Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chicago. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chicago. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2019

Joan Of Arc - Testimonium Songs (2013)












6.5

O ile „Joan Of Arc” z 2012 roku był albumem wyjątkowo skromnym, bezpośrednim i najzwyczajniej w świecie prostym, tak wydany już rok później „Testimonium Songs” jawi się rzeczą konceptualnie wytrawniejszą, opartą o kilka nieszablonowych pomysłów i brzmiącą zdecydowanie bardziej osobliwie. Fakt, że płyta współtworzy większe, znacznie szerzej zakrojone artystyczne przedsięwzięcie, obejmujące również taniec, teatr czy poezję, nie stanowi przy tym problemu, by dało się jej słuchać oddzielnie i tak też ją rozpatrywać. 

Jednym ze specjalnych zabiegów wyróżniających kompozycje z tego krążka jest użycie jako tekstów nietypowej poezji Charlesa Reznikoffa, reprezentanta XX-wiecznej szkoły obiektywistycznej. Chodzi tu mniej więcej o przekład sądowych transkrypcji z zeznań świadków i ofiar do postaci wierszy. Ot, typowo awangardowy pomysł na coś niekonwencjonalnego. Druga odrębność wynika zaś z potrzeby wymyślania utworów nie tylko dla nich samych, ale i z myślą o szerszym performance, co naturalnie nie może pozostawać bez jakiegoś wpływu na ich ostateczny, specyficzny charakter. Nie, żeby nie dało się znaleźć wcześniej u Kinselli większych dziwactw w zakresie rozwiązań muzycznych, ale tutaj przynajmniej wiemy z czego to wynika.

Aby najłatwiej tę kwestię zrozumieć warto posłuchać kawałków takich jak „Stephen’s Song” i „Jury Duty”. Obydwa śpiewane a capella, pierwszy na jeden wokal, drugi wielogłosowy, mają w sobie coś teatralnego i brzmią dokładnie tak, jak moglibyśmy sobie wyobrazić kompozycje pisane pod projekt mający łączyć muzykę z inną dyscypliną sztuki. Całkiem ambitny efekt, za sprawą sposobu, w jaki soliści uruchomili melodyjność, udało się uzyskać zwłaszcza w tym ostatnim.

To jednak tylko pierwsza z kilku stron dość zróżnicowanego materiału, na który składa się „Testimonium Songs”. Jeden z chętniej dyskutowanych wierszy Reznikoffa, „Amelia”, w interpretacji Joan Of Arc staje się klasyczną, śpiewaną i graną na akustycznej gitarze niespełna trzyminutową piosenką. Dłuższe „I’d Expect Babies Should Fly, If Not at Least Float Away” i “Mosaic Of Bolts” są z kolei bliskie progresywnym indie rockowym wyczynom znanym z wielu wcześniejszych płyt formacji. Konstrukcyjnie potężne, rozbudowane i szczegółowe sprawiają wrażenie najzupełniej piorunujące. Ostatni rodzynek, czyli „The Bird’s Nest Wrapped Around The Security Camera” to jeszcze inna bajka. Improwizowany 13-minutowy nieład z okazjonalnymi wokalami Tima, trochę kompozycja, a trochę eksperyment.

Wniknięcie w kontekst i historię trzynastego albumu Joan Of Arc z pewnością pomaga w polubieniu się z „Testimonium Songs”. Bez tych czynności warstwa muzyczna również potrafi się mimo wszystko co najmniej nieźle obronić. Być może brak tu nieco równowagi i nie każdy dłuższy czy krótszy fragment niesie pełną satysfakcję, ale „Testimonium…” to nadal rzecz szalenie inteligentna i oryginalna, uzasadniona nie artystycznym snobizmem, a rzetelnie wypracowaną treścią.

sobota, 23 marca 2019

Joan Of Arc - Joan Of Arc (2012)












6

Analiza dyskografii Joan Of Arc dowodzi, że raz na kilka albumów trafia się chicagowskiej formacji moment uspokojenia i wyciszenia, czas nagrywania płyty z ładnymi piosenkami. Pierwszą z nich była „So Much Staying Alive And Lovelessness” z 2003 roku, za drugą możemy zaś uznać wydaną trzy lata później „Eventually All At Once”. Obydwie stanowiły jednak propozycje na swój sposób złożone, aranżacyjnie dopieszczone i przygotowane w ramach owocnej kolektywnej współpracy. „Joan Of Arc” z roku 2012 to z kolei dzieło znacznie skromniejsze, dużo bardziej minimalistyczne, będące właściwie indywidualnym wyskokiem Tima Kinselli, na którym poza okazjonalnymi partiami perkusji słuchamy już tylko wyłącznie wokalu i nylonowych strun gitary.

