć!”. Wygląda jak prosta do odczytania przestroga przed sprzedawaniem życia prywatnego, emocji i uczuć celem komercyjnego sukcesu oraz popularności. „Możesz oszukać, oszukać, oszukać ból, możesz uczynić, uczynić, uczynić z niego broń, możesz złamać, złamać, złamać nogę, kiedy jesteś na scenie i oni krzyczą twe imięęęęęęę. Wszyscy wiemy, że sztuka jest trudna. Kiedy nie wiemy już kim jesteśmy.”

Jedziemy dalej. „The Recluse”. Czas na odpoczynek od trudnego, szarpiącego nerwy nastroju. Ta cudowna kołysanka koi sfatygowany umysł. Jest słodko choć smutnawo. Jednakże sam tekst nie wnosi wielkiej poprawy do losów organisty. Niby pojawi się kobieta, dom, wygodne łóżko. Ale towarzyszą temu niepokój, obawy, niepewność. „Mogę wynieść się z jej łóżka ze strachu, że nigdy więcej nie będę już w nim leżał , Jak mam to skończyć aby rozpocząć? nie wiem, Czemu mam zaczynać coś czego nie mogę skończyć? Och proszę nie męcz mnie pytaniami do tych wszystkich brudnych odpowiedzi, moje ego jest jak mój brzuch, wydala wszystko czym je żywię… Może nie chcę już niczego kończyć, nigdy więcej, może mogę zaczekać w jej łóżku aż wróci, i wyszepcze: „Jesteś teraz w mojej sieci, zwiążę cię ciasno, dopóki mam czas by ukąsić.”

„Herald! Frakenstein” to krótkie, przerażające intro do dalszej części. Zaledwie jedno zdanie „Nie mogę powstrzymać bestii, którą stworzyłem…” zapowiada fascynujący ciąg dalszy wydarzeń.

I tak „Butcher The Song” przywraca posępność i grozę pierwszych utworów. Maksymalizuje ją wręcz do prawdziwego, dźwiękowego widowiska grozy. Budują je cztery złowróżbnie przemykające dźwięki. „Piszę piosenki dla rozrywki. Ale ci ludzie chcą wyłącznie bólu. Chcą zobaczyć moje najgłębsze grzechy. Piosenki z mojego brzydkiego organu… I to co wychodzi to koszmarny bałagan, piosenki, których nie mogę zapomnieć/ Wyrzuć rzeźnicki nóż, krzyczałem przez lata, ale zaprowadziło mnie to do nikąd, po prostu wyrzuć rzeźnicki nóż, WYRZUĆ RZEŹNICKI NÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓŻŻŻŻŻ. „Jaki piękny mamy dzień” – powiedział rzeźnik zanim uniósł swe ramię…”

„Driftwood: A Fairy Tale”. Kolejna po „The Recluse” niezwykła ballada sprowadzona do postaci bajki o Pinokiu i wróżce. Nasz rzeźnik-organista próbuje kochać, ale jego miłość okazuje się pusta.

Ale o miłości mamy także następny „Gentleman Caller”. Właściwie to o zdradzie. Ona podejrzewa o zdradę jego („Twój dżentelmen woła, och, on woła kogoś innego”). Dlatego sama naiwnie się jej dopuszcza („Ty zła dziewczynko, czy czujesz się dobrze będąc złą? i coraz gorszą?”). Dla odmiany ostrzejsza kompozycja z porządnie idącymi w ruch strunami. Pierwsza część nieszczęśliwie rozgoryczona, podsycona alkoholem. Druga spokojna, naznaczona już bólem głowy (dosłownym oraz moralnym). „Ale wczesnym rankiem, skacowanym zmierzchem niedzieli, nie jesteś pewna co zrobiłaś, kto ci powiedział, że miłość ucieka? czasem mężczyźni wprowadzają w błąd, po to by dostać czego od ciebie chcą."

