piątek, 24 grudnia 2010

Ulubione utwory 2010 (miejsca 15-1)

15. Suckers – Black Sheep












Jeśli wierzyć Last FM "Black Sheep" była ponoć najczęściej słuchaną przeze mnie piosenką wydaną w 2010 roku. Główny singiel kolorowych nowojorskich debiutantów zastaje ich zapożyczeniowy eklektyzm w rejonach ostatnich dokonań Modest Mouse. „Black Sheep” to gitarowy riff przypominający „Invicible” albo „Dashboard” oraz dwa ciekawie uzupełniające się wokale. Jeden głęboki i donośny - śpiewający, drugi rozładowujący napięcie, podszyty nerwowością, wrzeszczący jakby na modłę Isaaca Brocka.

LINK


14. Northern Portrait – What Happens Next












Znalazło nam się w tym roku brakujące ogniwo na trackliście wszelkich kompilacji najlepszych nagrań The Smiths. “What Happens Next”poprzez sprawne tempo, melodyjne bogactwo, romantyczną atmosferę czy przepełniony Morisseyem wokalm, pełną piersią wydaje się oddychać stylem legendarnej grupy z Manchesteru. Nie słyszałem w tym roku czegoś, co bardziej nadawałoby się do opisania poprzez wyświechtane określenie „ładna piosenka”.

LINK


13. Local Natives – Airplanes












Żelazna porcja przepięknej nostalgii. Zapach drewna z lasu Fleet Foxes unosi się delikatnie nad kompozycją, poprzez którą Local Natives pozostawiają po sobie coś więcej niż tylko status zespołu młodego i obiecującego. "Airplanes" ukazuje własny kunszt i dojrzałość grupy niedoświadczonego, choć już teraz zdolnej najwyraźniej pisać piosenki wielkie. 

LINK


12. Weezer – Ruling Me












Red lipstick, black dresses, A look that I should not mess with, It makes us boys go crazy for you… Co mi się podoba najmocniej w tym utworze to bez najmniejszego cienia wątpliwości zwrotki. Udało się Weezerowi nadać „Ruling Me” eleganckiej płynności, która trochę urywa się przy drażniącym na dłuższą metę refrenie (niezbyt wyrafinowane In the rain in the sun everybody needs someone). W ostatecznym rozrachunku to  jednak wysokiej klasy weezerowe granie etapu środkowego, obejmującego krążki takie, jak "Zielony Album" i "Maladroit".

LINK


11. The Futureheads – Heartbeat Song












The Futureheads, którzy jako jedni z pierwszych święcili triumfy na falach post-punk-revivalu połowy dekady, dziś pozostają jednymi z ostatnich z tamtego towarzystwa, wciąż będącymi w stanie dawkować słuchaczom ponadprzeciętne single. Nawet jeśli olśniewającej płyty nie nagrają już nigdy to ich „Greatest Hits” dzięki perełkom takim jak „Decent Days And Nights”, „Radio Heart” czy właśnie „Heartbeat Song” za kilka lat może okazać się najbardziej sensowną składanką w swojej klasie.

LINK


10. Tim Kasher – Cold Love












W ubiegłym roku twórcą mojej piosenki nr 1 był nie kto inny jak Tim Kasher wraz z Cursive odpowiedzialny za „From The Hips”. Dziś pierwszą dziesiątkę otwiera zaś jego solowe „Cold Love”. Manewrowanie wokalem, songwriting i umiejętność precyzyjnego celowania za pomocą tekstów oraz melodii zawsze były ogromnymi atutami tego pana, co najtreściwiej rzecz biorąc powtarza się i tutaj. W jednym z kawałków Cursive padły niegdyś słowa Moms and dads say, No more bands No side projects, no solo careers. Dobrze, że Tim mamy i taty nie słuchał.

LINK


9. Matt Pond PA – Starting












„Starting” zwycięża za sprawą prostolinijności, wcale nie równoznacznej z ubogą budową kompozycji. Wystarczy kilka dozwolonych dla niepokomplikowanego indie-popu chwytów: delikatna zmiana głównego tematu, regularne przechodzenie do coraz lepszych linii wokalnych, dyskretnie przygrywające smyki czy pstryknięcia palcami, by słuchanie utworu było tak samo przyjemne, co i interesujące.

LINK


8. Free Energy – Bang Pop












„Bang Pop” to rzecz pierwszorzędna w kategorii „idę sobie przez miasto, a piosenka w słuchawkach poprawia mi humor”. Idę krokiem pewnym, niezachwianym tak jak ten wokal, który brzmi jakby całe życie nie miał zmartwień ani kompleksów. Idę z głową w chmurach przed oczami mając jedynie najbliższą wieczorną imprezę i perspektywę spotkania miłej dziewczyny albo dwóch.

LINK


7. Bomb The Music Industry! – You Still Believe In Me?












„You Still Believe In Me” to z jednej strony świetny, chwytliwy kawałek raz jeszcze rewitalizujący formułę third-wave ska, z drugiej zaś genialne nawiązanie do utworu The Beach Boys i losów Briana Wilsona. Po trzecie jest jeszcze bezbłędnie zapodany, podnoszący na duchu przekaz. Wspomnienie niepowodzeń i dołów Rosenstocka skonfrontowane z optymistycznym I've never been in love, but I saw Brian Wilson once. I was drunk and screamed too loud , over the falsetto in "You Still Believe in Me." And I thought about the way his catastrophes made everything okay… przywołującym nieśmiertelne “Co nas nie zabije to nas wzmocni”.

LINK


6. Air Formation – Low December Sun












W gęstych kłębach wielominutowej, przytłaczającej i ciężkostrawnej melancholii „Nothing To Wish For (Nothing To Lose)” Air Formation ośmielili się ukryć jedną, absolutnie wyróżniającą się singlową perełkę. Nieco zaskakujące jest, że tak łatwo i tak wyśmienicie odnaleźli się nagle w ewidentnie gitarowym numerze, którego tempo nie przypomina wielkiej, snującej się po niebie chmury. „Low December Sun” to bardzo zgrabna, nawet energetyczna trzyminutówka. Są klawisze, jest dream-popowy, dostojny wokal, ale przede wszystkim jest w tym wszystkim nośność. Naprawdę szkoda, że to tylko jednorazowe, bo singiel Anglików z klasą przypomina jak patrząc w buty można brzmieć jeszcze przebojowo.

