wtorek, 4 grudnia 2012

1992 w piosenkach (indie/alternatywa część II)


20. Curve – Horror Head












Kolejna, całkiem udana w dodatku, próba spopularyzowania shoegaze’u. Curve w „Horror Head” posłużyli się praktycznie tym samym patentem co rok wcześniej Chapterhouse za sprawą „Pearl”. Elementy rodem z „Loveless” umieścili w roztańczonym, niebywale przebojowym aranżu. Rock, pop, patrzenie w buty i dyskotekę połączyli w jeden, niesamowicie pulsujący twór. Druga kwestia – Toni Halliday. Oprzeć się jej wokalnemu uwodzeniu? Trudna sprawa. Oprzeć się temu widząc ją dodatkowo w teledysku? Niewykonalna.



19. XTC – Wrapped In Grey












Amerykańskim zespołom grającym psychodelię nie raz udawało się doskonale przeszczepiać na grunt swoich dokonań muzykę Beatlesów. Tu mamy sytuacje z goła odwrotną. Angielska grupa tworzy kompozycyjną i aranżacyjną perełkę, wzorując się na barokowym popie The Beach Boys. 



18. Guided By Voices – Exit Flagger












Pierwszy należycie wyrazisty, stuprocentowo przebojowy numer Guided By Voices. To gdzieś na wysokości tej płyty zaczyna się przełom. Dwa lata później Pollard podobnymi perełkami będzie sypał jak z rękawa. Na razie jest jedynie „Exit Flagger” wyróżniający się na już niezłym „Propeller”. Tylko i AŻ tyle.



17. Seam – Decatur












Mocno zakurzony indie rockowy zespół, dowodzony przez Amerykanina azjatyckiego pochodzenia (ex-wokalistę Bitch Magnet). Seam to także kolejna obok Superchunk, Archers Of Loaf i Polvo kapela związana z legendarną sceną Chapel Hill. „Decatur” jawi się solidną realizacją założeń gitarowego grania, w którym nie ma hooków, ale kapitalne, zadbane melodie przewijają się przez cały utwór.



16. Swell – Down












W rzeczywistości alternatywnej ekipa Davida Freela mogłaby zamienić się miejscami z The Afghan Whigs i cieszyć się dziś statusem jaki po latach osiągnął Greg Dulli z kolegami. Aby podobieństwo między amerykańskimi grupami wyłapać wystarczy posłuchać „Down”. Klimatycznego, nieco gorzkiego utworu z subtelnie zakamuflowanymi w gitarowych i perkusyjnych uderzeniach emocjami. Wokalna narracja Freela wzmaga poetycką sugestywność niby zwyczajnego rockowego kawałka. Nie trzeba tu wiele by w głowie wizualizowały się własne obrazy, własne filmy... Nocna przejażdżka, papieros trzymany w dłoni za oknem samochodu, podróż do świata wspomnień. To coś czego szukamy w muzyce.



15. Sonic Youth – Wish Fulfillment












Przetarg na najlepszy utwór z „Dirty” wygrywa w moim mikroświecie Lee Ranaldo. W dodatku Lee Ranaldo w całej swojej krasie: zmysłowy, poetycki i obłędnie nastrojowy. Zatracam się w zwrotkach i towarzyszących im melodiach. Nie wydaje mi się aby tekst był wybitny, a jednak każde słowo w nim smakuje wybornie. Ulotność ujęta przy I could almost see your face tonight, singing simple rhythm'n'blues, You'll always be a star…, to się czuje. I jakby tego było mało Lee nie tylko pięknie nam tu smęci. Gwałtowny, rockowy refren dziwnym trafem nie zakłóca wcześniejszej harmonii. Buntownicze What's real? what is true? I ain't turning my back on you swobodnie wpasowuje się w koncepcję utworu czyniąc z niego jeszcze większy majstersztyk.



