Rozpoczynając przegląd dyskografii Cursive wspomniałem wczoraj o spektakularnym wejściu pierwszego utworu na EP’ce „The Disruption”. Podobnie rzecz ma się z „Such Blinding Stars For Starving Eyes”. Inicjujące album „After The Movies” to zanurzona w smutnym klimacie miłosna historia, implodująca do rozmiarów totalnie rozemocjonowanego melodramatu. Zaczyna się dość niepozornie, obrazkiem pary wpatrzonej w siebie na parkingu, tuż po filmie. Ona pocałowała jego, on pocałował ją, jedna noc niczym wieczność… Wpadliście już w romantyczny nastrój? Prawidłowo, bo „After The Movies” to esencja poetyki złamanego serca. Obrazowy, niemal namacalny sposób w jaki Kasher wynosi doznania tej jednej chwili na wyżyny: "In the movies Well, they never had it so good One moment, So infinite ,On soft wet lips..." Zapewniam, że mało kto tak potrafi. Tym bardziej bolesna wydaje się druga część utworu, w której mamy już tylko rozpacz, poczucie straty i rozpamiętywanie tego co piękne było kiedyś. Wiem, wiem – płaczliwe emo w czystej postaci, ale w tym przypadku odwołujące się do prawdziwych korzeni gatunku.
Szkoda, że takiego natężenia wrażeń nijak nie podjęli się dalej. Kolejnymi piosenkami najpierw stopniowo obniżają loty, a potem już suną równo na mniej więcej podobnej wysokości. Lepiej niż zadowalająco brzmi jeszcze „Downhill Racers” – konstrukcja rzężących gitar, ładnych melodii, wpadania w stany uniesienia i opadania w nastrój. Zapada w pamięć charczane przez Tima “Running down, Losing speed, Time escapes us, Timing's everything” i boczny wokal jakby w stylu Archers Of Loaf co powtórzy się chwilę dalej w prawie równie dobrym „Ceiling Cracks”.
Próbka stylu zademonstrowana na wcześniejszym singlu i EP’ce na „Such Blinding Stars” odnajduje swe rozwinięcie. Cieszą takie kawałki jak „Vermont”, „Eight Light Minutes”, „Dedication To Desertion”, “Warped Wood Floors”. Ciarki przejdą jednak po plecach bardziej wyczulonych znawców dźwięków przy niektórych gwałtownych wrzaskach jakie nasz Timothy ochoczo z siebie wydaje choćby w “Dirt Of The Vineyard” czy „Retirement”. Podsumowując - na perfekcyjne, finezyjne krążki przyjdzie dla nich czas. Cursive datowane na 1997 to obiecujący, młody band, z wyraźnie zarysowanym potencjałem, całkiem urokliwymi utworami, ale i garścią wad, które ja osobiście jestem w stanie dość łatwo przełknąć.
Historia „The Disruption” sięga zamierzchłych czasów kiedy to jeszcze Saddle Creek nie nazywało się Saddle Creek, a Lumberjack Records Corporation. Kultowe, wczesne lata jednego z najbardziej zasłużonych dziś indie-labelów w USA przyniosły pierwsze nagrania Conora Obersta, Slowdown Virginia czy wreszcie wykrystalizowanego na gruncie niezliczonych miejscowych kapel Cursive.
Jak przystało na zespół genialny, sam początek debiutanckiej EP’ki to przysłowiowe trzęsienie ziemi. Choć „A Disruption In The Normal Swing Of Things” z jednej strony ukazuje całe to młodzieńcze nieopierzenie i emo-przedramatyzowanie, z drugiej jawi się wyrazem niczym nieograniczonej, czysto energetycznej ekspresyjności. Jak tu nie kochać tego numeru, narastającego napięcia i zdzierającego gardło Tima Kashera przy "I don’t need thiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiis sympathy"?
O ile drugiej równie nieokiełznanej pieśni w całej dyskografii Cursive ze świecą szukać, tak dalsze pozycje z EP’ki o żółtej okładce z czarnym paskiem wzorowo antycypują co dziać się będzie na ich najbliższych płytach. Dość nastrojowe „There’s A Coldest Day In Every Year” pasuje do już ciekawego stylu jaki wypracowali w drugiej połowie lat 90’tych. „The Knowledgeable Hasbeens” brzmi trochę jak prototyp „Ceiling Cracks” z pierwszego LP. „A Disruption in Our Lines of Influence” nawiązując do indeksu pierwszego (po frazie "this is the part where the ambulance comes…" pojawia się swoista zmiana punktu widzenia z "there’s a dead man on the street" na "I'll play the dead man") spójnie domyka treściwe 10 minut.