„Harold Weathervein”. Muzycznie następny majstersztyk. Odgłosy ulicy, śpiewających ptaków, mrocznie stawianych kroków. „W jego głowie jest jak w pogodzie, w jego głowie jest jak w pogodzie”. Genialny motyw w okolicach refrenu i organiczna uczta trwa dalej.

„Bloody Murder”. Ten tytuł tu pasuje. Aranżacja i atmosfera wstrząsające. Pod czyimś łóżkiem jest duch. Ma najwyraźniej pretensję do swojego oprawcy. Kapitalnej prostoty słów „let go let go please let me be, look at the ghost you made of me” nie podejmę się tłumaczyć. „Krwawy morderco, pozwól mi spoczywać w pokoju, kiedy byłam twoja, ty zbiegłeś ze sceny, teraz nie wymyjesz swych rąk ze mnie”. To z kolei może wyjaśniać czemu w pierwszej piosence mieliśmy „Some Red Handed Sleight Of Hand”.

W „Sierra” niespodziewanie pojawia się motyw ojcostwa. „Na pustyni, gdzie miasta wykonane są ze złota, jest dziewczynka grająca w klasy, z warkoczami splątanymi różową wstążką, chciałbym wiedzieć kto jest jej ojcem, i czemu mówią na nią Sierra.”

No i finał. „Staying Alive”. Trwa co prawda całe 10 minut, ale najważniejszą konkluzją są słowa tytułowe. Dokładnie: „tonight I’ve decide, I’m staying alive/ zdecydowałem tej nocy, pozostaje przy życiu” . Chór odśpiewuje ostatnie „do do do do do do do do the worst is over…/ najgorsze się skończyło…”

Aktorzy kłaniają się, kurtyna opada, koniec spektaklu, koniec mistrzostw.


poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Spoon - singlografia

Znudziło mi się już trochę suche opisywanie kolejnych płyt, dawanie oceny i linka do YT pod spodem. W ramach odmiany robię dziś świąteczny przegląd małych płyt wydanych przez od lat niezawodną, pochodzącą z Teksasu grupę Spoon. Zespół moim zdaniem szczególnie ciekawy pod względem singlowym i poszczególno-piosenkowym, bardziej nawet niż całościowo-albumowym. (LOL)


All the Negatives Have Been Destroyed / Irrigation Man / If You Say So (1996) 8/10












Próbka stylu Spoon z czasów dwóch pierwszych płyt. Punkowy, energetyczny indie-rock sprawnie zamknięty w głodowych siedmiu minutach. Nonszalanckie “I had a feeling from the start of it you could say so, motherfucker, You could say so, motherfucker” i przyjemnie brzmiące gitarowe przejścia w “All The Negatives…”. Przyzwoity numer środkowy oraz będące jakby kontynuacją indeksu pierwszego “If You Say So” raz jeszcze stawiające na dziki rock’n roll.

LINK


Not Turning Off / Party Up (1996) 6/10












Drugi singiel z wydanego dla Matadora debiutu „Telephono”. Tym razem coś bardziej na kształt Chavezowego grania, pozbawione chwytliwości „All The Negatives…” czy gracji mojego faworyta z pierwszej płyty „Dismember”. Nadal z jajami, ale chyba nie warto się na dłużej zatrzymywać.

LINK


Car Radio (1998) 7/10

Dwie wersje (1:30 i 2:04) krótkiego przeboju z “Series Of Sneaks” + 47 sekundowe „Audio Bio”. Całkiem spoko kawałek, nie zdążysz nawet zauważyć, że się zaczął, a już dobija do końca. Niestety nie daje przy tym takiego kopa jak potrójny singiel debiutancki. Lepiej sprawdza się jako część składowa płyty niż samodzielny byt.