14. The Afghan Whigs – I’m Her Slave












Ciekawe czy The Afghan Whigs na wysokości 1992 roku zdawali sobie sprawę z tego jak bardzo cool brzmi ich muzyka.  Grunge i brit-pop się zestarzały. „I’m Her Slave” słuchane dziś wypada wyśmienicie. Ładunek przejęcia w gitarowych partiach, nie po raz pierwszy i w żadnym wypadku nie ostatni. Słowa Dulliego ociekające wyuzdaną seksualnością, no i sam fakt wymawiania ich przez Grega.  To wystarczy żeby paniom miękły kolana, a panowie zbierali szczęki z podłogi.


13. The Boo Radleys – Memory Babe












Pomiędzy lightową piosenkowością twee-popu, a wpływami wszechobecnego na niezależnej brytyjskiej scenie shoegaze’u. Pomykające akustyczne gitarki i hałaśliwe sprzeżęnia, a w samym środku chyba najważniejsze, pogodny, błyskotliwy refren (Remember when we used to stay up all night and laugh…) . Rok później The Boo Radleys na 63 minuty stali się podobno najwspanialszym zespołem na naszej planecie.



12. The Verve – A Man Called Sun












Nie należę do fanów The Verve.  Kiedy o nich myślę widzę Ashcrofta w okularach, „Bitter Sweet Symphony” (kawałek znakomity choć zakatowany) i nadmuchany brit-pop środka lat 90. Tym większe zaskoczenie przynosi mi „A Man Called Sun”. Mroczny i niewiarygodnie głęboki utwór z ich debiutanckiej EP’ki. Tu (szczególnie w wersji live) kilka wybornych melodii przeplata się tworząc sugestywną, muzyczną impresję, a zespół zanurzony w pesymistycznej, narkotycznej projekcji przemawia do nas równie przekonująco co Slowdive czy Codeine.


11. Manic Street Preachers – Motorcycle Emptiness












Z MSP mam podobnie jak z The Verve. Chyba nie przepadam, a jednak w ich twórczości znajduję coś dla siebie. „Motorcycle Emptiness” – to brzmi jak lata dziewięćdziesiąte, klimatycznie i przebojowo w dość unikalny sposób, bo zamiast chorusowego podbicia i szalonego hooku mamy ten pełen tęsknoty zaśpiew Jamesa Deana Bradfielda. Zaskakujące, ale tak kiedyś konstruowało się popowe single.


niedziela, 2 grudnia 2012

1992 w piosenkach (indie/alternatywa część I)


30. Beat Happening – Noise












It’s only noise, it’s only noise, it’s only noise. No właśnie chyba nie do końca, bo ta nieco przewrotnie zatytułowana piosenka jawi się bardziej wyśmienitym, starej szkoły indie popem niż którąś z hałaśliwszych odmian rock’n rolla. Co prawda gitara przyjemnie zgrzyta tu, szumi i rzęży, ale wydostają się z niej także popowe akordy, a przeuroczy śpiew Heather Lewis mówi już sam za siebie.

LINK


29. Blueboy – Sea Horses












W „Sea Horses” delikatny, zwiewny twee-pop rodzi się z pozostałości wpływów C86 po czym rozkosznie rozpływa w estetyce kojących dźwięków bliskich tym, które wkrótce po drugiej stronie oceanu wypłyną spod instrumentów The Sea And Cake. Od Keitha Murdlera, który z Gemmą Townlet snuje głosowe harmonie, nauczy się zaś wiele Stuart Murdoch. Słuchając Blueboya trudno odeprzeć wrażenie, że bez tego zespołu klasyczne płyty Belle & Sebastian z lat 90. brzmiałyby zupełnie inaczej.

LINK


28. The Jesus Lizard – Gladiator












Gladiator wkracza na arenę. Mocne nawalanie plus szaleńcza wokalna artykulacja, która więcej ma wspólnego z histerią i zwierzęcymi odgłosami niż tym co przywykliśmy nazywać śpiewem. Kawał noise-rockowej, undergroundowej sieki.

