Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trójmiasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trójmiasto. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Trupa Trupa - Headache (2015)












7

Muzyka oczyszcza. Da się to poczuć naprawdę wyraźnie w momencie, kiedy choć na jakiś czas człowiek pozwoli się opanować przez destrukcyjne dziedziny życia. Czego byśmy nie słuchali, nawet jeśli miałyby to być niezwykle mroczne gatunki – depresyjny post-punk, destrukcyjny metal, albo pesymistyczna odmiana psychodelii, wszystkie one potrafią okazać się paradoksalnie pozytywnymi siłami, „dobrem” mającym na psychikę zbawienny wpływ. Nawet „zła” muzyka jest w gruncie rzeczy sztuką przynoszącą ukojenie. Sięgając po „One Hundred Years”, „Nice & Blue” czy „I Hate” nigdy nie miałem potrzeby zrobienia sobie krzywdy. Wyrzucenie negatywnych emocji często staje się dla muzyka elementem terapii, dla słuchacza zaś równie dobrą metodą na wyżycie się. 

Dekadencja to słowo, którego w stosunku do twórczości zespołu Trupa Trupa użyłem wcześniej już co najmniej raz, przychodzące na myśl ilekroć zdarza mi się słuchać utworów tej grupy. Co ciekawe, dekadencja to podobno odmiana hedonizmu. I faktycznie, tu wydaje mi się takie stwierdzenie posiadać ogromny sens. Od samego początku w ocierającym się o wokalny fałsz zawodzeniu Grzegorza Kwiatkowskiego i towarzyszącej mu teatralnej intensywności kawałka „Snow” czuję przyjemny dreszczyk. To uczucie, że za chwilę wszystko runie, zostanie zdruzgotane i zniszczone. Nie fakt, że tak się stanie, ale samo pięknie uchwycone tu napięcie związane z oczekiwaniem. „Let it snow, oh I will disappear, I’ve got nothing to hide”. Czyż słowa te nie wyrażają silnej chęci wspomnianego na wstępie oczyszczenia? Nawet jeśli miałoby ono nastąpić w białej jak śnieg nicości.   

Powtórzę się teraz z bezczelną premedytacją, ale kapeli z trójmiasta znów udało się nagrać kawałki pełne niesamowitej, zbawiennej dekadencji. Objawia się ona pod postacią różnych nastrojów. Mnóstwo w kompozycjach z „Headache” nieskrępowanej żywiołowości, ale i spokoju połączonego z... niepokojem. Takie jest przecież „Halleyesonme”, piosenka beznamiętna, opanowana, a mimo to w jakiś sposób straszna. „The Sky Is Falling” to rzecz najczytelniej tekstowo oddająca ducha płyty. Uczucie słuchania refrenu najlepiej wyraża natomiast sam tytuł albumu. Wydzieranie się prowadzące do bólu głowy, ale w tym wydzieraniu się jest metoda i znów stanowi to drogę do emocjonalnego wyzwolenia. Wreszcie, po ochłonięciu, przy „Sacrifice” możemy zauważyć i docenić ciekawsze brzmienie, oraz subtelność melodii. Na chwilę oczywiście, bo trzecia płyta Trupy to co rusz zjeżdżający w dół i szybujący w górę rollercoaster. Po iście upiornym „Getting Older” następuje kołysanka na miarę starego Spiritualized czyli „Give’em All”. Choćby cienia optymizmu nadal na próżno wypatrywać, ale niczego innego nie powinniśmy się spodziewać. 

Ciekawie szuka się na „Headache” następcy zabójczego „I Hate” z poprzedniego krążka. Ciekawie, bo nie można tu raczej dokonać jednoznacznego wyboru. Killerów jest w zasadzie kilka. Możemy za takowy uznać „Snow” albo „The Sky Is Falling”, jak również ukryty pod siódemką hipnotyzująco-oszołamiający „Wasteland”. Powtarzane w kółko „running running running” z zapętlonym motywem klawiszowym i nawracającymi sprzężeniami plus wzbudzające ciarki zdanie: „lepers in square 155” tworzą efekt wirującego cyklonu, w którego środku znajduje się naturalnie słuchacz. Jest w końcu i chaotyczne nagranie tytułowe, agonia rozdzierania na strzępy, harmonia niepohamowanych wrzasków, wypuszczenie najdzikszej bestii. Nieźle wypada także końcowe „Picture Yourself” wędrujące od poukładanej melodyjności do rejonów twórczego noise-rockowego hałasu. Grzegorz Kwiatkowski brzmi tutaj wokalnie trochę jak Japończyk. Może stąd ten tajemniczo chwalebny odbiór płyty w blogosferze kraju kwitnącej wiśni?

