Szczerze, nawet przez chwilę nie wątpiłem w ten album. Jego niezajebistość po prostu nie wchodziła dla mnie w grę. Z głównego singla „Resuscitation Of a Dead Man” chłonie się zarówno całość jak i poszczególne fragmenty. „Can you feel a pulse? It's been stopped for so long Can you start it? Can you feel a pulse It's been stopped for so long Let's restart it!” to było coś. „Last Call” - miażdżący początek z sugestywną, apokaliptyczną perkusją i smutnawo śpiewane la la la la la pod koniec. „Common Existence” zapisuje się w historii jako najmocniejsza płyta Thursday. Mniej tu wrzasków niż na „Full Colapse”, ale gitary i perkusja uderzają głośno, obficie i solidnie. Nie do porównania z „A City By The Light Divided”, który jawi się jako spokojny album z kilkoma tylko petardami. Miłe zaskoczenie bo po splicie z Envy mogliśmy spodziewać się raczej refleksyjnego post-rocka, tymczasem tu dostajemy regularny rozpierdol. Wracając do „Last Call”. Otaczają go ciemne, burzowe chmury, a my jesteśmy w samym środku. Ta niewyraźna melodyjka między ścianami dźwięku. Ten tekst… Ta refleksja połączona z mocą. Pasjami mógłbym słuchać początku „Beyond The Visible Spectrum”. Jakaś hinduska melodia zniekształcona gitarowym smutkiem rodem z szarego, smętnego New Brunswick, po chwili coś tak specyficznie porywającego, a zarazem melancholijnego, że szczęka opada. „Time’s Arrow” - czyste, dojrzałe dźwięki deszczowego akustyka. Balladowe piękno w nieskazitelnej formie. Brzmią jakby zagospodarowali sobie więcej przestrzeni i wykorzystali ją w najlepszy z możliwych sposobów. Może to zasługa ich wyrobionego w ciągu 10 lat od pierwszej płyty warsztatu. Może produkcji Dave’a Fridmanna. A może po prostu tego jaką radość im to sprawia i z jaką pasją starają się zrealizować swoje cele.
„As He Climbed The Dark Mountain” można traktować jako czołowe nagranie ze splitu z Envy. To kawałek dość typowy dla Thursday, bliski wszystkim dotychczasowym dokonaniom. Oparty na gitarowym riffie spółkującym z dynamiczną grą perkusji Tuckera Rule’a, powalający energią w spontanicznie sunących masach dźwięku. Kapitalnie brzmią napierające na siebie wokal, riff, perkusja oraz wrzaski niezawodnego Steve’a Pedulli. Szczególnie na początku drugiej minuty gitarzysta Thursday podkreśla, że jest również jednym z najdoskonalej obecnie wydzierających się bocznych wokalistów w USA.
Pozostałe utwory mogły być dla niektórych niespodzianką, ale jeśli ktoś pamiętał ostatni track na „A City By The Light Divided” czyli "Autumn Leaves Revisited" nie powinien czuć się zaskoczony. Zwrot w stronę jesiennych, doskonale klimatycznych choć wciąż mocnych kompozycji okazał się trafieniem szóstki w lotto. W pięknym, instrumentalnym „In Silence”, Thursday stają się niemal zespołem post-rockowym. Najpierw wprowadzają w atmosferę smutnymi melodiami nie rzadko używając do tego celu fortepianu aby po upływie kilkudziesięciu sekund uderzyć druzgocącą, potężną gitarą niczym Mogwai na „Young Team”. Trzecie nagranie „An Absurd And Unrealistic Dream Of Peace” cieszy obecnością najważniejszego instrumentu w wyposażeniu bandu z New Brunswick – wokalu Geoffa.
Na koniec amerykański sekstet oferuje jeszcze „Appeared And Was Gone” czyli remiks "In Silence" autorstwa Anthony'ego Moliny z Mercury Rev. 6 minut instrumentalno-produkcyjnej uczty, post-rocka z elektroniką i kilkanaście sekund śmiechu bliżej nieokreślonych osób. Niecałe 20 minut z tych czterech nagrań daje więcej satysfakcji niż nie jeden 40-minutowy album. Głębokością zaś rozkłada zaś na łopatki całe dyskografie niektórych współczesnych grup post-hardcore’owych.
