Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guided By Voices. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guided By Voices. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 lutego 2013

Guided By Voices - Same Place The Fly Got Smashed (1990)













4.5

Pająk zmarł w tym samym miejscu, w którym niegdyś śmierć poniosła mucha. Ów niezwykłe zdarzenie zainspirowało Roberta Pollarda i kolegów do zatytułowania swej kolejnej płyty „Same Place The Fly Got Smashed”. W sumie ma się to jakoś do samego albumu, bo porównując poprzedni krążek „Self-Inflicted Aerial Nostalga” do pochodzącej z 1990 roku młodszej siostrzyczki można odnieść wrażenie, że zespół utkwił w jednym punkcie. O ile wcześniej dało się wyczuć jakiś progres tak tutaj chwilowo panowie drepczą po udeptanym przez siebie gruncie. Ciekawiej jest za to tekstowo. Lirycznie piosenki podejmują tematykę alkoholową, ale czy przy zupełnej przeciętności warstwy muzycznej naprawdę stanowi to wielkie pocieszenie? Raczej minimalne. Po raz kolejny zadedykuję krążek miłośnikom klasycznej, garażowej, marnie wyprodukowanej rockerki. Wielbiciele popowego zmysłu Pollarda znajdą coś dla siebie najwyżej w dawkach głodowych.

Top 3

1. Local Mix-Up

Trzeba przyznać, że ładnie udało się im upchać trochę przestrzeni w ramkach ciasnej jak cholera muzyki. Przez chwilę mamy mroczny klimat, potem Robert wyskakuje z wesolutkim You as a person, Have got to think fast, Cause this is a party, But it's not gonna last, This is the same place the fly got smaaaaashed.





Według Pollarda jeden z najlepszych tekstów jakie napisał: When the pendulum swings it cuts, When the big door swings open and shuts, Yeah, we'll be middle-age children, But so what?


Jak czasem gram na swojej rozstrojonej, popsutej gitarze to też potrafię podobne melodie tworzyć. Taki już urok tego całego lo-fi.

wtorek, 4 grudnia 2012

1992 w piosenkach (indie/alternatywa część II)


20. Curve – Horror Head












Kolejna, całkiem udana w dodatku, próba spopularyzowania shoegaze’u. Curve w „Horror Head” posłużyli się praktycznie tym samym patentem co rok wcześniej Chapterhouse za sprawą „Pearl”. Elementy rodem z „Loveless” umieścili w roztańczonym, niebywale przebojowym aranżu. Rock, pop, patrzenie w buty i dyskotekę połączyli w jeden, niesamowicie pulsujący twór. Druga kwestia – Toni Halliday. Oprzeć się jej wokalnemu uwodzeniu? Trudna sprawa. Oprzeć się temu widząc ją dodatkowo w teledysku? Niewykonalna.



19. XTC – Wrapped In Grey












Amerykańskim zespołom grającym psychodelię nie raz udawało się doskonale przeszczepiać na grunt swoich dokonań muzykę Beatlesów. Tu mamy sytuacje z goła odwrotną. Angielska grupa tworzy kompozycyjną i aranżacyjną perełkę, wzorując się na barokowym popie The Beach Boys. 



18. Guided By Voices – Exit Flagger












Pierwszy należycie wyrazisty, stuprocentowo przebojowy numer Guided By Voices. To gdzieś na wysokości tej płyty zaczyna się przełom. Dwa lata później Pollard podobnymi perełkami będzie sypał jak z rękawa. Na razie jest jedynie „Exit Flagger” wyróżniający się na już niezłym „Propeller”. Tylko i AŻ tyle.



17. Seam – Decatur












Mocno zakurzony indie rockowy zespół, dowodzony przez Amerykanina azjatyckiego pochodzenia (ex-wokalistę Bitch Magnet). Seam to także kolejna obok Superchunk, Archers Of Loaf i Polvo kapela związana z legendarną sceną Chapel Hill. „Decatur” jawi się solidną realizacją założeń gitarowego grania, w którym nie ma hooków, ale kapitalne, zadbane melodie przewijają się przez cały utwór.



