Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Maus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Maus. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 1 (miejsca 30-16)


30. Andrew Jackson Jihad – Hate, Rain On Me












Oda do pesymizmu, hejterstwa oraz ponuractwa i zarazem rzecz idealnie godząca indie rockowców z kibicami folk punku, z kultową linijką: I wish I had a bullet big enough to fucking kill the sun. 


29. Yellowcard – With You Around










W gimnazjum słuchałem „Ocean Avenue”, w liceum dałem się nabrać na „Paper Walls”, teraz jestem na studiach, a Yellowcard perfidnie gra na sentymentach, znowu śpiewając o kalifornijskim słońcu i wymiatając na skrzypcach. Mimo, że lata lecą, wciąż odbywa się to tak samo autentycznie i z podobną beztroską, jak w pierwszej połowie lat zerowych.


28. Bon Iver – Towers










Z zadania napisania folk-ballady o szczególnie ujmującej melodii Justin Vernon wywiązał się celująco. Oczywiście on zawsze tworzył praktycznie same ładne ballady, ale „Towers” wyróżnia się pewną pozytywną przystępnością, która niczego tu nie odbiera, a wręcz przeciwnie robi bardzo dobrze. Oh, the sermons are the first to rest, Smoke on Sundays when you're drunk and dressed. Ktoś jeszcze w tym roku rzucał takimi tekstami?


27. Future Islands – Before The Bridge










Dyskoteka dla ludzi z depresją. To co się tu wyprawia za cholerę nie powinno do siebie pasować. Jest bit, pulsacja, klawisze, a z drugiej strony przygnębienie, koleś o specyficznym wokalu i do you believe in love, do you believe in love? wymawiane w taki sposób, że ja chyba już w nic nie wierzę.


26. WhoMadeWho – Every Minute Alone










Jeśli kapela wymyśla z 15 zajebistych motywów i zamiast rozłożyć je regularnie na cały krążek wszystko upycha w jednym kawałku, to czy da się tego później nie umieścić na liście piosenek roku? Duńczycy z WhoMadeWho fachowo opakowali indie rockowy numer w mrocznawą, tanecznie-transującą elektronikę, czego rezultatem ten oto w wąskich kręgach uznawany przebój.


25. Iron & Wine – Tree By The River











Czarny koń na “Kiss Each Other Clean”. Dlaczego akurat tę piosenkę wybrałem spośród innych kapitalnych nagrań z ostatniego albumu Sama? W czym jest lepsza od „Walking Far From Home” – potężnego hitu indie-kręgów A.D 2011, „Rabbit Will Run” albo „Your Fake Name Is Good Enough For Me”? Nie wiem, nie powiem, czaruje mnie chyba sielskość tego klimatu, “drzewka przy rzece kiedy mieliśmy po 17 lat”. Cóż poradzić.


24. Joan Of Arc – Love Life










Niech ktoś mi powie, że oni nie są tu w świetnej formie. Z „Love Life” pomysłowością aż kipi. Najpierw wchodzi wesolutka gitara, melodyjne kombinacje i math-rockowe kształty. Po chwili kończy się matematyka, a zaczyna powaga, start emocyjnego natężenia i gorycz w głosie Tima oraz popis wszystkich instrumentalistów. Jakby to powiedziała jedna moja koleżanka, dla mnie jako fana CZAD, ale bynajmniej nie tylko fani mogą czuć się tu pod wrażeniem.


23. Braids – Lemonade










Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałem się, co by było, gdyby ktoś z duetu Avey Tare-Panda Bear urodził się kobietą i mniejsza zresztą o to. Odpowiedź do tego pewnie nigdy niezadanego pytania przyszła wraz z debiutem Braids, a szczególnie jego przeuroczym openerem „Lemonade”. Tekstury, melodie oraz rytmika wypadają tu wspaniale, ale i tak najbardziej skupia na sobie uwagę wokalistka. Operująca głosem w jakiś magicznie kojący sposób, już definitywnie czyniąca z tego kawałka małe, konstrukcyjne i klimatyczne arcydzieło.


22. Maritime – It’s Casual










Zaskakujące, jak na Maritime, shoegaze’owe inklinacje i uzależniająco rozwibrowana gitara wystarczają "It's Casual" do podbicia serca i zapewnienia sobie lokaty w trzeciej dziesiątce podsumowania.