Udział Envy w splicie jest nieco krótszy bo około 16-minutowy w czego skład wchodzą 3 numery o średnim czasie trwania 3-6 minut. Wiadomo, że wspólny album nie mogły nagrać zespoły odbiegające zbytnio od siebie stylistycznie. Różnica między jakością grania Envy i Thursday również nie jest drastyczna. Nie znam poprzednich krążków japońskiej grupy, ale to co pokazali na „Thursday/Envy” stawia ich w wyjątkowo jasnym świetle. Podobnie jak Geoff i koledzy, muzycy z kraju kwitnącej wiśni łączą spokój, harmonię i klimat z dynamiką, wściekłością oraz krzykiem. Nie jest to jednak bardzo drastyczne a poziom brutalności nie przekracza poziomu Amerykanów. Fuzja dźwięków introspektywnych i hardkorowych to w ich wykonaniu coś niesamowitego. Dwie pozornie odmienne barwy potrafią scalić niezwykle gładko i efektywnie. To co robią bywa wręcz genialne jak końcowy efekt nagrania „An Umbrella Fallen Into Fiction”.
“Isolation Of A Light Source” jest trochę jak odpowiednik “Absurd And Unrealistic Dream Of Peace”. Mocniejszy kawałek z przestrzennym tłem i intensywnie pracującymi instrumentami. Przede wszystkim perkusją. Chwilami bębniarz Japończyków zamienia się w prawdziwy automat. „Pure Birth And Loneliness” przypomina mi zaś dźwiękowe pejzaże rodem z emo lat 90’tych. Kapitalnie prezentuje się rozrywający powietrze screamo-wokal z rozbudowanym, bogatym w świetne melodie oraz solówki tłem chociaż to może właśnie wokalizy są tu na drugim planie. Nigdy nie zapuszczałem się głęboko w rejony screamo. Wymienione kawałki Envy wydają się najlepszą rekomendacją aby to w końcu poczynić.
Ta płyta u wielu innych zespołów mogłaby pełnić rolę najważniejszej i najlepszej w karierze. Tymczasem u Thursday może być odbierana wręcz jako najsłabsza w porównaniu do pozostałych. Kwestia gustu ma tu zresztą większe niż zwykle znaczenie. Nazwać ją obiektywnie słabą to jak przyznać się do zaniku uszu. "A City By The Light Divided" to być może najważniejszy krok w brzmieniowym progresie zespołu. Przy jej okazji po raz pierwszy skrzyżowały się drogi Geoffa Rickly i jego ekipy z producentem Dave’em Fridmanem. Kawałki brzmią inaczej, są bardziej dopieszczone, coraz więcej w nich nowych rozwiązań. Thursday idą do przodu. W "Telegraph Avenue Kiss" odznaczają się ślady subtelnej elektroniki co w połączeniu z kompozycyjną jakością daje efekt magiczny. Jeśli ktoś ceni sobie misterną, niesamowitą atmosferę powinien spróbować "Sugar In The Sacrament". Miłośnicy dzwoneczków i łzawych wzruszeń dostaną wyborne "The Lovesong Writer" oraz "Running From The Rain" (ciarrrrrrry!). Momenty nastrojowe czy doznaniowe niezaprzeczalnie wiodą prym. Mniej otrzymujemy za to krzykliwego post-hardcore’u jakże charakterystycznego dla nich kilka lat wcześniej. Intensywne screamowanie pojawia się jedynie w "At This Velocity", ale pod szufladkę "agresja" da się jeszcze podpiąć "Into The Blinding Light" wyposażone w ostrą i brudną ścianę dźwięku. Dla fanów ważnym kawałkiem jawi się "The Other Side Of The Crash / Over And Out (Of Control)" opowiadające historię z "Understanding (In A Car Crash)" pod nieco innym kątem. Nie można też zapominać o oryginalnym zakończeniu "Autumn Leaves Revisited". Nietypowej jesiennej balladzie mistrzowsko ciągniętej przez prawie 7 minut.
