Pokazywanie postów oznaczonych etykietą experimental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą experimental. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lipca 2012

3x Nasiono

Jeśli coś się w polskim niezależnym graniu dzieje to od jakiegoś czasu spora w tym zasługa trójmiejskiej sceny i niezmordowanej wytwórni Nasiono Records. Poniżej krótki przegląd części zawartości ich tegorocznego katalogu.

Na początek recenzja, która już dwa miesiące temu miała pojawić się na łamach Electric Nights, ale wyszło inaczej.


Trans-syberia – 1/H (2012)












6

W oczekiwaniu na debiut The Shipyard fani nieobliczalnego kolektywu skupionego wokół Nasiona posilić się mogą krótką, gęstą od drone’ów i klimatycznych szumów płytą projektu Trans-syberia. Na placu boju pozostali już tylko Krzysztof Wroński i Joanna Kucharska, Michał Miegoń tym razem nieobecny. Można powiedzieć, że duet tworzy coś do czego jak dotąd nie zostaliśmy przyzwyczajeni, ale przecież znając wcześniejsze dokonania tych ludzi trudno być przyzwyczajonym do czegokolwiek. Tak więc, nie dziwi arktyczny, mroczny klimat, dźwięki zainspirowane Godspeed You! Black Emperor czy Autechre, hipnotyczna podróż po nieznanych, złowrogich przestrzeniach. Czuję się tu czasem jak w „Coś” Carpentera, lub niczym w łodzi podwodnej przemierzającej tajemnicze głębiny, choć zapewne każdy zwizualizuje sobie obrazy zupełnie odmienne. Najpierw dostajemy trzy kilkuminutowe fragmenty, zatytułowane sugestywnie jak „Sztokholm” czy „Lód” by w końcu na dobre pogrążyć się w niemal półgodzinnym, intensywnym transie nagrania tytułowego. Być może niektórzy uznają, że za mało się dzieje, brzmienie jest zbyt monotonne i stanowczo za długie. Można w końcu na to konto przesłuchać dziesięć klasycznych, trzyminutowych piosenek. Ta muzyka zapewne brzmi jednak w ten sposób, bo zwyczajnie taki efekt jej twórcy sobie założyli. Jeżeli chcecie sięgnąć, również bądźcie świadomi tego co was czeka. Dla lubujących się w kontrolowanej klaustrofobii, niepokoju i sugestywnym praniu mózgu.

BANDCAMP

*

Po drugie zapowiedź najbardziej oczekiwanej polskiej płyty wakacji, a może i roku.

The Shipyard – Downtown (singiel) (2012)












7

Grupa Piotra Pawłowskiego (Made In Poland), Rafała Jurewicza (Sound Of Pixies), Filipa Gałązki (Brygada Kryzys, Tymon & The Transistors, Izrael), Michała Miegonia (Kiev Office) i Neli Gzowskiej (Kobiety). Taki skład zobowiązuje, poza tym taki skład chcąc nie chcąc musi produkować świetną muzykę. „Downtown” w żadnym razie nie uderza awangardowością, eksperymentem czy alternatywą. To łagodnie poprowadzony, delikatnie shoegaze’ujący, wzorowo wręcz radiowy kawałek. Zręcznie sprawdzający się póki co jako samodzielny fragment, zachęcający lead-singiel i bezpretensjonalnie ładna piosenka. Nie ma raczej co liczyć na cały album w takim klimacie (sprawdźcie koncertowe „Music Is Only The Chance”), ciekawe jest jednak jak nagranie wpasuje się w zapowiadaną na 31 sierpnia całość.



*

Na koniec, jeszcze jedni przedstawiciele nadmorskiego, gitarowego uderzenia.

Pomelo Taxi – Gents/Muppets (singiel) (2012)












5.5

Pomelo Taxi, trio zainteresowane nową falą, hardcorem i alternatywnym popem. Z nimi rozmowa wygląda nieco inaczej, bo ich „pop” nijak ma się choćby do mega-przystępności piosenki zamieszczonej powyżej. Kapela nie jest najwyraźniej zainteresowana kompromisowymi rozwiązaniami. Milo i Max stawiają na garażowość i dezorientację, Rysiek (dziewczyna) dorzuca wokalny konkret. Na razie niewiele kart odsłaniają, bo obydwa nagrania trwają w sumie niecałe 5 minut. Niemniej jednak, do sprawdzenia dla tych, którym podobały się utwory Marli Cingler.

MySpace

sobota, 7 lipca 2012

Joan Of Arc - Life Like (2011)












7

Znając dorobek i historię grupy artystów skupionej wokół projektu Joan Of Arc i wytwórni Polyvinyl, trudno dziś nie zauważyć, że nadeszły dla nich spokojne czasy. Dawniej Tim Kinsella kombinował na potęgę, zaspokajał ciekawość poprzez przesadzone zabawy z elektroniką i samplami oraz w większym stopniu zadziwiał tekstami. Było to zresztą w jego artystyczną naturę jak najbardziej wpisane i tej ekscentryczności Tim nie da się całkiem pozbawić zapewne nigdy. Nie zmienia to jednak faktu, że kilka ostatnich płyt JOA wydawało się już całkiem do strawienia nie tylko dla oddanych fanów "kinsella-core'u", ale i dla przeciętnych zjadaczy pitchforkowego indie rocka. 