Słychać „nowe odczytanie brzmieniowe” jak również pewien progres odnośnie kompozycji i produkcji, zadowolenie członków zespołu wyrażane w wywiadach można więc łatwo zrozumieć. „Headache” to album podobny do „++”, trochę inny, ale jakościowo porównywalny. Wybór pomiędzy jednym a drugim będzie raczej kwestią gustu, w zależności od tego czy zwycięży przyzwyczajenie i sentyment czy efekt nowości. Szalę przeważyć mogą też poszczególni faworyci umiejscowieni tu, czy tam. Po sesji z trzecią płytą Trupy Trupa czuję się syty, wyżyty, mam dość, ale czuję też zadowolenie. Czołowa nazwa młodej polskiej alternatywy potwierdziła swą pierwszoligowość.  



sobota, 11 października 2014

Kiev Office - Statek Matka (2014)


Otoczka to dużo, więcej niż mogłoby się wydawać. To, co dzieje się przed ukazaniem płyty, wszelkie zapowiedzi i zachęty nie zmieniają samej muzyki, ale mają ogromny wpływ na podejście przed sięgnięciem po nią. Podejście z kolei nie pozostaje bez wpływu na odbiór. I tak, na nowy Kiev Office narobiono mi smaku w całkowicie odpowiednim czasie, może tydzień przed premierą. Tak się również złożyło, że poprzednie dwie płyty, wcale nie z powodu premiery tej nowej, odświeżyłem sobie w niedalekiej i bardzo niedalekiej okolicy premiery „Statku Matki”. Otrzymanie świeżego materiału w tym momencie ucieszyło bardziej niż mogłoby w innym. Wzrósł entuzjazm, ale i podniosła się poprzeczka oczekiwań.

Moje zainteresowanie szczególnie ukierunkowane zostało do jednego z kawałków, o którym usłyszałem wcześniej to i owo.  „...a "Bulwar Molo" z refrenem "wirujesz wciąż jak fakir, zawijasz siebie w rollo, skaczesz przez bulwar, skaczesz przez molo" ma szansę stać się największym przebojem Kiev Office” pisał na fejsbukowym wallu Bartosz Chmielewski z Muzyki Końca Lata. Na wzmianki o przebojowości w kontekście zespołu, którego przebojowe fragmenty uwielbiam, zapaliłem się jak norweski kościół. Odpalając „Statek” miałem nawet zamiar zacząć swój odsłuch właśnie od numeru ósmego. A jednak coś mnie powstrzymało, ujarzmiłem ciekawość, postanowiłem rozprawić się z wszystkimi piosenkami po kolei, po bożemu. 

Zanim do meritum, jeszcze jedna około-tematyczna dygresja. Opowiadania z „bruLionu”, zadupijne dzielnice Katowic, podróże pociągami, „Lalamido”, reklamy Mazdy i szamponów do włosów wskrzeszane z YouTube’a, teledysk Code Orange, znane, młodsze trochę tylko gęby polityków w „Nocnej Zmianie”, wszelkiej maści brudna muzyka rockowa. Różne rzeczy w ciągu ostatnich miesięcy pobudzały moją ostrą nostalgię za latami 90. Ostatnim (jak dotąd) elementem owego pobudzania był live „Satelity” Kiev Office z 2009 roku. Nagranie ukazujące całą zadziorność kawałka i zawartą w nim, jedynie dla „ninetiesów” odpowiednią hiciarskość skumulowaną w gitarach. Klimatyczne w jednakowym stopniu - mrok i melodie czuło się już na „Antonie Globbie”, w zeszłym roku zniszczyła nadmorska narracja „Bałtyk Nocą”. „Statek Matka” również potrafi na całego wchłonąć i przetrawić sprawiając, że słuchacz zaginie zmysłowo gdzieś w krainie przepastnej, trójmiejskiej nocy.