LINK


Anticipation / Headz (1998)














The Agony of Laffitte (1999) 8.5/10












Dwa kawałki wydane na singlu dla Saddle Creek chwilę po wyrzuceniu z majorsowego Elektra Records. Tytułowy to Spoon w smutno balladowym, deszczowym nastroju. Świetna piosenka, którą w ramach lo-fi’owych klasyków można postawić tuż przy „Advance Cassette”. „Laffitte Don’t Fail Me Now” zaś, logicznie wychodzi z punktu zakończenia poprzednika, jawiąc się utworem już nie tak szaro-burym, nieco żwawszym, ale nadal nie za wesołym. Co ciekawe w warstwie tekstowej mamy do czynienia z dissem na Rona Laffitte’a, człowieka od A&R’u z Elektry, do którego kapela Britta Daniela miała szczególny żal (now all that I want to know, are you honest with anyone?).

LINK


Anything You Want (2001) 7.5/10












Czasy złego labelu i grania hałaśliwego post-punku już za nimi. Wraz z „Girls Can Tell” zaczyna się złota dekada Spoon pod banderą Merge. Na pierwszy ogień idzie „Anything You Want” – elegancki, melodyjny kawałek, zupełnie daleki od łomotów sprzed kilku lat. Kompozycyjnie bez szaleństw, ale z głową, dawkowanie motywów, wszystko na swoim miejscu. Tak się teraz będzie pisać indie-popowe numery.

LINK


Everything Hits at Once (2001) 8/10












Klasyczny opener płyty z zieloną okładką. Pełna dojrzałość, gustowny klimat, ktoś napisał, że „The best song Elvis Costello never wrote.”. Na tym albumie przebija go już tylko genialnie zamykające “Chicago At Night” (ewentualnie „Me And The Bean”).

LINK


Car Radio / Advance Cassette (2001)












Powtórka z rozrywki. “Advance Cassette” znakomicie udające Pavement powinno być wydane jako główny singiel z “The Series Of Sneaks”, ale to szczegół.

LINK


Someone Something (2002) 6/10












Świetnie przyjęte “Girls Can Tell” bardzo szybko doczekało się follow-upu w postaci jeszcze lepiej przyjętego “Kill The Moonlight”. „Someone Something” wybrane na pierwsze promo czwartego krążka „Łyżki” oparto niemalże w całości na monotonnym klawiszowym motywie, którego nieznaczne zmiany nie przynoszą wiele ciekawego, podobnie zresztą jak hand-clapy w końcówce. Nie tym razem Sztućcu.

LINK


Jonathon Fisk / Stay Don't Go (2002) 6.5/10











(w wolnym tłumaczeniu)

Pitchfork: Na czym bazuje “Jonathon Fisk”? Wygląda na to, że kryje się tam jakieś uraz.

Britt: To tylko koleś, który bił mnie kiedyś w szkole średniej. No wiesz, typ gościa, który męczy cię, śmieje się z ciebie w stołówce, a potem próbuje jeszcze nękać po lekcjach, w drodze do domu.

Jonathan Fisk always a risk, tells me he counts my teeth every night
I wanna get all back now, I wanna get em Allright


Aktualnie Jonathon Fisk podobno pojawia się nawet czasem na koncertach Spoon.

LINK


The Way We Get By (2003) 6/10












Chyba jeden z bardziej znanych numerów, ale czy najlepszych to na bank bym polemizował. Nie jestem wielkim fanem ani tego kawałka ani całego „Kill The Moonlight”, choć „All The Pretty Girls Go To The City” oczywiście zajebiste jest.

LINK


I Turn My Camera On (2005) 7/10











Od kwadratowego nawalania po coraz wyraźniejszą muzykalność (sprawdźcie sobie na ilu instrumentach Britt Daniel zagrał na „Gimme Fiction"), wpływy soulu i popową zajebistość. „I Turn My Camera On” śpiewane przez Britta w manierze Prince’owej plus pociągająca rytmika równa się najbardziej przystępny dla radia singiel zespołu.