Sucker And Dry (singiel) (1997)
6
Singiel w końcu czy EP’ka to w sumie bez różnicy. Ledwie dwie piosenki wchodzą w skład wydawnictwa, ale im również wypada się przez chwilę przyjrzeć. Nagranie tytułowe nie ustępuje poziomem wszystkiemu co poznaliśmy na „The Disruption”, śmiało można powiedzieć, że stoi już na nieco wyższym (oczywiście wyjątkowe „A Disruption In The Normal Swing Of Things” not included) stanowiąc coś co fan grupy przeoczyć w żadnym wypadku nie może. B-side’owe „And the Bit Just Chokes Them” to już trochę bardziej toporne, typowe indie-emo. Dla strony A warto.
Długo przekładano datę wydania czwartego albumu Dillinger Four. Pierwsza zapowiedź pojawiła się już w czerwcu 2006, ale ostatecznie fani musieli czekać aż do października 2008. Dystans dzielący "Situationist Comedy" i "Civil War" rozrósł się więc aż do sześciu lat. Ponad pół dekady nieobecności nieprzerwanej nawet żadną EP’ką, toż to wieczność! Przez ten czas wielu mogło zapomnieć, że istniała w ogóle taka kapela. Ich powrót zwraca im jednak należytą chwałę i uznanie. Dillinger podtrzymują opinię kapeli w kręgach pop punkowych nieomylnej, a sama płyta nie odczuwa kompleksów wobec poprzednich dzieł. To też pewna odpowiedź na NOFX’owe"The War On Errorism" lub Green Day’owskie"American Idiot". Album wyrażający nastroje współczesnej Ameryki lub przynajmniej samych D4. „Krążek rewitalizujący wiarę w scenę punkową? Niech im tam będzie.
So maybe you’re young without youth, or maybe your old without knowing anything’s true, I think you’re young without youth…
Takie też wrażenie odnoszę przy okazji słuchania zespołu Now, Now Every Children, obecnie znanego pod prostszą nazwą Now, Now. Podopieczni Afternoon Records (wytwórni z której pochodzi również hajpowane kiedyś przeze mnie One For The Team) pozornie stanowią młodą kapelę grającą indie-rocka dla młodzieży. Są, a właściwie trzy lata temu byli mniej więcej w moim wieku (świeżo koło dwudziestki) i wydawać by się mogło, że taki jest też ich target.
Okazuje się jednak, że dzieciaki te wyrosły odrobinę za szybko. Nie mają nic wspólnego z gówniarską punkową muzyką ani wesolutkim indie-popem. Intrygująco urodziwa Cacie Dalager śpiewa smutnym głosem będącym jakby wypadkową islandzkich wokalistek (Bjork, pani z The Knife i pochodne typu Soap & Skin) z bardziej amerykańskim/kanadyjskim stylem. Przygrywa jej zespół operujący raz to stonowanymi raz hałaśliwymi gitarami i klawiszami a la zgaszone Tokyo Police Club. Rezultat – co najmniej niezły. Mają potencjał, niechaj nie zawahają się go wykorzystać.
I tak „No One But Two” rozpoczyna płytę dla nad wiek dojrzałych nastolatków czy też studentów pierwszego roku nie myślących wyłącznie o dupach i browarze. Dalager jest tu jak zagubiona, zamknięta w sobie dziewczynka. Krucha nieśmiała, która nigdy nie porwie się na wrzask czy agresywniejszy ton. To jednak w jej wokalu ujmuje. To z nim w tak specyficzny i pociągający sposób zgrywają się nawalające niemal w każdym numerze gitary i dynamiczna perkusja. Dla zrozumienia posłuchajcie choćby kapitalnego „In My Chest”.