Bartek nie kłamał, „Bulwar/Molo” jest niesamowite i zawiera tekst, który onieśmiela chwytliwością co najmniej tak, jak „Historia oka” Bataille’a zawstydzała grzeczne filolożki polskie 25 lat temu. Najpierw te skromne pół minuty zwrotki, jednostajny rytm, sprytna hipnoza, z której wyrasta refren gigant. „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”! Z samym zaśpiewem przywodzącym jakby na myśl Manaam, może Siekierę czy inny rodzimy post-punk. Albo brzmi to aż tak dobrze, albo ja uwierzyłem zanim jeszcze posłuchałem. Wyborne jest również „Girls From Rewa, Boys From Hel”, esencja Kiev Office, coś czego mogliśmy się po nich spodziewać, ale doszlifowane i epickie jak nigdy dotąd. Chórki Joanny Kucharski nigdy nie brzmiały tak dostojnie, wokal Gorana nigdy tak przejmująco, muzyka grupy nigdy tak bardzo nie przypominała potężnego i pięknego parowca... . Tekst osiąga zaś wartość definitywną*. Ich „A Day In The Life”.

Przedstawicielem absorbujących kompozycji, o których napomknąłem pod koniec trzeciego akapitu jest najdłuższy na płycie „Opat”. Instrumentalna, zadumana nowa-fala, noc ciemna zmysłów, mogłaby tak nieść się i przez pół godziny. Na przeciwległym brzegu – „Po południu Mechowo”, hardcore’owa jatka, następca „Karoliny Kodeiny” i „Człowieka Pełnego Powiek”. Jakże cholernie mięsiste potrafią tu być gitary. Zwłaszcza w „Statku Matce” i „Indianinie”, także w „Białej Sierści” Miegoń tnie riffy aż lecą wióry, ogółem więcej jest też fantazyjnych solówek. Z sześciu strun emanuje noise-rock i post-punk, dobrze rozumiany alternatywny rock, punk, szczypta bluesa i ciężkiego grania. Piosenkową lekkość najlepiej reprezentuje zaś zdecydowanie „Szary Mistyk”.

Przy ostatnim odsłuchu „Zamenhofa”, uraczyła mnie ponownie rozrywkowość ich stylu, totalna radość i relaks. Przy spotkaniu z „Antonem” z kolei niebywała żywotność – „Mężczyźni w strojach kosmonautów” wręcz wyłazili ze słuchawek. Jeżeli miałbym na tę chwilę ująć największy atut „Statku Matki” to celowałbym w umiejętne posłużenie się rockowym warsztatem i skonstruowanie czystego gatunkowo, choć złożonego podgatunkowo materiału, który sprawia szorstką przyjemność, ale też jawi się jako interesujący. Surowowość i pomysłowość dochodzą do porozumienia, szarość jest kolorowa. Pomimo rewitalizowania estetyk poprzednich dekad ciężko posądzić o nieświeżość.


*około-trójmiejskie smaczki zawsze u Kiev Office obecne, a wręcz nieodłączne, tutaj rozkwitają zupełnie. Same tytuły zdradzają zresztą wiele. 

środa, 25 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 24-21














Gitary, luz, energia, boskie chórki – wszystko to co lubiliśmy chociażby u Pixies znaleźć można również dziś w lwiej części twórczości Kiev Office. „Jerzy Pilch” niech posłuży za żywy przykład. Ileż tu radości z grania, kombinowania, robienia CZEGOŚ z niczego? Tak samo cieszą fragmenty z goranowym śpiewaniem o „alkoholu na śniadanie” czy „esencji twoich myśli” jak i te gdzie na dłuższą chwilę zostajemy już tylko z przyprawionymi twórczym hałasem auuuuu i ooooo.














Morning’s come you watch the red sunrise, The early day still flickers in your eyes

Opener ostatniej płyty Vampire Weekend nie mógłby brzmieć bardziej na miejscu. Pierwsze wersy “Obvious Bicycle” to esencja poranka, momentu w którym pozbawieni jesteśmy energii. Cały utwór oparty na niespiesznych mechanicznych uderzeniach, taktowny i harmonijny niczym spokojne śniadanie przed wyjściem z domu, proszki, dwie tabletki magnezu i kawa na pocieszenie. Przewdzięczne melodie między trzecią, a czwartą minutą i fragment o nas wszystkich w półśnie na podłodze sali gimastycznej liceum, przelewają szalę urokliwości.