16. Swell – Down












W rzeczywistości alternatywnej ekipa Davida Freela mogłaby zamienić się miejscami z The Afghan Whigs i cieszyć się dziś statusem jaki po latach osiągnął Greg Dulli z kolegami. Aby podobieństwo między amerykańskimi grupami wyłapać wystarczy posłuchać „Down”. Klimatycznego, nieco gorzkiego utworu z subtelnie zakamuflowanymi w gitarowych i perkusyjnych uderzeniach emocjami. Wokalna narracja Freela wzmaga poetycką sugestywność niby zwyczajnego rockowego kawałka. Nie trzeba tu wiele by w głowie wizualizowały się własne obrazy, własne filmy... Nocna przejażdżka, papieros trzymany w dłoni za oknem samochodu, podróż do świata wspomnień. To coś czego szukamy w muzyce.



15. Sonic Youth – Wish Fulfillment












Przetarg na najlepszy utwór z „Dirty” wygrywa w moim mikroświecie Lee Ranaldo. W dodatku Lee Ranaldo w całej swojej krasie: zmysłowy, poetycki i obłędnie nastrojowy. Zatracam się w zwrotkach i towarzyszących im melodiach. Nie wydaje mi się aby tekst był wybitny, a jednak każde słowo w nim smakuje wybornie. Ulotność ujęta przy I could almost see your face tonight, singing simple rhythm'n'blues, You'll always be a star…, to się czuje. I jakby tego było mało Lee nie tylko pięknie nam tu smęci. Gwałtowny, rockowy refren dziwnym trafem nie zakłóca wcześniejszej harmonii. Buntownicze What's real? what is true? I ain't turning my back on you swobodnie wpasowuje się w koncepcję utworu czyniąc z niego jeszcze większy majstersztyk.



14. The Afghan Whigs – I’m Her Slave












Ciekawe czy The Afghan Whigs na wysokości 1992 roku zdawali sobie sprawę z tego jak bardzo cool brzmi ich muzyka.  Grunge i brit-pop się zestarzały. „I’m Her Slave” słuchane dziś wypada wyśmienicie. Ładunek przejęcia w gitarowych partiach, nie po raz pierwszy i w żadnym wypadku nie ostatni. Słowa Dulliego ociekające wyuzdaną seksualnością, no i sam fakt wymawiania ich przez Grega.  To wystarczy żeby paniom miękły kolana, a panowie zbierali szczęki z podłogi.


13. The Boo Radleys – Memory Babe












Pomiędzy lightową piosenkowością twee-popu, a wpływami wszechobecnego na niezależnej brytyjskiej scenie shoegaze’u. Pomykające akustyczne gitarki i hałaśliwe sprzeżęnia, a w samym środku chyba najważniejsze, pogodny, błyskotliwy refren (Remember when we used to stay up all night and laugh…) . Rok później The Boo Radleys na 63 minuty stali się podobno najwspanialszym zespołem na naszej planecie.



12. The Verve – A Man Called Sun












Nie należę do fanów The Verve.  Kiedy o nich myślę widzę Ashcrofta w okularach, „Bitter Sweet Symphony” (kawałek znakomity choć zakatowany) i nadmuchany brit-pop środka lat 90. Tym większe zaskoczenie przynosi mi „A Man Called Sun”. Mroczny i niewiarygodnie głęboki utwór z ich debiutanckiej EP’ki. Tu (szczególnie w wersji live) kilka wybornych melodii przeplata się tworząc sugestywną, muzyczną impresję, a zespół zanurzony w pesymistycznej, narkotycznej projekcji przemawia do nas równie przekonująco co Slowdive czy Codeine.