Nieszczególnie dziwi więc, że to właśnie ta płyta zasłużyła sobie na bycie pierwszym w 15-letniej historii projektu krążkiem „Self-Titled”, czyli w zasadzie albumem bez nazwy. Jeśli przypomnimy sobie wcześniejsze tytuły, takie jak „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” czy „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust”, fantazyjną zawartość kryjącą się pod nimi oraz listę osób zaangażowanych w te artystyczne przedsięwzięcia, kontrast robi się bez wątpienia ogromny. Tymczasem „Joan Of Arc” to tylko Tim, a więc Joan Of Arc ogołocone do swej najpierwotniejszej postaci, jedynego wspólnego mianownika wszystkich poprzednich płyt, który po raz pierwszy pozostaje osamotniony.

Kinselli z pewnością udaje się na tym placu boju nie polec. Choć poza jednym wyjątkiem krążek oferuje wyłącznie klasycznie akustyczny singer songwriter/folk, to stworzone w takiej estetyce urokliwe miniaturki wypadają najzupełniej zadowalająco. „Bas Jan Ader Song”, nawiązujące do postaci holenderskiego konceptualnego artysty, z powodzeniem uderza w ton utworów z wymienionego wcześniej „Eventually…”. Nieprzekraczające nawet całych dwóch minut „Peace Corpse” szczerze rozczula melodiami gitary i wokalu. „King Song” to miła kinsellowska wariacja na temat „Can’t Help Fall In Love” Elvisa. „John Merrick Song” różni się zaś od wszystkich poprzedników jedynie tym, że ta sama koncepcja zostaje w nim rozszerzona do formy trzy razy dłuższej. Wspomniany już ewenement, 15-minutowe „Chaplinesque” jawi się przearanżowaną ścieżką dźwiękową autorstwa JOA do filmu Charliego Chaplina „Jego Nowe Zajęcie”. Da się tego również posłuchać, choć jeśli zdamy sobie sprawę, że czas trwania numeru równa się 40% całego albumu, to każdy zapyta zapewne sam siebie, „czy nie lepiej byłoby trochę krócej?”

„Joan Of Arc” jest więc rzeczą akceptowalną i w swej ascetycznej naturze całkiem przyjemną. Albumem, który chyba musiał w pewnym momencie powstać. Z jednej strony odległym od najbardziej imponujących dokonań Tima Kinselli, ale i na pewno nieroszczącym sobie pretensji do znalezienia się wśród nich.       

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 12-9















Touche Amore przy okazji nowej płyty stali się niebywale popularni, choć wszystko co podobało mi się u nich wcześniej pozostało raczej tak samo szczere. Bo jak niby wykalkulować to co dzieje się w „Harbor” mniej więcej od połowy? Kiedy Jeremy Bolm ponownie wznosi się na wyżyny emocjonalnego uniesienia i podobnie jak dwa lata temu za sprawą „~ (Tilde)” urządza nam pełną patosu siekę, którą przyjmujemy niczym mannę z nieba? Wstyd wręcz słuchać wersów w rodzaju:  Without you I'm not pure, And without you I'm not clean, But if I'm going down with you, Then you're going down with meeeeeee, ale ta konfesyjna, ekstremalnie egzaltacyjna maniera nie pierwszy raz okazuje się tym, na co akurat oni mogą sobie pozwolić, a także tym, czego w ich wykonaniu my nie prędko przestaniemy oczekiwać.















Piosenka tak uroczo naiwna i ładna, że nawet w stanach największej zgorzkniałości nie potrafię jej nie docenić. Woah, uh-uh, oh-wow? Słodkie granie dla gówniarzy? Wokalista znów smutny i niebieski, dziewczyna zresztą też. No weź tego nie lub. 