Są zespoły, którym w ramach właściwej identyfikacji i zaznaczenia przynależności do jakiejś muzycznej szufladki, na każdej istniejącej stronie należałoby przykleić łatkę “lista FURS”. Kapele różne, ale o wrażliwości natychmiastowo rozpoznawalnej, forumowi faworyci szczególnie z lat 2008-2011. Clues, DeRosa, Deastro, Grand Archives, The Coral Sea. Taką klasyczną w naszym kręgu grupą jest też bez wątpienia Holopaw. Najlepsze na ich (aż cztery lata wyczekiwanym) „Academy Songs Vol. 1” „The Lights From The Disco” jawi się sentymentalnym powrotem w imponującym stylu. Wygrywa tu wszystko - bezsilny wokal, marszowa perkusja, melodyjne melancholijne brzdąkanie i ocierające się o absolut chórki. Mistrz w swojej wadze.   














Jedna z tych smutnych, 80’sowo zakrapianych pieśni na nieszczęśliwą miłość. Towarzysz nocnego snucia się po mieście. Dla tych, dla których jedynym dostępnym kolorem pozostaje niebieski. Symbolizujący łzawą melancholię i kurewski żal. 

czwartek, 12 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 44-41














Wierzę, że Grzegorz Kwiatkowski tak naprawdę nie ma nic do papieża, swojej żony, siebie, mnie i nas wszystkich, aczkolwiek w rolę głęboko sfrustrowanego, wyładowującego agresję hejtera wciela się nadzwyczaj kapitalnie. Tej nawiedzonej przez burzę przesterów psycho-kołysance warto dać się muzycznie zgwałcić.















Kto się tutaj (na Dirty Boots) w jakiejkolwiek formie spodziewał Shaggy’ego, ten niech pierwszy rzuci kamień. Panowie Diplo, Jillionaire i Walshy Fire oraz ich goście doprawdy udanie godzą nie cierpiących na „ból dupy” słuchaczy indie z pożeraczami niewymagającego, aczkolwiek mocno przyzwoitego popu/r’n’b. Tak bardzo radiowego, a zarazem tak znakomitego głosu Wynter Gordon w złym stylu byłoby nie pochwalić. Przebojowej doskonałości  i hooków całego „Keep Cool” również.


42. Generationals – Put A Light On/ Spinoza













W Polyvinyl records pielęgnuje się oblicze współczesnego, nieinwazyjnego indie-popu właśnie za sprawą takich niegroźnych, nienarzucających się oraz całkiem przyjaznych zespołów pokroju Generationals. Grant Widmer i Ted Joyner zdobywają sympatię pozytywną zwyczajnością, piosenkami, które nie eksplodują fajerwerkami, a jednak wzbudzają zaufanie. Bo choć „Put A Light On” ma swoją klikająco-klawiszową przebojowość to „Spinoza” brzmi jak typowy utwór lekkich nudziarzy w swetrach i pogniecionych koszulach. No a ja nie mogę się temu oprzeć. 















Jeszcze bardziej zakochani, niedzisiejsi i lekko perwersyjni, chłopacy z Crocodiles, witam ich o tej porze roku ponownie. Lekcje z shoegaze’u dawno odrobione, z literatury francuskiej powiedzmy, że też. Tym razem szkolna piątka należy się jednak za odtworzenie ducha najbardziej urokliwych, ramonesowskich banałów pokroju „I Wanna Be Your Boyfriend”. 