Tak czy inaczej, przed sięgnięciem po "Life Like" trapić mogła myśl, czy nadal będzie tu tak w miarę normalnie, czy może chłopaki pokuszą się w końcu o jakiś gigantyczny przewrót? Oficjalna odpowiedź jest taka, że obeszło się bez niespodzianek. Nie strach nawet powiedzieć, że wszystko utrzymuje się tu bardzo w ich stylu (pomijając już fakt, że ten styl zmieniał się często). Przebili „Flowers” czy nadal przędą na tak samo średnim poziomie? Znów bramka numer 1. Tym razem spójność jest wręcz wzorowa, a ogólna jakość wyższa. Ostatni wniosek wiąże się zaś z tym, że poza znanymi, lubianymi rozwiązaniami pojawiają się i drobne akcenty, których wcześniej nie było (jak „Fogbow” i „The Garden Of Cartoon Exclamations” na „Kwiatach”). Co prawda nie spektakularne, ale dowodzące, że emerytura poczeka, a w kwestii ewolucji grania Joan Of Arc jeszcze nie wszystko zostało przesądzone.

Rozpoczynającej math-rockowej suity „I Saw Messed Binds Of My Generation”, w której brzmią, jakby mogli w ten sposób razem jammować do końca świata i o jeden dzień dłużej nie trzeba kochać, ale chyba wypada przez 10 minut zaakceptować. „Love Life”, czyli właściwie singiel, pokochałem dla odmiany z miejsca. Zainicjowany myląco wesołym intro, po czterdziestu sekundach zaskakuje pesymistycznym zwrotem akcji. Rozgoryczonemu wyznaniu Kinselli: It’s so hard to know what’s right wtórują po chwili klarowne bębny i równie wyrazista gitarą, a nagranie nabiera nieco cierpkiego, acz interesującego posmaku. Podobnie sytuacja wygląda w „Like Minded”. Najpierw zagmatwany instrumentalny wstęp, a następnie przejście do meritum, czyli pięknej, smutnawej melodii, poprawionej zaraz kolejnymi, mogącymi przypominać o dawnych inklinacjach z midwest emo. Jeszcze lepiej prezentuje się „Life Force”. Mam za ten numer ochotę Tima uściskać, jak i dać mu po gębie. Uderzające niczym promyki słońca Let’s cut each other strings to niewiele ponad minutowa poprawa humoru, magiczna dawka nadziei i optymizmu. Czemu tylko w porcji tak nieznośnie głodowej? Ponoć starszego z braci Kinsella nigdy zbyt długo nie interesowała muzyka, która nie jest w jakiś sposób straszna. 

Później robi się już dość klasycznie. Instrumentalna perfekcja, kilka ciekawych motywów i sporo minut dobrego, zajmującego słuchania. Nawet jeśli pod indeksami 5-8 nie odnajdziemy żadnego potencjalnego kinsellowskiego hitu. Taki trafia się za to pod kończącym „Life Like” numerem 9. „After Life”, piosenka chwytliwa, podpadająca niemal pod hymn śpiewany na kilka głosów,  przy której aż chce się klaskać w dłonie, zmniejsza żal po pollardowym "Life Force". 

W recenzji ostatniego albumu Monster Movie redaktor Pitchforka stwierdził, że choć płyta genialna nie jest, to zespól brzmi nareszcie tak, jakby cieszył się swoją muzyką. Joan Of Arc zawsze było do twarzy w udziwnionych kompozycjach i mrocznych impresjach. Dziś ich twórczość jest jak pomieszczenie, w którym ktoś delikatnie uchylił okno oraz odsłonił firanki. Okazuje się, że tak też może być dobrze i nie trzeba nawet wychodzić ze swojego świata (słychać tu w końcu patenty z wszystkich wydawnictw JOA), ale wpuścić do niego nieco powietrza także nie zaszkodzi. Tim jest chyba nareszcie szczęśliwym gościem, a przynajmniej teraz wypada w tym przekonująco.

czwartek, 5 lipca 2012

Joan Of Arc - Flowers (2009)












5.5

„Flowers” zaczyna się doskonale, wzbudzając nadzieje na coś równie dobrego, jak „Boo Human”. Mamy tu trochę nowości, sporo trafnych pomysłów i relatywną przystępność. "Fogbow", prawdziwy balsam dla ucha, elegancko wykorzystuje subtelną elektronikę, doskonale lepiącą się z głosem Tima Kinselli. „The Garden of Cartoon Exclamations” intryguje chóralnymi wokalami na początku i fenomenalnymi klawiszami. Instrumentalne nagranie tytułowe to prawie siedem zadziwiających minut, brzmiących niczym halucynogenne jam session zrobione gdzieś na łące lub w lesie. Ciepło można się odnieść jeszcze do przyjemnie piosenkowego „Explain Yourselves #2”, gdzie dźwięki wydają się uciekać z ciasnego pokoju i szukać przestrzeni.