W niektórych ludzi wypada po prostu wierzyć. „Bad Blood” to doprawdy małe arcydzieło. Lirycznie Mike opowiada nam o swojej rodzinie i dzieli się cennymi jak to w jego przypadku, ładnie sformułowanymi przemyśleniami. Poznajemy dziadka, który był tak nieśmiały, że bez piwa nie chciał wychodzić z domu. Babcię, która z kolei prędzej wolałaby pójść do piekła niż umierać samotnie. Wszystko to wraz z dominującym wnioskiem Kinselli, o niemożności ucieczki przed wpływem genów brzmi bardzo krzepiąco. Muzycznie dostajemy akustyczną piosenkę z niemalże math-rockowymi elementami stanowiącymi intrygującą ozdobę. Melodie jakimi Mike tu wywija brzmią dokładnie tak jak powinny czyli  błogo i romantycznie. Kompozycyjnie, nie dość, że piosenka zachowuje swoją płynność to jednocześnie stale urozmaicana jest pauzami, lekko łamanym rytmem czy innymi smakowitymi elementami na czele z piękną solówką. Rzecz na parę dobrych, zajmujących przesłuchań.
















“I tried to write it in a song, I tried to put in a letter, But love no matter what I do I don’t know nothing any better” to chyba najzgrabniej napisane wersy roku. W całej rozpoczętej Big Starowo-Teenage Fanclubowym chórkiem, eleganckiej piosence wyodrębnione zresztą w odpowiednim miejscu. Niewielu spodziewało się czegoś równie dobrego od The Veils na wysokości roku 2013. Tymczasem cała płyta jak i ta lekka, a zarazem bardzo dojrzała kompozycja stawiają dziś chłopaków z Londynu na pozycji wciąż interesujących zawodników.    


sobota, 28 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 16-13















Midwest emo żyje, ma się dobrze i tym razem, zaskakująco, przychodzi do nas z Austrii. Podopieczni Count Your Lucky Stars nagrali kawałek do cna październikowy, trochę zadumany, ale silnie krzepiący zarazem. Bardzo nastrojowy, choć w żadnym razie nie depresyjny, ciepły, w jakiś dziwnie magiczny sposób pobudzający do życia i działania.  



















Podobieństwo już wcześniej bywało zauważalne, ale dziś nie mam wątpliwości, że Raphaelle Standell-Preston, to jakaś zagubiona, mentalna siostra Aveya Tare i Pandy Beara. Cóż oni uczynili mi całym tym ośmiominutowym „In Kind”? Wraca pojęcie „podwodnego popu”, fale dźwięków przelewają się przez słuchawki, dziewczyna od szeptu przechodzi do rejonów artykułowania, od których jeżą się włosy. Kompozycja jest tak ładnie i sensownie ułożona, emocje niszczą bezbłędnie, a melodie wyskakują niewiadomo skąd. Pierwiastek boskości obecny.















Od bezkompromisowego zwątpienia w maksymę “pieniądze szczęścia nie dają” przez gąszcz prostych w tym przypadku, ale więcej niż fajnych, romantycznych linijek do totalnego muzycznego piękna jakie tylko da się jeszcze dziś wycisnąć z akustyczno-folkowego grania. „You pick a place, I'll go there, Near or far, I don't care. Or pick your poison, and we’ll share: “Cheers to us”.



















Zdolni naśladowcy Ariela Pinka utworem „The Hearse” zaintrygowali już jakoś na samym początku roku, jako nowa twarz przezacnego Polyvinyla. Gdyby cały album złożyli z takich retro-popowych, hookowatych wspaniałości to sami wiecie co by było. Wyszło nieco słabiej, w sumie nawet nienajgorzej, ale trudno. W tej piosence co ma płynąć – płynie, dobrze jak cholera jest przez cały czas i myślę, że Rosenberg przybiłby piątkę bez pytania. 

czwartek, 26 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 20-17



















Reprezentatywna próbka intrygującego miejscami stylu The Drones. Mroczna subtelność klawiszy i enigmatyczne linijki autorstwa charyzmatycznego wokalisty/kompozytora Garetha Liddiarda budują nastrój. Gwałtowne przyłożenia w okolicach refrenu nie do końca trafione, ale do zniesienia. Cieszy fakt, że Australijczykom udało się dojść do głosu i na przestrzeni ostatnich miesięcy ubarwić zdominowaną przez powtarzalnych Amerykanów i Brytyjczyków scenę gitarową.