Ci, którzy po "Full Collapse" sklasyfikowali Thursday jako kolejny, screamo-podobny, przejściowo modny band, jaki zapewne wszelkie słabości ukaże przy najbliższej okazji musieli albo srogo się na sobie zawieść albo w swej hipokryzji marnie trwać gdy światło dzienne ujrzało "War All The Time". Kiedy słucham tej płyty mam zresztą spore wątpliwości czy aby na pewno ujrzała ona to światło. Podejrzewam, że w najlepszym wypadku półmrok. Trzecie wydawnictwo Thursday to na pewno nie kaszka z mleczkiem. Atmosfera jest dołująca, teksty w dużej mierze stanowią rozrachunki z przeszłością albo historie zmarłych przyjaciół. Utwór tytułowy to bez wątpienia jej centralny punkt. Nie o prawdziwej wojnie ani o 9/11 jak niektórzy sądzili, a o miłości (love being a war all the time), wolności, upadaniu. W sercu tej piosenki jest wolność, wolność w każdym sensie tego słowa, wolność od nienawiści i dyskryminacji, wolność dla każdego człowieka w każdym kraju, wolność dla własnych decyzji, wolność do kochania kogo się chce. Ostatnie stwierdzenie to zresztą nawiązanie do innego kawałka na War. Najbardziej dramatycznego, rodzącego ciarki na plecach "M. Shephard". Spojrzenie z pewnej perspektywy i swoisty komentarz Geoffa do sprawy śmierci Matthew Shepharda zamordowanego z powodu swojej orientacji. Nie za wesoło dzieje się w "Steps Ascending". Rickly pokłócił się ze swoim przyjacielem, który niedługo później zarobił kulę w głowę, a do pojednania nigdy nie doszło. Piękne "This Song Brought To You By A Falling Bomb" to najlepszy fortepianowy rozklejacz świata. "Division Street" (coś o złej ulicy, od której należy trzymać się z daleka) i "For The Workforce Drowning" atakują mocnymi, złowrogimi gitarami i serią przeszywających screamów. Singlowy "Signals Over The Air" chociaż dobry, nie jest w stanie wywołać we mnie większych emocji w towarzystwie zebranych tu kompozycji. "Tomorrow I’ll Be You" kończy jako druga część znanego wcześniej "Jet Black New Year". Słowami "This is just a dream on new year's day, we will change back to ourselves in the flame, we are cured, we are cured, we are cured" kończy się ta w ścisłym znaczeniu słowa wielka płyta.
Usiąść wygodnie, zapiąć pasy, usadowić się mniej więcej na środku, nie przy samej szybie. Poduszka powietrzna czuwa. Przyda się, bo wraz z "Full Collapse" czeka nas teraz niebezpieczna jazda pełna wypadków, uszkodzeń , rozbitych szyb i zniszczonej karoserii. I crash my car everyday the same way. "Understanding" jawi się i tak najbardziej przystępnym fragmentem albumu. Już w kolejnym pojawi się eksplodujący pokój i krew na rękach. "Concelaer" to krótki fragment poprzedzający bezlitosne "Autobiography Of The Nation". Ten utwór godzi smutek i patos z zażartą post-hardcore’ową wściekłością. Właśnie na "Full Collapse" jest jej najwięcej. Nawet "A Hole In The World" pozornie pozbawione tego elementu w rzeczywistości z każdą chwilą coraz bardziej zbliża się do brutalnie wykrzyczanego finału. "Cross Out The Eyes" zmienne jak w kalejdoskopie. Od melodii do chaosu, od optymizmu do klimatu przygnębiającego szpitala. Od słodko śpiewanych linijek do wparowujących mrocznych gitar. W "Paris In Flames" śpiewamy piosenki o separacji spoglądając na Paryż stający w płomieniach. Znikające z powierzchni ziemi miasto, ulice, imiona i nazwiska. Najlepsza szkoła dawkowania muzycznego napięcia. "I Am The Killer" postrzegam głównie przez pryzmat rozpaczliwie dołującego, ale jednak niemiłosiernie koszącego wymiatacza. Ulgę przynosi piękne "Standing In The Edge Of Summer". Nim dojdziemy do końca tej trudnej, chorobliwej, ale i fascynującej płyty przyjdzie nam jeszcze zbadać jak długa jest noc. Wnioskując z czasu trwania utworu – długa. Najbardziej przejmująca jest sama końcówka. Kiedy Geoff wymawia słowa I’m falling down, I’m falling down, and you’re not here to catch my fall. Po nim już tylko outro przekształcające się w końcu w intro. Zatoczyliśmy więc pełne koło. Koło katastrof, tragedii i nieprzyjemnych zdarzeń. Niby można odetchnąć, ale… Czemu by nie zatoczyć go raz jeszcze?