LINK


27. Pale Saints – Thread Of Light












Gdyby los w końcówce lat 80. potoczył się nieco inaczej, Meriel Barham byłaby dziś pewnie znana jako wokalistka Lush. Niewiadomo czy świat usłyszałby w ogóle o Miki Berenyi, a Pale Saints nigdy nie nagraliby tak pięknego utworu jak „Thread Of Light”. Aura jest tu lekko zapożyczona od Cocteau Twins i typowa dla dream popowych zespołów przełomu dekad. W tym miejscu to jednak Pale Saints stali się niewątpliwie kluczowym zawodnikiem gatunku. Mając już na koncie „Comfort Of Madness” teraz potwierdzając klasę albumem „In Ribbons”, poskładanym z równie doskonałych piosenek, kwartet z Leeds chwytał swój najlepszy moment.

LINK


26. Cows – Contamination












Grupa Cows proponowała swojego czasu odrobinę alternatywy wobec zwykłego noise rockowo-garażowego łojenia. Szczypta swojskości, punkowego bluesa, ale przy tym niezachwiana ostrość i pełna bezkompromisowość męskiej muzyki. Gitarowe grzanie bez sentymentów.

LINK


25. Alice Donut – Magdalene













Alice Donut w pierwszej połowie lat 90. ani trochę nie spuszczali z tonu. W samym okresie 1990-1992 nagrali trzy albumy, EP’kę i kilka singli w tym właśnie „Magdalene”. I co by tu właściwie dodać? Kawałek udany, nawet bardzo. Brudny, mięsisty, ale z całkiem nieźle wkręcającym się refrenem, nie ujmującym niczego ich pociągającej niedbałości. To wciąż stare, dobre Alice Donut, sympatyczna muzyczna łobuzerka rodem z NYC.

LINK


24. Ecstasy Of Saint Theresa – Swoony












Grubo myli się ten kto sądzi, że w tamtych czasach pierwszoligowy shoegaze powstawał jedynie w krajach takich jak Anglia czy Stany Zjednoczone. Ciekawe rzeczy działy się choćby u naszych czeskich sąsiadów. Ecstasy Of Saint Theresa za sprawą swojej płyty „Susurrate” stali się prawdopodobnie najlepszymi naśladowcami My Bloody Valentine w tej części Europy. Słowo „naśladowca” brzmi zresztą dość nieprzyjemnie, bo choć wpływy twórczości Kevina i Blindy można stąd czerpać garściami to najważniejszy jest fakt, iż kompozycje Ekstazy Świętej Teresy były najzwyczajniej w świecie znakomite. „Kompozycje” oczywiście w tym sensie czysto shoegaze’owym. W przypadku „Swoony” mógłby bowiem ktoś złośliwy powiedzieć, że pod niewyraźnym wokalem i jeszcze bardziej „zawaloną” linią gitary żadna przemyślana melodia się nie kryje. Nic bardziej mylnego. Użycie dźwięków w taki, a nie inny sposób, sprawienie, że układają się one w taką, a nie inną muzyczną mozaikę sprawia, że nie ważne są środki czy zamiary. Jeśli rezultat wygląda właśnie TAK to naprawdę wszystko mi jedno czy jest on wynikiem skrupulatnego planu czy udanego odjazdu na prochach.

LINK


23. Love Spirals Downwards - Illusory Me












Anielski śpiew Suzanne Perry niczym wyciągnięty ze średniowiecznych pieśni. Kościelne wokalizowanie przyjemnie przywołuje nam His Name Is Alive, muzyka zaś zdradza sympatię do Dead Can Dance. Już sam ten skąpany w gotycko-dream popowej atmosferze utwór rozpoczynający „Idylls” sprawia, że przy twórczości Love Spirals Downwards słowo eteryczny nabiera dla mnie nowego znaczenia.