O sympatii Mike’a Kinselli do The Smiths wiemy nie od dziś, pamiętamy cover „Girlfriend In a Coma”. W „Coffin Companions” dostajemy kolejny namacalny dowód. Czym byłaby ta piosenka bez kapitalnej parafrazy słów Morisseya? Prawdopodobnie czymś nadal całkowicie udanym, ale za „dziewczynę która ma coś do zrobienia” i „chłopca z dwoma cierniami w boku” należą się dwa punkty w górę.  















Po co pisać kolejną piosenkę z jednym refrenem albo dwie z dwoma? Ezra Koenig w „Don’t Lie” udowadnia, że równie dobrze można zrobić dwa zajebiste na raz i to w jednym kawałku. Pierwszy rozpoczęty od don’t lie... i drugi od I want to know... Gdzieś w tym wszystkim docierają do nas sprytnie przemycone wpływy przebojowo kołyszącego reggae.















Zajęcia z cyklu „słowo i muzyka” czyli jak totalnie ckliwe piękno, metafizykę i emocje ująć jednocześnie za sprawą tekstu oraz dźwięków. Gdybym mógł, ściągnąłbym Trevora Powersa na swoją uczelnię, aby ten fenomen zaprezentował. Trevor wyciągnąłby instrumenty, zaczął grać motyw przewodni „Dropli” i kruchym głosem śpiewać tę wyjątkową opowiastkę o śmierci. W jednej chwili wszyscy pojęliby na czym polega istota zagadnień poruszanych na konwersatorium. Reszta zajęć do końca semestru zostałaby odwołana.  

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 50-48














29-letnia (choć wyglądająca na 22), artystycznie już całkiem doświadczona, ładna i zdolna dziewczyna z gitarą. Laura Stevenson zawsze czaiła się gdzieś w pobliżu, czy to przy okazji płyt Bomb The Music Industry!, czy swoich własnych z zespołem The Cans. Dziś skromnie, ale zasłużenie debiutuje u mnie kawałkiem pewnie nie lepszym od poprzednich, ale jakby nie było dobrym, o którym zechciałem z jakiegoś powodu pomyśleć w ramach końcoworocznego wynagradzania. 













Kogo Alasdair MacLean właściwie chce tu oszukać, pod przykrywką nowej nazwy dyktując następną udaną piosenkę The Clientele? „Jean’s Waving” mogłoby się znaleźć na „Suburban Light”, „Strange Geometry”, „Violet Hour” oraz każdej innej płycie jednego z najsympatyczniejszych londyńskich zespołów ostatnich 15 lat. Pisać nie ma nawet o czym, bo to naprawdę jest kolejna, dokładnie taka sama, kolejna dokładnie tak samo znakomita pieśń autorstwa tego człowieka. Wiosna, zwiewność, beztroska. 















„We Are A Payphone” przywołuje grubsze czasy alternatywnego folku, teoretycznie nie tak odległe (pierwsza połowa i środek lat 00’?), choć ma się wrażenie, że jednak coraz bardziej zamierzchłe. Smog/Bill Callahan, wczesny Iron & Wine czy Songs: Ohia kłaniają się w pas. Słucham tego posępnego bluesa od Rutili’ego i przypominam sobie odkrywanie muzyki z podsumowań pół-dekady (00-04), na które kiedyś wszyscy mieli fazę. Dojrzałe dźwięki spływają niczym balsam.

czwartek, 5 lipca 2012

Joan Of Arc - Flowers (2009)












5.5

„Flowers” zaczyna się doskonale, wzbudzając nadzieje na coś równie dobrego, jak „Boo Human”. Mamy tu trochę nowości, sporo trafnych pomysłów i relatywną przystępność. "Fogbow", prawdziwy balsam dla ucha, elegancko wykorzystuje subtelną elektronikę, doskonale lepiącą się z głosem Tima Kinselli. „The Garden of Cartoon Exclamations” intryguje chóralnymi wokalami na początku i fenomenalnymi klawiszami. Instrumentalne nagranie tytułowe to prawie siedem zadziwiających minut, brzmiących niczym halucynogenne jam session zrobione gdzieś na łące lub w lesie. Ciepło można się odnieść jeszcze do przyjemnie piosenkowego „Explain Yourselves #2”, gdzie dźwięki wydają się uciekać z ciasnego pokoju i szukać przestrzeni.