Ale jest też druga strona monety. Dalej robi się stanowczo zbyt swobodnie i fragmentarycznie, wkracza wodolejstwo i ucieka konkret. Już piąte na liście „Tsunshine” demonstruje sposób przynudzania większej części drugiej połówki płyty. Wkurzać może brak regularnych kompozycji, którymi panowie zachęcili na początku. Tu dwie minuty żwawego „A Delicious Herbal Laxative”, tam moment dłuższego, ale za to niesatysfakcjonującego „Explain Yourselves” i znów dwa razy po dwie minuty „Table of the Laments” oraz „Fable of the Elements”. Pierwszy brzmi, jakby zrobili go totalnie na czuja i bez idei, drugi to dźwiękowa zabawa z dzwoneczkami. Może nie ma tragedii, ale niedosyt pozostaje. „Life Sentence”/” Twisted Ladder” to taki rock w świecie Kinselli. Ledwie się kończy a my już jesteśmy świadkami zamknięcia płyty znów bardzo skromnym „The Sun Rose”.

Ładne kwiatki można by rzec. Może i ładne, ale jak to kwiatki, na dłuższą metę mało użyteczne. „Flowers” na całej swej płaszczyźnie przypomina zbiór nie mających nic do siebie impresji. Niczym typowa płyta, którą genialny muzyk napisał na kolanie i nagrał w krótkim czasie, objawia część jego geniuszu, ale i zbyt często zawodzi.

środa, 4 lipca 2012

Joan Of Arc - Boo! Human (2008)












9

Względna normalność znów okazała się sojuszniczką Joan Of Arc. „Boo Human” podejmuje tematykę brzmieniowo dużo bardziej zróżnicowaną od „Eventually All At Once”, ale jednocześnie z przystępności "parasolkowego albumu" nie umyka tutaj wiele. Choć na swojej dziewiątej płycie panowie nie czarują już tak bardzo pod względem atmosfery, to z drugiej strony nie ma też na niej przesadnego powrotu do chorobliwych rejonów „In Raped Fantasy…” ani tym bardziej masywnych eksperymentów „The Gap”. 

Wyróżniłbym z tego krążka trzech zdecydowanych faworytów. Hipnotyczną folk-balladę „Shown And Told”, kameralne „A Tell-Tale Penis” i porażające motywem fortepianu „Vine On A Wire”. Kiedy w ostatnim z wymienionych Kinsella wypowiada słowa the only impossible thing has happened, jestem skłonny uwierzyć w realność tej niesamowitej rzeczy. Wyjątkowo ciekawie wypadają krótsze fragmenty przeplatające krążek. Apokaliptyczne „9/11 2” z złowrogą wiolonczelą i gorzkim artykułowaniem Tima, mistrzowsko schizofreniczne „Everywhere I Go”, beztroska ciekawostka „Insects Don’t Eat Bananas” oraz elektroniczne „Lying And Cheating Mind”. W końcówce dominują post-rockowe pejzaże: “The Surrender #1” , “If There Was a Time #2”, “The Surrender #2”. Raz całkiem ciekawe, innym razem wyraźnie przynudzające, przez co równość materiału zostaje zachwiana. Nie na tyle jednak by popsuć słuchaczowi obcowanie z nim. 

„Boo Human” to kolejny błyskotliwy album zgodny z duchem Joan Of Arc. Trochę naturalnie dziwny, jak wszystko czego dotknie się starszy z braci Kinsella, ale nie przesadnie udziwniony i w gruncie rzeczy stosunkowo dla odbiorcy przyjazny. Jak to powiedział Tim: I listen to a lot of weird music, but I listen to a lot of not-weird music, too. A jeśli słuchanie i tworzenie są u niego powiązane, to płyty takie ja ta oddają ową sytuację co do joty. 




once we spent our afternoons
dancing in our living rooms
now shes giving into her most unlit corners too soon

wtorek, 5 czerwca 2012

Joan Of Arc - Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain (2004)












10

Jeśli pierwsze cztery płyty Joan Of Arc można uznać za okres poszukiwań, a kolejne dwie są już dowodem znalezienia tego „czegoś”, to wraz z „Joan Of Arc, Dick Cheney Mark Twain” dochodzi u nich do osiągnięcia pewnego mistrzowskiego pułapu i doprowadzenia własnej charakterystycznej estetyki do poziomu bliskiego perfekcji. Ten album uznaję osobiście za opus magnum grupy oraz pierwszy z jej trzech w ogóle najlepszych krążków, wydawanych kolejno w latach 2004-2008. Są na świecie arcydzieła niedocenione, są też ponoć rzeczy, które nie śniły się filozofom. Jeśli chcecie dowodu na ich istnienie, posłuchajcie po prostu tej płyty.

"Dick Cheney..." to przestrzeń, w której dochodzi do bezbolesnego zatarcia granicy między popem a awangardą. Pierwsze objawia się w znakomitych kompozycjach i melodiach. Drugie niczym duch nawiedza i przenika całość, nadając jej niewiarygodny wymiar. Teksty Tima są jak skomplikowana poezja rażąca geniuszem w wyrafinowany sposób. I to od samego właściwie progu, bo takie: I’ve materialized, Into this worded world, A metaphysical sceptic, An insomniac narcoleptic, So I live alone with Ben Franklin’s ghost, He’s my freemason, And I’m his host niejednego liryka pozostawiłoby w stanie osłupienia. „Questioning Benjamin’s Franklin Ghost” z filozoficznym zacięciem oraz zgrabnym fortepianowym motywem zaczyna paradę świetnych pomysłów i dowodów artystycznej unikalności. Wtóruje mu akustycznie zagrane, wyśmienite „Apocalypse Politics” – nieformalna zapowiedź „Eventually All At Once”, a następnie smagające umysł elektronicznymi biczami „The Title Track Of This Album”, gdzie doświadczamy m. in. odgłosów świdrowania, klasztornego chóru i kilku mechanicznych głosów wymawiających tytuł. JOAN OF ARC, DICK CHENEY, MARK TWAIN. Witajcie w naszej bajce.

