Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramones. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

1989 w piosenkach - miejsca 50-41





















Zamiarem tria Stevenson-Egerton-Alvarez nigdy zapewne nie było mocne odcinanie się od stylu, który jeszcze w 1987 r. panowie wspólnie prezentowali wraz z Milo Aukermanem jako Descendents. Świadczyć mógł o tym sam kształt i brzmienie utworów All, w dużym stopniu kontynuujących dziedzictwo kultowej grupy. Ponadto także fakt, że wokaliści poniekąd próbowali wpasować się sposób śpiewania Milo. O ile Dave Smalley (Dag Nasty, Down By Law) na początkowych wydawnictwach zachowywał więcej z „siebie”, tak Scott Reynolds debiutujący na albumie „Allroy’s Revenge”, zwłaszcza dzięki podobnej barwie, okazał się naturalnym następcą słynnego okularnika. Potwierdza to pochodzący z tejże płyty „She’s My Ex”, najbardziej znany singiel Kalifornijczyków. Piosenka napisana przez Billa Stevensona (perkusistę) o wyjątkowo ważnej „byłej”, oparta na wyrazistym riffie i melodyjnych liniach wokalnych Reynoldsa, w której punkowe wpływy znacząco przegrywają z college rockową przebojowością a la późne Replacements.



Po trzech płytach z zespołem The Rats punkowe małżeństwo Fredrick Lee i „Toody” Cole z dużym powodzeniem rozsmakowało się w garażowo-rockowym rzępoleniu wraz z kilkoma nowymi kompanami przyjmując prosty, acz klimatyczny szyld Dead Moon. „Dead Moon Night” to w zasadzie idealna wizytówka ich brudnego, surowego grania. Kawałek, w którym piwniczna produkcja staje się sprzymierzeńcem największym z możliwych, sprawiającym, że każdy hałaśliwy dźwięk gitary, warcząca solówka, bas czy perkusyjne uderzenie wybrzmiewają wyśmienicie. Niewątpliwą zaletą jest oczywiście wokal Freda: krzykliwy, piskliwy, jęczący i zbolały, niczym u wykolejonego hard-rockowca. Zdolny, jakimś cudem, do wyskandowania z pomocą żony opętańczo chwytliwego refrenu. Smaczku dodaje również grobowa atmosfera, rodem z opowiadania lub filmu grozy.



Już na wysokości singli promujących debiutanckie „Love Is Hell” dało się zauważyć kilka rzeczy ogółem dla Kitchens Of Distinction znamiennych. Zarówno „Prize” jak i „The 3rd Time We Opened The Capsule” mogły dowodzić, z jak niezwykle dojrzałą grupą mamy do czynienia, jednocześnie przez wzgląd na swój charakter niezbyt optymistycznie prognozując kapeli względem komercyjnego sukcesu. Widoczny mógł być również fakt, że swą nietuzinkowość zespół w równym stopniu zawdzięczał dwóm wnoszącym podobnie wartościowy ładunek muzycznym osobowościom. Anty-przebojowe, choć ciepłe, a miejscami dające się porwać emocjom partie wokalne Patricka Fitzgeralda uzupełniała zachwycająco elegancka gitarowa gra Juliana Swalesa. Zawsze dającym do myślenia tekstom tego pierwszego piękną oprawę zapewniały dream popowo-post-punkowe melodie drugiego z wymienionych.


Okres w którym Angela Conway egzystowała artystycznie jako A.C Marias obejmował właściwie pełne lata 80. oraz delikatnie zahaczał o kolejną dekadę, co w utworach pokroju „One Of Our Girls Has Gone Missing” bardzo wyraźnie słychać. Choć singiel z płyty o prawie tej samej nazwie („One Of Our Girls”) wydano już w roku 1989, atmosfera odpowiednia dla dream popowych, post-punkowych i etheral-wave’owych aktów całych „eightiesów” jest w nim nad wyraz ewidentna. Składa się na nią brzmienie rozmytej gitary, eteryczny damski wokal, klawisze i lekko zagadkowa aura. To zaś bez przekraczania granicy mrocznego gotyku, a w połączeniu z mechaniczną rytmiką Bruce’a Gilberta (Wire) pozwala zaintrygować zarazem gęstym klimatem, jak i eksperymentalno-popowym feelingiem.