LINK


22. Treepeople – Funnelhead












Mam czasem problem z tym by wytłumaczyć niewtajemniczonym znajomym jak brzmi indie rock. Unaocznić im to odpowiednio, podając jakieś uniwersalne, charakterystyczne cechy stylu. Zdecydowanie łatwiej byłoby po prostu powiedzieć „posłuchaj Archers Of Loaf, Built To Spill albo Treepeople, będziesz wiedział”. Pierwsza kapela Douga Martsha spokojnie mogłaby posłużyć za egzemplarz niezależnego, rockowego łojenia z początku lat 90. W duchu grania rodem z Chapel Hill, melodyjnie, niedbale, garażowo i młodzieżowo. „Funnelhead” mknie przed siebie niczym jeden z lepszych superchunkowych wymiataczy.

LINK


21. Pavement – Summer Babe (Winter Version)












Nawet najlepsza wersja tego kawałka brzmi dość beznadziejnie. Jakościowo i produkcyjnie oczywiście, bo w tym właśnie cały myk. Już debiutancką płytą Pavement przysłużyli się scenie lo-fi bardziej niż Guided By Voices przez pierwszych dziesięć lat istnienia. Mimo to domyślam się, że nie każdy był wówczas w stanie ich fenomen załapać tak jak i nie każdy jest w stanie zrobić to dziś. Weźmy takie „Summer Babe (Winter Version)” - najbardziej nośny numer ze „Slanted And Enchanted”, który średnio wtajemniczony słuchacz uznałby pewnie już dwa lata później za garażowe demo Weezera. Tymczasem aktualnie uważa się go za rzecz wybitną i ja pewnie dowiedziałbym się dlaczego tak jest gdyby tylko chciało mi się przeczytać kilka recenzji. Ale skoro czytać mi się nie chce to znaczy, że chyba się nie dowiem. Trudno. Bardzo lubię kolejną płytę Pavement i podoba mi się też „Summer Babe”. Nie jakoś ponadprzeciętnie, nie ubóstwiam tego kawałka, nie widzę w nim ósmego cudu świata. Dla mnie to jedynie świetny utwór, którego chętnie czasem posłucham i jaki uczciwie zmieszczę w trzeciej dziesiątce tej listy.



sobota, 1 grudnia 2012

1992 w piosenkach (punk część II)


10. The Offspring – Kick Him When He’s Down












Aktualnie The Offspring wraz ze swymi letnimi przebojami pod ESKĘ i VIVĘ zniechęca nawet najbardziej wytrwałych i odpornych na popową tandetę. Pomyśleć, że 20 lat temu kiedy wychodził ich drugi album jawili się jedną z najbardziej obiecujących, niezależnych punkowych kapel. Dexter miał dobry głos i nie często spotykaną barwę, a sam zespół na luzie mógł rywalizować z ówczesnym NoFx’em czy Pennywise’m. W "Kick Him When He's Down" mocno żarzy się płomień, młodej, pełnej energii i chęci zmieniania świata grupy. Jakże odmienny to obrazek od widoku dzisiejszego Dextera Hollanda i spółki wożących się z dupami w rytmie iście gównianego „Cruising California”.

LINK


9. Avail – March












Prawdopodobnie najbardziej skoczny (znany mi) utwór roku. Avail podobnie jak Jawbox od początku przekraczali granice typowego post-hardcore’u produkując coś w rodzaju jego mieszanki z indie rockiem i melodic punkiem. Jedni i drudzy nagrywali dla kultowych wytwórni (Lookout! i Dischord) oraz cieszyli się sympatią recenzentów. I chociaż kapela J. Robbinsa na pełne uznanie musiała zaczekać dopiero do trzeciej płyty to Tim Barry z Availem z miejsca zadebiutowali bardzo ciepło przyjętym „Satiate”. Trudno się dziwić skoro już na dzień dobry wyskakują z nagraniem tak zajebistym jak „March”. Wesoła, żwawa motoryka przypomina tu „Terms Of Psychic Warfare” autorstwa Hüsker Dü. To jeden z tych kawałków, przy których mam ochotę zabrać plecak, zawołać kolegów i w rytm muzyki pomaszerować gdzieś na spontaniczną wycieczkę.