21. Eastern Youth – 這Itsukubatsu can fly in the sky










Od dziecka lubiłem mangę, anime i nośne kawałki zawarte w openingach do tychże japońskich kreskówek. Stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza jeśli Eastern Youth muzycznie obraca się w kręgach jakże mi bliskich, a ich najnowsza płyta prezentuje wyborny poziom. „Itsukabatsu” ze swoją rozsadzającą energią, dynamiką i przebojowością z powodzeniem możnaby wykorzystać w czołówce do jakiegoś kipiącego akcją bitewnego lub sportowego shounena.


20. Late Nite Wars – New Regulars










Ściąganie z Hot Water Music i Lifetime to oczywiście normalka, kapel grających w tym stylu mamy obecnie prawdziwy wysyp. Late Nite Wars wykazali się jednak nie lada sprytem serwując to, co najlepsze u drugiej z wymienionych grup nie w formie melodyjnego, ultra-szybkiego wymiatacza, a akustycznej, niesamowicie wdzięcznej miniaturki. Jeżeli oni rozpadli się i zniknęli już tak na serio, to właśnie przez takie utwory będzie mi ich brakować.


19. John Maus – Quantum Leap










Główną rolę gra tu bez wątpienia porażający intensywnością, ryjący banię klawiszowy chwyt zaserwowany już na samym początku, a następnie z premedytacją trzymany na uwięzi prawie do samej końcówki, gdzie po dwóch minutach absencji eksploduje raz jeszcze. Choć zimny bas a la Peter Hook też jest tu zacny, a i kościelne niemal wokale można uznać za atut, to właśnie ten diabelnie chwytliwy motywik sprawiał, że „Quantum Leap” odtwarzałem w tym roku wiele, wiele razy.


18. Ringo DeathStarr – So High










W "So High" jest tak bardzo wiosennie, twee popowo, narkotycznie i piosenkowo. Mamy tu lekki shoegaze’owy odjazd, wesołą gitara oraz ładne damsko-męskie wokale. Poza tym to także retrospekcja ostatniego Offa, zielonej trawki i letniego popołudnia przy ich występie.


17. Bomb The Music Industry! – Hurricane Waves










Beachboysowska plażowa piosenka, wzięta na warsztat z właściwym dla Jeffa Rosenstocka urokiem, robiąca swoje przede wszystkim dzięki kapitalności zwrotek i refrenu. 


16. Owen – No Place Like Home










Odgłosy wibrafonu, ksylofonu czy innej marimby nadają już w rdzeniu całkiem niezłej kompozycji Owena przydatny element świeżości. Liczy się zresztą obcowanie z dobrze u niego znanym ciepłym nastrojem akustycznych melodii i tekstów afirmuących spokojne, rodzinne życie w czterech kątach. Nudy panie Kinsella i oby tak dalej.

sobota, 11 czerwca 2011

Soundtrack do bezsennej nocy (8 czerwca 2011)


Nic mnie w tym momencie tak nie irytuje jak emocjonalna muzyka i wszystko co z emocjami związane. Tego z powodzeniem unikam. Stawiam dziś na zupełnie inne odczucia, czy może raczej doznania. Idea tego pisania ma na celu zarejestrowanie szczerego i prawdziwego stanu w danym momencie wyrażonego poprzez coś co cenię najbardziej.


00:53 Thrice – Betrayal Is A Symptom

Upada światopogląd, iluzja znika, niespodziewanie widzisz wszystko lepiej i ostrzej, odrzucasz rzeczy, którymi wcześniej się łudziłeś. Czysty głos Dustina Kensrue w refrenie tego kawałka na siedem może sześć minut przed godziną pierwszą działa kojąco. Metaliczno-core’owa jazda plus melodyjne wstawki. To jest to.

LINK


00:57 Friend/Enemy – Do The Stand On One Foot Dance To The Radio Rodeo












Niełatwo jednak znaleźć rzeczy, z jakimi nie łączyłaby cię jakaś banalna emocjonalna zażyłość. Rozumiem już czemu tak uwielbiam Tima Kinsellę.  Nawiedzone harmonie i amelodyjna upiorność utworu Friend/Enemy robią dobrze jak cholera.