Młodzieżowo power popowy urok kompozycji The Hummingbirds to jedyny, choć w pełni wystarczający powód, by „Blush” pomimo nieziemskiej prostoty i schematyczności dało się uczciwie polubić. Zwrotki umiarkowanego hitu Australijczyków brzmią radośnie, banalny refren wpada w ucho, damsko-męskie wokale wzbudzają sympatię. Błogiej serdeczności tej piosenki nie jest w stanie zabić nawet dość paskudna solówka. Miło pomyśleć, że w 89 roku dzieciaki na Antypodach mogły rumienić się do takich utworów.



Nie da się ukryć, że „Goodby Little Boy” to utwór zupełnie skromny i jakby niechętnie zdradzający swe walory przy pierwszym zetknięciu. W nieprzypadkowej niepozorności tkwi jednakże najwyraźniej cały haczyk. Z jednej strony ogrom wdzięku jest zasługą czarującego wokalu Jill Birt. Gdyby śpiewał go David McComb nie miałoby to zapewne najmniejszego sensu. Po drugie, „robota” zostaje wykonana przez pomniejsze, absolutnie nienachalne elementy: klawiszowe melodie, gitarowe wkręty, celnie przygrywającą perkusję. Kawałek promujący ostatni album The Triffids trafia w rezultacie gdzieś bardzo blisko złotego środka, wyważenia między intymnością a przebojowością, potajemnym chwytaniem i delikatnym smuceniem. 



„Kennedy” brzmi trochę jak zapis niezobowiązującej, ekstatycznej sesji próbnej, podczas której zespół stara się wycisnąć ze swojego grania jak najwięcej radości. Nie ma tutaj za dużo budowania piosenki ani tekstu, a znając liryczny styl Davida Gedge’a z poprzedniej płyty można podejrzewać, że napisanie tego, co jest nie kosztowało lidera The Wedding Present zbyt wiele wysiłku. Dwa razy zwrotka i mamy w zasadzie fajrant. Reszta to już sama energia, rockowa rozróba oraz dorodne jangle popowe mięso. Formy, ile trzeba, substancji tyle, ile się da.   


Singiel, którym Roy Orbison pod koniec lat 80. powrócił po długiej przerwie na szczyty list przebojów figuruje w mojej głowie jako przykład uczciwej radiowej piosenki, zawsze wzbudzającej ogromną sympatię. Melodie w zwrotkach proponowanych przez autora „Oh, Pretty Woman” brzmią jakby ich pojawianie się i następowanie po sobie było wynikiem bardzo naturalnego procesu. W tym prostolinijnym, klasycznym kawałku mieści się dużo luzu, swobody oraz czegoś, co określiłbym chyba po prostu jako „dobro”. Czuje się je zwłaszcza w tej jednej chwili, gdy Orbison zmienia delikatnie melodię tuż przed refrenem, aby swym niepowtarzalnym głosem wzruszająco zakomunikować: One look from you, I drift away...



Charakterystyczny lament w głosie Iana McCullocha dosadny zwłaszcza na pierwszych kilku płytach Echo And The Bunnymen w „Proud To Fall” zostaje całkowicie uśpiony. Singiel promujący solowy debiut trzydziestoletniego wówczas muzyka to już gładki, pozbawiony jakichkolwiek kantów gitarowy pop. Piosenka w której słychać co prawda nowofalowy rodowód, wyczyszczona jednak z mroku, tajemniczości czy wokalnego cierpiętnictwa. Szczęśliwym trafem, rezygnacja ze wspomnianych elementów nie jest tu żadną wadą. Artysta z Liverpoolu wygrywa za sprawą argumentu najprostszego, ale zarazem najbardziej kluczowego. Porządnej, a przy tym niezwykle łagodnej kompozycji, w której wszelkie dodatki i komplikacje byłyby całkowicie zbędne. Decydujący okazuje się w szczególności wyśmienity refren, wręcz domagający się ładnego i romantycznie natchnionego wyśpiewania.



