Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooks Was Here. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooks Was Here. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2016

10 polskich (odcinek 3)





















Z albumów takich jak „Long Story Short” generalnie trudno jest wycinać single. I choć „Lazing” zdecydowanie daleko do formatu przebojowej piosenki*, to zadanie zachęcenia ku dalszemu zagłębieniu się w płytę utwór ten mógłby wypełnić w stopniu wysokim.

Wyjątkowo często zdarza mi się utożsamiać muzykę z okładkami wydawnictw. Tak jest i tym razem. Spokojna gitarowo-ambientowa ścieżka otwierająca krążek Mateusza Franczaka pasuje w jakiś sposób do obrazka z zebrami leniwie przeżuwającymi trawę w czasie barwnego zachodu słońca gdzieś na afrykańskiej równinie. Z drugiej strony, mogą być to też na przykład dźwięki późnego miejskiego popołudnia spędzanego przy oknie w bloku. Wzbogacone o ledwie słyszalne odgłosy ulicy i skapującego deszczu.  

Czegokolwiek nie podpowiedziałaby wyobraźnia, nie zmienia się wniosek, iż kompozycja muzyka znanego z How How i Daktari raczy melodyjnością subtelną i relaksującą. Jako wstęp do albumu obfitującego w podobne impresje jest to element organicznej całości, ale i rzecz, w ciągu czterech minut, nieśmiało ożywająca życiem własnym.

* Nietaktem byłoby nie wspomnieć, że na „Long Story Short” pojawiają się też utwory z wokalem, właściwie piosenkowe, ocierające się wręcz o slowcore.



Najlepszym opisem dla liab będzie najpewniej przywołanie słów samego autora, który określił, iż zdecydował się na tworzenie muzyki, która „odstaje”. Sam ten fakt nie musi być jeszcze wadą ani też zaletą, a może być właściwie i jednym i drugim. Większym problemem elektronicznego kompozytora z Suwałek jest raczej nieuchronna nieinwazyjność tego rodzaju dźwięków, ale i coś poza tym. Podobnie jak w przypadku recenzowanego kiedyś przeze mnie New York Polack’s Dream, cały album „ii” zdradza, że mamy tu do czynienia ze stawianiem pierwszych kroków. Muzyką mało złożoną, brzmiącą trochę jak demo, choć na pewno podążającą w słusznym kierunku. W wyróżnionej przeze mnie z całości „Iluminacji” i w następujących bezpośrednio po niej „Nadziejach” słychać żywe zainteresowanie IDM, ambientem czy jazz/fusion. Jest miło i „niegłupio”, ale czy coś się z tego więcej urodzi? Nie przekreślam.



Rasowość pierwszego singla z nowej płyty Ocean Of Noise cieszy, choć w żadnym wypadku nie zaskakuje. Kto pamięta poprzedni krążek projektu Rafała Konopki, ten powinien bowiem wiedzieć, że już tam zdarzały się rzeczy świetne. Estetyka „Want To Dance” balansuje gdzieś pomiędzy melodiami „naszych” z Thin Man Records a wdziękiem klasycznych piosenek twee i indie popowych. Programowa lekkość nie kłóci się tu z kompozycyjnym konkretem. Instrumentalnie i wokalnie* jest więcej niż just fine. Smakowite hooki, takie jak ten klawiszowy na wysokości 1:13 albo hoooold my hand na 2:15, potrafią zaś wyskakiwać całkiem z nienacka. W tym roku muzyczna wiosna „buchnęła majem” już w kwietniu.

* za mikrofonem ponowne znalazła się Magdalena Noweta znana z Oh Ohio, Let The Boy Decide i kilku nagrań z poprzedniej płyty OON   



Każdy, kto interesował się kiedyś polską niezależną sceną gitarową, zgodzi się pewnie, że A Man Asleep brzmią niczym podręcznikowa młoda kapela z dużego miasta, grająca bliżej nieokreśloną hybrydę indie rocka, post-punku i czegoś garażowego. Zaletą tych grup jest zazwyczaj zauważalne osłuchanie oraz fakt, że pomimo niewielkich możliwości i średnio zaawansowanych umiejętności ich propozycje nie schodzą poniżej pewnego poziomu.  