Ale jest też druga strona monety. Dalej robi się stanowczo zbyt swobodnie i fragmentarycznie, wkracza wodolejstwo i ucieka konkret. Już piąte na liście „Tsunshine” demonstruje sposób przynudzania większej części drugiej połówki płyty. Wkurzać może brak regularnych kompozycji, którymi panowie zachęcili na początku. Tu dwie minuty żwawego „A Delicious Herbal Laxative”, tam moment dłuższego, ale za to niesatysfakcjonującego „Explain Yourselves” i znów dwa razy po dwie minuty „Table of the Laments” oraz „Fable of the Elements”. Pierwszy brzmi, jakby zrobili go totalnie na czuja i bez idei, drugi to dźwiękowa zabawa z dzwoneczkami. Może nie ma tragedii, ale niedosyt pozostaje. „Life Sentence”/” Twisted Ladder” to taki rock w świecie Kinselli. Ledwie się kończy a my już jesteśmy świadkami zamknięcia płyty znów bardzo skromnym „The Sun Rose”.

Ładne kwiatki można by rzec. Może i ładne, ale jak to kwiatki, na dłuższą metę mało użyteczne. „Flowers” na całej swej płaszczyźnie przypomina zbiór nie mających nic do siebie impresji. Niczym typowa płyta, którą genialny muzyk napisał na kolanie i nagrał w krótkim czasie, objawia część jego geniuszu, ale i zbyt często zawodzi.

środa, 4 lipca 2012

Joan Of Arc - Boo! Human (2008)












9

Względna normalność znów okazała się sojuszniczką Joan Of Arc. „Boo Human” podejmuje tematykę brzmieniowo dużo bardziej zróżnicowaną od „Eventually All At Once”, ale jednocześnie z przystępności "parasolkowego albumu" nie umyka tutaj wiele. Choć na swojej dziewiątej płycie panowie nie czarują już tak bardzo pod względem atmosfery, to z drugiej strony nie ma też na niej przesadnego powrotu do chorobliwych rejonów „In Raped Fantasy…” ani tym bardziej masywnych eksperymentów „The Gap”. 

Wyróżniłbym z tego krążka trzech zdecydowanych faworytów. Hipnotyczną folk-balladę „Shown And Told”, kameralne „A Tell-Tale Penis” i porażające motywem fortepianu „Vine On A Wire”. Kiedy w ostatnim z wymienionych Kinsella wypowiada słowa the only impossible thing has happened, jestem skłonny uwierzyć w realność tej niesamowitej rzeczy. Wyjątkowo ciekawie wypadają krótsze fragmenty przeplatające krążek. Apokaliptyczne „9/11 2” z złowrogą wiolonczelą i gorzkim artykułowaniem Tima, mistrzowsko schizofreniczne „Everywhere I Go”, beztroska ciekawostka „Insects Don’t Eat Bananas” oraz elektroniczne „Lying And Cheating Mind”. W końcówce dominują post-rockowe pejzaże: “The Surrender #1” , “If There Was a Time #2”, “The Surrender #2”. Raz całkiem ciekawe, innym razem wyraźnie przynudzające, przez co równość materiału zostaje zachwiana. Nie na tyle jednak by popsuć słuchaczowi obcowanie z nim. 