11. Manic Street Preachers – Motorcycle Emptiness












Z MSP mam podobnie jak z The Verve. Chyba nie przepadam, a jednak w ich twórczości znajduję coś dla siebie. „Motorcycle Emptiness” – to brzmi jak lata dziewięćdziesiąte, klimatycznie i przebojowo w dość unikalny sposób, bo zamiast chorusowego podbicia i szalonego hooku mamy ten pełen tęsknoty zaśpiew Jamesa Deana Bradfielda. Zaskakujące, ale tak kiedyś konstruowało się popowe single.


czwartek, 16 sierpnia 2012

Guided By Voices - Self-Inflicted Aerial Nostalgia (1989)












6

Wraz z tym albumem powoli kończy się etap archaicznej rockowej kapeli. Robert Pollard jakby zaczynał w końcu łapać o co mu chodzi i jak ma wyglądać prawidłowy styl Guided By Voices. Chcąc nie chcąc, kiedy od kilku lat komponuje się utwory to w końcu coś w nich musi „kliknąć”. „Self-Inflicted Aerial Nostalgia” nie jest na pewno stumilowym skokiem do przodu, ale co najmniej kilkoma krokami wykonanymi we właściwym kierunku. W odróżnieniu od „Devil Between My Toes” i „Sandbox” tutaj więcej niż połowę piosenek można zaliczyć do najzupełniej udanych. Skipować radziłbym jedynie „Stopes Of Big Ugly”, „Navigating Flood Regions”, “Trampoline” i “The Qualifying Reminder”. Wśród pozostałych kawałków co prawda żadnego nie nazwałbym rewelacyjnym, ale niektóre zbliżają się już do poziomu bardzo dobrego. Radio show, radio show, Trust the wizard, here we go! chodzi mi po głowie od dwóch dni. Czemu tylko dali ten numer na sam finał skoro tak świetnie nadałby się jako rozkręcające otwarcie? W sumie bez znaczenia. Cieszy ucho mocny riff jakim częstują nas w „Chief Barrel Belly” chociaż mam wrażenie, że gdzieś to już słyszałem. Smaku dodaje dodatkowo refren, tak typowo popowo-pollardowy jak tylko się da. Fajne są ballady, ładne, akustyczne, już właściwie na pułapie utworów z „Propellera” albo „Alien Lanes”. Mowa o „Paper Girl” i wdzięcznie lo-fi’owym „Liar’s Tale”. Dorzucam jeszcze do sprawdzenia dwa rozpoczynające, “The Future Is In Eggs” oraz „The Great Blake St. Canoe Race”. Zwłaszcza ten drugi, który niech posłuży za dowód, iż po topornym graniu z dwóch pierwszych płyt zostało doprawdy niewiele, a od finezji najlepszych, przyszłych nagrań GBV także nie dzielą ich już lata świetlne.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Guided By Voices - Sandbox (1987)












4

„Sandbox” ma wśród fanów Guided By Voices opinię najsłabszej płyty zespołu. Z tego co wiadomo podobne zdanie wyraził kiedyś sam Bob. Ponoć jest to album gorszy nawet od przeciętnego debiutu choć na moje oko jakość obydwu wypada raczej porównywalnie. Dominuje mierny i amatorski, bezbarwny rock’n roll z przebłyskami fajniejszych popowych momentów. Takie „Everyday” przykładowo byłoby absolutnie nieciekawe gdyby nie końcowe wyśpiewywanie tytułu przez Roberta w wokalnym tonie przywołującym późniejsze, lepsze lata. „Barricade” ponownie wskrzesza obskurny, klasyczny, samochodowy rock i trwa o wiele za długo. Przyjemny patent na kształt tego z „Everyday” znajdzie się w „Can’t Stop”, ale to nadal ledwie kilkanaście sekund. „Trap Soul Door” mogłoby przynieść coś ciekawego jednak tam gdzie to coś mogłoby się zacząć utwór się niestety urywa. Najlepszym z zestawu jawi się ostatecznie beatlesowski „I Certainly Hope Not”, który brzmi w porządku przez całe, długaśne 2 minuty. Na koniec, wypadałoby wyciągnąć wnioski. Zrobię to zatem przyznając rację fanom i Pollardowi. Tak, to jest kiepski krążek, może nawet nieznacznie słabszy od „Devil Between My Toes”. Z obozu GBV w końcówce lat 80. wciąż wieje nudą.