Materiał ten choć wrażliwy nie zawiera w sobie hektolitrów melancholii ani przesadnie egzaltowanych emocji. Łatwo ich piosenki polubić, delikatnie przy nich zasmucić i porozmyślać o swoich problemach. Nie wszystko brzmi idealnie, dłużyzny niektórych fragmentów radziłbym wręcz pomijać, ale nie zapominajmy, że to w końcu tylko debiutanci. Na swój wiek świadomi i dojrzali, ale zawdzięczający urok także tej właśnie skłonności do popełniania błędów…
Nic mnie w tym momencie tak nie irytuje jak emocjonalna muzyka i wszystko co z emocjami związane. Tego z powodzeniem unikam. Stawiam dziś na zupełnie inne odczucia, czy może raczej doznania. Idea tego pisania ma na celu zarejestrowanie szczerego i prawdziwego stanu w danym momencie wyrażonego poprzez coś co cenię najbardziej.
00:53 Thrice – Betrayal Is A Symptom
Upada światopogląd, iluzja znika, niespodziewanie widzisz wszystko lepiej i ostrzej, odrzucasz rzeczy, którymi wcześniej się łudziłeś. Czysty głos Dustina Kensrue w refrenie tego kawałka na siedem może sześć minut przed godziną pierwszą działa kojąco. Metaliczno-core’owa jazda plus melodyjne wstawki. To jest to.
00:57 Friend/Enemy – Do The Stand On One Foot Dance To The Radio Rodeo
Niełatwo jednak znaleźć rzeczy, z jakimi nie łączyłaby cię jakaś banalna emocjonalna zażyłość. Rozumiem już czemu tak uwielbiam Tima Kinsellę. Nawiedzone harmonie i amelodyjna upiorność utworu Friend/Enemy robią dobrze jak cholera.
01:02 Midtown – Empty Like The Ocean
Gabe Saporta prowadził kiedyś sympatyczny pop punkowy band Midtown. Zanim jeszcze zdecydował się sprzedać w Cobra Starship popełnił wraz z zespołem nieco bardziej gorzką od wcześniejszych płytę „Forget What You Know”. „Empty Like The Ocean” mój klasyk jeszcze z czasów gimnazjum. Mamy tu do czynienia z kolesiem wkurwionym, piszącym hate-song dla jakiejś niewdzięcznej laski na tle genialnie uderzających gitar. I don’t wanna touch you I don’t wanna fuck, I just want to feel you with regret…". Kapitalna szczerość.
Today was fine so don’t remind me… Czy aby na pewno? Z jednej strony “Every Stitch” to już słodkość kalifornijsko-podobnych brzmień, ale z drugiej konkret trzy-akordowego walnięcia, szumów, trzasków i punk rocków. Ujdzie.
Kumpel idzie do kibla, coś mówi, że nie może zasnąć. Co ja mam dopiero powiedzieć, ja już nawet nie chcę. Przyjemne otumanienie zanika. Les Savy Fav ukazują swoje mistrzostwo w konstruowaniu post-punkowych hooków. Szedłem kiedyś po Siedlcach, wracałem z akademika nocą w sobotę chyba, do czekającego pustego mieszkania, słuchałem „Hold On To Your Genre” na słuchawkach „na pełnej piździe” i było fajnie. Harrington drący ryja w końcówce elektryzuje, brzmienie rozsadza słuchawki. Czekam tylko aż ktoś mi każe przyciszyć.
Miałem ciężki wieczór. Coraz trudniej znaleźć satysfakcjonującą muzykę. Czemu wszystkie te ckliwe nuty, których słuchałem do teraz omijam z takim niesmakiem? Czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie posłuchać przysłowiowych The Get Up Kids bez ochoty na wymioty? Wywnętrzę się zaraz niczym McKaye na genialnej płycie z Embrace. Fenomen tej kapeli paradoksalnie tkwił właśnie w emocjach. To emo i emo-core w całej swej istocie. Mimo, że bez płaczu i pierdolonych wzruszeń. Może to tu znalazło zastosowanie tak zwane prawdziwe uczucie? I wanna maaaaaaake liiiiiiiiiifeeeeee.
I psie policyjne oddechy zamienią się w skowyyyyyt A myyyy A myyyyyyyy A nas już nie będzie, a w gazetach pokażą to zdjęcie gdy ****** na raz dwa trzy skaczemy, NA RAZ DWA TRZY, Dwadzieścia parę pięter, tyle niepotrzebnych lat. Ocieraliśmy się o niebo, przez parę chwil żyliśmy wiecznie!
Jeszcze chwila i przyjdzie mi do głowy coś głupiego he he.