„Boo Human” to kolejny błyskotliwy album zgodny z duchem Joan Of Arc. Trochę naturalnie dziwny, jak wszystko czego dotknie się starszy z braci Kinsella, ale nie przesadnie udziwniony i w gruncie rzeczy stosunkowo dla odbiorcy przyjazny. Jak to powiedział Tim: I listen to a lot of weird music, but I listen to a lot of not-weird music, too. A jeśli słuchanie i tworzenie są u niego powiązane, to płyty takie ja ta oddają ową sytuację co do joty. 




once we spent our afternoons
dancing in our living rooms
now shes giving into her most unlit corners too soon

wtorek, 3 lipca 2012

Joan Of Arc - Eventually All At Once (2006)












10

To już nie ten sam Tim Kinsella, co na "In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust". Nie ten sam, któremu zdarzało się przypadkiem tworzyć ścieżki dźwiękowe do sennych koszmarów schizofrenika. Tym razem lider Joan Of Arc stara się jakby ukoić dusze romantyków, których nie do końca satysfakcjonuje słodka twórczość jego brata lub innych akustyczno-folkowych wykonawców. 

Klucz do zrozumienia magii "Eventually All At Once"? Włączcie pierwsze na liście nagranie tytułowe, popatrzcie na okładkę. Dźwięk i obrazek, jedno lepszym odzwierciedleniem drugiego. Chłopaki przygrywają beztrosko na gitarach, Tim śpiewa czystym głosem coś o zrozumieniu, niezrozumieniu, egzystencji. Melodie "I’m Calling Off..." są z kolei jak krople deszczu uderzające w przezroczyste parasole na zdjęciu. W tych szarpnięciach w struny i urokliwych kombinacjach idzie się człowiekowi rozpłynąć. Zadbany i zwiewny klimat, trochę jak u The Sea And Cake, przywoływanych już kiedyś przeze mnie w kontekście JOA, znów staje się stosownym odniesieniem. Wejście dzwoneczkowego "Miss Cat Piss And Peppermint" wprowadza odrobinę żwawsze tempo, acz nie zmienia gwałtownie dotychczasowego nastroju. W czwartym z kolei, misternie uszytym "You Can’t Change Your Mind" grupie również udaje się nie uronić z niego ani okruszka.

Po kilku wybornych piosenkach tak naprawdę dopiero dochodzimy do najlepszego autorskiego momentu albumu. Wyrafinowane "Living Out In The Sea Of Umbrellas" zabiera nas w enigmatyczny świat post-rockowych impresji. Indeks piąty z "parasolkowego krążka" jawi się wzorowym przykładem troski o klimat i zadbaną strukturę kompozycji, których w takim wydaniu nie słyszałem doprawdy nigdzie i u nikogo. 

W drugiej części warto przede wszystkim zwrócić uwagę na motyw "The Words Have Cast Their Spells" rodzący się gdzieś w środku (1:12) oraz jeszcze jedną akustyczną perełkę w postaci wydanego nawet na singlu "Many Times I've Mistaken". Najlepszy moment płyty (dyskusyjnie) to jednak rzecz nieautorska, a cover "Free Will And Testament" Roberta Wyatta. Genialna kompozycja z błyskotliwym tekstem napisana 10 lat wcześniej przez mistrza z Canterbury, dzięki łamiącemu się wokalowi Tima (końcówka!) nabiera tutaj nowego blasku.

"Eventually All At Once" ze względu na swoją lekkość i piosenkowość, dużo większą nawet niż "So Much Staying Alive And Lovelessness", to pozycja w katalogu Joan Of Arc dość wyjątkowa. Dziwnym trafem niekoniecznie przez Tima lubiana, chyba za mało dziwna i straszna, napisana i nagrana po śmierci ojca braci Kinsella, wśród fanów projektu znalazła jednak wielu zwolenników. Sam doskonale pamiętam zresztą jej pierwszy odsłuch. Druga klasa liceum, piątek po szkole, początki wiosny, wieczorna godzina i zachód słońca za oknem. Ta okładka i te dźwięki płynące z głośnika.

wtorek, 5 czerwca 2012

Joan Of Arc - Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain (2004)












10

Jeśli pierwsze cztery płyty Joan Of Arc można uznać za okres poszukiwań, a kolejne dwie są już dowodem znalezienia tego „czegoś”, to wraz z „Joan Of Arc, Dick Cheney Mark Twain” dochodzi u nich do osiągnięcia pewnego mistrzowskiego pułapu i doprowadzenia własnej charakterystycznej estetyki do poziomu bliskiego perfekcji. Ten album uznaję osobiście za opus magnum grupy oraz pierwszy z jej trzech w ogóle najlepszych krążków, wydawanych kolejno w latach 2004-2008. Są na świecie arcydzieła niedocenione, są też ponoć rzeczy, które nie śniły się filozofom. Jeśli chcecie dowodu na ich istnienie, posłuchajcie po prostu tej płyty.

