Dwa tygodnie temu dostałem propozycję napisania kilka słów o zespole Slowcoaches, który przyjeżdża do Polski w celu zagrania paru koncertów. W takich przypadkach mam zwykle obawy, że kapela może mi się nie spodobać, a wtedy pozostanie grzecznie odmówić, napisać tekst „bezpieczny” albo ostatecznie zgnoić. Na szczęście jest jeszcze opcja z góry przekreślająca powyższy dylemat. Grupa gra zwyczajnie zajebiście i trafia z tym w mój gust.
Slowcoaches produkują bezwstydny, perfidny, i melodyjny rock’n roll. Możemy to bez obaw nazwać pop punkiem w niezależnym, hałaśliwym wydaniu a la The Marked Men, The Muffs, Teen Idols czy Unlovables. Do prostych, tętniących energią punkowych kawałków dorzucamy nieco radosnych akordów i wokal pani Heather. W ten sposób EP’kę rozpoczyna sympatyczny numer tytułowy. Przebija go po chwili teledyskowe „54”, świetna przebojowa piosenka prędko growerująca do statusu kawałka, który koniecznie musisz dołączyć do telefonicznej playlisty i zabrać ze sobą wychodząc z domu. Wszak wcale nie jest to gorsze od wyczynów Wavves czy innych indie-chałupniczych garażowców. Choć Slowcoaches pochodzą z Leeds to momentami brzmią bardzo kalifornijsko. Do gładkiej chwytliwości bardzo im jednak daleko. To muzyka wprost stworzona pod pogo, wystarczająco szalona i intensywna, ale nie pozbawiona elementów popowych.
Jeśli kogoś to przekonuje i do Warszawy ma blisko 21 września powinien pojawić się w Cafe Kulturalna.
Marked Men to jak na pop punkowe standardy kapela dość unikalna. Jeszcze na (świetnym) „Fix My Brain” nie rzucali się tak bardzo w oczy. Grali całkiem łagodne piosenki z wyraźnym posmakiem lat 60’tych pokroju singlowego „A Little Time”. Czasem bliżej było im do Ramones („Sully My Name”), czasem był to po prostu odświeżony, kapitalny rock’n roll („Going Crazy”). Na „Ghosts” powrócili jako zespół znacznie bardziej punkowy. Znów postarali się o oszałamiającą ilość klasowych, pierwszego sortu melodii, chwytów, riffów. Nie żeby byli jakimiś wirtuozami, ale to na czym budują swoje zręczne łupanki brzmi przecież wyśmienicie. Sprawność w dawkowaniu chwytliwych hooków i umilanie słuchaczowi czasu sytuuje ich w ścisłej czołówce dzisiejszych kapel ogólno-punkowych. Ostatni klucz do genialności „Ghosts” to hałas, jazgot, przyjemna kakofonia. Pokrywają nią swoje maks-przebojowe numery, sprawiając, że dla jednych stają się one niesłuchalne, dla innych nabierają ostatecznego, idealnego szlifu. Po pewnym czasie znajomości z „All In Your Head”, „Fortune” albo „One More Time” i szybkim przebiciu przez garażową warstwę docieramy do sedna. Dajemy się chwycić na ich haczyk. A one nie dają spokoju, bo kiedy je słyszymy coś się w nas gotuje. Noga, ręka, palce u dłoni, głowa, stopa. Prędzej czy później jedna z tych kończyn zaczyna żyć własnym życiem. Pop z teki The Zombies filtrowany przez zgrzytliwy punk rockTeengenerate to recepta zaskakująco dobra i trafna dziś, tu i teraz.
Duetowi Randy Randall & Dean Spunt od paru lat udaje się nieustannie utrzymywać pozycję bohaterów amerykańskiej indie-prasy. Zaledwie w 2007 wydali kompilację „Weirdo Rippers”, rok później potwierdzili klasę „Nouns”. O ile pierwsze wydawnictwo trochę zwróciło na nich uwagę, tak po tym drugim nie było już szanującego się fana alternatywy, który o No Age by nie słyszał. Trudno nie przyznać im zasług w szybkim spopularyzowaniu tej całej lo-fi punkowej/noise-popowej sceny, patrząc dziś na poczynania kapel w rodzaju Wavves czy Male Bonding. Choć niekoniecznie każdy w ich rzępoleniu odnajdywał pokłady garażowej poezji, to kawałki operujące energetycznym przyłożeniem oraz porcją kanciastej melodyki, takie jak „Teen Creeps”, na swój sposób podbijały serca. Można ich było odebrać jako przeciętną kapelę i to z beznadziejnymi wokalami, piszącą średnio finezyjne śmieć-rockowe piosenki, przewlekającą je czasami pseudo-artystycznymi fragmentami. Wielu jednakże widziało coś więcej.