Stworzenie standardowego rockowego kawałka, który da się określić jako interesujący jest od paru ładnych lat raczej niewykonalne. Bliżej nieklasyfikowalne podgatunkowo, klasyczne gitarowe granie wciąż może być jednak przyjemne bądź na swój sposób klimatyczne. Przykładem takiej niezbyt ekscytującej, ale przyciągającej muzyki są dla mnie niektóre płyty kanadyjskiego zespołu The Tragically Hip. Innym, starannie odchudzone z punk rocka i silnie podpadające pod przyzwoity rock’n rollowy „dziading” późne dokonania Ramones. „Pet Sematary” z jedenastego albumu legendarnej grupy brzmi jak typowa pozycja z playlisty amerykańskiego radia grającego „modern rock” na przełomie lat 80. i 90. Fakt ten mimo wszystko niczego utworowi Nowojorczyków nie odejmuje. Nie ma tu dłużyzn, gitarowe linie i sekcja rytmiczna nie zanudzają, zwrotki są nośne, a przyprawiony klawiszami refren konkretny i wyrazisty. Znaczący udział w nadaniu kompozycji rumieńców ma naturalnie lekko posępny nastrój oraz tematyka tekstu zaczerpnięta wprost z tytułowego „Smętarza dla zwierzaków” Stephena Kinga.     

piątek, 30 listopada 2012

1992 w piosenkach (punk część I)


20. Jawbox – Cutoff












Witamy ponowne. Jawbox idąc za ciosem już rok po “Grippe” wydaje nową płytę. „Novelty” to kolejny krok w kierunku sukcesu jaki przyjdzie wraz z „For Your Own Special Sweetheart”. Za kawałek reprezentacyjny posłuży niech „Cutoff” wystawiony jako nagranie rozpoczynające krążek i zarazem singiel. Rzecz bez wątpienia udana, w żadnym razie nie genialna, ale wystarczająco dobra by znaleźć się w drugiej dziesiątce podsumowania.

LINK


19. Lagwagon – Mr. Coffee












Lagwagon na speedzie, legalnym zresztą. Poranna historia każdego z nas czyli pieśń o popularnej używce zwanej kawą. Here I come to save the day, On legal speed (The American way), Drinking coffee I drink coffee, Drinking coffee everyday.

LINK


18. The Mr. T Experience - Book of Revelation












Złotą trójcę lookoutowego pop punku wraz z The Queers i Screeching Weasel domyka dowodzony przez Dr. Franka zespół The Mr T. Experience. W „Book Of Revelation” kłania się stara szkoła wesołego, potężnie melodyjnego grania. Dowód na to, że niegdyś dało się to robić z klasą i humorem nie zwracając uwagi mainstreamu, a pozostając w podziemiu.

LINK


17. Sublime – We’re Only Gonna Die For Our Arrogance












Reggae’owo-punkowe, debiutujące Sublime. Kołyszący luzik plus błyskawiczne nawalanie pod doskonałe pogo. Nie muszę chyba pisać, który fragment podoba mi się tu najbardziej. 1:23 niech posłuży za klucz.

LINK


16. Bad Religion – Atomic Garden












Ciężko wybrać pomiędzy dwiema perełkami z „Generator” tylko tę jedną, dlatego ja nie wybieram, umieszczam na liście obydwie. Panowie z Bad Religion nie są już tylko zdolnym punkowym zespołem, a pierwszoligową rockową ekipą zdolną do pisania przebojowych piosenek pokroju „Atomic Garden”. Oczywiście tekstowo nic nie ma się tu prawa zmienić, ironicznych linijek Graffina nie zanuci raczej żaden członek amerykańskiego rządu.

LINK


15. Dag Nasty – Million Days












Wraz z wydawnictwem z 1992 roku Dag Nasty pożegnali się z muzyczną sceną na blisko dziesięć lat. Już w latach 80. zespół stał się wpływowym reprezentantem nurtu melodic-hardcore nagrywając pod banderą Dischord gdzie produkował ich Ian McKaye. Na pierwszej płycie wokalistą był Dave Smalley, który co ciekawe do składu powrócił później właśnie przy okazji „Four On The Floor”. To on z odpowiednią sobie pasją i przekonaniem wyśpiewuje/wykrzykuje słowa refrenu „Million Days”. I gdybym miał milion dni? Czy znalazłbym to czego szukam? Tego kogo szukam? Nie dość, że fajne to daje do myślenia.