01:02 Midtown – Empty Like The Ocean

Gabe Saporta prowadził kiedyś sympatyczny pop punkowy band Midtown. Zanim jeszcze zdecydował się sprzedać w Cobra Starship popełnił wraz z zespołem nieco bardziej gorzką od wcześniejszych płytę „Forget What You Know”. „Empty Like The Ocean” mój klasyk jeszcze z czasów gimnazjum. Mamy tu do czynienia z kolesiem wkurwionym, piszącym hate-song dla jakiejś niewdzięcznej laski na tle genialnie uderzających gitar. I don’t wanna touch you I don’t wanna fuck, I just want to feel you with regret…". Kapitalna szczerość.

LINK


01:09 The Thermals – Every Stitch












Today was fine so don’t remind me… Czy aby na pewno? Z jednej strony “Every Stitch” to już słodkość kalifornijsko-podobnych brzmień, ale z drugiej konkret trzy-akordowego walnięcia, szumów, trzasków i punk rocków. Ujdzie.

LINK


01:12 Les Savy Fav – Hold On To Your Genre












Kumpel idzie do kibla, coś mówi, że nie może zasnąć. Co ja mam dopiero powiedzieć, ja już nawet nie chcę. Przyjemne otumanienie zanika. Les Savy Fav ukazują swoje mistrzostwo w konstruowaniu post-punkowych hooków. Szedłem kiedyś po Siedlcach, wracałem z akademika nocą w sobotę chyba, do czekającego pustego mieszkania, słuchałem „Hold On To Your Genre” na słuchawkach „na pełnej piździe” i było fajnie. Harrington drący ryja w końcówce elektryzuje, brzmienie rozsadza słuchawki. Czekam tylko aż ktoś mi każe przyciszyć.

LINK


01:19 Embrace – Spoke












Miałem ciężki wieczór. Coraz trudniej znaleźć satysfakcjonującą muzykę. Czemu wszystkie te ckliwe nuty, których słuchałem do teraz omijam z takim niesmakiem? Czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie posłuchać przysłowiowych The Get Up Kids bez ochoty na wymioty? Wywnętrzę się zaraz niczym McKaye na genialnej płycie z Embrace. Fenomen tej kapeli paradoksalnie tkwił właśnie w emocjach. To emo i emo-core w całej swej istocie. Mimo, że bez płaczu i pierdolonych wzruszeń. Może to tu znalazło zastosowanie tak zwane prawdziwe uczucie? I wanna maaaaaaake liiiiiiiiiifeeeeee.

LINK


01:24 mewithoutYou – Tie Me Up! Untie Me!












Gdybym miał teraz zakładać zespół nazwałbym go ME Without you. Tak dla podkreślenia Mojej wartości i zanegowania jej.

LINK


01:28 Ewa Braun – Ucieczka












I psie policyjne oddechy zamienią się w skowyyyyyt A myyyy A myyyyyyyy A nas już nie będzie, a w gazetach pokażą to zdjęcie gdy ****** na raz dwa trzy skaczemy, NA RAZ DWA TRZY, Dwadzieścia parę pięter, tyle niepotrzebnych lat. Ocieraliśmy się o niebo, przez parę chwil żyliśmy wiecznie!
 
Jeszcze chwila i przyjdzie mi do głowy coś głupiego he he.

LINK


01:32 Manchester Orchestra – Virgin












Andy’emu Hullowi udało się choć na chwilę wejść w skórę Isaaca Brocka, a może nawet Rogera Watersa. Wiem, że ta stylizacja, te bachory robiące chórek jak z jakiegoś „Another Brick In The Wall” nie muszą się wszystkim podobać, ale nie dbam o to, bo kawałek a szczególnie te jego fragmenty:


I’m gone, you try to emphasize and side with both your ghosts

Kiss him on top his lips and crucify the fire!


zwyczajnie robią swoje.

LINK


01:44 The Queers – Another Girl

Piosenka, którą powinienem teraz napisać. Wesołe, ale krzepiące i wcale niegłupie. You’’ve gotta leave her behind and find another girl. Ja się w sumie nie nadaje do tych zabaw.