Wada to z kolei wszystko, co wiąże się z byciem początkującym zespołem. Średnia produkcja, często niezbyt wyróżniający się wokal i ogółem brak czegoś charakterystycznego. O każdą z tych rzeczy można chwilowo posądzić też poznański kwartet. Mimo to EP’ka „Broken” i wytypowany z niej przeze mnie „Beginning” zwyczajnie nie bolą.

Za kawałkiem spod indeksu drugiego przemawia zaangażowanie. W śpiewie i partiach gitarowych da się usłyszeć energię i przejęcie, odnotować należy też dobrą rękę do melodii. Treściwie wybrzmiewają bas i perkusja, emocje sprawiają wrażenie autentycznych. Refren mógłby być na pewno lepszy, ale i bez tego solidnej piątki z plusem (w skali na dziesięć) nie można odmówić.  



Zmiana języka przyniosła Brooksom efekt maksymalizacji przekazu. Od kiedy Mateusz Romanowski wykrzykuje teksty po polsku, zdania stają się naturalniejsze, a ich znaczenia ostrzejsze i bardziej wyraziste. Coś musi zostać powiedziane, a taki sposób artykulacji wydaje się najwyraźniej najskuteczniejszy.

Formuła okazała się pod tym względem trafna. Uderzająca po głowie treść linijek nie daje się podczas słuchania zagłuszyć ani zignorować. Tym bardziej, że w wyrażaniu swoich przemyśleń wokalista grupy nie stroni od drastyczności: Idź do trupów i zapytaj ich jak jest zdychać za muzea, Lunaparki, pola bitwy, Wszyscy chcą jeść popcorn od powstańca, Idąc na rzeź. Chcąc nie chcąc, nieuniknione są tu skojarzenia z innym polskojęzycznym zespołem Romanowskiego, czyli Melisą.

Muzycznie, „Lunaparki” to chaos i finezja w jednym. Masa hardcore’owego zgiełku, ale też ciekawe przejścia, błyskawiczne przeskoki, aregularna jazda. Z echami wszystkiego, co bezkompromisowe od At The Drive-In przez United Nations i Touche Amore po Converge.



Tak mógłby może brzmieć jeden z utworów Lee Ranaldo, gdyby wokalista i gitarzysta Sonic Youth zamiast w Nowym Jorku urodził się w Warszawie. Pomimo stosunkowo nieagresywnego charakteru, tkwi w „Rosemary’s Baby” jakiś element niepokoju i wyczuwalnego pod skórą niebezpieczeństwa. Ów klimat w zwrotki wspólnie wkomponowują wokal, tekst, gitara i bas, przy czym zwrotka druga okazuje się pod tym względem jeszcze bardziej gęsta. Kiedy Tymon Adamczyk śpiewa: help me god, I’m not insane yet, ja nie czuję się przekonany co do jego zapewnienia. Kiedy wymawia słowa: If i could pay for your forgiveness, I would play with jesus passion, przypomina mi się niejaki Greg Dulli. Silna rekomendacja dla fanów wszelkiej maści rockowego ponuractwa.


Nie do końca rozumiem o czym śpiewa zespół Pan Trup, jaki właściwie gra gatunek i dlaczego jego członkowie za rzadko patrzą w morze. Wiem jedynie, że „Yoko Yo Ono” to dość zwariowany, choć całkiem chwytliwy i przyjemnie brzmiący kawałek, w którym melodyjne klawisze, gitary i sekcja rytmiczna próbują skomponować się jakoś z ekscentrycznym wokalem wyśpiewującym absurdalną historię. Powiedzmy, że Vampire Weekend łamane na Cool Kids Of Death. Połączenie, jakie nie powinno mieć racji bytu, a jednak.



Bezpośredni jak tylko to możliwe hołd dla klimatów lynchowskich. Roman Szczepanek i Wojciech Żurek z całą mocą odwzorowali mroczny nastrój ścieżek dźwiękowych do "Blue Velvet" czy "Miasteczka Twin Peaks", łącząc go jednocześnie wyjątkowo gładko ze stylem odpowiednim dla dotychczasowych piosenek RitaHolm. Chylę czoła przed bogactwem melodyjnych struktur „Laury Dern”, pochłaniającą głębią utworu i sensownymi linijkami tekstu. Warto poznać jak najszybciej.    