Geoff Rickly pisząc materiał na „Waiting” ledwie wchodził w lata powszechnie przyjmowanej dorosłości. Ciężkimi przejściami jakie miał już wtedy za sobą z powodzeniem mógł jednak obdzielić przynajmniej dziesięciu swoich rówieśników. Stąd wyjątkowo smutne i ponure brzmienie debiutanckiego albumu Thursday. Ta płyta jawi się jako najbardziej osobiste dzieło znakomitego bandu z New Brunswick . Za serce chwyta już otwierający „Porcelain” opowiadający historię Kevina, przyjaciela Geoffa, który zabił się tuż po przeprowadzce do San Fransisco. Tematyka samobójstwa to także „Ian Curtis” poświęcone naturalnie liderowi Joy Division. Piękne „Dying In New Brunswick” (ta melodia w środku!) jako jedyny utwór w dyskografii Thursday otwarcie uderza w stylistykę autentycznego emo. W „Streaks In The Sky” udało im się zachować wstrząsającą emocję wykonawczą i szczególnie elektryzujące napięcie. Osobiście aż mnie skręca kiedy słucham z jakim zaangażowaniem Rickly wyrzuca z siebie słowa. Gorzkie, rozpaczliwe wrzaski to zdecydowanie kluczowy środek wyrażanej tu ekspresji. Pomimo klasy poprzednich utworów nakazujących odbiór na płaszczyźnie emocjonalnej moim ulubionym kawałkiem z „Waiting” nie jest żaden z wyżej wymienionych, a numer 2 na trackliście „This Side Of Brightness”. Hałaśliwa i nastrojowa zarazem fuzja smutnych smyczków z niesamowicie dynamiczną rockową, sekcją instrumentalną. „Waiting” nie porównuję z żadnym innym krążkiem Thursday ponieważ stanowi on dla mnie odrębny temat. Punktem zwrotnym w ich dyskografii będzie dopiero „Full Colapse” w jakimś stopniu zakreślające dalsze pole działania kapeli. „Waiting” to taka płyta nr 0. Osobista, osobna, wyjątkowa. I ze świetną okładką.
Nie mam pojęcia, którą wersję „Tragedy Rocks” mam na dysku i jak dokładnie te numery powinny być ułożone. Ja poznawałem w takim, a nie innym układzie, więc w takiej też kolejności je opisuję.
*
Straight out of high school And into the jungle Searching for Tarzan who might be dad
Wejście niesamowitego “White Russian Galaxy”, już od samego progu, rozpoczyna płytę tak pewnie i bezkompleksowo jak w popowo-gitarowej muzyce można tylko sobie wymarzyć. Swobodnie płynące zwrotki, niszczący wyrafinowaną brit-popowością refren. Motyw, który solidnie wryje się w pamięć i raczej nie zaniknie. Perfekcja. Tylko jak teraz pociągnąć dalszy ciąg żeby reszta nie wypadła przy tym blado?
If she gets a black eye, I want a black eye, If she gets a splinter, I want a splinter too
Rozkołysane, łagodne “Lottery Winners On Acid” spowalnia tempo, na razie nie będzie zapieprzania do przodu i zapierania dechu w piersiach, a jednak trudno cokolwiek zarzucić. Ten element układanki pasuje tu jak ulał rozkosznie prowadząc do prawdziwie emocjonalnej destrukcji mającej nastąpić już za moment.