LINK


My First Time Volume 3 (2005) 8/10












Rzecz poza-płytowa. Nie trudno jednak zauważyć, że pochodząca z epoki piątego krążka. Funkowe, zbudowane na fantastycznej wręcz, bogatej melodii „My First Time” to mało znany fragment ich twórczości, choć zdecydowanie warty umieszczenia wśród tych najlepszych. Poza tym pierwsza kolaboracja Daniela z obecnym klawiszowcem Ericiem Harvey’em.

LINK


Sister Jack (2005) 7.5/10












Ostatnie ogniwo promowania „Gimme Fiction” i powrót do singli brzmiących typowo gitarowo. Rozkoszna jak zwykle sekcja rytmiczna, poza tym wrażenie delikatnie Beatlesowskiego podejścia do kompozycji. Nie taki wypas jak „I Summon You”, ale i tak kawał ładnej roboty.

LINK


Don't You Evah (2007) 5/10












Saga “GaGaGaGaGa” rozpoczęta. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem o co właściwie chodzi w tej piosence, ale o to wypadałoby już zapytać kapelę The Natural History odpowiedzialną za oryginał („Don’t You Ever”). Bardzo średni wycinek albumu, z którego można było wykroić niejeden fajniejszy indie-popowy hit.

LINK


The Underdog / It Took a Rumor to Make Me Wonder, Now I'm Convinced I'm Going Under (2007) 8.5/10












Czego do tej pory jeszcze nie było w kawałkach Spoon? A na przykład sekcji dętej. Błąd ten jednak bardzo łatwo da się naprawić, nagrywając przy okazji najbardziej pozytywny i sympatyczny singiel jaki im się przytrafił. W wyobraźni wizualizuje mi się występ u Lettermana z szczerzącym swoje zębiska Brittem i przygrywającymi na dęciakach Meksykanami.

LINK


You Got Yr. Cherry Bomb (2008) 9/10












Prawdopodobnie mój ulubiony singiel ekipy z Austin, choć w kategorii ogólnej to nie-singlowe „Advance Cassette” , „Summon You” i „Chicago At Night” byłyby górą. „You Got Yr. Cherry Bomb” brzmi jak piosenka napisana przez człowieka szczęśliwie zakochanego i już przez sam ten fakt nie da się jej nie polubić. „Wiśniowa” melodia być może najbardziej słodka i urokliwa w Spoon’owym repertuarze. Sam Britt Daniel w jednym z wywiadów określił ją jednak jako smutną.

LINK


Got Nuffin (2009) 7/10












Najpierw na EP’ce o tym samym tytule, następnie na długogrającym „Transference”. „Got Nuffin” to numer na tyle dobry, że nikogo nie powinno dziwić, iż zespół umieścił go na dwóch wydawnictwach. Czterominutowa jazda na post-punkowym motywie, niektórym przywodząca na myśl Dinosaur Jr. Całkiem wciągająca.

LINK


Written in Reverse (2009) 6.5/10












Na pierwszym planie wyraziste pianino, charyzma wokalna Britta, tuż za nimi gitarowe zagrywki, a wszystko to składające się na obrazek muzyki brzmiącej bardzo amerykańsko (pstrykanie palcami wskazane). „Solid” jest słowem jakie pasuje mi w tym miejscu najbardziej. Kolejny udany kawałek od zespołu, który zupełnie nie opanował umiejętności rozczarowywania swoich słuchaczy.

LINK

sobota, 23 kwietnia 2011

Catch 22

Skoro ostatnio na tapecie bloga pojawiła się dyskografia Thursday, uznałem że warto byłoby przyjrzeć się również innym kapelom, które w ciągu ostatnich 10-15 lat przewinęły się przez punkową scenę miasta New Brunswick. Jeśli jednak spodziewacie się tu ujrzeć „prawdziwy PUNK!” albo coś z klimatów garażowego indie to trafiliście źle. Tu mowa przede wszystkim o graniu szybkim i melodyjnym, podlanym pozytywną energią.

Na początek coś nie do końca z NB (nie ma to jak od razu sobie zaprzeczyć), a z oddalonego o kilkanaście mil East Brunswick. Ska-punkowcy z Catch 22. Saksy, trąbki i gitary, twoja stara to twój stary.