środa, 13 listopada 2013

Zaległości i świeżynki z rodzimej sceny















The Shipyard? Tak, to ten zespół, który wczoraj w porze wczesno-wieczornej, nieco przed dobranocką zagrał kawałek Joy Division w TVP1. Jaja? Nie, nie robię sobie jaj i chyba mi się nawet nie przyśniło. Mimo, że herezje we mnie od lat... . Siląc się już na powagę i przechodząc do tematu kompletnie właściwego, kilka miesięcy temu grupa Rafała Jurewicza przypomniał o sobie za sprawą całkiem ciekawego, coverowego wydawnictwa. Zamiast po raz tysięczny brać na warsztat „Telefony” albo „Białą Flagę” panowie złożyli hołd Republice, przygotowując swoje wersje znacznie mniej znanych kompozycji autorstwa Grzegorza Ciechowskiego. Dla mnie faworytem z podwójnego singla jest istotnie hipnotyzujący kawałek ukryty pod indeksem drugim. A imię jego „Wielki Hypnotyzer”, trwający 4:44. Oryginał to oczywiście prawdziwa miazga, atakująca całym arsenałem środków wyrazu 80’sowego, zimnego jak lodowiec post-punka. Wykonanie The Shipyard ma natomiast swój własny klimat, jest pracą wykonaną rzetelnie, ultra-słuchalnie i wciągająco. Maniakalny, schizofrenicznie-abstrakcyjny i nie mniej godny uwagi „Układ Sił” przemieniono w momentami masywnie gitarową propozycję, w której jak to u The Shipyard (albo na przykład Killing Joke) wkrada się również smaczna warstwa nowo-falowej przestrzeni. Więcej takich przypominajek bardziej zakurzonych kawałków polskich klasyków miło byłoby usłyszeć okolicznościowo, raz na jakiś czas. Także od innych kapel.



Twórczość HOAP bardzo kojarzy się ze wczesnym, gitarowym Radiohead, zespołami reprezentującymi totalnie rozmarzone oblicze post-rocka (dźwiękowe pejzaże niczym u Alcesta) czy kilkoma innymi muzycznymi wspomnieniami, które uznaję za nie mniej, nie więcej jak przyjemne. Problem z tego typu wykonawcami polega na tym, iż przy tak wyraźnych inspiracjach przegiąć pałę mogą zdecydowanie zbyt łatwo. Chłopacy z Warszawy tej niemiłej sytuacji w moim mniemaniu jednak zręcznie unikają. Piosenki z ich debiutanckiej EP’ki są jak przysłowiowe „High And Dry” łamane przez piękny dream-pop, melodyjnie dopieszczone, ulotne i niekiedy wręcz zniewalające (kapitalny nr 3 - „Peter”). Tomasz Kopeć to nie ukrywajmy, naśladowca wyczynów wokalnych Thoma Yorke’a, ale śpiewający z nadzwyczaj sprawnym angielskim akcentem. Instrumentalnie też miewają momenty świetne (finał „New World”). Cóż na ten moment powiedzieć więcej? Dobry band, bardzo dobry pewnie jeszcze będzie.















Nie taka znowu wielka przemoc, właściwie dźwięki całkiem przyjazne dla tych, co lubią rzeźnię umiarkowaną. Jako zwolennik kompromisów i złotych środków do nowej EP’ki Brooks Was Here podchodzę więc entuzjastycznie. Panowie Mateusz Romanowski i spółka wyciskają tu swoistą esencję pewnego odłamu warszawskiej sceny niezależnej, którego złem byłoby nie uznać za samo dobro. Na „High Violence” do głosu dochodzi zgrzytający, wrzaskliwy, niekiedy niemalże zdychający post-hardcore, może nawet najlepszy od czasu ostatniej płyty Setting The Woods On Fire. Są i śladowe ilości czucia odpowiedniego dla zacnego 90’sowego emo’core’a, obowiązkowa garażowa niedbałość no i... lekka nierówność, nie mącąca jednakże głównie przyzwoitego wrażenia. Plusy stawiam przy „Under Control” i „Underclass Consumers”.


Crab Invasion – Way Too Close














Ostatnim razem Crab Invasion rzucili utworem doprawdy bardzo mocnym w kategorii balety/indie/sophisti-pop. „Dart” było lekkostrawnym, ale wysublimowanym jednocześnie i szalenie rozrywkowym towarzyszem wakacji. „Way Too Close” jest zaś uderzeniem we właściwie tę samą nutę, ten sam nastrój, tę samą zażerającą chwytliwość. Wypada to ledwie minimalnie słabiej od poprzednika, najwyżej pół noty, bo wciąż przebojowo nakręca i pląsa sobie radośnie. Można się sprzeczać o to z jak dobrym w rzeczywistości mamy zespołem do czynienia (pije do pewnej owocnej dyskusji dla wtajemniczonych), ja wiem jedynie, że ostatnio pod względem fajnych popowych hooków rozlokowanych w jednym niepozornym kawałku, aż tak wielu na rodzimej scenie im nie dorównuje.   