sobota, 31 marca 2012

Guided By Voices - Devil Between My Toes (1987)












4.5

Rock’n’rollowy nauczyciel i jego pierwsza długogrająca płyta. Guided By Voices swój ikoniczny status zawdzięczają bez wątpienia albumom wydanym w okolicach połowy lat 90’tych. Mimo iż początki zespołu miały miejsce już jakąś dekadę wstecz, wczesnymi płytami Boba i spółki dziś prawie nikt sobie głowy nie zawraca. Czemu? Ponieważ najprościej mówiąc nie są na tyle dobre by na to zasługiwać. Podczas gdy R.E.M, Hüsker Dü albo Replacements grali w ekstraklasie amerykańskiego indie wydając kolejne fenomenalne krążki, Pollard znajdował się gdzieś wśród amatorskiej trzeciej ligi. W jego przypadku droga na „szczyt” była wyjątkowo żmudna i niespektakularna, a wszystko odbywało się na zasadzie krok po kroku. „Devil Between My Toes” trzyma średni na jeża poziom domowo-garażowych wydawnictw. Robert wraz z zespołem świadomie czy nie często imitują Michaela Stipe’a i spółkę serwując melodyjne próbki jangle-popowego grania w rodzaju „Hey Hey Spaceman”, „Discussing Wallace Chambers” albo „Hank’s Little Fingers”. Być może z powodu braku pomysłów na kompozycje, część przestrzeni wypełnia gitarowe, bezwokalne brzdąkanie „Bread Alone”, „Crux”, „Artboat”. Wyłamuje się nieco „The Tumblers” i przyłożenie do pieca w postaci ostatniego „Captain’s Dead”.

Gdyby w latach późniejszych GBV nie zaliczyło kilku solidnych wzlotów, dziś „DBMT” figurowałoby jako kolejna pozycja na Rate Your Music oceniona przez góra trzech użytkowników. Gdyby kometa rok temu uderzyła w naszą błękitną planetę, ja w ogóle nie wymyślałbym tych słów. W obydwu przypadkach dobrze się stało nawet jeśli ja piszę słabe teksty, a debiut grupy z Dayton rzadki jest jak kisiel.

niedziela, 27 listopada 2011

Guided By Voices - Forever Since Breakfast EP (1986)












5.5

Guided By Voices na swojej pierwszej płycie/EP’ce nie byli jeszcze nawet lo-fi. Można powiedzieć, że przez wzgląd na pewne okoliczności byli „indie”, ale tak naprawdę to grali najzwyczajniejsze w świecie, klasyczne rockowe piosenki. Ściślej mówiąc siedem piosenek trwających w sumie 23 minuty. Osoby spragnione powalających brzmień, wypasionych gitar, pokręconych rytmów nie mają tu czego szukać. „Forever Since Breakfast” to w zasadzie rzecz wyłącznie dla tych, którzy już wcześniej z jakiegoś powodu polubili Roberta Pollarda i ekipę. Songwritting Boba jest bowiem jak najbardziej rozpoznawalny, ogólne różnice to tak naprawdę szczegóły. Nieco młodszy głos, utwory nagrane w profesjonalnym studiu (później i tak do niego wrócą), brak jeszcze przebłysków geniuszu, każdy kawałek trwający około 3 minut, choć wiadomo, że oni lubią krócej. I tak jak ktoś już napisał, to typowy, całkiem miły dla ucha koledżowy rock z lat 80’tych bardzo w stylu R.E.M (najbardziej „She Wants To Know”). Jeśli ktoś podobnie jak ja ma czasem odpały na słuchanie nudnego, gitarowego, NIEALTERNATYWNEGO rocka to po EP’kę niech sobie sięgnie. Podejrzewam, że świetnie sprawdzi się w warunkach samochodowych.