Dyskografia:


Keasbey Nights (1998)












8.5

Album z którym wiąże się pewna historia, owiany mgiełką kultowości, nagrany nawet kilka lat później ponownie, ale już przez zespół o innej nazwie. Pierwotnie przygotowała go ekipa pod wodzą 19-letniego, choć już cholernie charyzmatycznego Tomasa Kalnoky. Był to zresztą pierwszy i ostatni krążek Catch 22, pod jakim ten człowiek się podpisał. Słuchanie „Keasbey Nights” dziś, wiąże się w moim przypadku z odnajdywaniem większej ilości słabych punktów niż dawniej, ale kto powiedział, że kultowy równa się perfekcyjny? Dzieło nieopierzonych muzyków operujących zestawem młodego trój-akordo-napierdalacza oraz sekcją dętą jest prawie dokładnie takie jak być powinno. Optymistyczne, zagrane i wykrzyczane z pełnią życia, zawierające kilka niepodważalnych ska-punkowych hymnów. Takim bez cienia wątpliwości jest esencjonalne, chwytliwe i skoczne ponad wszystko nagranie tytułowe. W trzech minutach „Keasbey Nights” mieszczą się zajebiste, złożone z dwóch motywów zwrotki, jakieś tam trąbkowe przejścia no i ten oczywiście genialnie skandowany refren: „When they come for meI'll be sitting at my desk, with a gun in my hand, wearing a bulletproof vest, singing my my my, how the time does fly, when you know you're going to die , by the end of the night, say hey”. O ile całość jak już wspomniałem do najrówniejszych nie należy, a jedna z piosenek podchodzi nawet pod disco-polo w wydaniu ska (“Kristina”) to track 3 na debiucie Catch 22 uznaję za miniaturowy pokaz bezbłędności. Poza nim warto wskazać prostolinijne, pękające w szwach od energii (szczególnie ze strony niesamowicie nabuzowanego wokalisty) „Giving Up Giving In”, „Dear Sergio” (tytułowe Keasbey zamieszkuje wielu Latynosów) czy króciutkie, konkretne jak tylko się da „9 Mm And A Three-Piece Suit”. Miło z perspektywy znanych już późniejszych losów powrócić do albumu, który powstał zanim chłopaki rozminęli się w drogach życiowych i postanowili rozdzielić na dwa różne składy (nie szczędząc sobie zresztą okazjonalnych nieprzyjemności na późniejszych krążkach). „Keasebey Nights” to afirmacja młodości, życia i nocy radośnie spędzanych z kumplami, w jednej z mieścin stanu New Jersey.


Alone in a Crowd (2000)












9

A to już zupełnie inne Catch 22 niż dwa lata wcześniej. Bez złotego chłopca trzeciej fali ska – Tomasa Kalnoky’ego, który od wiecznych tras koncertowych chwilowo wolał postawić na edukację wyższą. Grupa stanęła przed nie lada problemem, bo jak tu zastąpić tak wyrazistego lidera? Do tego potrzebnych było aż dwóch równorzędnych kompozytorów i wokalistów. Trzeba przyznać, że duety Ryan Eldred-Jeff Davidson (kompozycja) oraz Ryan Eldred-Kevin Gunther (wokale) sprawdziły się lepiej niż ktokolwiek mógł się spodziewać (sami mieli ponoć obawy). „Alone In A Crowd” praktycznie nigdzie nie zarabia tak dobrych not jak „Keasbey Nights” czego ja osobiście nie rozumiem. Może nie ma tu już świeżości debiutu, ale w żadnym wypadku nie brak dobrych, dynamicznych piosenek, pod wieloma względami brzmiących nawet lepiej. Na follow-upie jest zwyczajnie równiej, tak samo przebojowo i z czystym sercem trudno się przyczepić jeśli lubiło się poprzednika, a nie jest fanatycznym szalikowcem Kalnoky’ego. W skrócie mówiąc, pociągnęli to tak umiejętnie jak się dało. Wymiatające „Arm To Arm” (najlepszy utwór Catch 22 ery post-Tomasowej), „Hard To Impress” (jedyny kawałek autorstwa Kevina Gunthera), „Point The Blame” , przewlekająca przez całość tematyczna trylogia „What Goes Around Comes Around”- “Bloomfield Ave.”- “Neverending Story”, ładna tytułowa balladka – nie ma tu w sumie czego skipować, żadnej “Kristiny” czy innych fillerów. Później aż tak super już nie było, ale jeszcze przynajmniej raz próbowali.


