Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1986. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1986. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2015

The Chills - I'll Only See You Alone Again (1986)











6.5

W średniej objętościowo, ale imponującej pod względem skuteczności singlografii The Chills kawałek taki jak „I’ll Only See You Alone Again” można stosunkowo łatwo przeoczyć. Utwór nie doczekał się teledysku, nie trafił na żaden album i całkowicie ominął listy przebojów. Muzycznie nie był też tak charakterystyczny jak poprzednie nagrania Nowozelandczyków. Gdyby szesnaście dotychczas wydanych singli ponumerować pod względem jakości, kawałek z 1986 roku z dużą dozą prawdopodobieństwa wylądowałby w drugiej połowie stawki. I właśnie dlatego jest to kolejny dowód na całkowitą nieprzeciętność kapeli z Dunedin. „I’ll Only See You Alone Again” w żadnym wypadku nie jawi się bowiem złą piosenką. Od początku, bez najmniejszego wprowadzenia odpalona zostaje w niej kapitalna energia, intensywne nabijanie perkusji, w takim samym stopniu zakręcone klawisze, gitary i wokal Martina Phillippsa, który doznaje szaleństwa oczekując momentu sam na sam ze swoją sympatią. W ten sposób utwór bez najmniejszych przystanków i zbędnych zwrotów dociera do końca. Może nie ma tu nadzwyczajnej finezji, ale tego rodzaju kompozycja aż ocieka koncertowym potencjałem. Jeśli tak wygląda jeden z ich słabszych singlowych momentów, to tych lepszych w zasadzie nie da się już lepiej zarekomendować. 

niedziela, 26 lipca 2015

The Chills - I Love My Leather Jacket (1986)












8

Nieznający historii utworu i zespołu The Chills mogliby przypuszczać, że „I Love My Leather Jacket” to cześć oddana dla skórzanej kurtki jako rock’n rollowego rekwizytu i oczywistego symbolu gitarowego grania. Jak mało który kawałek kapeli z Dunedin, czwarty singiel autorstwa Martina Phillippsa rzeczywiście opierał się przede wszystkim na wyrazistym riffie i klasycznej, soczystej rockerce. W warstwie znaczeniowej i emocjonalnej kluczowa była tu jednak historia pewnej przyjaźni.

Wokalista i kompozytor grupy w zręcznie rymowanych linijkach opowiadał o pamiątce, jaką ofiarował mu przed śmiercią Martyn Bull, ówczesny perkusista The Chills.  I wear my leather jacket like a great big hug, Radiating charm - a living cloak of luck, It's the only concrete link with an absent friend, It's a symbol I can wear 'till we meet again. Wierzył, że kurtka jest czymś, co go chroni i jednocześnie przypomina o byciu śmiertelnym. Wyznawał miłość do niej oraz do zmarłego przyjaciela. I love my leather jacket, I love my vanished friend.

Udało się przy tym Phillippsowi wraz z zespołem uczynić na podstawie bardzo osobistego hołdu utwór bezpretensjonalny. Uniknąć ckliwości, patetyzmu i jakichkolwiek tanich emocji. W całej kompozycji rządził wspomniany już rockowy riff przyprawiony szczyptą klawiszy. Wokal pozostawał neutralny, ani wesoły ani smutny. Pomimo prostoty numer wciągał i był na swój sposób przebojowy. Okazał się przy tym największym hitem Chillsów w latach osiemdziesiątych. Na „chartsach” spędził 11 tygodni, w tym trzy razy uplasował się na pozycji #4.

P.S

Rockowy był również teledysk do singla. Panowie ubrani oczywiście w skóry, grający w jakiejś dziupli, szwędający się po ulicach Londynu lub jadący metrem wyglądali znacznie naturalniej niż w komercyjnym, wygładzonym klipie do „Doledrums". Promocyjne wideo do krótkiego, nieco onirycznego b-side’u „The Great Escape” stanowiło coś w rodzaju kontynuacji i dopowiedzenia do tego samego filmu, zawierało nawet kilka identycznych ujęć.  

sobota, 25 lipca 2015

The Chills - Kaleidoscope World (1986)











8.5

Pierwsze sześć lat działalności The Chills obfitowało w dobre piosenki, liczne zmiany personalne składu zespołu oraz małe sukcesy na listach przebojów. Pionierom nowozelandzkiego indie rocka przydarzyła się też jedna śmierć w zespole i symboliczny zaszczyt w postaci sesji u Johna Peela pod koniec 1985 roku. Na pierwszym albumie miały się znaleźć nowe kompozycje, tymczasem nagrania z singli i EP’ek wciąż pozostawały porozrzucane po mniejszych wydawnictwach. A chwalebne pół dekady należało przecież jakoś podsumować. 