LINK


8. NOFX – Bob












Album “White Trash, Two Heebs and a Bean” stał się dla NOFX sporym przełomem. To jak brzmią tutaj, a jak wypadali jeszcze na „Ribbed” robi z pewnością dużą różnicę. Zasługa w tym w dużej mierze El Hefe, który dołączył do składu stając się jednocześnie pierwszym wykwalifikowanym muzykiem w zespole. Bez jego obecności nie byłoby choćby „Boba”. Chwytliwy skate-punkowy kawałek doprawiły dźwięki wydobywające się z trąbki Aarona oraz jazzowy śpiew w końcówce. Tak narodził się kolejny element NOFX’owego stylu, który gładko osiadł w nim i pozostał przewijając się przez kolejne długie lata.

LINK


7. Still Life – Empty Cage












Emo w całej swej potędze. Pomiędzy pięknem i ulotnością melodii, a mocą masywnych gitarowych uderzeń. Szepty wraz z przeszywającymi serce na wskroś wrzeszczącymi lamentami. Nic więcej do dodania.

LINK


6. Crimpshrine – Summertime












Kawałek z kompilacji “Dact Tape Soup” wydanej w 1992. Lookoutowy pop punk rozbity na części i ułożony z powrotem po pijaku. Akordy wyrastają z zadymionej i zakurzonej garażowej tradycji. Wokal Jeffa Otta maksymalnie ochrypły, ustawia się na linii pomiędzy Blake’iem Schwarzenbachem a Henrym Rollinsem. Ale jest i w tym wszystkim rozbrajająca melodyjność. And I'll be back in the summertime, With a handful of flowers and a bottle of cheap wine. Sama słodycz.

LINK


5. Green Day – Welcome To Paradise












Chłopaki z East Bay z powodzeniem rozkręcali się na „Kerplunk” aby już na „Dookie” przynieść falę nowo-punkowego ożywienia w rockowym światku. „Welcome To Paradise” okazał się zresztą utworem na tyle ciekawym, że jego nowa wersja zaistniała dwa lata później na przełomowym, wyżej wspomnianym albumie. Billie Joe Armstrong opowiada nam tu o opuszczeniu domu i rozpoczęciu życia na własną rękę, w miejscu zamieszkanym przez wszelkiej maści wyrzutków, artystów, ćpunów i włóczęgów. Nie ma luksusów, nie ma lekko, w okolicy znów kogoś zabili. Nie ma dnia by nie pytać samego siebie „co ja tu robię?”, a jednak to jest teraz dom. Some call it slums some, call it nice. Powrotów nie będzie.

LINK


4. Rocket From The Crypt – Short Lip Fuser












John Reis (Speedo) był swojego czasu na tyle zaangażowanym muzykiem by równolegle świadczyć o sile dwóch mega-istotnych ekip niezależnego grania. Z Rickiem Frobergiem tworzył niezapomniane płyty pod szyldem Drive Like Jehu. Jednocześnie liderował też swej grupie Rocket From The Crypt, z którą w 1992 roku popełnił ten oparty na nieziemskim riffie znakomity wymiatacz. „Short Lip Fuser” to pierwszej klasy, dziki i druzgocący rock’n roll. Pokaz muzycznego konkretu.

LINK


3. Samiam – Hey Brother












Gitarowa melodia oszałamiająco intensywna, w kalifornijskim stylu, made in Berkeley. Ładnie korespondujące z nią nawalanie perkusisty jeszcze bardziej niepokorne. Klimat wesoły jak cholera. Melodic punk w całej swej wczesnej chwale.