"Dick Cheney..." to przestrzeń, w której dochodzi do bezbolesnego zatarcia granicy między popem a awangardą. Pierwsze objawia się w znakomitych kompozycjach i melodiach. Drugie niczym duch nawiedza i przenika całość, nadając jej niewiarygodny wymiar. Teksty Tima są jak skomplikowana poezja rażąca geniuszem w wyrafinowany sposób. I to od samego właściwie progu, bo takie: I’ve materialized, Into this worded world, A metaphysical sceptic, An insomniac narcoleptic, So I live alone with Ben Franklin’s ghost, He’s my freemason, And I’m his host niejednego liryka pozostawiłoby w stanie osłupienia. „Questioning Benjamin’s Franklin Ghost” z filozoficznym zacięciem oraz zgrabnym fortepianowym motywem zaczyna paradę świetnych pomysłów i dowodów artystycznej unikalności. Wtóruje mu akustycznie zagrane, wyśmienite „Apocalypse Politics” – nieformalna zapowiedź „Eventually All At Once”, a następnie smagające umysł elektronicznymi biczami „The Title Track Of This Album”, gdzie doświadczamy m. in. odgłosów świdrowania, klasztornego chóru i kilku mechanicznych głosów wymawiających tytuł. JOAN OF ARC, DICK CHENEY, MARK TWAIN. Witajcie w naszej bajce.

Jako próbę sił Joan Of Arc w barokowym popie lub mrocznym kabarecie możemy potraktować „Queasy Lynn”. Utwór kompleksowo zaaranżowany i misternie poprowadzony. Ze świecą szukać na wcześniejszych płytach formacji tak zwartej kompozycji. Jak dotąd wszystko wypada wręcz idealnie, ale nie jest to aż tak dziwne, biorąc pod uwagę, że za album odpowiada chicagowski dream-team. Wśród muzyków między innymi Nate Kinsella, Mike, Tim, Sam Zurick, Bobby Burg czy wypożyczony z Alohy Cale Parks i jego wibrafon. Jakby tego było mało miksuje legenda tamtejszej alternatywy John McEntire, a płyta zapisuje się jako pierwsza pozycja JOA w katalogu Polyvinyl Records. Dopiero cztery kawałki za nami? Serio? To ja biorę sobie przerwę, bo już 2:43, a na zajęcia trzeba jakoś wstać.

Ok, dzień kolejny, możemy kontynuować. Powtarzane mantrycznie You can not want to not want w “White And Wrong” utwierdza mnie w przekonaniu, że takie Joan Of Arc kocham najbardziej. Miazgą kolosalną jest jednak dopiero „Onomatopoepic Animal Faces”, w którym głęboka melodia fortepianu przeszywa na wskroś, a Tim kruchym głosem, z nieokreślonym smutkiem i zadumą artykułuje zwrotkę, aby następnie wznieść się wokalnie i  równie emocjonalnie wyśpiewać refren.

„A Half-Deaf Girl Named Echo" to jeszcze jeden efekt wyśmienitego zgrania, muzykalności i owocnego kombinowania. Krótka wyliczanka na temat „konspiracji” - „80’s Dance Parties Most Of All”, elektroniczny dziwoląg „Deep Rush” i The Sea And Cake'owe „Gripped By Lips” składają się na ciąg przeróżnych dźwięków i pomysłów, jakim przesłuchujemy się z jednakowym zainteresowaniem. Ważnym punktem jawi się „Fleshy Jeffrey”, quasi-ballada, najbliższa stylistycznie „Queasy Lynn”, bardziej rozgoryczona, choć równie udana. „Abigail, Cops And Animals” wyśpiewane/deklamowane jest złowrogim szeptem na tle bogatej aranżacji, klawiszy, basu i wiolonczeli. Hałaśliwa przeszkadzajka „Still From Miss Kate’s Texture Dictionary” zapowiada zaś brzmiące niemal jak ghost story „The Details Of The Bomb”. Wraz z tym utworem robi się naprawdę zagadkowo oraz metafizycznie, a kontynuowanie podobnego klimatu w „I Trust A Litter Of Kittens Still Keeps The Colosseum” okazuje się strzałem w dziesiątkę. Tu następuje jego rozwinięcie i maksymalizacja. Awangardowo-jazzowe trąbki wkradają się w utwór, burząc fortepianową posępność i tworząc być może najbardziej zapierający dech w piersiach fragment albumu.