LINK


5. Band Of Horses – Factory












Kiedy podczas pierwszego obcowania z „Infinite Arms” rozbrzmiały inicjalne dźwięki „Factory” w przybliżonym stopniu powróciło do mnie magiczne uczucie kultowych odsłuchów paru niebagatelnych płyt. Uczucie gdy muzyka z miejsca wbija się w człowieka i bezwarunkowo bierze go na swojego zakładnika. Bridwell zstępuje tu niczym bóg kołysząco-kojących gitar i król sielskich, cudownych harmonii. Czas gdy przesłuchiwaliśmy „Cease To Begin” czy „Everything All The Time” ponownie staje otworem zachowując ciągłość niemalże sakralną dla sympatyków Band Of Horses. 

LINK


4. Raised By Swans – Hail Of Arrows












Co prawda dziś po n-tym odsłuchu Snow Patrolowska słodycz “Hail Of Arrows” wychodzi mi już trochę bokiem, co i tak nie umniejsza faktu, że “dwójka” na „No Ghostless Place” jest najładniejszą tegoroczną propozycją integrującą przebojową nośność z balladową delikatnością. Kulminacyjne So let’s just close our eyes this time I will love you always I wouldn’t lie I wouldn’t lie… to fragment uderzający bezpośrednio, niby naiwnie, ale z jakże obezwładniającą siłą.

LINK


3. Inu – The Bailing












Tak się tym zachwycałem na samym początku tuż po odkryciu EP’ki „Monster”:

„Wejście na www.inumusic.com, początkowy odsłuch „The Bailing”. Doświadczenie wprost magiczne. Przyjemna zielono-szara kolorystyka, ładna grafika ciesząca oko, oraz pierwsze dźwięki roszczące nadzieję. Subtelnie budowany cyfrowo-domowy mikrokosmos , ledwie kilka sekund do wejścia przyjaznego, kojącego wokalu. Kiedy ostatnio słyszałem coś podobnego? „Consequence” The Notwist? Countowi i jego kompanom wspaniale udało się oddać ducha tamtej przepięknej kompozycji. Nagranie skrywa pokłady muzycznej wciągalności, zapewnionej przez bardzo ludzkie, ciepłe podejście do sprawy. To „po prostu” piękna piosenka umiejętnie przyprawiona przytulną elektroniką…”

A tak pisałem przy okazji całego albumu:

„The Bailing” znów na pierwszy ogień. Count wita słuchaczy słowami dont panic they'll be pay for most of us, it won't matter anyway they fear us..., inicjującymi tę futurystyczną, urokliwie pulsującą balladę, która ze względu na kompozycyjną perfekcję za każdym razem wbija w krzesło.”

Obydwa opisy w jakiś sposób odzwierciedlają moje odczucia. Mierzenie się z „The Bailing” to jednak nie „rurki z kremem”, a to co nie zostanie wypowiedziane byłoby zapewne tym co opisałoby ten bajkowy kawałek najtrafniej.

LINK


2. Aloha – Microviolence












Im wyższa pozycja na liście tym trudniej pisać. Im bliżej szczytu, tym większy absolut czeka na sklecenie tych kilku zdań. „Microviolence” oparty o wibrafonowe plumkanie Cale’a Parksa, wokalne linie Tony’ego i śpiewany przez niego "kocham-ten-tekst" to chyba typowy przykład osobistego faworyta. Takiego, który wszyscy oleją, który nie spotka się z powszechną serią achów, ochów i wyróżnień. Jeśli ktoś kiedyś po czasie dostrzegłby jednak jak kapitalną rzeczą jawi się ten utwór, (którego „wielkość” pojąłem chyba pierwszy raz pewnego czerwcowego powrotu do domu pociągiem relacji Warszawa-Siedlce) i pomyślałby coś w rodzaju „Wow! Jak mogłem pominąć coś tak zajebistego” to byłoby mi z tego powodu chyba równie przyjemnie co samym członkom zespołu. 

LINK


1. The Morning Benders - Stitches



„Big Echo” w ciągu kilku miesięcy stało się w „moich kręgach” egzemplarzowym przykładem albumowego growera. Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po ten materiał płyta wydawała się przeciętna, a usytuowany na przedostatniej pozycji „Stitches” ledwie interesujący. Parę odsłuchów i kilkanaście tygodni dalej „Big Echo” okazuje się pewnym kandydatem do top 3 roku, a „Stitches”? Dobija do szczytu najcenniejszych pieśni tych dwunastu miesięcy obfitujących w stosy krążków i tysiące kawałków. Przejmujące You don’t know me by name… okazuje się najdoskonalszym urywkiem indie-rockowej, alternatywnej, popowej czy cholera wie jeszcze jakiej muzyki tego roku. Kiedy to słyszę coś zaczyna mnie ściskać w środku. Gdy kolejne melodie przenikają przez siebie, Chris Chu z coraz większym naciskiem zarzuca „jej”, że „nie zna go z imienia”, a całe to nieogarnialne nagromadzenie środków eksploduje, mnie emocje wyrzucają gdzieś w siódme niebo muzycznych doznań. Tak wiem, ten opis świadczy o tym, że niepoprawnie się tym jaram, ale o to chyba chodzi prawda?

czwartek, 23 grudnia 2010

Ulubione utwory 2010 (miejsca 30-16)


30. Tokyo Police Club – Bambi 











Graham Wright najbardziej rozbrykanym klawiszowcem roku. Kanadyjczycy z Tokyo Police Club powracają do zapoczątkowanej na słynnej EP’ce "A Lesson In Crime” szkoły kapitalnego wymiatania. Przede wszystkim warto tu zwrócić uwagę na wzorową wręcz pracę kolektywną. Odrobinę „wasted” wokal Monksa, żywiołowe pasma keyboardów Wrighta, melodyjne potrącanie strun przez Hooka oraz łamana sekcja rytmiczna na linii Monks-Alsop, wypracowują iście mistrzowski efekt. Warto im nawet za to wybaczyć kiepski tytuł. 


