Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arkus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arkus. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 czerwca 2016

Partia - Żoliborz-Mokotów (2000)











8

Słuchanie trzeciej płyty Partii uświadamia, jak w istocie charakterystyczny i barwny styl zespół opracował sobie już od początku muzycznej kariery. Na „Żoliborz-Mokotów” grupa nie gubi kluczowych elementów obecnych na debiucie i albumie „Dziewczyny Kontra Chłopcy”, ale nie ma też potrzeby dołączania nowych w celu uzyskania efektu świeżości. Atuty, które odegrały większą rolę na poprzednich krążkach tym razem pozostają nieco w cieniu, podczas gdy inne, nieposiadające wcześniej dużego znaczenia, ulegają ostremu podkręceniu.

Wygląda to trochę tak, jakby na „Partii” z 1998 roku Lesław i spółka zaledwie ustalili składniki, a dopiero później zaczęli próbować różnych wariantów wyważenia ich proporcji. Rockabilly, punk, pop, rock, surf i ska. Lekkie melodie, ostre riffy, przesiąknięte klimatem basowe i kontrabasowe linie. Klasyczne utwory z wokalem oraz ścieżki instrumentalne. Po polsku i po angielsku. Inspiracja latami sześćdziesiątymi i osiemdziesiątymi. Sporo z kraju, ale równie dużo z zagranicy, bo przecież z jednej strony Bielizna, z drugiej The Smiths, stąd Oddział Zamknięty, stamtąd Elvis (albo Billy Idol). Czy należy się dziwić, że z takiej plasteliny możliwe stało się ulepienie co najmniej kilku interesujących opcji? 

Debiut był swoistym przekrojem. W „Dziewczynach...” postawiono na przebojowość standardowo skonstruowanych utworów i obłędnie chwytliwe refreny. „Żoliborz-Mokotów” to z kolei zawrotna, niebezpieczna jazda z okazjonalnymi przystankami. Wiele, zarówno samym tytułem, jak i pod względem brzmienia mówi nam już krótkie intro „Rocket Ride”. O ile tego rodzaju „cząsteczki” Warszawiacy chowali wcześniej gdzieś w środku albo w końcówce, tak tu w ten sposób postanawiają rozpocząć, a trafności takiego ruchu trudno im odmówić.  

Jeżeli poprzednio ktoś odczuwał niedosyt po osamotnionym punk rocku „Chciałbym Umrzeć Jak James Dean”, to „Żoliborz” może mu go spokojnie wynagrodzić. Zwłaszcza w „Disco 707” oraz „30 Dni i 30 Nocy” warszawskie trio wyciska ostatnie soki z szybkiego, mięsistego rock’n rolla i równie oszałamiającego tempem, skocznego ska punka. Przesiąknięte tęsknotą i ulotnością, choć tak samo intensywne, co poprzednie kompozycje „Światła Miasta” jawią się esencją estetyki zespołu. Obrazem warszawskich dzielnic przepuszczonym przez naznaczoną nostalgią wrażliwość Lesława, zawartym w hymnicznej, gitarowej petardzie. „Skillshot”, „Skinhead Girl” oraz „Hiszpański Elvis” - wszystkie bazujące na gęstej mieszance rockabilly, surf rocka, punku i ska wspólnie zapracowują na spójny kształt krążka.

W zestawie odstaje niewątpliwie piosenka ukryta pod indeksem ósmym. Być może najbardziej kultowy fragment trzeciej płyty Partii, czyli maksymalnie sugestywny „Oskar Hell”. Tutaj głośne wymiatanie milknie, pozostają zaś dźwięki o wiele bardziej wyważone, dopasowujące się do opowieści. Pokój, przedpokój, korytarz okno, patrzę na zegarek kolejny raz. Na niewielkiej przestrzeni rozgrywa się coś ważnego, choć teoretycznie nie rozgrywa się nic, bo przecież On czeka, ale Ona nie przychodzi. Cała scena sprowadza się właśnie do wyczekiwania, Jego emocji i tego, w jaki sposób postrzega sytuację. I wszystkie głosy zmieniają się w jeden głos, I wszystkie twarze zmieniają się w jedną twarz. To, co robi lirycznie Lesław można uznać za jakąś formę sytuacjonizmu - skoncentrowania uwagi na przeżyciu dokonującym się we wnętrzu, tu i teraz, w konkretnej chwili i miejscu. Finalnym uczuciem okazuje się smutek słyszalny zwłaszcza w momencie wypowiadania słów: Tylko dla ciebie tu przyszedłem, tylko dla ciebie tu jestem, i odgrywania towarzyszącej im melodii. 