LINK


2. Bad Religion – Generator












Like a rock, Like a planet, Like a fucking atom bomb! Z taka siłą nadal uderza punk rock autorstwa Bad Religion już dwa lata po “Against The Grain”.W tym numerze dodatkowo urozmaicony zręcznym mechanicznym przejściem (0:50, 1:52). Lekkie łamanie rytmu na chwilę studzi zapędy członków zespołu by ostatecznie przyczynić się do jeszcze większej eksplozji.

LINK


1. Jawbreaker – Chesterfield King












Punkowa opowieść romantyczna w wydaniu możliwie najbardziej klasycznym. Jak przystało na ogarniętego piosenko-pisarza Blake bezbłędnie ubiera tu w słowa małe radości, niepokoje i obawy relacji damsko-męskich. We sat on the floor and did we sit close, I could smell your thoughts and thought, Do you want to touch a lot like me?, Too scared to say a thing. Historia opowiedziana przez Shwarzenbacha w “Chesterfield King” swoim urokiem, uskrzydlającym przesłaniem i nieprzesłodzoną oprawą muzyczną bije na głowę większość znanych mi miłosnych opowiastek. Swoją wyjątkowość i inteligencję kapela z San Fransisco potrafiła wykazać na każdym kroku. W przypadku tej piosenki jest to już moim zdaniem małe mistrzostwo świata.




piątek, 30 listopada 2012

1992 w piosenkach (punk część I)


20. Jawbox – Cutoff












Witamy ponowne. Jawbox idąc za ciosem już rok po “Grippe” wydaje nową płytę. „Novelty” to kolejny krok w kierunku sukcesu jaki przyjdzie wraz z „For Your Own Special Sweetheart”. Za kawałek reprezentacyjny posłuży niech „Cutoff” wystawiony jako nagranie rozpoczynające krążek i zarazem singiel. Rzecz bez wątpienia udana, w żadnym razie nie genialna, ale wystarczająco dobra by znaleźć się w drugiej dziesiątce podsumowania.

LINK


19. Lagwagon – Mr. Coffee












Lagwagon na speedzie, legalnym zresztą. Poranna historia każdego z nas czyli pieśń o popularnej używce zwanej kawą. Here I come to save the day, On legal speed (The American way), Drinking coffee I drink coffee, Drinking coffee everyday.

LINK


18. The Mr. T Experience - Book of Revelation












Złotą trójcę lookoutowego pop punku wraz z The Queers i Screeching Weasel domyka dowodzony przez Dr. Franka zespół The Mr T. Experience. W „Book Of Revelation” kłania się stara szkoła wesołego, potężnie melodyjnego grania. Dowód na to, że niegdyś dało się to robić z klasą i humorem nie zwracając uwagi mainstreamu, a pozostając w podziemiu.

LINK


17. Sublime – We’re Only Gonna Die For Our Arrogance












Reggae’owo-punkowe, debiutujące Sublime. Kołyszący luzik plus błyskawiczne nawalanie pod doskonałe pogo. Nie muszę chyba pisać, który fragment podoba mi się tu najbardziej. 1:23 niech posłuży za klucz.

LINK


16. Bad Religion – Atomic Garden












Ciężko wybrać pomiędzy dwiema perełkami z „Generator” tylko tę jedną, dlatego ja nie wybieram, umieszczam na liście obydwie. Panowie z Bad Religion nie są już tylko zdolnym punkowym zespołem, a pierwszoligową rockową ekipą zdolną do pisania przebojowych piosenek pokroju „Atomic Garden”. Oczywiście tekstowo nic nie ma się tu prawa zmienić, ironicznych linijek Graffina nie zanuci raczej żaden członek amerykańskiego rządu.