Dinosaur Sounds (2003)












5.5

Wczoraj mówili ci, że odmładzasz gatunek, dziś brzmisz jak każdy inny zespół grający w tym stylu. Catch 22 na wysokości „Dinosaur Sounds” przypomina mi mniej euforycznych Less Than Jake czy też ze względu na wokal Rx Bandits. Poza tym nie trudno w nich rozpoznać tą samą kapelę, która odpowiadała za „Alone In A Crowd”. Tym razem niestety zabrakło tak udanych melodii albo niemal w ogóle kawałków zapadających w pamięć. Trzecią płytę Eldreda i spółki traktuje się poniekąd jako ich master-flop, sam również prawie się z tym zdaniem zgadzam. Prawie. Rzeczywiście jest nudnawo, bez wyrazu, rytmy wydają się ograne i nie chce się już przy tym SKAkać do góry. A jednak nie skazałbym tego albumu na wieczne potępienie. Zdarzają się tu nieliczne fajne momenty takie jak „Wine Stained Lips” (rytmika zwrotek powtarza „Guilty Pleasures” z „Alone” ) i „Chasing The Moon” (zaskakująco wybuchowy), a całość jakkolwiek nie porywająca specjalnie też nie irytuje. Dla fanów.


Permanent Revolution (2006)












7

Ostatnia jak dotąd płyta Catchów to spora niespodzianka. Ska-punkowy koncept-album opowiadający o życiu Lwa Trockiego, rosyjskiego rewolucjonisty, jednego z twórców ZSRR i oponenta Stalina. W przeciwieństwie do „Dinozaurzych Dźwięków” tu spróbowali być ambitni. Każda piosenka mówi o innym wydarzeniu, do każdej przypisana jest inna data, a całość tworzy historię ciągnącą się przez kilkadziesiąt lat (aż do śmierci bohatera). Oczywiście dźwięki starają się w jakiś sposób obrazować to co przekazują teksty. I tak znakomity singiel „Party Song” to eksplozywne przedstawienie przejęcia kraju przez komunistów, „The Spark” w ramach klasycznego reggae/ska opowiada o „Iskrze” i początkach działalności Trockiego, dostojna końcówka „On The Black Sea” pasuje do śmierci Lenina. Ale tak naprawdę czy nie ma tu przerostu formy nad treścią i czy w warstwie czysto muzycznej to brzmi w porządku? Na pewno to najpoważniejsza i najdojrzalsza wypowiedź Catch 22 dotychczas. To im się chwali, ale jeszcze bardziej to, że tym razem zapewnili też kilka mocnych, tak zwanych „dużych” refrenów, które w „Party Song”, „Bad Party” albo „A Minor Point” potrafią zrobić wrażenie. Z drugiej strony część materiału nie da się określić inaczej jak „średnio na jeża” i za to trzeba punkty z końcowej noty uciąć. W każdym razie jeśli „Permanent Revolution” miałby być ich ostatnim albumem w ogóle, mogliby spocząć na laurach ze spokojem.


sobota, 16 kwietnia 2011

Thursday - War All The Time (2003)