29. The Irrepressibles – Nuclear Skies












Cudaki z nich niesamowite, z tym swoim imagem, spektaklami, teatralnością pełną gębą. Mnie poza-muzyczna otoczka nie interesuje, ale dopóki Irrepressibles zdolni są pisać przy tym kompozycje tak potężne jak „Nuclear Skies” jestem w stanie zaakceptować wszystko. W najwspanialszej, najbardziej wzniosłej pieśni „Mirror Mirror” Jamie McDermott balansuje pomiędzy typową dla siebie wokalną melancholią, a uwidaczniającą spore możliwości głosu ekspresją. Właściwie to dość popowy kawałek, napompowany do scenicznych rozmiarów, wyśpiewany rozedrganymi strunami przy udziale znakomicie aranżującej orkiestry. Gdyby nie liryczne, wyciszone zamakarki mielibyśmy do czynienia z napięciem porównywalnym do śnieżki przemieniającej się w wielką, śniegową kulę, ale tak czy inaczej, kiedy McDermott zaczyna swoje We loooooooovvvvvvvveeeeeee z dachów teatrów musi sypać się tynk.

LINK


28. The National – Conversation 16












Moje stanowisko odnośnie „Hight Violet” mówiąc delikatnie „trochę” różni się od zdania zaskakująco sporej ilości osób skłonnych stawiać ostatniemu dziełu Nationali pomniki. Te wszystkie „Terrible Love”, „Afraid Of Everyone”, „Bloodbuz Ohio” trudno mi już nawet odróżniać. Kryje się gdzieś pomiędzy tymi smutnymi hitami, niezauważone, brutalnie pominięte, a przecież najzupełniej genialne „Conversation 16”. Wybitnie jesienne, aczkolwiek będące znakomitą odskocznią od nudziarstwa przeważającej części albumu. Tu Berninger z kolegami raczą bardzo przemawiającą do mnie poetyckością i klimatem za jaki polubiłem „Alligatora”. Jest w tym utworze przynajmniej kilka prawdziwych dreszczy takich jak wyjątkowo inicjowane przez wokalistę trzy zwrotki. Kolejno: „I think the kids are in trouble…”, ”It’s a Hollywood summer…” i „I’m a confident liar…” każdorazowo robiące “swoje” w wielkim stylu. Takich jak tekstowo wyborne centralne “Now we’ll the silver city ‘cause all the silver girls gave us black dreams”czy obezwładniająco szczerze brzmiące "I was afraid… I’d eat your brains, ‘cause I’m evil". Mało jak na jedną, przygnębiającą piosenkę o jakiej pewnie nikt w podsumowaniach ani słówkiem nie wspomni? 

LINK


27. The Indelicates – Your Money












Jak niewiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. W kawałku The Indelicates jednakże wszystko jest przejrzyste, klarowne i nietrudno zorientować się w czym rzecz. A rzecz oczywiście w gitarowym wymiataniu. Najagresywniejszy kawałek na płycie Niedelikatnych, choć i tak muśnięty popową melodyjnością bardzo łatwo sobie wyobrazić jako koncertowy highlight ich występów. Rozkręcającą petardę wypuszczoną prosto w kierunku rozentuzjazmowanych fanów. 

LINK


26. Monster Movie – Bored Beyond Oblivion












Ten kawałek w ogóle nie ma początku. Co znaczy, że… nie zaczyna się. W chwili wciśnięcia play, on już jest i trwa, uderzając przybrudzonym riffem oraz wokalami dwoma złączonymi w jeden. Melancholijne trio w „Bored Beyond Oblivion” ujawnia swoje pogodniejsze oblicze, a także potencjał do nagrywania singli. Kapela Christian Savilla zamiast raczyć kolejnym smutnym, powolnym shoegaze’m tym razem proponuje fajną, motorycznie poprowadzoną piosenkę. I chociaż dzięki temu mogę się w jakiś stopniu z ich powrotu cieszyć, bo w podsumowaniu płytowym nie mają jednak czego szukać.

LINK


25. Euphone – Friend In Common












Frapująca kolaboracja chicagowskiego Euphone’a z prominentną postacią tamtejszej sceny Timem Kinsellą. Nagranie, którego tytuł doskonale wpasowuje się w ideę kompilacji „Don’t Mind Control”, skupiającej osiemnaście nagrań od kapel z polivynylowej rodziny, których wzajemne powiązania i kombinacje personalne członków dałoby się odwzorować na rozległym drzewie genealogicznym. Jak widać po bieżącym nagraniu z „rodziną” najlepiej wypada się na… składankach.

LINK


24. The Gaslight Anthem – Bring It On












Brian Fallon nadal utrzymuje formę w pisaniu mocnych refrenów. W trzecim nagraniu na „American Slang” nie zwlekając ani chwili wyprowadza go już w dwudziestej sekundzie trwania. Co więcej jest to o tyle świetne, co jak na Gaslight Anthem całkiem typowe. Po tym poznasz zespół naprawdę wartościowy.

LINK


23. Weezer – Unspoken












Za sprawą między innymi takiego “Unspoken” wielu znów trochę bardziej zaczęło lubić Weezera i chwała tej niepozornej, akustycznej pioseneczce z doniosłą końcówką za to. 

LINK


22. Shout Out Louds – Walls












Magia tych kilku nieprzeciętnych motywów nie pozwoliłaby mi zapomnieć o singlu, który ukazał się jeszcze pod koniec ubiegłego roku, ale na płycie długogrającej zaistniał już w 2010. 1. You just know it, there’s a wall and you just run through it… 2. Klawisze wprost prześladujące później moją biedną głowę, wiecie pewnie o czym mowa. 3. Hymn eksploduje w całej okazałości z epickim Never trust anyone, so run away run run run run run run!!! na końcu.