Jako próbę sił Joan Of Arc w barokowym popie lub mrocznym kabarecie możemy potraktować „Queasy Lynn”. Utwór kompleksowo zaaranżowany i misternie poprowadzony. Ze świecą szukać na wcześniejszych płytach formacji tak zwartej kompozycji. Jak dotąd wszystko wypada wręcz idealnie, ale nie jest to aż tak dziwne, biorąc pod uwagę, że za album odpowiada chicagowski dream-team. Wśród muzyków między innymi Nate Kinsella, Mike, Tim, Sam Zurick, Bobby Burg czy wypożyczony z Alohy Cale Parks i jego wibrafon. Jakby tego było mało miksuje legenda tamtejszej alternatywy John McEntire, a płyta zapisuje się jako pierwsza pozycja JOA w katalogu Polyvinyl Records. Dopiero cztery kawałki za nami? Serio? To ja biorę sobie przerwę, bo już 2:43, a na zajęcia trzeba jakoś wstać.

Ok, dzień kolejny, możemy kontynuować. Powtarzane mantrycznie You can not want to not want w “White And Wrong” utwierdza mnie w przekonaniu, że takie Joan Of Arc kocham najbardziej. Miazgą kolosalną jest jednak dopiero „Onomatopoepic Animal Faces”, w którym głęboka melodia fortepianu przeszywa na wskroś, a Tim kruchym głosem, z nieokreślonym smutkiem i zadumą artykułuje zwrotkę, aby następnie wznieść się wokalnie i  równie emocjonalnie wyśpiewać refren.

„A Half-Deaf Girl Named Echo" to jeszcze jeden efekt wyśmienitego zgrania, muzykalności i owocnego kombinowania. Krótka wyliczanka na temat „konspiracji” - „80’s Dance Parties Most Of All”, elektroniczny dziwoląg „Deep Rush” i The Sea And Cake'owe „Gripped By Lips” składają się na ciąg przeróżnych dźwięków i pomysłów, jakim przesłuchujemy się z jednakowym zainteresowaniem. Ważnym punktem jawi się „Fleshy Jeffrey”, quasi-ballada, najbliższa stylistycznie „Queasy Lynn”, bardziej rozgoryczona, choć równie udana. „Abigail, Cops And Animals” wyśpiewane/deklamowane jest złowrogim szeptem na tle bogatej aranżacji, klawiszy, basu i wiolonczeli. Hałaśliwa przeszkadzajka „Still From Miss Kate’s Texture Dictionary” zapowiada zaś brzmiące niemal jak ghost story „The Details Of The Bomb”. Wraz z tym utworem robi się naprawdę zagadkowo oraz metafizycznie, a kontynuowanie podobnego klimatu w „I Trust A Litter Of Kittens Still Keeps The Colosseum” okazuje się strzałem w dziesiątkę. Tu następuje jego rozwinięcie i maksymalizacja. Awangardowo-jazzowe trąbki wkradają się w utwór, burząc fortepianową posępność i tworząc być może najbardziej zapierający dech w piersiach fragment albumu.

Jest w „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” coś z ducha „NYC Ghosts & Flowers” Sonic Youth. Aura niesamowitości, jakiegoś muzycznego spirytyzmu i ponadzmysłowego oddziaływania. W „Telephone Have Begun Making Calls” nie pada już ani jedno słowo, ale można odnieść wrażenie, że za moment Lee Ranaldo albo Thurston Moore zaczną tutaj swój nastrojowy storytelling. Zamiast tego do głosu dochodzi parada zupełnie innych dźwięków. Jakby w pustym, ponurym domu przedmioty i instrumenty same z siebie zaczynały grać i to w dziwnej, nawiedzonej harmonii oraz kombinacji.„The Cash In And Price” to już napisy końcowe. Lista nazwisk ludzi przeróżnych, od Osamy Bin Laddena po Kathleen Hannę. 

Epicki i pomysłowy, nieogarnialnie kapitalny "Dick Cheney..." zapisuje kolejną mocną kartę w dziejach chicagowskiej sceny niezależnej. Kreatywność oraz oryginalność w czasie długich 57 minut ani przez chwilę nie robią sobie na tym albumie przerwy. Nieodłączne elementy, które Joan Of Arc zaadaptowali wcześniej do swojego krwiobiegu, nie zawsze jednak dające się gładko pogodzić, dopasowane są tu do siebie w przemyślanych proporcjach i odpowiednich miejscach bez najmniejszego zgrzytu. Wszystko komponuje się w intrygujący porządek, a efektu o dziwo nie psuje zupełnie nic. Dwa lata później Tim Kinsella kontynuować będzie świetną passę, ale tym razem już za sprawą dzieła o wiele lżejszego kalibru.

środa, 11 stycznia 2012

Aloha - Sugar (2002)













7.5

Na „Sugar” nieco zanika znana z pierwszej płyty kombinacja jazzu z indie popem, a zespół o wiele chętniej kultywuje tradycje post-rockowe. Młodszej siostrze „That’s Your Fire” nie odmówimy tych samych rysów i ogólnego podobieństwa. Przemianie ulegają kształty, podczas gdy te same pozostają środki. 