Wiemy już, że jak dotąd kapela nagrała trzy arcymocne single, do których nakręcono dwa teledyski (plus trzy bez singli, do „Kaleidoscope World”, "Flame-Thrower" i „Whole Weird World”). Klipu nie doczekał się niestety ekstatyczny „Rolling Moon”. Z niewiadomych przyczyn promocyjnym wideo opatrzono jeden z jego b-side'ów (środkowy z wcześniej wymienionych). Dziś za sprawą YouTube możemy sobie na szczęście obejrzeć świetne wykonanie tego kawałka podczas występu Chillsów z Windsor Castle w Auckland z 10 maja 1985. Film do „Pink Frost” ze szwędającym się po smętnym lesie i nadmorskich (albo nadoceanicznych) pagórkach, zadumanym Phillippsem w roli głównej znakomicie oddawał ducha mroczno-nastrojowej kompozycji. Teledysk do „Doledrums”  przedstawiał z kolei zespół jako czterech grających i śpiewających piosenkę, ubranych na biało grzecznych facetów z gitarami. Wszystkie utwory pojawiły się na kompilacji „Kaleidoscope World”. Wraz z nimi zaś kawałki ze stron B singli oraz kilka innych wartych wspomnienia kompozycji.

Pierwsza wersja składanki wydana przez Flying Nun, a także legendarne Creation, zawierała zaledwie osiem nagrań. Znalazła się na niej między innymi nagrana na żywo wersja wspomnianego „Flame-Thrower”, dowód na żywe zainteresowanie Martina i spółki chaotyczną, garażową psychodelią czy wręcz nieumyślna próba sił w noise-rocku. Późniejsze, rozszerzone wydanie „Kaleidoscope World” posiadało także trzeci kawałek z debiutanckiego singla czyli totalnie punkowy, mało wyszukany „Bite”. Znacznie ciekawiej wybrzmiewał z pewnością instrumentalny „Purple Girl” oparty na intrygującym motywie gitarowym i krzykliwych wstawkach saksofonu, pierwotnie strona B do „Pink Frost”. W towarzyszącym wcześniej na siódemkowym winylu „Doledrums” króciutkim „Hidden Bay” Chills udawali naspeedowanych The Beach Boys.   
   
Dziś kompilacja z 1986 roku traktowana jest jako wydawnictwo kultowe, coś w rodzaju pierwszej pełnoprawnej płyty zespołu oraz najlepszy starter dla tych, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z muzyką Martina Phillippsa i jego licznych kolegów. Trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić, a jednak należy zwrócić uwagę, że „Kaleidoscope World” słucha się doskonale jako albumu z osiemnastoma piosenkami i w takim też kształcie większość wielbiących zapewne go pojmuje. Dopiero w tej postaci pomysłowość i kreatywność nowozelandzkiej grupy słyszalna jest w całej okazałości, a album okazuje się prawdziwą delicją dla miłośników błyskotliwego gitarowo-klawiszowego grania.

Wracając do wdawania się w szczegóły zawartości, istotnym punktem składanki od początku były fragmenty ze wspólnej EP’ki ekip nagrywających dla Flying Nun Records. „Dunedin Double EP” z 1982 roku do spółki z „Tally Ho!” The Clean wprowadzało na mapę zjawisko dunedin sound. A to za sprawą czterech zespołów: The Chills, The Verlaines, Sneaky Feelings i The Stones. Z tego wydawnictwa na “Kalejdoskopowy Świat” wrzucono po latach numer tytułowy, napisane przez Phillippsa w wieku 17 lat „Satin Doll”, a w wydaniu rozszerzonym także trzeci kawałek, który się tam znalazł zatytułowany „Frantic Drift”.   

„Kaleidoscope World” to właściwie utwór od którego powinienem zacząć całą historię. Wydany na wspomnianej zbiorowej EP’ce jeszcze przed „Rolling Moon” był dla The Chills prawdziwym początkiem, a według niektórych wręcz „manifestem” zespołu. Melodyjnie pobrzdękujące gitary, subtelne klawisze i łagodny wokal Martina łączyły się w absolutnie zjawiskowe ujęcie delikatnej piosenkowej psychodelii. Phillips współtworzył z Terrym Moore’em piękne sixtiesowe harmonie (Come along baby we'll live in our kaleidoscope world). Słowa tekstu wprowadzały atmosferę romantycznej intymności:  I'd look at you, and perhaps you'll smile at me, Loving my kaleidoscope world, The stars and planets just glide on by, Cold and patient like white gods' eyes. Kompozycje takie jak ta nie trudno uznać za możliwy wspólny punkt odniesienia dla neo-psychodelicznych bogów z The Flaming Lips jak i kreujących swoje małe magiczne światy kapel wydających dla Sarah Records.  

Pozostała dwójka z „Dunedin Double” podtrzymywała podobny klimat. W „Satin Doll” klawisze Frazera Battsa brzmiały niczym dziecięca pozytywka, estetyka utworu nie różniła się znacząco od „Kaleidoscope World”, ale ten sam czar gdzieś się już gubił. Nieco lepiej wypadał „Frantic Drift” z zachęcająco śpiewaną linijką: Tell me a story, let me drift. Pozostałymi częściami składowymi kompilacji zostały utwory z omawianego już przeze mnie „The Lost EP” na czele z niepokojącym „Whole Weird World” oraz singiel „I Love My Leather Jacket”, który pozwolę sobie opisać przy innej okazji wraz z b-side’em „The Great Escape”. 