I hope you know that all of these girls are a lot like you
Cry indigo tears and fall on your knees to the fountain of youth

czwartek, 28 lipca 2011

Lucky if we’re speaking on holidays

Parę słów o paru nagraniach, których przyszło mi regularnie słuchać podczas dwutygodniowego pobytu nad morzem i w okolicach warmińsko-mazurskich. Muzyczne ilustracje, zdarzenia i sytuacje…


Pixies – Head On












Są takie kawałki i takie momenty w życiu, że człowiek nie może usiedzieć w miejscu, bo coś go rozsadza od środka. Coś co panowie z The Jesus And Mary Chain idealnie opisali słowami „And the way I feel tonight, I could die and I wouldn't mind”, a Frank Black równie rewelacyjnie wyraził w coverze nagranym przez Pixies. Coś co sprawia, że chcesz CZUĆ, że chcesz się starać i zdmuchiwać pieprzone gwiazdki z nieba. Shoegazowy, ewentualnie przebojowy numer Amerykanie przerobili na eksplodującą, ewidentnie-ramonesowską petardę. "And I'm taking myself to a dirty part of town Where all my troubles can't be found".

LINK


They Might Be Giants – I Palindrome I












W “I Palindrome I” znajdziemy dwie podstawowe rzeczy wyrażające twórcze obsesje Johna Linnela. Harmonijną linię wokalu urzekającą już od samego startu oraz kombinatorskie podejście do tekstu, tym razem w postaci zabawy w palindromy. Jeżeli dodam, że singiel ten promujący niegdyś płytę „Apollo 18” stawiam tuż obok „Anna Ng” i „Birdhouse In Your Soul” to głębsze rozpisywanie się o jego wakacyjności i rozrywkowo-piosenkowym potencjale nie będzie już chyba konieczne.

LINK


Alkaline Trio - 5-3-10-4












Nawet zaciekli fani Alkaline Trio nie są w stanie powiedzieć o czym tak naprawdę opowiada to nagranie. Najbardziej zapadają w pamięć ci „schoolyard freaks”, a enigmatyczne cyferki jedynie intrygują skazując na bezowocne domysły. Od czego jednak mamy www.songmeanings.net i trzynasty aktualnie komentarz licząc od góry? Dla mnie „5-3-10-4” to przede wszystkim starszy brat „Beyond The Embarassing Style” autorstwa The Lawrence Arms i elegancki, punk rockowy numer, przy którym szedłem kiedyś na plażę w wielkich słuchawkach na uszach, nie odzywając się do nikogo.

LINK


The Good Life – Drinking With The Girls












Osobiście, tego rodzaju utworów na wakacje i z założenia wesołe wyjazdy nie polecam. Fakt, że nie zawsze wszystko wychodzi tak jakby się tego chciało i chwilami zamiast szczerzyć się przy plażowym indie-popie lądujemy na materacu w smutnym nastroju słuchając wynaturzeń Tima Kashera. „Picie z dziewczynami” przybiera różne formy. Na szczęście nie zawsze takie jak w tej dołującej opowieści. Czasem kończy się tylko na zachwianych powrotach do łóżka, poranionych stopach i wreszcie wypowiedzianych zalążkach wyznań jakie planowało się od dawna.

LINK


The Jam – That’s Entertainment












Poetyka brytyjskiej klasy robotniczej osadzona w formie akustycznego punk rocka. Nawet analizując liryki Wellera na sucho da się odczuć romantyczny realizm i potęgę promieniującą z poszczególnych nierymujących się linijek. Każda z nich brzmi wyraziście, każdy wiersz jawi się solidnie kopiącym estetycznie kawałkiem tekściwa. Te wszystkie łobuzerskie akcenty: "policyjne wozy i krzyczące syreny, tłuczone szkła i dudniące buty", życiowe rozterki: "oglądanie telewizji i rozmyślanie o wakacjach, karmienie kaczek i marzenie o tym by być daleko stąd", fizyczne odczucia: "budzenie się z koszmarnego snu i palenie papierosów, przytulanie ciepłej dziewczyny i wdychanie czerstwych perfum” są prawdziwe, sugestywne, prawie do dotknięcia. A na końcu jeszcze coś o całujących się kochankach, tracących „spokój samotności”.