LINK


01:49 Kiev Office – Dwupłatowce












Teraz kiedy już solidnie wsiąkłem w ten mistyczny kawałek oraz doceniłem ich nieprzeciętną płytę, tym bardziej cieszę się, że zespół wysłał mi egzemplarz „Antona” do zrecenzowania. W tym momencie czuję się wypalony. Z drugiej strony wzrusza mnie myśl, że towarzyszą mi tak wspaniałe dźwięki. Pić jeszcze kawę czy nie? Pisać dalej, położyć się? Czy potrzeba mi jeszcze znieczulenia?

LINK


02:10 John Maus – Believer












„Believer” to inspirująca rzecz. Jednocześnie też dość ironiczny tytuł jak na mój obecny stan. You call me a believer HAHA. John Maus nabija się ze mnie. Bit, iluminacja klawiszowego motywu, nakładający się na to dziwny głos kreślący prostą, acz magicznie dopasowaną do reszty linię wokalną. OK. mam dosyć, nie rozstaje się z muzyką i żałosnym losem, ale wyłączam worda, próbuje zasnąć. Nie przejmuję jutrem, kolosem, wykładem i ćwiczeniami. I nigdy więcej do niej nie pójdę.

LINK


02:31 The Flaming Lips – Jesus Shooting Heroin












Zrobiło się ciężko i egzystencjalnie. Postanowiłem pociągnąć to jeszcze przez chwilę. Tak sobie myślę, że ta dziewczyna, o której myślę nigdy, przenigdy nie doznałaby przy czymś takim.

LINK


02:43 Deerhunter – Basement Scene












Dojrzałem chyba ponownie do słuchania ładnych, dream popowych melodii. „Basement Scene” jest właściwie jak kołysanka, która na pewno by mi się teraz przydała. Bradford Cox ma pewnie gorzej ode mnie. Now I wanna wake up, I wanna wake up now. Dobre sobie. A ja czuję teraz, że komary naprawdę się mną zaopiekowały przez ostatni weekend w domu.

LINK


02:48 Autolux – The Bouncing Wall

Kojarzą mi się jakoś te dwa zespoły. Autolux i Deerhunter. „Transit Transit” było dla mnie w zeszłym roku znacznie bardziej doznaniowe niż „Halcyon Digest”. Mogliby wspólnie splita nagrać. „Basemenet Scene/The Bouncing Wall”?

LINK


02:52 Julee Cruise – Into The Night












Szkoda, że to jeszcze nie równo 3:00. Nie znam bardziej metafizycznej, mrocznej, a jednocześnie paraliżującej serce kompozycji od Twin Peaks’owego „Into The Night”. "So dark…" . To jak Julee uchwyciła grozę i klimat wywołuje we mnie dreszcze. Ciemność i miłość. Jezu, ale się wkręciłem. Śpiący lokator „ożył” dokładnie w momencie tego gwałtownego przejścia, a ja nieomal podskoczyłem ze strachu widząc nagle jakiś ruch w mroku?

LINK


02:59 The Cure – M












You fall in love with somebody else again tonight. No na pewno. Ostatnie czego mi teraz trzeba. Chociaż w sumie: You’re ready for the next attack. No i ta dziergana przez gitarę Smitha, klasyczna melodia. Esencja new wave.

LINK


3:03 Lech Janerka – Lola Chce Zmieniać Świat

Nie sądziłem, że aż tak mnie to wszystko ruszy i zdołuje. Nie przypuszczałbym, że będę tej nocy siedział do trzeciej klikając w literki na klawiaturze. Zadziwia mnie zawsze i fascynuje muzykalność utworu Lecha Janerki. Wbijający się niczym wiertło motyw saksofonu, post-punkowy chłód rodem z komunistycznego kraju, no i z początku niezrozumiałe przesłanie.

LINK


3:10 Bauhaus - Crowds












To teraz na definitywny już koniec zaprzeczę sam sobie i całemu temu konceptowi. Nie będzie opierdalania się i oszczędzania. Będzie rozpacz, smutek, egzaltacja i walenie prosto z mostu. W życiu nie słyszałem, by ktoś tak wypluwał z siebie emocje jak wokalista Bauhaus w tym jednym, absolutnie niebiańskim utworze. Już jest dobrze, już chyba w porządku. Odlatuję w sen.


3:17 Za oknem robi się już jasno.




edytowany: 13-10-2016