LINK


21. Maps & Atlases – The Charm












Zespoły, które niezbyt popisały się na płytach, ale były w stanie dostarczyć chociaż jeden, wspaniały utwór też są jak najbardziej w cenie. Tu mowa o Maps & Atlases i ich słodko-gorzkim “The Charm”, gdzie przede wszystkim poruszenie w środku wywołują wyśpiewane skwaszonym, ciekawym głosem Dave’a Davisona słowa:

I don’t think there is a sound that I hate more, than the sound of your voice, when you say that you don’t love me anymore… 

Czyli coś o tym by nie zakochiwać się „bez trzymanki”.

LINK


20. AM Taxi – Charissa












Pierwsza konkretna znana mi odpowiedź na The Gaslight Anthem. Twórcy „Charissy” zdecydowanie poradzili sobie z udźwignięciem ciężaru pisania punkowych kawałków „z duszą (Springsteena i Duritza) na ramieniu”. Czwórka z „We Don’t Stand A Chance” to kwintesencja wrażliwości na obecnej około-punkowej scenie amerykańskiej.

LINK


19. Local Natives – World News












Tegoroczne single Local Natives ukazują wzorową realizację dwóch starych jak świat, muzycznych wzorców. „Airplanes” – przejmuje balladowym, autentycznie ujętym smutkiem, a oparty na hookach, szalenie rytmiczny „World News” chwyta nieskrępowaną przebojowością. Zrealizowany jest do tego na tyle skrupulatnie by każdy nadchodzący dźwięk i wprowadzony przez zespół pomysł jego chwytliwość pięknie nam zwielokratniał. Najpierw to nabijane bębnienie (stukamy w blat), potem wokalne "But right after you complete your merge …" (poruszamy ramionami) , które Rice śpiewa tak jakby sobie przy tym radośnie podskakiwał i jeszcze serdeczniejsze "ooooh do-do-do-do-do .. do-do-do-do-do!" (robimy "do-do-do-do") Im dalej tym raźniej, z energią godną roztańczonego szamańskiego obrządku. 

LINK


18. The Morning Benders – Excuses 











“Excuses” po odpowiednim liftingu, dowaleniu ściany shoegaze’owego zmulenia i Coxowej depresyjności dałby pewnie radę jako fragment ostatniej płyty Deerhuntera. Na szczęście Morning Benders posiadają korzenie w słonecznym kalifornijskim Berkeley, a retro-indie-pop w ich wykonaniu poza darem do czarowania i rozpuszczania niewieścich serc ma w sobie jeszcze jedną istotną cechę. Lekkość, bezpretensjonalność, swoistą niewinność jaka od tej piosenki bije. No a skoro retro to mamy harmonie, orkiestrę, miłosną sielankę oraz długie i przyjemne la la la la la la la la…. LINK 

17. Someone Still Loves You Boris Yeltsin – Cardinal Rules













Perfekcyjny kawałek wakacyjny. Wyrazista klawiszowa partia niczym z jakiegoś pop-rockowego hiciora lat 80’tych, melodia wprost dodająca ochoty do życia, rażąca słońcem po oczach. Refren iście hymniczny, a tekst tak zachwycająco letni, że sierpniowe disco-polo na kąpielisku w Kącku wysiada. "I got Jackie on my mind And Payne in my heart Hey Melody, we need 3 Hey Ned (it's the place to be!) This could be our night My cards are playing right…" “Cardinal Rules” to dla mnie coś na kształt tegorocznego “Living On A Prayer”. Perwersyjnie przebojowej, popowo-radiowej piosenki. LINK 

16. Joan Of Arc – Meaningful Work 











Ten numer jeszcze przed wydaniem i pierwszym usłyszeniem brać mogłem pod uwagę w układaniu piosenkowego podsumowania. Joan Of Arc - ścisła czołówka ulubionych grup i Tim Kinsella jako twórca być może największej ilości mojej ukochanej muzyki w ogóle. Skoro wydają 7-incha z dwoma utworami to nie ma wielkich szans by nie było to zajebiste, inaczej po co w ogóle brać się za coś tak krótkiego? No i zgodnie z oczekiwaniami fanów „Meaningful Work” jest czymś zupełnie satysfakcjonującym. Numerem jakże dla JOA charakterystycznym, misternie zaaranżowanym, skapanym w niepowtarzalnym klimacie „Dick Cheney, Joan Of Arc, Mark Twain” (albo „Boo Human”), produkcyjnie dopracowanym i dopiętym na ostatni guzik.


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Ulubione utwory 2010 (miejsca 45-31)

45. Senses Fail – The Fire












Kawałek będący następcą kilku niemal identycznych tworów wyprodukowanych przez grupę Buddy’ego Nielsena dotychczas. Po „Buried A Lie”, „Calling All Cars”, „Can’t Be Saved” i „Family Tradition” przychodzi „The Fire”. Stuprocentowy Senses Fail, zespół który umiejętności zmiany czegokolwiek po czterech płytach nadal niezbyt się nauczył. Ale chwila, It’s OK. to feel lost. Powrót do czegoś znajomego, ogranego, ale czegoś na czym się nie zawiedziemy. Nostalgia optymistycznego refrenu, neo-post-hardcore’owych wrzasków i nadal się nabieram.

LINK


44. Sufjan Stevens – Age Of Adz












Szkoda, że dogadaliśmy się z Sufjanem zaledwie na przestrzeni jednego utworu z „The Age Of Adz”. „Epicki, grubaśny początek, nawet intrygujący. Rozwinięcie też dobre, tu jeszcze ten chór mi się podoba, bogactwo wszystkiego jak z Flaming Lips, tylko wokal tak jakby miał za moment zajodłować. „Illinoise” olśniewało rozmachem i wtedy wszystko wyszło perfekcyjnie. W tym kawałku chyba najbliżej do uchwycenia „tego czegos” z tamtego albumu. – 8.5”. Teraz nie wadzi mi już nawet wspomniany łamiący się głos, bo słabość to rzecz ludzka i szczera, a tu słychać małego, kruchego człowieka tracącego siły do walki, postawionego przy widowiskowej, przytłaczającej paradzie dźwięków. Egzystencjalna walka bez jasno przedstawionego rezultatu? It's only that I Still love you deeply It's all the love I got… (?) Znów zmotywował do rozmyślań.