LINK


Fake Problems – Songs For Teenagers












“This song is about doing drugs” rzekł Chris Farren podczas występu przed publiką zgromadzoną głównie z osobników w wieku lat kilkunastu, góra dwudziestu paru w jednym z kanadyjskich klubów. Słowa te mówią nam „o czym”, podobnie jak sam tytuł wyjaśnia „dla kogo”. „Songs For Teenagers” to nienachalna przestroga, skromna ballada podszyta smutkiem, ale bardziej mająca na celu podniesienie na duchu. Typ piosenki z duszą na ramieniu, która sprawdza się zawsze, wszędzie, w każdych warunkach.

LINK


Modest Mouse – A Life Of Arctic Sounds












7 kilometrów ze Stegny do Jantaru, nocą (is a long walk without a car…)
6 kilometrów - (is a long walk without a car…) ale nie dla kogoś kto ma o czym myśleć
5 kilometrów – (is a long walk without a car…) już tylko plażą, prosto przed siebie
4 kilometry - (is a still long walk without a car…) ludzi prawie nie ma, nieliczni siedzą przy ognisku
3 kilometry – (is not so long walk without a car…) ani żywej duszy, tylko ja, myśli, noc, wielkie morze i muzyka, mogę nawet śpiewać
2 kilometry – (is a close walk without a car…) coraz bliżej celu, drugą stronę widać i słychać wyraźniej
1 kilometr – (is a really close walk without a car…) - już tam praktycznie jestem

Szybkie zdjęcie, dowód, że byłem, i z powrotem... W międzyczasie można jeszcze pokrzyczeć

I WROTE MY NAME ON THE SUN
HEY ALL RIGHT I MIGHT BE GODDAMN!
A LIFE OF ARCTIC SOUNDS
HEY ALL RIGHT I MIGHT BE GODDAMN!


LINK


Aloha – Ice Storming












Ciężko pisać o piosenkach tak pięknych, że właściwie przerastających możliwość adekwatnego wyrażenia własnego zdania na ich temat. Co mi więc bez przesadnego myślenia przychodzi do głowy? Numer 3 ulubionych utworów na „Some Echoes”, kompozycyjna bezbłędność mająca swoje uzasadnienie w nietuzinkowej muzykalności każdego z czterech panów, wyjątkowy nastrój, odpowiedni tylko dla tej grupy, totalna niepodrabialność. Pozostaje jedynie westchnąć, posłuchać słów, posłuchać muzyki, zamknąć oczy, poczuć się dobrze.

LINK


Face To Face – Bikeage












Kolejny za przeproszeniem urywający dupę, kolosalny cover, który przez moją playlistę przewinął się niezliczoną ilość razy. Face To Face kultowy kawałek Descendents podkręcili szybkościowo i energetycznie. Nawet jeśli oryginałowi niczego nie brak to tu mam wrażenie, że sprawiedliwości stało się zadość ponad miarę. Słowa tekstu kierowane do imprezowych nastolatek zatracających się w używkach i szybkim seksie. Najbardziej istotne wydaje się jednak pocieszne „Don’t be afraid, it’s not too late, save yourself, I need you here”. Żaden inny numer nie dał mi w ciągu ostatnich tygodni tyle bezwarunkowej radości ze słuchania.