Isobelle, remember how it used to feel?
Wskazane zaczerpnąć głęboki oddech zanim zostanie się przygniecionym tragi-romantycznym ładunkiem zawartym w kluczowym utworze „Tragedy Rocks”. Davey McManus z przejęciem w głosie rysuje niewyraźną, ale jakże cholernie sugestywną opowiastkę o ponoć nigdy nie istniejącej dziewczynie. Każdy element to tak zwany dreszcz. Maniakalnie wypowiadane “You look so good I want to see, hundreds and thousands of you, Crawling through the desert, like a crusade of half-dead blue bottles”, pięknie podkreślające egzystencjalne odczucia klawisze, cały ten w sumie tekst czy najbardziej oczywisty monumentalny refren, gdzie zwykłe “You and I…” wystarczy do osiągnięcia fantastycznego rezultatu.
We’re just a bunch of buffalo, getting slaughtered…
Ciężka artyleria tym razem zamieniona na szlachetną balladę o wzorowo rozczulającej melodii. Bezradny śpiew Daveya, łzawa solówka, piękno w czysto wyrafinowanej postaci bez śladu przegięcia.
Feel the hurt Feel the pain Feel the bad vibrations
Tak jakby idealnie singlowego materiału było tu jeszcze mało. Bezcenny jest falsetujący głos wokalisty przy "feel the bad vibrations"…
Tornadoes are nothing compared to the power, The glory, the chaos, the nightmare recurring
Może na razie wystarczy.
*
Czytanie o tym jak wspaniały i niedoceniony był swojego czasu jakiś zespół lub album ostatnio wyjątkowo mnie irytuje. Naprawdę, sprawdźcie sobie na Youtube lub Rate Your Music jak często lista komentarzy rozpoczyna się od czegoś w rodzaju „They were the most underrated band of all time!”. Przedszkolak wie, że od kiedy w ogromnych ilościach poznajemy muzykę przez Internet, co krok zdajemy sobie sprawę z istnienia setek grup genialnych, choć nieznanych nikomu. Gdybym jednak wybrać miał tylko jedną jedyną, skrzywdzoną najbardziej, jednocześnie najbardziej zasługującą na sukces, w pierwszej kolejności przyszłaby mi do głowy The Crimea. Twórcy jednej z doskonalszych brytyjskich płyt ubiegłej dekady nigdy nie zostali wystarczająco docenieni przez krytykę, nie mówiąc już o triumfie komercyjnym i nie wspominając o tym, że z samym wydaniem materiału mieli problemy. Oczywiście można przyjąć, że „Tragedy Rocks” to w istocie nic wielkiego, przyzwoite wydawnictwo, którym podjarało się kiedyś kilku redaktorów Screenagers, robiąc przy nim trochę przesadzonego szumu. Mi przyszło poznawać ten krążek o wiele później, mimo to po odpowiednim "wgryzieniu się" w niego jestem w stanie zupełnie zrozumieć wszelkie zachwyty nielicznych.
Charyzma Daveya „Crocketta” McManusa liderującego niegdyś kapelce The Crocketts to podstawowy walor, od jakiego możnaby zacząć argumentację wielkości albumu. Facet pobrzmiewa co prawda barwą Liama Gallaghera ("she saaaaaaid" w refrenie znakomitego „Bombay Sapphire Coma”), ale jego artystyczna osobowość wydaje się nieporównywalnie głębsza. Wrażliwość jaką prezentuje jest właściwa chyba tylko jemu samemu, a przynajmniej ja żadnych innych skojarzeń już nie mam. I mowa tu zarazem o stylu pisania tekstów, śpiewie jak i przekonującym sposobie wyrażania emocji. Po drugie: błyskotliwe, wartościowe kompozycje, przy których żaden fetyszysta gitarowych melodii nie przejdzie obojętnie. O połowie z nich pisałem wyżej, nad resztą również mógłbym się jeszcze pozachwycać. Bo mamy tu poza tym „The Miserabilist Tango” ze smutnym pianinem, alkoholowo-rozkminowym klimatem i tekstem o relacjach. Oparte na niezniszczalnym hooku, maksymalnie hiciarskie „Bombay Sapphire Coma” albo na przykład bardzo dobre „The Great Unknown” ukryte gdzieś w cieniu najbardziej wyrazistych fragmentów.