LINK


43. Her Name Is Calla – A Sleeper












Noc, ognisko, facet siedzi z gitarą. Członkowie plemienia odprawiają radosny rytuał, wszyscy tańczą i śpiewają. Linia wokalna wykonana w sposób chóralny, do tego klaskanie, inne instrumenty, więcej instrumentów, dziko-folkowy klimat gęstnieje. Jeden muzyk zagłusza drugiego, a drugi trzeciego. Do wszystkiego trzeba się dokopać, a jednak wszystko ze sobą zadziwiająco współgra. Czuć natchnienie, moc i zbudzonego ducha.

LINK


42. The Riot Before – The Oregon Trail













Kiedy słyszymy początek piosenki pierwszej z brzegu melodic-punkowej kapeli, z miejsca możemy sobie wyobrazić jej rozwinięcie i zakończenie. Konstrukcje z „Rebellion” to nieco inna para kaloszy. Przebieg ciekawszy przy jednoczesnym, pełnym pozostawaniu w swojej stylistyce. „The Oregon Trail” to świetne szczytowanie tej formuły i współczesny punk rock w najbardziej powalajacym wydaniu. Szczególnie jego druga część, szlachetne wyciszenie rozpoczęte słowami crossing the room here feels like crossing rivers, In a video game I played when I was ten… i kapitalne gitarowo-perkusyjne łojenie owy numer podsumowujące.

LINK


41. Fake Problems – 5678












Wyliczanki rozpoczętej na „It’s Great To Be Alive” ciąg dalszy. O ile „1234” było ledwie wstępem tak „5678” to już jeden z ważniejszych punktów trzeciej płyty Fake Problems. Nie tak rozskakany, nie aż tak chwytliwy jak „You’re A Serpent, You’re A She-Snake” albo „Diamond Rings”, ale kilkoma sprytnymi zagraniami zdobywający zaufanie. Chris Farren wokalnie i tekstowo rozpoznawalny, zwrotki prowadzi falsetem, w zaraźliwym refrenie ekspresyjnie daje się wykazać swojej barwie przy funkujących zagrywkach i całkiem fajnych hand-clapach. Don't let them in, They are holy ghosts, And they're not gonna be happy, til everybody's clapping along czyli jakby napisał krytyk Gazety Telewizyjnej “Ku przestrodze!”.

LINK


40. Laura Marling – Alpha Shallows












Cygańskie, smutnawe, przejmujące. Laura potrafi pisać i intrygować.

LINK


39. Bad Books – Baby Shoes












Kawałek z dziecinną niewinnością wkrada się w łaski, długo chodzi po głowie i wymusza kolejne odtworzenia. Nagromadzenie rymów i chwytliwych linijek atakuje na każdym kroku, Andy Hull śpiewający w manierze Marka Linkousa również wydaje się wiedzieć jak słuchacza sukcesywnie przyciągnąć. Do tego przeszkadzające tu i ówdzie gitarowe przerywniki pomiędzy kolejnymi składowymi zwrotek.

LINK


38. Bronze – Deep Freeze












Bronze, jeden z wielu młodych indie-popowych zespołów łączących słodkie, modne wokale z gitarą, elektroniką, klawiszami i tanecznością. Debiutancka EP’ka żadnych Kolumbów z nich nie czyni, ale wykazuje niewątpliwy potencjał do godnej rywalizacji z takimi powiedzmy MGMT, *gdzieś*kiedyś*przy okazji dużego albumu*. Mi do gustu wyjątkowo przypadło Pull my body in the deep freeeeeeeeee-ze, eeeeeze, eeeeeeze. W porze letniej chłodzący super-orzeźwiacz.

LINK


37. Wolf Parade – What Did My Lover Say?












Niebagatelna kwestia Spencera Kruga, solidnie dowartościowująca trzeci, wywołujący mieszane uczucia krążek kanadyjskiej super-watahy. Kawałek Sunset Rubdown’owego tworzywa, który na „Dragonslayerze” nie odstawałby wcale od reszty stawki. Wszechmocna perkusja i majestatyczne „la la la la la la la la” to najpewniejsze punkty całościowo znakomitej kompozycji.

LINK


36. The Futureheads – Struck Dumb












“Struck Dumb” to warszawskie juwenalia, słoneczny majowy wieczór na zielonej trawce SGGW, psycho-fanki piszczące w sposób odkrywczo wręcz irytujący, ludzie serdecznie i bez oporu pogujący w spoconej masie i ci, którzy kręcili nosem z tyłu, bo na Futureheads przyszli sobie kulturalnie postać jak słupy.

LINK


35. The Tallest Man On Earth – Burden Of Tomorrow












Najładniejsza piosenka Mattsona? Może, choć na debiucie jest przynajmniej kilka godnych do rywalizacji. W takim razie najbardziej urodziwa na „The Wild Hunt”? No tym razem bez dwóch zdań. Pogoda ducha w „Burden Of Tomorrow” jest niezaprzeczalna i wszechobecna. Dźwięki szarpanych strun i ślicznie poprowadzony wokal w rejonach refrenowych (Oh once I held a pony by its flying mane,) czarują.

LINK


34. Titus Andronicus – A More Perfect Union












“…The Monitor jak już wcześniej rzekłem, otwiera siedem minut mocarnego, energetycznie niespożytego, opartego na solidnym riffie „A More Perfect Union”. Kawałek z kości, krwi, mięsa i potu. Klasyczna pasja drzemiąca w muzyce rockowej. „Baby we were born to dieeeeeee!!!” na początku i pocieszne glory glory alleluja!!! pod koniec.”