LINK


Armchair Martian – Jessica’s Suicide












Dobry typ do gry w najbardziej zapomniane, a warte pamiętania zespoły z około-melodic punkowego podwórka. Armchair Martian najlepiej kojarzeni są zapewne z utworu innej kapeli, a mianowicie The Ataris i ich „Song For A Mixtape” gdzie Kris Roe wymienia ich jednym tchem obok Built To Spill i Jawbreakera. „Jessica’s Suicide” to majstersztyk przebojowego, alternatywnego rocka. Mnie na przykład powala już słowne rozegranie początku piosenki:„Jessica suicide takes me for a ride, I'm just a crazy one-armed man, Strange world, Dead girl, Die each day or so you say it…” dwa razy podsumowane chodzącym później po głowie “How much death can one man stand?”. Świetna sprawa szczególnie dla tych, którzy do cna wymęczyli już twórczość Jimmy Eat World, Ataris i Texas Is The Reason.

LINK


Red House Painters – Medicine Bottle












Kiedyś wydawało mi się, że to utwór maksymalnie depresyjny i dołujący. Genialny Mark Kozelek na tle zimno-falowych, mrocznych plam melodii. Jakby spóźniony na to by z tym epickim nagraniem w połowie lat 80’tych ujść za klasyka. Wszystko jedno, prędzej czy później, stało się i tak. A wracając do pierwszej myśli, kiedy przyszło mi słuchać „Medicine Bottle” w chwili własnego smutku, „najgorszej nocy życia”, to nawet tych 9 with out you minut nie brzmiało aż tak beznadziejnie.

LINK


The Clientele – Step Into The Light












Dźwięki jakie oznaczać mogą wyłącznie chwile czystego szczęścia, duchowego spokoju i kroczenia drogą światła… Ciepłe dreszcze łaskoczą serce przy wymawianym przez wokalistę „So goodnight my darling goodnight” i doprawdy trudno mi sobie wyobrazić by dało się to zrobić lepiej i jeszcze bardziej romantycznie.

LINK


The Get Up Kids – Shorty












Wersja zarejestrowana na żywo z pamiętnego, planowo ostatniego występu dzieciaków w Grenada Theater. „Shorty” to sztandarowy kawałek Get Up Kids jeszcze z cudownie szczeniackich czasów „Four Minute Mile”. Matt Pryor wrzeszczący "You never find another friend like meeeeeeeeeeeeee!" uosabia tu wszystkich z powodu złamanego serca wkurwionych, wiecznie dorastających. I to bez względu na wiek, bo kto nie dorasta ten się już tylko starzeje.

LINK


Grizzly Bear – Central And Remote












Nie potrzebuję żadnego teledysku, występu live, niczego co zepsułoby mi obecny odbiór „Central And Remote”. Obrazkiem do tego muzycznego fragmentu już zawsze pozostaną dla mnie wieczorne latarnie przy chodniku w Stegnie, mijane około godziny 1:00. Odgłosy dzwoneczków, mistyczne wokale, światła i drzewa wykreowały magiczną atmosferę powrotu z najlepszego spaceru jaki zdarzyło mi się odbyć.

LINK


Guided By Voices – Game Of Pricks












Któregoś razu chciałem sobie posłuchać muzyki na plaży. Nic z tego nie wyszło, bo koleżanka dorwała się do telefonu, posiedziała chwilę przy „Game Of Pricks”, stwierdziła, że „jakiś rock’n roll” po czym przerzuciła się na radio zastrzegając przy tym, że „podoba jej się ta muzyka, ale woli posłuchać radia”. Nie miałem za złe, poszedłem popływać w zimnym morzu co oczywiście na dobre mi wyszło, bo nołlajfować się przy piosenkach Pollarda mogę przecież zawsze, a być zalewanym przez fale słonej wody już nie do końca.

LINK


Male Bonding – Crooked Scene












Oczywiście swoje i tak odsłuchać zdążyłem, a „Crooked Scene” słonecznych indie-punków z Male Bonding idealnie wpisało się w klimat leniwego plażowania. Co prawda to napiedalańczo-melodyjne szaleństwo wypada raczej kontrastowo, ale i tak jeszcze chwila, dwie przy upalnej pogodzie, gorącym piasku i kręcących się dookoła półnagich ludziach, a uwierzyłbym, że jestem w Kaliforni.