Zbierając wszystko do kupy otrzymujemy właściwie wszystko pod czym The Chills podpisali się w ciągu pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Znakomite single, zazwyczaj interesujące strony B i zawartość dwóch niezłych EP’ek. Dunedin sound, jangle pop, psychodelia, lo-fi, post-punk, punk rock. Kolekcja kawałków skromnych, ale unikalnych, klimatycznych i różnorodnych. Ich kolejność możemy sobie ułożyć wedle uznania, mieszając utwory pochodzące z różnych lat i wydawnictw, a i tak pasować będą idealnie. Choćby sekwencja złożona z „Frantic Drift”, „Purple Girl”, „Whole Weird World” i „This Is The Way” dla mnie “robi robotę” wystarczającą, wzbogacając zwykły spacer po lesie o inspirujące wrażenia. „Kaleidoscope World” to świadectwo nieszablonowego kompozytorskiego talentu Martina Phillipsa oraz osobliwości gitarowego popu pochodzącego z Nowej Zelandii. Rzecz dla tego czasu i miejsca znamienna.  

niedziela, 1 lipca 2012

The Flaming Lips - Hear It Is (1986)












6

The Flaming Lips ponad ćwierć wieku temu, jeszcze nie genialni, jeszcze nie tak ekscentryczni. Jedna z wielu kapel na prężnie rozwijającej się alternatywnej scenie rockowej w połowie lat 80. Spory kawałek za Sonic Youth, Replacements albo Meat Puppets, ale z wyraźnym potencjałem stawiającym ich o niebo wyżej od składów na poziomie ówczesnego Guided By Voices. „Hear It Is” to solidna płyta z garażowym, brudnawym graniem jakiemu kolorytu dodają wpływy neo-psychodeliczne. Oczywiście już wtedy były indie-kapele, które psychodelię eksplorowały w o wiele bardziej fantazyjny, pokręcony i interesujący sposób (Butthole Surfers, Spacemen 3). A że Coyne i spółka nie mieli też smykałki (albo chęci) do kompozycji przebojowych to chcąc nie chcąc skończyć musiało się na albumie póki co przyzwoitym. Wspomniałem o potencjale, bo zwykły zespół na pewno nie wymyśliłby czegoś tak dobrego jak 7-minutowe, epicko-dołujące „Jesus Shootin Heroin”. Ten utwór właściwie jako jedyny wznosi się ponad średnią, ale zarazem wystarczająco pokazuje, że Flipsów stać na rzeczy bez wątpienia ciekawe. Pozostałych kawałków słucha się przeważnie nieźle, czasem z lekkim znużeniem. Mamy rozpoczynające „With You” nieco na modłę Velvet Underground, rock’ n rollowe jazdy „Unplugged”, „Charlie Manson’s Blues” i przyjemne, akustyczne momenty takie jak „Godzilla Flick”. "She Is Dead" nosi znamiona eterycznego odlatywania. „Trains, Brains & Rain” kojarzy mi się natomiast lekko z tym jak grały wówczas kapele na wyspach (C86, motoryczne, akustycznie napędzane piosenki, ale to tak na luźno). Pierwsze koty za płoty.



P.S Dopiero tu na debiutanckim LP, Coyne przejął główny wokal. Wcześniej, na EP'ce śpiewał jego brat, Mark.

niedziela, 27 listopada 2011

Guided By Voices - Forever Since Breakfast EP (1986)












5.5

Guided By Voices na swojej pierwszej płycie/EP’ce nie byli jeszcze nawet lo-fi. Można powiedzieć, że przez wzgląd na pewne okoliczności byli „indie”, ale tak naprawdę to grali najzwyczajniejsze w świecie, klasyczne rockowe piosenki. Ściślej mówiąc siedem piosenek trwających w sumie 23 minuty. Osoby spragnione powalających brzmień, wypasionych gitar, pokręconych rytmów nie mają tu czego szukać. „Forever Since Breakfast” to w zasadzie rzecz wyłącznie dla tych, którzy już wcześniej z jakiegoś powodu polubili Roberta Pollarda i ekipę. Songwritting Boba jest bowiem jak najbardziej rozpoznawalny, ogólne różnice to tak naprawdę szczegóły. Nieco młodszy głos, utwory nagrane w profesjonalnym studiu (później i tak do niego wrócą), brak jeszcze przebłysków geniuszu, każdy kawałek trwający około 3 minut, choć wiadomo, że oni lubią krócej. I tak jak ktoś już napisał, to typowy, całkiem miły dla ucha koledżowy rock z lat 80’tych bardzo w stylu R.E.M (najbardziej „She Wants To Know”). Jeśli ktoś podobnie jak ja ma czasem odpały na słuchanie nudnego, gitarowego, NIEALTERNATYWNEGO rocka to po EP’kę niech sobie sięgnie. Podejrzewam, że świetnie sprawdzi się w warunkach samochodowych.



I hope you know that all of these girls are a lot like you
Cry indigo tears and fall on your knees to the fountain of youth