Produkcja, brzmienie i udział poszczególnych instrumentów nie różnią się zbytnio. Te same kapitalne gitary, wyrafinowana rytmika i wibrafon. Już łechtające narząd słuchu dzwoneczkowe intro „Fractures” sprawia przyjemność w znajomy sposób. „They See Rocks” może jedynie wzmocnić wrażenie, że oto przed nami wierny follow-up debiutu, jawiąc się przy okazji utworem na poziomie tych najlepszych sprzed dwóch lat. Po nim następuje jednak mój ulubiony „Let Your Head Hang Low”, który co prawda przez kilka minut pozostaje wpadającą w ucho piosenką, ale im dalej w las, tym wyraźniejsza staje się w nim ucieczka od tradycji zwrotkowo-refrenowej. Mamy tu swoiste "Sugar" w pigułce, a więc z jednej strony melodyjne słodkości, z drugiej rozciągnięte końcówki, kombinowane struktury i improwizacje.

Jeśli ktoś ceni sobie eksperymentowanie, „Sugar” trafi do jego serca być może bardziej niż „That’s Your Fire”. Z grubsza rzecz biorąc, różnica jakościowa między tymi płytami jest jednak kosmetyczna, a obecność kompozycji tak dobrych, jak "It Won't Be Long", „I Wish No Chains Upon You” czy „Dissolving” sprawia, że można tu odpłynąć co najmniej równie mocno. Na drugiej płycie Alohy piękno i progresja triumfują na całej linii. 

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Joan Of Arc - In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust (2003)












7

Ta płyta przy kilkuletniej znajomości przysporzyła mi wielu mieszanych wrażeń. Od poczucia fantazyjnego zgwałcenia, kiedy okazało się, że Joan Of Arc nie zawsze brzmieli tak, jak na „Eventually All At Once”, przez częściową sympatię do niektórych fragmentów, po niemal całkowitą akceptację i zrozumienie czegoś, czego najlepiej nie rozumieć.

I started. he said so. are you from around here? Well if anyone invites you in, just politely say “no thank you.”

Kuriozalne poczucie estetyki daje o sobie znać już na początku, w specyficznej (jakżeby inaczej) opowieści o synu farmera. Samo „Sing The Scarecrow Song” wystarczy, aby uświadomić sobie, że choć są lepsi i więksi, to drugiego takiego jak Tim Kinsella nie ma na pewno. Następujące po nim lunatyczne „Happy 1984 and 2001” z wyliczanym jak mantra: sidewalk shadow, bird shadow, cowboy shadow, bicycle shadow, cigarette shadow, marijuana shadow, cocaine shadow, ecstasy shadow, Dick Cheney shadow, zapisuje się jako jeden z najbardziej pamiętnych momentów krążka. Przedziwny, choć znakomity zarazem.

Za sprawą sennie uwodzącego „Excitement Is Exciting” dowiadujemy się, jak może brzmieć odpowiedź Joan Of Arc na neo-psychodelię. Tuż po nim doznajemy zaś kompletnego absolutu w postaci „Barge”. Utworu prowadzonego tym razem przez obojętny głos Todda Mattei, do cna smutnego i dołującego, ale z której by strony nie spojrzeć doskonałego. Melodia fortepianu, późniejsze harmonie wokalne z Timem i odległe pogłosy przynoszą poczucie obcowania z czymś jedynym w swoim rodzaju. Klasę solidnie podtrzymuje także „Gang Language”, który domyka pierwszą część podróży, gdzieś na granicy irytującej bezsenności i kolejnych koszmarów.

Za sobą mamy więc już tę przyjemniejszą część płyty, przed sobą z kolei intensywny mind-fuck. Sny robią się coraz bardziej surrealistyczne, nieregularne i rozmazane. Muzycy Joan Of Arc rezygnują z opanowania i nie zamierzają dłużej trzymać fasonu. Zaczyna się faza rozbuchanego tripu oraz improwizacji. Chaotyczne „Moonlightning” z elementami jazzowymi brzmi, jakby im się zepsuła taśma, ale wciąż jest w tym coś inspirującego. Wyjątkowo łagodne pranie mózgu oddziela od siebie pierwszą, akustyczną oraz drugą, eksperymentalno-dubową część "Dinosaurs Constellations".

Reszty szczegółowo nie opiszę. Wspomnę jedynie, że usłyszymy tam między innymi ochrypłe fałszowanie do szklanki, modyfikujący mózg popis samplingu czy skrawki oderwane z poprzednich utworów i pozostawione w przypadkowych miejscach. Na koniec znów dostajemy nagranie tytułowe, podsumowujące całość za sprawą ośmiu minut upiornych zgrzytów i pisków, trochę w stylu awangardowej części twórczości Sonic Youth.