W końcówce z pełnym impetem powraca żywiołowość, jaką płyta naznaczona jest w swej przeważającej części. Tytułowa „Żoliborz-Mokotów” to niespełna dwuminutowy pokaz przejmującego rockowego grania i podobnie jak wcześniejsze „Światła Miasta” coś w rodzaju niepodrabialnego romantyzmu Partii w pigułce (chłopak z Żoliborza, dziewczyna z Mokotowa, kalejdoskop bez początku i bez końca). Śpiewane po angielsku, old-schoolowe „String Along” raczy mniej desperackim, a zdecydowanie luźniejszym feelingiem, nadającym się niemalże na rock’n rollową potańcówkę sprzed połowy wieku.  

Trzeci album w ciągu trzech lat i trzeci z kolei pełnoprawny sztos. Na tym etapie wciąż wysoce trudno byłoby się znudzić twórczością warszawskiej grupy, a jednak „Żoliborz-Mokotów” zapisał się jako jej ostatni długogrający krążek zawierający zestaw nowych nagrań. W roku 2002 wypuszczono jedynie wydawnictwo „Szminka i Krew” z coverami, koncertówkami i dwoma premierowymi utworami.* W 2003 Lesław i Arkus rozpoczęli zaś działalność w kapeli o nazwie Komety, której w zasadzie nigdy nie było szczególnie daleko do poczynań Partii. Kariera tego zespołu okazała się pod wieloma względami bardziej fortunna, dłuższa i co ważne – artystycznie nadal mocno satysfakcjonująca.


* Do bólu warszawskie ”Powietrze” i punkowa „Nieprzytomna z Bólu” – obydwa wyśmienite

piątek, 17 czerwca 2016

Partia - Dziewczyny Kontra Chłopcy (1999)











10

Drugi krążek Partii zdradza pewne podobieństwo do albumów rodem z wczesnych lat 60., rzadziej będących zorganizowanymi całościami, a częściej zestawami maksymalnie przebojowych singli. Siedem spośród jedenastu utworów na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” zamyka się w naturalnym dla popowych kawałków formacie dwóch minut i kilkudziesięciu sekund, trzy są niewiele dłuższe, jedna trwa trochę ponad minutę. Większość oparta jest na konstrukcjach zwrotkowo-refrenowo-mostkowych i nawet jeśli nie wszystkie z nich posiadają refreny, to każda odznacza się bardzo wyrazistym, z miejsca dającym o sobie znać hookiem.    

Słyszalna na wszystkich możliwych frontach optymalna chwytliwość rozpoczyna się już w samym zarodku każdego numeru, pierwszych partiach perkusji i wstępnych motywach. Może to być, na przykład: dęty temat nagrania tytułowego, nieskazitelny riff „Wyglądasz Jak Chłopak”, błyskawiczne akordy i uderzenia bębnów w „Kobietach” albo „Kim Jesteś?”. Każdą akcję poprzedza króciutka, absolutnie treściwa zapowiedź, z której bezpośrednio wyłania się dalsza wyśmienicie piosenkowa historia. 

Lesław w kilku wywiadach wspominał o tym, że kiedy zaczynali, nie istniało zbyt wiele polskich zespołów, które robiły na nim wrażenie. W muzyce rockowej modny był grunge i formacje pokroju Iry lub Wilków, podczas gdy lider Partii bardziej cenił sobie wrażliwość Bielizny lub kompletnie anonimowego dziś Marilyn Monroe, a spośród grup zagranicznych Suede, The Smiths czy wczesnego The Cure. To, czego być może tak bardzo brak gitarowemu graniu, znanemu z polskich radiowych rozgłośni ja zawsze znajdowałem z kolei w napisanym przez niego „Wyglądasz Jak Chłopak”. Drugi utwór na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” uderza jednocześnie swą unikalnością, jak i... normalnością. Riffem cholernie dorodnym, choć wcale nie nadzwyczajnie wymyślnym i tekstem też nie arcyskomplikowanym, choć niewątpliwie ciekawym, intrygującym i sięgającym głębiej. Można by dojść do wniosku, że Partia wypełniła pustkę, o jakiej mówił Lesław, gdyby nie oczywiście fakt, iż te bezbłędne pop rockowe piosenki, pokroju „Wyglądasz Jak Chłopak”, nigdy na dobrą sprawę w dużych mediach nie zaistniały. 