Jak dotąd, nie wiedzieć czemu, nie do końca udawało mi się zrozumieć fenomen utworów SoundQ, których miałem okazję słuchać. Daleko było co prawda do wystawiania im złych ocen, a jednak coś za żadne skarby nie chciało, jak to się mówi, „kliknąć”. „Out Of Phase” przynosi tymczasem znaczący przełom w „relacjach” i wyraźne ocieplenie. Przenikliwy electropop krakowskiego zespołu od pierwszych chwil zdobywa uznanie światowym sznytem, pociągającym brzmieniem synthów i bitów. Dźwięki oddają chłodną, klubową atmosferę i choć bez wątpienia da się przy nich tańczyć, to nie mamy tu raczej do czynienia z dyskoteką radosną. Odbiór z mojej strony jest tym razem klarowny i jednoznaczny. Daję się schwytać i ponieść.   



Na głębokim motywie gitarowym z „Will Be Fine” dałoby się zapewne oprzeć jakiś całkiem intrygujący post-rock/slowcore rodem z pierwszej połowy lat 90. Pechowo dla zwolenników takiego potencjalnego rozwiązania utwór grupy Tranquilizer podąża jednak w całkiem inną stronę. Kierunek w ogromnym stopniu wyznacza kobiecy głos, wyraźnie prowadzący kompozycję ku stylistyce gotyckiego rocka, co potwierdzają zwłaszcza charakterystyczne pogłosy. Są tu momenty, które mi się podobają i takie, z jakimi niekoniecznie mi po drodze. Na plus zaliczam pustynność i posępność pięciominutowej kompozycji, na minus słabiej zagospodarowane chwile, w których gitara milknie. Plusem będą niektóre z wokalnych ruchów pani Luny, minusem zaś niektóre z jej pozostałych poczynań...  Tak więc, jak na mój gust, trochę zgrzyta, ale być może „Will Be Fine” to po prostu granie na gusta zupełnie inne. 

czytaj poprzedni odcinek

środa, 13 listopada 2013

Zaległości i świeżynki z rodzimej sceny















The Shipyard? Tak, to ten zespół, który wczoraj w porze wczesno-wieczornej, nieco przed dobranocką zagrał kawałek Joy Division w TVP1. Jaja? Nie, nie robię sobie jaj i chyba mi się nawet nie przyśniło. Mimo, że herezje we mnie od lat... . Siląc się już na powagę i przechodząc do tematu kompletnie właściwego, kilka miesięcy temu grupa Rafała Jurewicza przypomniał o sobie za sprawą całkiem ciekawego, coverowego wydawnictwa. Zamiast po raz tysięczny brać na warsztat „Telefony” albo „Białą Flagę” panowie złożyli hołd Republice, przygotowując swoje wersje znacznie mniej znanych kompozycji autorstwa Grzegorza Ciechowskiego. Dla mnie faworytem z podwójnego singla jest istotnie hipnotyzujący kawałek ukryty pod indeksem drugim. A imię jego „Wielki Hypnotyzer”, trwający 4:44. Oryginał to oczywiście prawdziwa miazga, atakująca całym arsenałem środków wyrazu 80’sowego, zimnego jak lodowiec post-punka. Wykonanie The Shipyard ma natomiast swój własny klimat, jest pracą wykonaną rzetelnie, ultra-słuchalnie i wciągająco. Maniakalny, schizofrenicznie-abstrakcyjny i nie mniej godny uwagi „Układ Sił” przemieniono w momentami masywnie gitarową propozycję, w której jak to u The Shipyard (albo na przykład Killing Joke) wkrada się również smaczna warstwa nowo-falowej przestrzeni. Więcej takich przypominajek bardziej zakurzonych kawałków polskich klasyków miło byłoby usłyszeć okolicznościowo, raz na jakiś czas. Także od innych kapel.