Na koniec wciąż ciepły, świeżutki singiel, w dodatku z zajebistą okładką. Judy’s Funeral swoje dotychczasowe noise-rockowo/shoegaze’owe brzmienie inspirowane A Place To Bury Strangers/Jesus And Mary Chain wymieszali tym razem z melodiami więcej niż lekko ocierającymi się o klimaty surf-rockowe. W efekcie, za sprawą „Down Deep” dostajemy coś przypominającego z twarzy twórczość sympatycznej, kalifornijskiej ekipy Crocodiles. Co to właściwie znaczy z mojej strony? Dobrze jest czy źle? Spoko, jak najbardziej. Po drugiej stronie, regularny b-side, „Lose Yourself”. Przestrzenny, intrygująco pulsujący i mieniący się ambientowymi (!) barwami instrumental. Niezła niespodzianka prawdę mówiąc, no i zagadka jednocześnie. Co oni na tym longplayu wykombinują?

niedziela, 25 sierpnia 2013

Judy's Funeral - Four Track EP (2013)









6.5

W trójmieście wyrósł nam niedawno polski odpowiednik A Place To Bury Strangers, kapela wyznająca brutalny shoegaze, masywne przestrzenie dźwięku, noise i zimną falę. W muzyce Judy’s Funeral ciężko właściwie wyczuć jakiekolwiek oznaki polskości. Gdyby powiedziano mi w ciemno, że panowie pochodzą z USA, Wielkiej Brytanii, Australii czy dajmy na to Szwecji, łyknąłbym tę historię bez problemu. Tymczasem mowa o trzech chłopakach z Gdyni, reprezentujących barwy wytwórni FYH!. Lewandowski, Piotrowski i Rojek bezkompromisowo konstruują ściany dźwięku, ukrywają psychodelę pod przykrywką lodowatego anturażu i masakrują wszystko na swej drodze, lub tak jak w ostatnim na EP’ce „Before You Fade Away” snują klimatyczne melodie nie rezygnując przy tym z garażowej estetyki. 


piątek, 24 maja 2013

Trupa Trupa - ++ (2013)













7.5

Słynne trzęsienie ziemi z powiedzenia Alfreda Hitchcocka stanowi jeden z najbardziej wyświechtanych motywów jakimi recenzent może posłużyć się w tekście. Do nowej płyty zespołu Trupa Trupa pasuje ono jednak niemalże jak ulał. Wspomnianym kataklizmem w przypadku „++” jawi się bezkompromisowo otwierające „I Hate”. I choć odrobinę naciągane byłoby twierdzenie, iż napięcie nieustannie tu narasta (gdyby tak było przy pozycji 10 nasze głowy musiałyby eksplodować) to nie przesadzę pisząc, że opada raczej rzadko, co już wystarczy by płytę tę uznać za arcyciekawą.

W niesamowitym utworze pierwszym najpierw masakruje nas krzyk Grzegorza Kwiatkowskiego, potem na swój sposób każdy kolejny dźwięk budujący kosmiczno-psychodeliczne słuchowisko. Kiedy wokalista milknie, pozostają między innymi przesterowane szumy i są to szumy piękne, które mogłyby jeszcze kilka minut potrwać. Niczym silny wiatr za oknem w klimatyczną noc. „Felicy” brzmi jak cudowne wyciszenie, nasycenie spokojem, melodią i harmonią. Inna forma wyrazu, inny nastrój, ale poziom satysfakcji słuchacza ten sam. Nie mija zresztą wiele czasu, a wielbiciele świdrujących gitar oraz niszczycielskich ścian dźwięku dostają prezent w postaci garażowej dwuminutówki „Miracle”. Przy tego rodzaju rozplanowanym krążku, aż ciekawość bierze co wyskoczy dalej.