Nie ulega wątpliwości, że przy okazji tej płyty Joan Of Arc znów się zmieniło. Na „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust” zespół daje się jednak ponieść eksperymentalnym formom z lepszym skutkiem niż na „The Gap”, serwując równocześnie szczyptę nieco trzeźwiejszego podejścia do twórczości z komponowaniem wspaniałych piosenek włącznie. W kolejnych latach przyjdzie im spłodzić rzeczy lepsze i ładniejsze. Nigdy już chyba jednak równie osobliwe i artystycznie nieokiełznane.

czwartek, 5 stycznia 2012

Aloha - The Great Communicators, The Interpreters, The Nonbelievers EP (1999)












5.5

Jak głosi krótka notka na stronie wytwórni, Aloha to jedyny zespół w historii Polyvinyl Records, któremu do podpisania kontraktu wystarczyło zaledwie jedno demo. Intuicji można jedynie pogratulować, bo właśnie dzięki temu chicagowski label pozyskał w swe szeregi jeden z oryginalniejszych indie-bandów przyszłej dekady. Początkowe dokonania kapeli Tony’ego Cavallario i Cale’a Parksa można opisać jako obiecujące i ciekawe. Widać, że już od samego początku chłopaki posiadają mocny warsztat, są muzycznie inteligentni i lubią eksperymentować. Mamy tu swoistą fuzję alternatywy, popu i jazzu. Jest wibrafon, syntezator, oczywiście gitara, bas, perkusja i wokal. Ten ostatni ciepły i przyjemny. „The Great Communicators...” to dwudziestominutowy prolog oraz krótka zapowiedź dwóch kolejnych płyt. Nic obowiązkowego jeśli nie jest się fanem, bo na dobrą sprawę poznawanie dyskografii Alohy można zacząć już od bardzo podobnego klimatem „That’s Your Fire”.

sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po niełatwym i budzącym mieszane odczucia „The Gap” członkowie Joan Of Arc ponownie obrali kierunek o sto osiemdziesiąt stopni odmienny. Ich pierwsze dwa albumy stanowiły wprowadzenie do historii, trzeci przyniósł nowe wątki, a czwarty małe trzęsienie ziemi. Następny rozdział jest zaś dla tej opowieści punktem kulminacyjnym. Na "So Much Staying Alive And Lovelessness" zaczyna się bowiem krystalizować z grubsza najbardziej rozpoznawalne oblicze grupy.

Piąta pozycja w dyskografii JOA jawi się jak na dotychczasowe standardy chicagowskiej formacji płytą niezwykle uporządkowaną. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych wybryków, stawiając na spójną, konsekwentnie trzymającą się klimatu całość. Zmiana była przy tym nie do końca podyktowana samymi chęciami czy zamiarami, a raczej wymuszona przez okoliczności. Tymczasowo kapelę opuścił Jeremy Boyle, osoba do tej pory w największym stopniu odpowiedzialna za elektronikę i syntezatory. Z respektu dla kolegi pozostali postanowili więc tym razem zwyczajnie odpuścić sobie wspomniany element.    

Esencjonalnie dla Joan Of Arc okresu 2003-2011 brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof”, a w zasadzie już pierwsza sekwencja gitarowych akordów tej kompozycji. To właśnie snucie tego rodzaju gęstych, pokomplikowanych melodii (innym przykładem np. "Olivia Lost") stanie się w dłuższej perspektywie cechą charakterystyczną projektu Tima Kinselli oraz podstawą najbardziej udanych fragmentów dyskografii JOA. Może to stanowić punkt odniesienia zarówno dla płyty „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” z 2004 roku, "Boo Human" z 2008, wydanego dwa lata po nim singla „Meaningful Work”, jak i  krążka "Life Like" z roku 2011. 

O ile przy okazji każdego właściwie wcześniejszego albumu przynajmniej po jednym razie zarzucałem im bezcelowość długich kawałków, tak tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To, że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a kompozycje są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, bardzo pasuje do wspomnianego „On A Bedsheet…”, choć jednocześnie lekko wyróżnia się za sprawą stukającego motywu i jazzowych wstawek. Duży plus to także poprawa wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on wybitnymi warunkami głosowymi ani ultra-melodyjnym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem miło.

Jeśli chodzi o kwestię piosenek, to jeszcze za wcześnie na przebojowe refreny, ale bazująca na zgrabnym fortepianie „Olivia Lost”  i chwytający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” są w stanie po ludzku wpaść w ucho.  Świetnym nagraniem okazuje się także „Mean To March”, gdzie po odgłosach maszerowania wkraczają aż dwie melodie, po nich następuje fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy i dołączenie wokalu Tima. Coś jak magiczne jam session, w którym zespół osiągnął wyższy poziom zrozumienia.

„So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i równością, jakiej im zawsze mocno brakowało, na wysokości 2003 roku rości sobie prawo do bycia najlepszym albumem Joan Of Arc. Na tej płycie coś zostaje jakby zdefiniowane i "przyklepane". To także długo oczekiwany krążek, na którym jest po prostu bez udziwnień elegancko i przyjemnie. 

sobota, 8 października 2011

Joan Of Arc - The Gap (2000)












5.5

W 1999 roku Tim Kinsella odkrywa narzędzie szatana, czyli program "Pro Tools" i wraz z resztą zespołu odpływa w szał nieskrępowanego eksperymentowania na kompozycyjnej tkance. "The Gap" okazuje się albumem do reszty wyprowadzającym z równowagi krytykę i słuchaczy, którzy spodziewaliby się jeszcze po Joan Of Arc w miarę normalnych piosenek. Czy aby na pewno słusznie?