Andy’emu Hullowi udało się choć na chwilę wejść w skórę Isaaca Brocka, a może nawet Rogera Watersa. Wiem, że ta stylizacja, te bachory robiące chórek jak z jakiegoś „Another Brick In The Wall” nie muszą się wszystkim podobać, ale nie dbam o to, bo kawałek a szczególnie te jego fragmenty:
I’m gone, you try to emphasize and side with both your ghosts
Piosenka, którą powinienem teraz napisać. Wesołe, ale krzepiące i wcale niegłupie. You’’ve gotta leave her behind and find another girl. Ja się w sumie nie nadaje do tych zabaw.
Teraz kiedy już solidnie wsiąkłem w ten mistyczny kawałek oraz doceniłem ich nieprzeciętną płytę, tym bardziej cieszę się, że zespół wysłał mi egzemplarz „Antona” do zrecenzowania. W tym momencie czuję się wypalony. Z drugiej strony wzrusza mnie myśl, że towarzyszą mi tak wspaniałe dźwięki. Pić jeszcze kawę czy nie? Pisać dalej, położyć się? Czy potrzeba mi jeszcze znieczulenia?
„Believer” to inspirująca rzecz. Jednocześnie też dość ironiczny tytuł jak na mój obecny stan. You call me a believer HAHA. John Maus nabija się ze mnie. Bit, iluminacja klawiszowego motywu, nakładający się na to dziwny głos kreślący prostą, acz magicznie dopasowaną do reszty linię wokalną. OK. mam dosyć, nie rozstaje się z muzyką i żałosnym losem, ale wyłączam worda, próbuje zasnąć. Nie przejmuję jutrem, kolosem, wykładem i ćwiczeniami. I nigdy więcej do niej nie pójdę.
Zrobiło się ciężko i egzystencjalnie. Postanowiłem pociągnąć to jeszcze przez chwilę. Tak sobie myślę, że ta dziewczyna, o której myślę nigdy, przenigdy nie doznałaby przy czymś takim.
Dojrzałem chyba ponownie do słuchania ładnych, dream popowych melodii. „Basement Scene” jest właściwie jak kołysanka, która na pewno by mi się teraz przydała. Bradford Cox ma pewnie gorzej ode mnie. Now I wanna wake up, I wanna wake up now. Dobre sobie. A ja czuję teraz, że komary naprawdę się mną zaopiekowały przez ostatni weekend w domu.
Kojarzą mi się jakoś te dwa zespoły. Autolux i Deerhunter. „Transit Transit” było dla mnie w zeszłym roku znacznie bardziej doznaniowe niż „Halcyon Digest”. Mogliby wspólnie splita nagrać. „Basemenet Scene/The Bouncing Wall”?
Szkoda, że to jeszcze nie równo 3:00. Nie znam bardziej metafizycznej, mrocznej, a jednocześnie paraliżującej serce kompozycji od Twin Peaks’owego „Into The Night”. "So dark…" . To jak Julee uchwyciła grozę i klimat wywołuje we mnie dreszcze. Ciemność i miłość. Jezu, ale się wkręciłem. Śpiący lokator „ożył” dokładnie w momencie tego gwałtownego przejścia, a ja nieomal podskoczyłem ze strachu widząc nagle jakiś ruch w mroku?
You fall in love with somebody else again tonight. No na pewno. Ostatnie czego mi teraz trzeba. Chociaż w sumie: You’re ready for the next attack. No i ta dziergana przez gitarę Smitha, klasyczna melodia. Esencja new wave.
Nie sądziłem, że aż tak mnie to wszystko ruszy i zdołuje. Nie przypuszczałbym, że będę tej nocy siedział do trzeciej klikając w literki na klawiaturze. Zadziwia mnie zawsze i fascynuje muzykalność utworu Lecha Janerki. Wbijający się niczym wiertło motyw saksofonu, post-punkowy chłód rodem z komunistycznego kraju, no i z początku niezrozumiałe przesłanie.
To teraz na definitywny już koniec zaprzeczę sam sobie i całemu temu konceptowi. Nie będzie opierdalania się i oszczędzania. Będzie rozpacz, smutek, egzaltacja i walenie prosto z mostu. W życiu nie słyszałem, by ktoś tak wypluwał z siebie emocje jak wokalista Bauhaus w tym jednym, absolutnie niebiańskim utworze. Już jest dobrze, już chyba w porządku. Odlatuję w sen.