Czy No Age to faktycznie cudotwórcy, którzy z pustych puszek i pękniętych butelek wyczarowują najwyższą, wysublimowaną sztukę, tego nie wiem. Jestem za to pewien, że jako rockowa kapela, grająca muzykę równie nośną, co mile kaleczącą narządy słuchu, a przede wszystkim porywająca do szaleńczej zabawy, sprawdzają się perfekcyjnie. Na „Everything In Between” nie brak galopujących, ociekających koncertowym potencjałem wymiataczy, czego egzemplarzowym przykładem jest zabójcze „Shed And Transcend” albo młócka w postaci „Depletion”. „Sorts” wkręca za sprawą swej banalnej rytmiki i niepoprawnie wyluzowanego wokalu. „Valley Hump Crush” z całkiem miłych senno-plażowych klimatów nie wiadomo w jaki sposób przechodzi do typowo No Age’owego modelu grania. Najbardziej zakręcona jazda to jednak świdrujące mózgownicę „Fever Dreaming”, schowane pod kultową na trackliście trójką.
Tak przedstawia się zaledwie jedna strona medalu. Na drugiej panowie dają upust eksperymentowaniu - ścianom dźwięku, shoegaze’ującym motywom, noise’owej, niczym nie ograniczonej, wesołej (albo i nie) twórczości. „Skinned” i „Katerpillar” to jak elementy jakiejś ambientowej/drone’owej układanki przypadkiem rzucone pomiędzy gitarową orgię. To samo z „Dusted”, na którym malują jeszcze dodatkowo coś na kształt dźwiękowego pejzażu do zachodzącego słońca. Fortepian zlewający się z szumem i delikatnym przesterem w „Positive Amputation” to już w ogóle kosmos.
Jak jedno z drugim może egzystować, nie gryząc się ze sobą? Na papierze może i wygląda to dość podejrzanie, ale wystarczy posłuchać aby stwierdzić, że się da. Styl grupy z Los Angeles na „Everything In Between” dzięki tej pozornej niespójności jedynie nabiera unikalnego smaku. A jeśli dodamy jeszcze kilka utworów, które nie wpisują się ani w jeden ani drugi schemat, wyłoni nam się danie wręcz wytrawne. Mowa tu o „Glitter”, który po kilku przesłuchaniach uświadamia słuchacza o swej genialności. Spokojny, pozornie nie rzucający na kolana singiel, gdzie wymawiane przez Spunta mądrym tonem kolejne słowa tekstu budują rzecz potencjalnie kultową. "I don’t fear god / Don’t fear anything at all/ Cause I know that’s where I’ve been/ Thoughts are moving/I’ve been wondering/When they take my turn to get a win/Everyone is out to get you again/ And I want you back/ Underneath my skin”. Skojarzenia z “Teenage Riot” uzasadnione. Mowa również o finalnym “Chem Trails”. Tam znów hałasy całkowicie schodzą z drogi piosenkowemu ułożeniu i urokliwym klawiszom.
Tak więc punkowy zgiełk ustawia się w parze z kojącym spokojem, prostota środków z bogactwem wyobraźni, gówniarska ekspresja z dojrzałością i stonowaniem. O co tu biega? „Everything In Between” jest jak zaduma nad dalszą przyszłością i zadyma na noise’owym gigu. Jak Bowie na drugiej części „Low” i Dismemberment Plan na nieokiełznanym debiucie. Może ja już za bardzo fantazjuję, wymyślam i przeginam, ale jak się nie podoba, to co za problem? Idźcie i ich sprawdźcie, zobaczcie koncert, kupcie płytę. Twórczość tej dwójki albo was wciągnie albo odrzuci. Obojętność nie powinna wchodzić w grę.