“(You) [I] Can Not See (You) [Me] As (I) [You] Can” zaczyna jakby w tym samym miejscu, w którym kończyło się "Live In Chicago, 1999". Przerywane szarpnięcia w struny, podobne komputerowe przeszkadzacze, wokal Tima i właściwie cały efekt wybrzmiewa bliźniaczo do kilku muzycznych fragmentów poprzednika. Pogięty, niemal 8-minutowy  “As Black Pants Make Cat Hairs Appear” sprawia wrażenie obszernego wora z pomysłami, zawierającego praktyczne wszystko, co Joan Of Arc miało jak dotąd w repertuarze. Od awangardowej abstrakcji w czystym wydaniu, z jęczącym od niechcenia Timem i odgłosami rozbijanego szkła, przez akustyka, niedopasowaną do reszty perkusję i elektroniczne manewry, po całkiem urodziwe piosenkowe partie, zwłaszcza te z kobiecymi wokalami (m. in. Rebecca Gates z The Spinanes), które sprawiają, że faktycznie jest tu przez kilka minut śpiewana melodia. To ten rzadki moment, kiedy w stu procentach doświadczamy u nich zarówno frapującego eksperymentu, jak i przemyślanej kompozycyjnej koncepcji. Wszystko to w dodatku gładko funkcjonuje w ramach jednego ciała.

Nie sposób również nie docenić zabiegów dokonanych w ramach gęstego, bardziej klaustrofobicznego „Knife Fights Every Night” z bogato zaaranżowaną strukturą dźwiękową, a nawet harmoniami wokalnymi. Krótkie “John Cassavetes, Assata Shakur, and Guy Debord Walk into a Bar...” przedłuża ostatnie westchnienia "Knife Fights..." i zarazem wprowadza w klimat kosmicznego „Another Brick at the Gap (Part 2)”, za sprawą którego na dobre opuszczamy rozległe formy i słuchamy, jak bracia Kinsella, Boyle, Mattei i Clark dają się ponieść nowej palecie nęcących możliwości. W tym momencie trudno nawet rozpoznać, gdzie się co kończy, a gdzie zaczyna. W "Zeldzie" odbywa się ponowne przeprogramowanie na częstotliwość quasi-piosenkową (wraca wokal), a jej końcówka jest zarazem początkiem brzmiącego nieco jak próba zespołu "Pleasure Isn't Simple". Niewiele wydaje się od niego różnić „Me and America (or) the United Colors of the Gap”, ale tylko do chwili wejścia tyle zaskakującej, co i pożądanej partii skrzypiec.  

Etap fragmentaryczności i niespójności kończy “Your Impersonation this Morning of Me Last Night”. Jak na ponad 9 minut utwór rozczarowująco pusty i niewciągający. Przy tajemniczym „Outside The Gap” obcujemy ze ścieżką dźwiękową do czarnej dziury i kosmicznej pustki. Tak też album dokonuje żywota. 

Problem z "The Gap" polega na tym, że odbiór płyty mocno zależy od oczekiwań, jakie się ma przed sięgnięciem po nią. Nie jest to raczej rzecz tak niesłuchalna, jak sugerowałyby opinie recenzentów w momencie jej wydania, a album, którego bez problemu wysłucha każdy, kto miał już w życiu do czynienia z jakąś formą eksperymentalnego czy awangardowego rocka.  Pytanie, czy efekt przekonuje? Czy ten każący się z sobą trochę pomęczyć art-pop ma ręce i nogi czy jednak pod otoczką artyzmu nie kryje się żadna ciekawa treść? Prawda leży chyba gdzieś pośrodku. Albumy Joan Of Arc łączą najczęściej dźwięki piękne, dziwne, straszne i ciekawe. Na każdym kolejnym proporcje są przy tym w różnych kierunkach przesuwane. Warto więc zrozumieć, że na "The Gap" (ich "Kid A") Tim Kinsella  i pozostali mocniej eksplorują te trzy ostatnie, raz ze skutkiem lepszym, a raz gorszym. Ta płyta z pewnością nie boli i z taką samą pewnością na miano arcydzieła również nie zasługuje. 

piątek, 23 września 2011

Joan Of Arc - Live In Chicago, 1999 (1999)












7

Po tym jak grupę opuścili Eric Bocek, Sam Zurick i Mike Kinsella, a do Tima i Jeremy'ego Boyle'a dołączył Todd Matei, Joan Of Arc stało się triem. Odtąd zresztą JOA praktycznie na każdej płycie funkcjonowało już w innym składzie, bez permanentnych członków zespołu, którzy przy poszczególnych krążkach znikali i dowolnie pojawiali się przy kolejnych. Dzięki "Live In Chicago, 1999" nielubiane przez starszego Kinsellę skojarzenia z emo mogły coraz bardziej odejść w niepamięć. Chłopaki zrobili okładkę odtwarzającą scenkę z filmu Godarda, jeszcze bardziej rozwlekli utwory i spowolnili tempa. Uzyskali łatkę artystowskich ekscentryków, a do tego znakomicie musieli się bawić przy wymyślaniu tytułów. („Who's Afraid Of Elizabeth Taylor?”,„Sympathy For The Rolling Stones” czy “It's Easier To Drink On An Empty Stomach Than Eat On A Broken Heart”)

Wbrew pozorom nie był to album z nagraniami na żywo. Nazwa „Live In Chicago, 1999” wiązała się po prostu z faktem, że członkowie formacji żyli wtedy w Chicago i wyjątkowo utożsamiali się z miastem. Po latach Tim wspomina ten okres jako esencję swoich lat dwudziestych, moment funkcjonowania we wspólnocie, której członkowie rozumieli się wzajemnie, byli zainteresowani tymi samymi rzeczami, czytali te same książki i oglądali te same filmy. Pierwszy raz moimi przyjaciółmi były nie tylko punkowe dzieciaki, ale też malarze, muzycy noise'owi czy free-jazzowcy. Nie istniała żadna hierarchia i wszyscy  ekscytowaliśmy się tym, co robią nasi przyjaciele działający w innych dziedzinach. Według Kinselli bardzo wielu kreatywnych ludzi przenosiło się wówczas do Chicago. Być może tłumaczy to również sięgnięcie przy okazji tej płyty po cover „Thanks For Chicago, Mr. James” Scotta Walkera, śpiewany przez Tima w dziwnym, przerysowanym tonie jeden z jaśniejszych punktów krążka. 