10

Ci, którzy po "Full Collapse" sklasyfikowali Thursday jako kolejny, screamo-podobny, przejściowo modny band, jaki zapewne wszelkie słabości ukaże przy najbliższej okazji musieli albo srogo się na sobie zawieść albo w swej hipokryzji marnie trwać gdy światło dzienne ujrzało "War All The Time". Kiedy słucham tej płyty mam zresztą spore wątpliwości czy aby na pewno ujrzała ona to światło. Podejrzewam, że w najlepszym wypadku półmrok. Trzecie wydawnictwo Thursday to na pewno nie kaszka z mleczkiem. Atmosfera jest dołująca, teksty w dużej mierze stanowią rozrachunki z przeszłością albo historie zmarłych przyjaciół. Utwór tytułowy to bez wątpienia jej centralny punkt. Nie o prawdziwej wojnie ani o 9/11 jak niektórzy sądzili, a o miłości (love being a war all the time), wolności, upadaniu. W sercu tej piosenki jest wolność, wolność w każdym sensie tego słowa, wolność od nienawiści i dyskryminacji, wolność dla każdego człowieka w każdym kraju, wolność dla własnych decyzji, wolność do kochania kogo się chce. Ostatnie stwierdzenie to zresztą nawiązanie do innego kawałka na War. Najbardziej dramatycznego, rodzącego ciarki na plecach "M. Shephard". Spojrzenie z pewnej perspektywy i swoisty komentarz Geoffa do sprawy śmierci Matthew Shepharda zamordowanego z powodu swojej orientacji. Nie za wesoło dzieje się w "Steps Ascending". Rickly pokłócił się ze swoim przyjacielem, który niedługo później zarobił kulę w głowę, a do pojednania nigdy nie doszło. Piękne "This Song Brought To You By A Falling Bomb" to najlepszy fortepianowy rozklejacz świata. "Division Street" (coś o złej ulicy, od której należy trzymać się z daleka) i "For The Workforce Drowning" atakują mocnymi, złowrogimi gitarami i serią przeszywających screamów. Singlowy "Signals Over The Air" chociaż dobry, nie jest w stanie wywołać we mnie większych emocji w towarzystwie zebranych tu kompozycji. "Tomorrow I’ll Be You" kończy jako druga część znanego wcześniej "Jet Black New Year". Słowami "This is just a dream on new year's day, we will change back to ourselves in the flame, we are cured, we are cured, we are cured" kończy się ta w ścisłym znaczeniu słowa wielka płyta.

niedziela, 19 września 2010

4x post-hc

Kilka opisów płyt popełnionych "kiedyśtam".


Alexis On Fire - Alexis On Fire (2002)












8

W dyskografii Alexis On Fire nie ma jak dotąd pozycji słabo ocenionej. Pod względem równości uznanej przez fanów i krytykę, kanadyjskim post-hardcore’owcom trudno byłoby postawić jakieś zarzuty. Zwłaszcza, że ich model grania okazał się przez lata jednym z bardziej wpływowych. Dobitnym świadectwem pozostaje debiutanckie Alexis On Fire. Ten styl starali się skopiować choćby ich ziomkowie z Silverstein. Zupełnie bezskutecznie. Dallas Green i George Pettit wypracowali specyficzną, opartą na kontrastach harmonię wokalną. Śpiew pierwszego nieco chłopięcy, emocjonalny, nieźle wtapiający się w introspektywne momenty. Artykułowanie drugiego to wrzaski, intensywne screamowanie, któremu towarzyszy szybsze tempo, punk rockowe i hardcore’owe fragmenty. Zdumiewające jak dojrzale i okrzeple brzmi to już na ich pierwszym albumie. Klasyku nagranym niemal z miejsca, rok po uformowaniu się składu.