LINK


14. Face To Face – Disconnected












Ciekawostką jest, że na Wikipedii więcej poświęcono uwagi samemu „Disconnected” niż całej płycie, z której piosenka ta pochodzi. Choć „Don’t Turn Away” ukazało się już w 1992 to prawdziwy potencjał skejciarskiego hitu odkryli dopiero panowie z Fat Wrecka wydając go na singlu rok później. Sukces na modern-rockowych listach przyszedł zaś wraz z eksplozją popularności melodyjnego punku w 1995. Dla mnie jako fana kalifornijskich klimatów Face To Face zawsze stali gdzieś tam z boku. Miałem w końcu Goldfingera, Blinka, Millencolina, NoFx’a. Patrząc na stary jak świat, słabej jakości klip do „Disconnected”, słuchając tych bliskich mi dźwięków wiem jednak, że przy odrobinę innym scenariuszu to równie dobrze kapelę Trevora Keitha mogłem niegdyś nagrywać na kasety i płyty aby z entuzjazmem słuchać później na aktualnie niedziałającym boomboksie.

LINK


13. Rancid – I’m Not The Only One












Marka plasująca się w top 3 najważniejszych nazw amerykańskiego punk rocka lat 90. Jeśli wtedy jeszcze, na wysokości pierwszej EP’ki mało kto wiedział czym jest Rancid to nazwisko Tim Armstrong kojarzone z legendą Operation Ivy rozwiewało wszelkie wątpliwości. Głosu Tima, ochrypłego, pijackiego i charyzmatycznego nie da się z nikim pomylić. „I’m Not The Only One” wyraźnie zarysowuje styl jego nowej grupy. Brudne, szybkie granie, mniej ska, więcej klasycznego punku, wielogłosowe refreny oraz w mig rozpoznawalne - gitara Armstronga i bas Reeda.

LINK


12. 1.6 Band – Adult Hitler












Wiele grup grających emo/hardcore na przełomie lat 80./90. pojawiało się na moment by dać pokaz swej zjawiskowości, zagrać trochę koncertów, wydać kilka krótkich wydawnictw po czym zniknąć gdzieś praktycznie bezpowrotnie. Idąc za wpisem z kultowej, polskiej strony lemon tree: „1.6 Band czerpali dużo z energii i chwytliwych riffów Dag Nasty i dodawali do tego to co najlepsze w emo. A wszystko podkreślał wokal szesnastolatka.” To co się dzieje za sprawą instrumentów w samym wstępie do „Adult Hitler” niszczy mnie na drobne kawałeczki. Melodia już w zarodku rozerwana przepięknym gitarowym jazgotem i morderczo sprawną perkusją. Całościowo dostajemy kawał czystej, najprawdziwszej emocji, błyskotliwego emo-core’u dorównującemu chyba nawet wyczynom Rites Of Spring.

LINK


11. Ramones – Strength To Endure












Królowie punk rocka? The Clash w Anglii i Ramones w USA. Pierwsi mimo, że powstali inspirując się Sex Pistols to i tak wkrótce byli zdolni połknąć kolegów na śniadanie. Drudzy mają silnych rywali w postaci Black Flag i Minor Threat, którzy stworzyli hardcore i okazali się bardziej wpływowi dla przyszłych pokoleń. To Ramonesów darzę jednak największym szacunkiem spośród amerykańskich totalnych klasyków gatunku (a byli jeszcze przecież Misfits). Oni chyba jako jedyni przeszli długą, ciężką drogę kultywując bycie punkową czy rockową w ogóle kapelą przez kilkanaście lat mnóstwo nagrywając i jeszcze więcej koncertując. A teraz do rzeczy. „Strength To Endure” pojawia się na ich przedostatnim albumie „Mondo Bizarro” i jest kapitalną rock'n rollową piosenką autorstwa Dee Dee Ramone’a. Oczywiście czysty punk w tym momencie już dawno gdzieś wyparował, na jego miejsce wskoczył zaś dobry songwriting owocujący chociażby podbijającym serce refrenem. Kojarzy mi się to z dawnymi czasami jakich nie za bardzo pamiętam, ale w jakie wierzę na słowo. Momentem chwały zwyczajnej rockowej muzyki granej w radiach i telewizjach muzycznych. Klimatem takim jak tutaj, ciut obskurnym, ale i romantycznym, tworzonym przez wyciągniętych z nieco innej epoki panów w skórzanych kurtkach i zdartych spodniach.