"Live In Chicago, 1999" stylistycznie różni się nieco od poprzedników. Choć panowie ponownie wydają się wychodzić z założenia, iż akustycznego brzdąkania i elektronicznych eksperymentów nigdy za wiele, a najlepiej, kiedy jedno łączy się z drugim lub bezpośrednio po sobie następuje przynosząc mały efekt szokowy, to stylistycznie widać pewną różnicę.  Produkcja jest jakby cichsza i bardziej stonowana, kompozycje płyną powoli, stają się wysmakowane i gdyby nie wspomniany już ekscentryzm oraz skłonność do psucia, dałoby się wręcz powiedzieć, że zrobiło się tu dojrzalej. Jak to często bywa, tworzenie przez artystów muzyki specyficznej czy wyzywającej, nie zawsze okazuje się zrozumiałe dla słuchacza. Przykładowo po czarującym, dającym się słuchać w nieskończoność "Who's Afraid Of Elizabeth Taylor" i kapitalnym "If It Feels/Good, Do It", gdzie wszystkie elementy: spokojne gitary, nienachalny elektroniczny podkład i trąbkowy motyw, gładko ze sobą harmonizują, wchodzi rozgniatające cały nastrój na kawałeczki dziką partią bębnów nagranie tytułowe. Trudno też nie zastanowić się, czy rzeczy ukryte pod ścieżkami 7, 11, 12, 13 albo nawet 1, aby na pewno były tu konieczne lub czy niektóre z nich nie mogłyby trwać nieco krócej?

Najbliżej perfekcji Tim i Joan Of Arc docierają za sprawą indeksu nr 8. Epicko zatytułowanego „When The Parish School Dismisses And The Children Running Sing”, którego kameralna aranżacja i brzmienie to czysta poezja, a moc melodii, jakich nie powstydziliby się The Sea And Cake, każe nam wizualizować w wyobraźni najpiękniejsze filmowe obrazki. W lekko psychodelicznym „Me (Plural)” Timowi towarzyszy wokalnie Jen Wood, a wraz z nią także fortepian i maszynka do wycinania perkusyjnych efektów, nadające całości sugestywny charakter. Przyjemnie słucha się wdzięcznego "(In Fact I'm) Pioneering New Emotions" czy "(I'm 5 Senses) None Of The Common", gdzie okazjonalnie partie perkusji dorzucił Mike Kinsella.  

Przy wielu fragmentach błyskotliwych przydarza się kilka chybionych i sporo neutralnych. Ogółem te grube pięćdziesiąt minut sprawia już jednak lepsze całościowo wrażenie niż "A Portable Model Of" i "How Memory Works". "Live In Chicago, 1999" to album dobry i dla swych twórców ważny, na którym krzepnięcie artystycznej tożsamości w jakimś stopniu się dokonuje.


poniedziałek, 19 września 2011

Joan Of Arc - How Memory Works (1998)












 6

Spostrzegawczy zauważą zapewne, że tytuły pierwszej płyty Joan Of Arc, „A Portable Model Of” i sofomora „How Memory Works”, łączą się ze sobą w jedno sensowne zdanie (obecne w obydwu wkładkach). Odzwierciedla to niejako bardzo zbliżoną stylistykę tych albumów i fakt, że znajdujące się na nich nagrania brzmią, jakby powstały przy jednej sesji. Podobnie obydwie pozycje wypadają również jakościowo. Nie jest na nich do końca równo i zadowalająco, ale każda posiada swoje niewątpliwe momenty. 

W przypadku drugiego krążka JOA mowa na przykład o niezłym, jakby wyszukującym po omacku terytoriów Cap'n Jazz, ale zdecydowanie łagodniejszym „This Life Cummulative”, przywodzącą na myśl American Football poddaszowo-romantyczną kompozycję "White Out", skąpane w ładnym, spokojnym nastroju „So Open; Hooray” (motyw let’s sit and stare at each other) czy dynamiczniejszy i bardziej krzykliwy kawałek „God Bless America”. Generalnie rzecz biorąc nacisk silnie został położony jednak na atmosferę („To've Had Two Of”, „A Name”, „Osmosis Don’t Work”), którą w zgodzie z charakterem poprzedniczki, jak i samego Tima Kinselli, kilkukrotnie naumyślnie popsuto (prawie 7 minut bezsensownego elektro-plumkania „Pale Orange”). Wiele warto mimo wszystko wybaczyć przez wzgląd na kończące płytę przeurokliwe "A Party Able Model Of", piosenkę dowodzącą tego, z jak zdolnymi i wrażliwymi ludźmi mamy tutaj mimo wszystko do czynienia. 


everyone's quiet when the record ends