The Blood Brothers - Burn, Piano Island, Burn (2003)












8

Chyba najbardziej pokręcona ekipa wśród post-hardcore’owców. Zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy muszą ich lubić albo kochać. Sam miałem z początku problem z akceptacją tego pojebanego, raz dziecinnego raz rozwrzeszczanego kolażu dźwiękowego. Ale jeśli tylko odważymy się dać Blood Brothers jeszcze jedną chociaż szansę to może być jedna z lepszych decyzji podjętych odnośnie muzyki. Krwawi bracia opracowali ciekawy, oryginalny styl ociekający szaleństwem, dziwactwem i chorą emocją. Kawałki budują chaotycznie, ale rozmyślnie. Trochę jak HORSE The Band nie mają oporów z żonglowaniem tempami, zagrywkami, nastrojami. Z jednych do drugich przechodzą jednak dużo płynniej stale nie wyczerpując pomysłów na wyrzucane co chwilę, nowe motywy. "Ambulance Vs Ambulance" stanowczo wymyka się stereotypowi zwykłego singla, a przecież to i tak ich najbardziej przyjazne nagranie. "USA Nails" brzmi jak hymn drużyny sportowej wykonany przez stado żądnych krwi bestii. Kierunek w jakim podąża "Cecilia and the Silhouette Saloon" (where is love now? la la la la la) zwala z nóg. A najbardziej podobają mi się i tak pierwsze dwa (nie licząc intra). Niby nieprzystępne, a jak cholera chwytliwe "Fucking Greatest Hits" i bezkompromisowe, wyjebane w kosmos "Burn Piano Island, Burn". Lubcie sobie ich albo nie, ale zaprzeczanie o wybitności tych szaleńców na post-hardcore’owym polu to jak stwierdzenie, że ziemia jest płaska.




Sparta - Wiretap Scars (2002)












8

Podejrzewam, że partia perkusji wybębniona w intrze do "Cut Your Ribbon" jest tą, która wyryła mi się w pamięci najmocniej ze wszystkich jakie słyszałem. W każdych okolicznościach, miejscu i czasie mógłbym ją bezproblemowo odtworzyć wybijając rytm palcami. Właśnie od niej i tego mega wyrazistego kawałka zaczyna się "Wiretap Scars. Debiut ekipy Jima Warda ocalałej po At The Drive-In, wzbogaconej kilkoma nowymi nabytkami. To płyta z silnym wykopem, zakorzeniona jeszcze w post-hardcore’owej tradycji, ale i bliska lżejszemu brzmieniu rocka alternatywnego. Po wspomnianym otwieraczu serwują piosenkę zatytułowaną "Air". Zwrotka brzmi spokojnie, balsamicznie dla ucha, ale już refren tnie ryczanym przez Warda : we're drinking on jet streams, the row, tow, ideas are numbered. Podobnie zbudowano "Collapse". Ten utwór ma jednak za zadanie olśniewać ładną melodią, a decybele podkręcone w okolicach chorusowych wprowadzać świetny, zapętlony motyw. W drugiej połowie krążka bryluje oparte na brudnym riffie i chwytliwych wokalach "Red Alibi". Nie są to może nagrania zasługujące na miano naprawdę wielkich, ale "Wiretap Scars" to płyta co najmniej zajebista, całkiem nieźle zapełniająca lukę po At The Drive-In.




Bear Vs Shark - Terrorhawk (2005)












8

Jedni z lepszych obrońców praktycznie wymarłego emo-core/post-hardcore’u. W ich muzyce mamy wszystko co miłośnikowi takiego grania do bycia szczęśliwym niezbędne. Szorstkie, krzykliwe, ale emocjonalne wokale, zakorzenione wyraźnie w Hot Water Music, choć nie czerpiące z tej inspiracji nachalnie. Gitarowe, poszarpane, nerwowe uderzenia dzięki którym brzmią chwilami niczym mocniejsza wersja Cursive. Silna również tendencja do czerpania z dokonań At The Drive-In. Słuchanie tego „Detroit indie-quartet” to rozkosz i balsam dla ucha każdego kto ukochał sobie 3 wymienione wyżej przeze mnie kapele. Wspaniała propozycja dla tych, którzy hardcore, indie, punk i emo uwielbiają w równym stopniu. Tutaj podane w równych ilościach, przyzwoicie wymieszane i aranżacyjnie mistrzowsko przyrządzone. Danie z rodzaju tych ostrych.