Podsumowując, w muzyce tej udało się twórcom zawrzeć jakiś nieopisywalny magiczny środek sprawiający, że piosenki dynamiczne eksplodują przebojowością, a balladowe poruszają oraz wzbudzają refleksję. Za sam poziom chwytliwości należy się zresztą najwyższa nota, bo mi przez ostatni miesiąc trudno się było od „Tragedy Rocks” oderwać, zaś poszczególne linijki miałem nawet ochotę gdzieś wypisywać. Podobno dziś, po kilku latach nie wszyscy zwolennicy debiutu The Crimea podtrzymują swój „młodzieńczy” entuzjazm, ale to już póki co nie mój problem. Zobaczę jak z tym u mnie będzie w okolicach 2015.
Kwietniowe popołudnie, początek tygodnia. Siedzę sobie na niewielkim murku tuż przy siedleckiej poczekalni PKS, czekam na wychowanie fizyczne, słucham muzyki, patrzę na ludzi. Nareszcie dobra wiosenna pogoda, ciepło, słońce lekko podgrzewa, czuć też chłodny wiatr, ale jest spoko. W słuchawkach zwraca moją uwagę jakiś kawałek, jeszcze niezbyt rozpoznawalny, to znaczy, że wrzuciłem go na telefon wczoraj wieczorem. Sugar – „A Good Idea”. Wpasował się na playlistę pomiędzy Braids, a The Broadways. “That’s a good idea, she said, she said” śpiewa znany i lubiany Bob Mould, postać dla niezależnego rocka niebagatelna z uwagi oczywiście na wyczyny w Hüsker Dü. Sam numer bardzo mocno na modłę Pixies, rockowoprzebojowy, przekonał mnie bym po powrocie włączył sobie to „Copper Blue” jeszcze raz.
Debiut Sugar z 1992 roku ma dziś status prawie, że kultowy. Oceniono go wysoko chyba wszędzie, pojawiał się na wielu zaszczytnych listach roku. Mould nie oddala się tu jakoś spektakularnie od tego co robił w Hüsker Dü. Na pewno porzuca punk, teraz kroi utwory o regularnych kształtach z refrenami, melodiami, solówkami. Coś pod modern rockowe listy, coś co zdecydowanie trafia w tamten czas. Wspomniany wcześniej „A Good Idea” był jednym z aż czterech singli wypuszczonych z tego CD przez grupę Boba. Jednym z dwóch, które uplasowały się nawet w brytyjskim topie. Ten drugi to „If I Can't Change Your Mind”. Być może najlepsze trzy minuty jakie wyszły spod szyldu Sugar (follow-upu nie znam). Co prawda brzmi trochę jak wypadkowa „I Apologize” (Hüsker Dü z „New Day Rising”) i „Make No Sense At All” (popularny singiel HD z „Flip Your Wig”), ale nie umniejsza to wcale klasycznego, piosenkowego uroku. Tu kończą się fragmenty jakie z „Copper Blue” zapamiętam. Bo prawda jest taka, że jak dla mnie krążek nie ma w sobie zupełnie nic niesamowitego. Nie są to kawałki rażące przebojowością, ani zapierające dech w piersiach. To niezłe granie, ale też totalnie zwyczajne, niefinezyjne i nieinwazyjne. Niecałą dekadę wcześniej ten sam człowiek tworzył indie-rockowealbumowe pomniki, łączył przepaść pomiędzy hardcore’m, a college-rockiem, pisał genialne melodie pokroju tej z „Celebrated Summer”. 8 lat od „Zen Arcade” nagrał sobie w sumie fajną płytkę, która po mojemu nie powinna nigdy znaleźć się w żadnym renomowanym podsumowaniu lat 90’tych. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by każdy kto Sugara jeszcze nie poznał mógł przekonać się o tym osobiście.
P.S
Nie polecam przesiadywać na betonowych murkach zbyt długo.