Jeżeli kwestia najlepszego riffu na albumie jest dla mnie oczywista, to z wyłonieniem najdoskonalszego refrenu istnieje spory kłopot. Poważnym pretendentem do tego tytułu jawi się wpadające w ucho „Kim Jesteś?”, jeden z tych chorusów (Teraz czekam na kogoś nowego...), z którymi budzisz się rano w głowie, a potem chodzisz jeszcze przez kawałek dnia. Innym, szalone i oszałamiające, kuszące dodatkowo w zwrotkach wyliczanką kobiecych cech i prostymi rymami „Kobiety” (Jest tak wiele kobiet, że kręci mi się w głowie...). Nie mniej od dwóch poprzednich ponadto, beztroski, pachnący przygodą i młodzieżowymi serialami z lat 60. „Adam West” (kultowe Zadzwoń do mnie i uratuj mi życie...). Ten ostatni dzięki fragmentowi poczętemu od słów: teraz stoję pod twoim blokiem, na pewno już śpisz wszystkie światła są zgaszone, podkreślonemu świdrującą solówką bezkonkurencyjnie wygrywa zresztą osobny konkurs na najwspanialszy mostek.  

Kilka nagrań, być może równie istotnych i tak samo dobrych, wyłamuje się nieco z tej najczystszej „singlowej” reprezentacji. Zalicza się do niej jeszcze wpadający w ska, muzycznie pogodny (w czym duża zasługa trąbek) „Kieszonkowiec Darek”. Czym innym jest już natomiast brawurowy punk rock „Chciałbym Umrzeć Jak James Dean”, powalający zabójczo ekspresyjnym momentem: pusta autostrada, czerwony blask, niebo eksploduje milionem gwiazd!. Wyróżnia się „Prawdziwy Partner”, w którym grupa zamienia przez chwilę wesołe melodie na jazzujący feeling i przybrudzone dźwięki, a Lesław ponownie wykorzystuje swą umiejętność stymulowania czyjejś wyobraźni klimatycznością tekstów: dym papierosów, dźwięki tłuczonego szkła, duszący zapach perfum, jeszcze jedna taka noc.

W trochę innej bajce funkcjonuje też zamykające płytę „Wieczorem”, gdzie lider Partii urokliwie dzieli się z nami opisem pewnego okropnego dnia oraz jakby od niechcenia wymienia wszystkie miejscowe obiekty, które mija podczas powrotu do domu. Jest to najspokojniejsza kompozycja na krążku, muśnięta dźwiękami wibrafonu, doskonale oddająca nastrój miejsko-dzielnicowej rzeczywistości. Nie ma co się jednak łudzić, że te „jabłka” upadają od jabłoni szczególnie daleko. Mimo, iż ich charakter wypada odrobinę odmiennie, nie zmienia się fakt, że one także maksymalnie chwytają i przynoszą kolejne, stworzone do nucenia linijki pokroju: Tak mijają miesiące, Ty nie tracisz nadziei, powiedz jak ty to robisz? Całość dopełniają: króciutki surf rock/psychobillly „Vampire Beach” i śpiewany po angielsku „Speedway”, gdzie grupa brzmi niczym łagodniejsza wersja psycho-punkowców z The Reverend Horton Heat.

„Druga Partia” to album pozbawiony dłużyzn, pełen regularnie i konsekwentnie zastępujących się melodii, które nigdy nie okazują się chybione. Na „Dziewczyny Kontra Chłopcy” zachowany został styl pewnie określony już na debiucie, ale przy tym większy nacisk położono tu na pisanie nośnych, perfekcyjnych piosenek. Lesław, Waldek i Arkus w 1999 r. stworzyli prawdziwą „złotą jedenastkę” i jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi, obok „Miłości w Czasach Popkultury” Myslovitz, być może ostatni klasyk wśród polskich gitarowych krążków dwudziestego wieku.