Jest w „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” coś z ducha „NYC Ghosts & Flowers” Sonic Youth. Aura niesamowitości, jakiegoś muzycznego spirytyzmu i ponadzmysłowego oddziaływania. W „Telephone Have Begun Making Calls” nie pada już ani jedno słowo, ale można odnieść wrażenie, że za moment Lee Ranaldo albo Thurston Moore zaczną tutaj swój nastrojowy storytelling. Zamiast tego do głosu dochodzi parada zupełnie innych dźwięków. Jakby w pustym, ponurym domu przedmioty i instrumenty same z siebie zaczynały grać i to w dziwnej, nawiedzonej harmonii oraz kombinacji.„The Cash In And Price” to już napisy końcowe. Lista nazwisk ludzi przeróżnych, od Osamy Bin Laddena po Kathleen Hannę. 

Epicki i pomysłowy, nieogarnialnie kapitalny "Dick Cheney..." zapisuje kolejną mocną kartę w dziejach chicagowskiej sceny niezależnej. Kreatywność oraz oryginalność w czasie długich 57 minut ani przez chwilę nie robią sobie na tym albumie przerwy. Nieodłączne elementy, które Joan Of Arc zaadaptowali wcześniej do swojego krwiobiegu, nie zawsze jednak dające się gładko pogodzić, dopasowane są tu do siebie w przemyślanych proporcjach i odpowiednich miejscach bez najmniejszego zgrzytu. Wszystko komponuje się w intrygujący porządek, a efektu o dziwo nie psuje zupełnie nic. Dwa lata później Tim Kinsella kontynuować będzie świetną passę, ale tym razem już za sprawą dzieła o wiele lżejszego kalibru.

niedziela, 13 maja 2012

Owen - Ghost Town (2011)












7.5

Akustycznych sielanek Mike’a Kinselli ciąg dalszy. Niewiele zmieniło się od czasu „New Leaves”. Na tle poprzednich płyt różnice również nie są ogromne, a jednak "Ghost Town" nieznacznie wyróżnia się, ma swoje highlighty oraz wyraziste i odróżnialne elementy. To kolejny, naprawdę solidny album byłego perkusisty Cap’n Jazz. Dwa lata temu Owen chwalił sobie spokojne życie dzielone z jedną kobietą, dziś jego nudne, romantyczne losy toczą się dalej. W znanej z singla wydanego wraz z coverem The Smiths piosence „O, Evelyn” Mike z czułością śpiewa nam o swojej córce. W „I Believe” odżywa idea snucia rajskich, kilkuminutowych melodii niczym z pamiętnego „Bad News”. Najlepszy w zestawie „No Place Like Home” zachwyca starannością aranżacji połączoną z urokliwością samej kompozycji. No i jest jeszcze chociażby wspaniały opener „Too Many Moons” czy też niewiele gorsze zakończenie w postaci „Everyone's Asleep In the House But Me”. Młodszy z braci Kinsella z pomocą kilku nowych narzędzi, ale głównie tych starych i sprawdzonych, znów namalował swój mały świat w ciepłych, przyciągających barwach. Wycisnął z gitary tyle, ile ładnych, ciekawych melodii wycisnąć się jeszcze dało. Napisał kilkadziesiąt kolejnych, poetyckich wersów. Wszystko z odpowiednim sobie wdziękiem i klasą, a jakby nawet trochę i wykraczając poza dotychczasowe standardy. Jak głosi nazwa jednej z grup na Last.fm, „Mike Kinsella Is The Man!”.