Tytuły utworów należą do bez wątpienia oszczędnych. Na całe szczęście same kompozycje idealnie realizują postulat muzycznej treściwości. W „Over” mamy dla przykładu świetnie zrealizowany trąbkowy temat, elegancko wypływający na pierwszy plan, na końcu zaś urokliwą zabawę melodią. Zawierający się ledwie w sześciu linijkach tekst swoją wymową podobnie jak kilka innych na „++” przypomina mi egzystencjalnie-ironicznego Isaaca Brocka z okresu „Good News For People Who Love Bad News”. „Here And Then” czy „Sunny Day” kierują z kolei moje skojarzenie do niedawno wydanej, „podwodnej” płyty Borowskiego i Miegonia. Szaleństwo powraca za sprawą punkowo-rock’n’rollowego „See You Again”. Niektórych fragmentów albo i całego „Home” nie powstydziłby się Bradford Cox.

Dzieje się więc dużo, dzieje się różnorodnie i przede wszystkim dzieje się tu dobrze. Drugi album Trupy Trupa to kilkadziesiąt minut muzyki wyjątkowo zadbanej, a kiedy trzeba również spontanicznej, leżącej gdzieś na skrzyżowaniu rocka garażowego, psychodelii, nieszablonowego, trójmiejskiego post-rocka i zapewne kilku innych podgatunków. Do doskonałości jakby odrobinę brakuje, ale droga jaką podąża zespół i jego obecna forma wskazują na to, że następnym razem może być nawet lepiej.


czwartek, 24 stycznia 2013

Kiev Office - Zamenhofa (2013)













7

Coś pomiędzy albumem długogrającym, a kolekcją rarytasów. Właściwie bardziej opcja druga, ale nie do końca. Kiev Office nagrali właśnie trzeci krążek, który pod każdym względem wydaje się równie nieszufladkowalny jak oni sami.

Mniejsza zresztą o szczegóły. Po pierwsze, liczy się fakt, że dostajemy muzykę jakiej wcześniej nie słyszeliśmy. Po drugie, ta muzyka jest bardzo dobra co już wystarczy aby nie rozwodzić się nad innymi, mniej istotnymi kwestiami. Na wstępie w pas kłania się ostra przebojowość. „Jerzy Pilch” ze zwrotkami trochę przypominającymi Partię, chwytliwą gitarą, chórkiem, tekstem oraz przyjemnym zgrzytem w środku. „Ręce protestują znów” i nie pozwalają zmienić ścieżki. Dziesięć kawałków później trafia się nawet bardziej uzależniający „Uciekł w Niszę” gdzie Joanna Kucharska prostym „uuuu” w refrenie niczym Kim Deal podbija serca na amen. „Satelita” to próbka podobnego pop-rockowego hiciarstwa co „Własne Tajemnice” z pamiętnej miłoszowej EP’ki. Wszystkie trzy wspomniane piosenki mogłyby robić za single i ustawiać się w konkury z chyba największym do tej pory szlagierem Kiev Office czyli „Dwupłatowcami”.

Z „Bałtyk Nocą” emanuje taki klimat, że aż chciałoby się pojechac nad morze i pozbierać muszelki późną porą. Post-punkowym minimalizmem i mrokiem wybornie wciąga „Dance Through The End Of Night”. Gdzieś pomiędzy atmosferą, a przebojowością ustawiają się „Fallen In Love” i energetyczno-koszące „Laurel”.

Według podziału jaki tu sobie ustaliłem trzecią grupę stanowią typowo chałupnicze demówki. Takie z których można się pośmiać, a także czegoś mądrego dowiedzieć. Sprawdźcie „Archeologa” i „Reportaż”. Drugi polecam zwłaszcza studentom mającym do czynienia z przedmiotem zwanym gatunki literackie. Czysto zabawnie wypada autotjunowa zabawa „Uda Clinta Eastwooda” z jajcarskim tekstem. Daje radę akustyczne „Bernard i Borygo”. Żadnego z tych kawałków nie sposób wziąć na poważnie. Muzycznie nie są to na pewno żadne majstersztyki, ale... . Czasem dobrze wyluzować. 

Najbardziej podoba mi się to, że każdy kawałek ma tu swój charakter. Jeden jest gorszy, drugi lepszy, ale każdy zawsze JAKIŚ. Z Kiev Office moi drodzy nudzić się zwyczajnie nie da. Jako regularny album „Zamenhofa” wypada nieźle, jako zbiór odrzutów to robota niemal rewelacyjna.