środa, 8 czerwca 2016

Partia - Partia (1998)











8

Darem Partii od początku była umiejętność sugerowania słuchaczowi niedookreślonych i fascynujących „dziwnych uczuć” w rodzaju tego, o którym Lesław śpiewał w refrenie utworu „Ulice”. Już na debiucie, nie tak jeszcze doskonałym jak druga płyta, trio mogło zaskakiwać potęgą klimatu swych stosunkowo prostych gitarowych kawałków. W czasie dwóch-trzech minut zespół potrafił wciągnąć w świat specyficznych emocjonalnych sytuacji, rozgrywających się na tle warszawskich ulic lub klatek schodowych, w ciągu nocy niemających końca.

W gęstym psychobilly i wrażliwym punku bardzo często udawało się liderowi grupy zawrzeć coś, co wypadałoby chyba nazwać poczuciem ulotności. Nie szukając daleko, było ono obecne choćby w największym przeboju Partii i jednocześnie utworze rozpoczynającym ich pierwszą płytę. Kultowy refren „Warszawa i Ja” to wdychane na balkonie miejskie powietrze, zmieszane z dymem palonego papierosa i światłem gwiazd. Moment wyjątkowy, ale naznaczony świadomością, że to wszystko się kiedyś skończy. W „Pociągu Do Nikąd” o tym, iż przeżywane zdarzenia są chwilowe i zarazem niezwykle istotne informowały wymowne słowa: teraz i już nigdy potem. Rok później bohater „Adama Westa” chciał przeżyć jeden prawdziwy dzień. W jednym z numerów Komet, czyli późniejszego zespołu Lesława i Arkusa, tematem uczyniono „Ostatnie Lato XX Wieku”.  

Smaku tekstom i piosenkom Warszawiaków dodawało też oddawanie stanów niepokoju, niepewności czy dezorientacji. We wspomnianym już „Pociągu Do Nikąd” cały dramatyzm kumulował się za sprawą linijek: Nerwowo trzymasz mnie za rękę w atomową noc, pytasz gdzie jest dzień naprawdę nie wiem. Kapitalny "Tydzień i Jeden Dzień”, kończący „Partię”, od opisów tyle barwnych, co i niepokojących pękał w szwach: Labirynty ulic, Elektryczne światła, Zastanawiam się kim jesteś, Zastanawiam się gdzie jestem. W „Pięknym Chuliganie” to, co romantyczne było jednocześnie tym, co niebezpieczne:  W niewoli twoich perfum, w pułapce czterech ścian, ciężkie ramię ciemne znamię, Tym razem nie mam szans. Nie ma zresztą wątpliwości, że w ramach pisania utworów Lesław niejednokrotnie tworzył również całkiem niezłą poezję. Wszystkiego zacytować się nie da, ale weźmy na przykład „Parasole”, sugestywny deszczowy obrazek, oprawiony wyciszonym śpiewem wokalisty i delikatnymi klawiszami, gdzie poziom oddziaływania na wyobraźnię zwyczajnie trudno jest przekoloryzować.  

Za ścisły trzon „partyjnego” debiutu uznaję trzy kawałki: skrajnie przebojowe „Warszawa i Ja”, melancholijno-rozedrgany „Pociąg Do Nikąd” oraz intrygujący „Tydzień i Jeden Dzień”. Niedaleko za nimi plasują się malownicze „Parasole” i przyprawione pikantną sekcją dętą „Ulice”. Nie da się powiedzieć złego słowa o „Pięknym Chuliganie” czy wyraźniej punkujących, śpiewanych po angielsku oraz francusku „Dicku Graysonie” i „Reve”. Oszałamiającą płynność świetnych melodii, wspaniałych bez wyjątku refrenów i konsekwentnie następujących po sobie hitów przyniosła jednak wydana w niedługim czasie po „Partii” płyta „Dziewczyny Kontra Chłopcy”, na której wszelkie zalety zespołu zostały już doszlifowane do poziomu maksymalnego.