Twórczość HOAP bardzo kojarzy się ze wczesnym, gitarowym Radiohead, zespołami reprezentującymi totalnie rozmarzone oblicze post-rocka (dźwiękowe pejzaże niczym u Alcesta) czy kilkoma innymi muzycznymi wspomnieniami, które uznaję za nie mniej, nie więcej jak przyjemne. Problem z tego typu wykonawcami polega na tym, iż przy tak wyraźnych inspiracjach przegiąć pałę mogą zdecydowanie zbyt łatwo. Chłopacy z Warszawy tej niemiłej sytuacji w moim mniemaniu jednak zręcznie unikają. Piosenki z ich debiutanckiej EP’ki są jak przysłowiowe „High And Dry” łamane przez piękny dream-pop, melodyjnie dopieszczone, ulotne i niekiedy wręcz zniewalające (kapitalny nr 3 - „Peter”). Tomasz Kopeć to nie ukrywajmy, naśladowca wyczynów wokalnych Thoma Yorke’a, ale śpiewający z nadzwyczaj sprawnym angielskim akcentem. Instrumentalnie też miewają momenty świetne (finał „New World”). Cóż na ten moment powiedzieć więcej? Dobry band, bardzo dobry pewnie jeszcze będzie.















Nie taka znowu wielka przemoc, właściwie dźwięki całkiem przyjazne dla tych, co lubią rzeźnię umiarkowaną. Jako zwolennik kompromisów i złotych środków do nowej EP’ki Brooks Was Here podchodzę więc entuzjastycznie. Panowie Mateusz Romanowski i spółka wyciskają tu swoistą esencję pewnego odłamu warszawskiej sceny niezależnej, którego złem byłoby nie uznać za samo dobro. Na „High Violence” do głosu dochodzi zgrzytający, wrzaskliwy, niekiedy niemalże zdychający post-hardcore, może nawet najlepszy od czasu ostatniej płyty Setting The Woods On Fire. Są i śladowe ilości czucia odpowiedniego dla zacnego 90’sowego emo’core’a, obowiązkowa garażowa niedbałość no i... lekka nierówność, nie mącąca jednakże głównie przyzwoitego wrażenia. Plusy stawiam przy „Under Control” i „Underclass Consumers”.


Crab Invasion – Way Too Close














Ostatnim razem Crab Invasion rzucili utworem doprawdy bardzo mocnym w kategorii balety/indie/sophisti-pop. „Dart” było lekkostrawnym, ale wysublimowanym jednocześnie i szalenie rozrywkowym towarzyszem wakacji. „Way Too Close” jest zaś uderzeniem we właściwie tę samą nutę, ten sam nastrój, tę samą zażerającą chwytliwość. Wypada to ledwie minimalnie słabiej od poprzednika, najwyżej pół noty, bo wciąż przebojowo nakręca i pląsa sobie radośnie. Można się sprzeczać o to z jak dobrym w rzeczywistości mamy zespołem do czynienia (pije do pewnej owocnej dyskusji dla wtajemniczonych), ja wiem jedynie, że ostatnio pod względem fajnych popowych hooków rozlokowanych w jednym niepozornym kawałku, aż tak wielu na rodzimej scenie im nie dorównuje.   




Na koniec wciąż ciepły, świeżutki singiel, w dodatku z zajebistą okładką. Judy’s Funeral swoje dotychczasowe noise-rockowo/shoegaze’owe brzmienie inspirowane A Place To Bury Strangers/Jesus And Mary Chain wymieszali tym razem z melodiami więcej niż lekko ocierającymi się o klimaty surf-rockowe. W efekcie, za sprawą „Down Deep” dostajemy coś przypominającego z twarzy twórczość sympatycznej, kalifornijskiej ekipy Crocodiles. Co to właściwie znaczy z mojej strony? Dobrze jest czy źle? Spoko, jak najbardziej. Po drugiej stronie, regularny b-side, „Lose Yourself”. Przestrzenny, intrygująco pulsujący i mieniący się ambientowymi (!) barwami instrumental. Niezła niespodzianka prawdę mówiąc, no i zagadka jednocześnie. Co oni na tym longplayu wykombinują?