LINK


33. One For The Team – Every Little Thing












Tak, proste to boleśnie. Klawiszowa melodyjka, Pornographersowa wymiana wokali, falsety, podbicie wzmagające poczucie nośności. Czysty indie-pop, który mógłby stać się całkiem popularny gdyby jakieś inne zespoły grające w tym stylu nie święciły akurat triumfu albo byłoby na scenie więcej miejsca. Ale chwila, przecież są tu jeszcze te wparowujące z prawdziwym impetem, kolosalne gitary, które prostą pioseneczkę rozrywają na pół. „Every Little Thing” to postawienie obok siebie dwóch skrajnych elementów - lekkości i pierdolnięcia, współgrających ze sobą z gracją.

LINK


32. MGMT – Flash Delirium












Nie kręciła mnie ta grupa (singlowe oczywiste wyjątki) aż do, no zgadnijcie… ukazania się „Congratulations”. „Flash Delirium” przyjmuje już z otwartymi ramionami „jako swoje”. Stopień pokręcenia tego kawałka, te drobne dziwactwa, flecik wytrzaśnięty niewiadomo skąd, seria oderwanych od kontekstu (jakiego kontekstu?) motywów, a w szczególności ten ostatni po zagrzaniu temperatury, podsumowujący bałagan kilkunastosekundowy, punkowy zryw rodzący u mnie szelmowską minę. Im dalej temu do „Time To Pretend”, a bliżej do Of Montrealow’skiego modelu układania piosenek z różniących się do siebie hooków tym ciekawiej. No i koniec końców jak przebojowo im to w sumie wyszło.

LINK


31. Superchunk – Learned To Surf












If I seeem ooooooooooooooooooooouuuuuut of it!!!
Circles cloooooooooooooooooosuuuuuuse up but circles are wide!!!

Za każdym razem powala jak McCoughan wstrzykuje w ten kawałek falę energii, wokalnym zabiegiem banalnie prostym, a jednocześnie tak zaskakująco zajebistym, że wymiękają nawet te melodicowe akordy odmładzające sam zespół o jakieś 25 lat.

LINK

poniedziałek, 11 października 2010

The Get Up Kids - Guilt Show (2004)












7.5

The Get Up Kids w swojej niezadługiej („acz burzliwej” jak zwykł dodawać przy każdej okazji pewien nauczyciel geografii) karierze przeszli drogę podobną do wielu emo-core’owych/indie-emo’wych składów. Najłatwiej porównać ich z zaczynającymi w podobnym momencie kolegami z Arizony czyli Jimmy Eat World. Z każdą płytą coraz dalej od niezależnego grania, a coraz bliżej popowi i przystępności. Jednocześnie ani jednym ani drugim nie można mieć za złe, bo w niemal każdym wcieleniu bywali tak samo przekonujący.

Na „Guilt Show” nic nie wydaje się zapowiadać końca „dzieciaków”, który już za chwilę miał nastąpić. Matt Pryor kontynuuje tu drogę kompozytora fajnych, chwytliwych piosenek, przyjemnych jak cholera melodii, przebojowych refrenów, oraz ładnych i romantycznych ballad. Po punku, indie i emo nie ma wielkiego śladu. Pop-rock, power-pop jednym słowem rządzą, prezentując się na poziomie wielce przyzwoitym. Na pierwszy plan wyrazistości wybija kawałek o ewidentnej aparycji singla „Wouldn’t Believe It”. Żwawe zaśpiewy i gitary Pryora i Suptica oraz klawisze Deweesa zapewniają nośność wystarczającą do późniejszego nucenia, podśpiewywania, czy co tam chcecie. Świetnym, melodyjnym wkręcaczem okazuje się „Martyr Me”, w którym znów keyboard służy za podkreślenie udanego refrenu. Tych zresztą na krążku nie zabraknie. Energetyczne, gitarowe „How Long Is Too Long”, sympatyczne i podbudowujące „Never Be Alone” (you never be aloooooone), ciekawie skonstruowane całościowo „The Dark Night Of The Soul”. Jako osobną ciekawostkę należy potraktować sześciominutowe “Is There A Way Out?”, rozwijające się przez mroki delikatnej melancholii, dążące do smutnawego chorusu z lekkostrawnym akompaniamentem smyczków. Takie “Sick In Her Skin” z kolei, z dzisiejszej perspektywy brzmi jak drogowskaz dla nagrań grupy powstałych już po kilkuletniej przerwie (w tym roku powrócili z nową EP’ką). Przestrzenne, nieco ambientowe, interesujące nagranie rozdarte w pewnym momencie przez krzyki Matta. Cokolwiek by to nie było ciepła, komfortowa atmosfera odpowiednia dla tej kapeli towarzyszy nam przez cały czas.

Czwartą płytę The Get Up Kids można traktować jako ich najlepszą, choć co ciekawe i równie dobrze za najsłabszą... Ekipa z Kansas City najbardziej znana pozostanie już pewnie na zawsze przez wzgląd na klasyczne w niektórych kręgach „Something To Write Home About” oraz „Four Minute Mile”. Trzecia zaś w kolejności „On A Wire” jest materiałem do „Guilt Show” raczej porównywalnym. Prawdopodobnie to jednak omawiana tutaj pozycja zawiera te najdojrzalsze, najbardziej „progresowe” nagrania tego właściwie wiecznie młodzieżowego zespołu. Osobiście również nie wymieniłbym „I’ll Catch You” na „Is There A Way Out”, a „Ten Minutes” za „Wouldn’t Believe It”. Jednakże słuchając tej płytki nie mam tak zwanego uczucia „ guilty pleasure”, słucha mi się świetnie, może nie doskonale, ale skoro to ich najsłabsza to i tak są zajebiści.

niedziela, 10 października 2010

Bright Eyes - Every Day And Every Night EP (1999)












7

Okładka pierwszej EP’ki Bright Eyes przedstawia ponoć jeden z sennych koszmarów Conora Obersta. Szkielety latające wokół jesiennych drzew i spadających liści w swoistym danse macabre. Obrazek budzący trwogę (wyobraźcie sobie, że śni wam się coś takiego), ale w pewnym sensie piękny… Czyż nie pasujący do często traktujących o śmierci, pesymistycznych tekstów i muzyki Conora? No, a data wydania „Every Day And Every Night” to przecież 1 listopada. Przypadek?