Sądząc po „Mothers, Sisters, Daughters And Wives”, Voxtrot był całkiem zgrabnie grającym zespołem z Austin, dla fanów amerykańskiego indie-rocka w stylu Alohy, Death Cab For Cutie czy innych przyjemniaczków. Był? No tak, bo ich działalność nie potrwała długo i grupa rozpadła nam się w ubiegłym roku. Szkoda.
O EP’ce warto pisać gdyż z pięciu zawartych na niej kawałków przynajmniej dwa można by odnotować jako przekraczające jakościową średnią krajową. Tytułowe „Matki, żony i kochanki” czy jakoś tak to numer w jakim zasłuchiwałem się z rok temu, który z codziennej playlisty nie schodził przez bardzo długi czas. Coś na kształt przeboju z listy programu trzeciego w moim osobistym muzycznym mikroświatku. Bije go jednak centralnie umieszczone pod kultową trójką „Rise Up In The Dirt” jakimś cudem odkryte dopiero przed kilkoma dniami. Utwór ten czaruje podwójnym refrenem: najpierw błyskotliwe, piosenkowe „But if I were a good man…” następnie decydujące „Cause I could be your father, I could be your brother…”. Całość to zresztą jeden wielki popis kompozytorski pana Ramesha Srivastavy mającego zadatki na mocnego songwrittera.
Reszta ładna, na tyle dobra by słuchało się miło aczkolwiek bez hookowatości poprzednio wymienionych. EP’ka Voxtrota wpada w mój gust i z pewnością zachęca do sięgnięcia po album długogrający. A to mam nadzieję już wkrótce.
W 2004 najzupełniej aktualnym trendem w alternatywie gitarowej było wskrzeszanie post-punka z drugiej połowy lat 70’tych, które apogeum osiągnęło zresztą rok później. Nie dziwne więc, że wtedy The Futureheads ze swoim debiutem wzbudzili zainteresowanie i spodobali się recenzentom. Co tu dużo gadać to była dobra płyta, całkiem ciekawa, konstrukcyjnie oparta czasem nie tylko na przebojowych, prostych akordach.
Trzy albumy i sześć lat później po tamtej modzie nie pozostało nic. Na palcach jednej ręki można policzyć zespoły, które wiedziały jak swój wózek dalej pociągnąć. Maximo Park, The Rakes, Hard-Fi, nawet Bloc Party to teraz typowo druga liga. Nie łudźmy się, The Futureheads też w niej grają. Kapela Barry’ego Hide’a nie rozwinęła skrzydeł, przez te lata uprościła model grania głównie do punkowych, podręcznikowo średnich numerów wśród, których zawsze wyróżniają się jednak te nieco bardziej wartościowe.
I dlatego właśnie, dopóki będą w stanie wypuszczać tak kapitalne single jak „The Heartbeat Song” i „Struck Dumb” ja ich będę lubił przymykając oko na przeciętność reszty materiału. Te dwa numery pozostaną w mojej pamięci jako soundtrack do maja 2010, juwenaliów SGGW gdzie obijałem się z jednej na drugą stronę przy "bright lights everywhere, like I’m floating in the air…" Reszta wyłącznie dla fanów The Futureheads i The Jam.
Energia + melodia. To znamy. Tym cechuje się każda kapela melodic-punkowa. Tylko teraz gdzie tak naprawdę leżą korzenie takiego grania? Kto był pierwszy, kto zainspirował rzesze do powielania tej muzyki? Możemy mówić o Bad Religion, choćby o Descendents czy może właśnie Lifetime jak sugerują niektórzy. Mowa oczywiście o Lifetime z lat 90’tych. Tych, którzy zniknęli ze sceny po wydaniu „Jersey’s Best Dancers” w 1997, a pojawili się z genialnym w swojej klasie „Lifetime” całą dekadę później. Melodicowe dzieciaki wychowane na ich krążkach dostają tu solidną lekcję. Jak w dwadzieścia parę minut zapodać miłośnikom gatunku kipiący energią, gotujący się od melodii, rażący oślepiającym kalifornijskim słońcem punk rock. „Haircuts & T-Shirts”, “Can’t Think About It Now”, “Airport Monday Morning” i znów są wakacje. Znów chce ci się żyć, skakać po pokoju, chodzić z kumplami po mieście i pytać siedzące na przeciwko dziewczyny o papierosa, którego naprawdę nie potrzebujesz…