Rok 1999. Oberst ma za sobą długogrający debiut „Letting Of Happiness” i kompilację utworów z lat 1995-1997. Follow-upująca EP’ka to trzeci krok potwierdzający klasę i muzyczną dojrzałość 19-latka z Nebraski. Szczególnie charakterystyczne wydaje się dla niego to drugie. Słuchając tych kilku piosenek, czytając liryki wiemy, że obcujemy z kimś kto ma za sobą bagaż doświadczeń jakim nie mógłoby się pewnie „pochwalić” większość osób o połowę starszych. Jest jednak jedna rzecz przemawiająca za młodym wiekiem lidera Bright Eyes, a mianowicie emocje i ich sposób wyrażania. Oczywiście coś więcej niż egzaltacja, wydzierającego się, zbuntowanego pozera. Conor często trzyma je w ryzach, w miarę cierpliwie snując kapitalne utwory takie jak „A New Arrangement” czy rozpoczynające „A Line Allows Progress, A Circle Does Not” (trochę bardziej „wzburzone”, urzekające podobnym klimatem co „Lover I Don’t Have To Love”), ale przychodzą i momenty takie jak genialne „A Perfect Sonnet”, gdzie jego przekonujący dramatyzm eksploduje w pełnej krasie. Ten kawałek jest niewątpliwą perłą „Every Day And Every Night” i solidnym powodem by o wydawnictwie zbyt prędko nie zapomnieć. Każda linijka poraża poetycką doskonałością, a sposób jej wyśpiewywania niesamowitym przejęciem. Trudno doprawdy wybrać najlepszy fragment kiedy ma się do wyboru:

“We're singing I believe that lovers should be chained together And thrown into a fire with their songs and letters, and left there to burn, left there to burn in their arrogance”

“But as for me I'm coming to my final failure, I've killed myself with changes trying to make things better, But I ended up becoming something other than what I had planned to be”

lub

“Saying everything you've ever seen was just a mirror And you've spent your whole life sweating in an endless fever And now you are laying in a bathtub full of freezing water Wishing you were a ghost”

Co ja musiałbym mieć żeby umieć pisać tak wspaniałe teksty? Dużo, dużo, dużo więcej talentu i o wiele bardziej traumatyczne dzieciństwo.

poniedziałek, 27 września 2010

Nielubiane płyty lubianych zespołów

Krytycznie, ale mam nadzieję kulturalnie. O płytach, które swojego czasu mnie rozczarowały.

Joan Of Arc – The Gap (2000)












3.5

Z całym moim szacunkiem i radosnym podejściem do wszelkiej twórczości Tima Kinselli, ten akurat album zasługuje na marne oceny jakich doczekał się w większości serwisów opiniotwórczych. Mówić za bardzo nie ma o czym. Płyta jest dziwna. Niezrozumiała, pochrzaniona, poszukująca sensu od początku do końca, nie znajdująca go nawet na moment. W dodatku wymęczona, brzmiąca jakby nagrywano ją od niechcenia. Oczywiście typowo Joan Of Arc’owe lanie wody na upartego może się niektórym spodobać, ale po co się męczyć skoro można sięgnąć po znacznie lepsze płyty od tych panów. Zarówno te poprzedzające „The Gap” jak i nagrane już po nim.


The Cure - „4:13 Dream” (2008)












4

Same lata 80’te wystarczą by marce The Cure wybaczyć każde późniejsze mizerie w rodzaju „4:13 Dream”. Bo jak wielu może się poszczycić stworzeniem siedmiu wyłącznie bardzo dobrych i wspaniałych dzieł w ciągu dziesięciu lat? Dziś przeciętny zespół w tym czasie byłby w stanie wydusić z siebie jakieś trzy krążki, z czego trudno byłoby mu utrzymać wysoki poziom na każdym, nie wspominając już o jakimś wyraźniejszym zapisaniu się w historii swojego gatunku. Jeżeli „The Top” (tak, lubię ten album) uznać za najsłabsze osiągnięcie tamtego okresu, a zjawiskową trylogię za najwybitniejsze oraz przyjąć, że Smith ukoronował wszystko wielkim „Disintegration”, stworzonym jeszcze przed ukończeniem trzydziestki to wypada tylko słać pokłony i nie czepiać się, że po prawie trzech dekadach panowie nie są w stanie nagrywać już rzeczy na czołówki list roku.

Ale. Ich problem, że za sprawą „Bloodflowers” i „The Cure” pokazali światu, że jeszcze mogą, że jednak wciąż się liczą i wciąż możemy na nich liczyć. Choć przygasło zarówno tempo jak i efektywność to za płyty z lat 2000-2004 i tak należą im się kolejne słowa uznania (Cure z lat 00 > Cure z lat 90’tych). W tym momencie dzieje się coś co właściwie przyjąłem swojego czasu ze spokojem. Pokładaliśmy nadzieję w „4:13” a niewielu z nas prócz die-hard fanów ten album usatysfakcjonował.

„Only One” było sympatycznym singlem, „Freakshow” również. Dodatkowo pierwsze nagranie na płycie „Underneath The Stars” robiło doprawdy epickie wrażenie o ile nie wiedziało się, że to b-side trzymany jeszcze od czasu „Disintegration”. Niemal całe pierwsze dwadzieścia minut płyty to jeszcze nie jest zawód. Całkiem przyjemne, przyzwoite granie, trzymanie w niepewności, czekanie na większe momenty, ale już poziom szóstkowy mniej więcej. No, ale niestety, bańka pryska po króciutkim „Siren Song”. Rozpoczyna się jakiś totalny bełkot, który trwa i trwa i trwa tak już do końca, z ewentualnym wyjątkiem w postaci „Sleep When I’m Dead”. Bez zatroszczenia się o choćby jedną, udaną melodię, jakiś ciekawy riff tudzieź inny hook, który mógłby słuchanie uprzyjemnić. Materiał zdecydowanie cierpiący na suchoty.




Brand New – Daisy (2009)












5

Brand New to zespół nieobliczalny i przewidywalny w jednym. Zdążyli już przyzwyczaić sympatyków do wcale nie małych zmian jakie zaliczają z płyty na płytę. Co prawda nikt nigdy nie wie w co teraz wyewoluują, jedno jest jednak pewne jak słońce na niebie. W żadnym wypadku nie zaprezentują drugi raz tego samego co poprzednio. Najpierw w lightowym stylu śpiewali o sobotnich nocach, relacjach z byłymi, lub zauroczeniach paniami z TV. Na „Deja Entendu” przyjęli sobie odważniejszą i o wiele bardziej pomysłową stylistykę. Świetny to był album trzeba przyznać, dokumentujący rozwój młodej kapeli. Przy okazji trzeciego krążka ambicje rozrosły się jeszcze bardziej. Powstało „The Devil and God Are Raging Inside Me”. Melancholijne, dojrzałe dzieło wypełnione pierwszego sortu smutnymi melodiami i balladami jakie można sobie puszczać pijąc do lustra po urazie miłosnym.

Nie odpuścili i tym razem. Nadal pragnąc się przeobrażać poszli w odważne kombinowanie. Należy docenić, że lider grupy Jesse’a Lacey nie zawahał się eksperymentować z mało przystępnymi brzmieniami, dziwnymi pomysłami, szorstkim brzmieniem. Ryzyko nie zawsze się jednak opłaca. Po dwóch szczęśliwych strzałach tym razem chyba czegoś zabrakło. „Daisy” to niezbyt dobra płyta, za bardzo przekombinowana, miejscami zwyczajnie nudna. Już początek w postaci rozwrzeszczanego, hardkorowego „Vices” każe zadać pytanie WHAT THE FUCK?!! Czy to w ogóle Brand New? Może i nie byłoby najgorsze na jakiejś innej płycie, obok innych kawałków, albo przynajmniej w innym miejscu. Reszta to swoją drogą też niezły bajzel. Po nawet przyzwoitym „Bed” przychodzi kolej na wyjątkowo beznamiętny, singlowy „At The Bottom”. Ten refren… litości. Zacina się tam w międzyczasie płyta, jakieś efekty, jakieś „artystyczne” zabiegi. A dajcie spokój.

Trzy najlepsze moim zdaniem momenty. „Gasoline” głównie dzięki hałaśliwym, przekonująco nawalającym gitarom i perkusji. A także desperacji w głosie Laceya, który chociaż na „Daisy” wkurza mnie jak nigdy tu w ostrym, niewątpliwie udanym fragmencie zręcznie wpasowuje się w sugestywny, instrumentalny zgiełk. „You Stole” doskonale przywołujący czasy „The Devil and God…”. Głęboki, atmosferyczny, trochę mroczny. W dodatku w dalszej części pojawia się w nim potężna ściana dźwięku i melodia pomiędzy nią. Nic czego nie byłoby w 2006, ale tak zajebiste jak wtedy. Kończący „Noro” z potencjałem do poruszenia człowiekiem od środka. Raz jeszcze świetne połączenie smutnego klimatu z mocniejszym uderzeniem.

Co nie zmienia faktu, że numery pokroju „Jar”, „Sink”, „Bought a Bride” niewiele mają w sobie fajnego o ile w ogóle cokolwiek. Niektóre zapowiadają się nieźle, mogłyby podtrzymywać dobry nastrój, ale Lacey ma niezwykły talent do psucia wszystkiego swoimi gwałtownymi krzykami. To było dobre w kawałku „Sowing Season (Yeah)”. Tutaj razi. Ujdzie jeszcze tytułowy „Daisy”, który wyszedł im gdzieś tak do połowy. Można bronić „Daisy”, mówić, że to materiał niełatwy, kazać się wsłuchać i podkreślać jego eksperymentaly charakter. Po kilku przesłuchaniach mam jednak dość, bo mało w tym przyjemnego a na cholerę mi płyta, która przez ¾ trwania nie sprawia mi przyjemności?




Sparta – Threes (2006)












3.5

Nie od samego początku „Threes” budziło we mnie całkiem negatywne odczucia. Po „Porcelain”, na którym ruszyli ścieżką wytyczoną przez spokojniejsze fragmenty debiutu, styl trzeciej płyty odebrałem jako naturalne następstwo. Lata lecą, człowiek pokornieje, ostrego, spontanicznego grania mu się odechciewa. Energia i tak już nie ta. Niejeden rock’n rollowy muzyk z wiekiem skłania się ku harmonii, ciszy, ku balladom. Tak chyba było z Jimem Wardem przy okazji „Threes”. To nadal płyta podpadająca pod „gitary”, „dynamikę”, „alternatywnego rocka”.Brzmiąca jednak jakby z dawnej Sparty wyciśnięto wszystkie soki. Jeśli chcesz grać ładne, klimatyczne piosenki to chociaż o nie zadbaj! Niech zapadają w pamięć, a nie będą takie szare i smętne. „Threes” kojarzy mi się z żuciem jednej gumy przez kilka dobrych godzin. Wszelkie zabiegi są tu powtarzalne i nieciekawe. Jakieś rozciąganie i pompowanie kompozycji, kolejne przejścia od ciszy do głośności, następne nieprzekonujące gitarowe „bum” w środku utworu. Zdecydowanie zbyt dużo tak zwanej „przestrzeni”, pod którą nic się nie kryje. Rozwój wydarzeń łatwy do przewidzenia. Można się nawet nabrać jeśli nie słucha się w wielkim skupieniu. Mały plus za singlowe „Taking Back Control”. Wśród reszty ze świecą szukać, choć w połowie tak dobrego numeru.