LINK


15. Dag Nasty – Million Days












Wraz z wydawnictwem z 1992 roku Dag Nasty pożegnali się z muzyczną sceną na blisko dziesięć lat. Już w latach 80. zespół stał się wpływowym reprezentantem nurtu melodic-hardcore nagrywając pod banderą Dischord gdzie produkował ich Ian McKaye. Na pierwszej płycie wokalistą był Dave Smalley, który co ciekawe do składu powrócił później właśnie przy okazji „Four On The Floor”. To on z odpowiednią sobie pasją i przekonaniem wyśpiewuje/wykrzykuje słowa refrenu „Million Days”. I gdybym miał milion dni? Czy znalazłbym to czego szukam? Tego kogo szukam? Nie dość, że fajne to daje do myślenia.

LINK


14. Face To Face – Disconnected












Ciekawostką jest, że na Wikipedii więcej poświęcono uwagi samemu „Disconnected” niż całej płycie, z której piosenka ta pochodzi. Choć „Don’t Turn Away” ukazało się już w 1992 to prawdziwy potencjał skejciarskiego hitu odkryli dopiero panowie z Fat Wrecka wydając go na singlu rok później. Sukces na modern-rockowych listach przyszedł zaś wraz z eksplozją popularności melodyjnego punku w 1995. Dla mnie jako fana kalifornijskich klimatów Face To Face zawsze stali gdzieś tam z boku. Miałem w końcu Goldfingera, Blinka, Millencolina, NoFx’a. Patrząc na stary jak świat, słabej jakości klip do „Disconnected”, słuchając tych bliskich mi dźwięków wiem jednak, że przy odrobinę innym scenariuszu to równie dobrze kapelę Trevora Keitha mogłem niegdyś nagrywać na kasety i płyty aby z entuzjazmem słuchać później na aktualnie niedziałającym boomboksie.

LINK


13. Rancid – I’m Not The Only One












Marka plasująca się w top 3 najważniejszych nazw amerykańskiego punk rocka lat 90. Jeśli wtedy jeszcze, na wysokości pierwszej EP’ki mało kto wiedział czym jest Rancid to nazwisko Tim Armstrong kojarzone z legendą Operation Ivy rozwiewało wszelkie wątpliwości. Głosu Tima, ochrypłego, pijackiego i charyzmatycznego nie da się z nikim pomylić. „I’m Not The Only One” wyraźnie zarysowuje styl jego nowej grupy. Brudne, szybkie granie, mniej ska, więcej klasycznego punku, wielogłosowe refreny oraz w mig rozpoznawalne - gitara Armstronga i bas Reeda.

LINK


12. 1.6 Band – Adult Hitler












Wiele grup grających emo/hardcore na przełomie lat 80./90. pojawiało się na moment by dać pokaz swej zjawiskowości, zagrać trochę koncertów, wydać kilka krótkich wydawnictw po czym zniknąć gdzieś praktycznie bezpowrotnie. Idąc za wpisem z kultowej, polskiej strony lemon tree: „1.6 Band czerpali dużo z energii i chwytliwych riffów Dag Nasty i dodawali do tego to co najlepsze w emo. A wszystko podkreślał wokal szesnastolatka.” To co się dzieje za sprawą instrumentów w samym wstępie do „Adult Hitler” niszczy mnie na drobne kawałeczki. Melodia już w zarodku rozerwana przepięknym gitarowym jazgotem i morderczo sprawną perkusją. Całościowo dostajemy kawał czystej, najprawdziwszej emocji, błyskotliwego emo-core’u dorównującemu chyba nawet wyczynom Rites Of Spring.

LINK


11. Ramones – Strength To Endure












Królowie punk rocka? The Clash w Anglii i Ramones w USA. Pierwsi mimo, że powstali inspirując się Sex Pistols to i tak wkrótce byli zdolni połknąć kolegów na śniadanie. Drudzy mają silnych rywali w postaci Black Flag i Minor Threat, którzy stworzyli hardcore i okazali się bardziej wpływowi dla przyszłych pokoleń. To Ramonesów darzę jednak największym szacunkiem spośród amerykańskich totalnych klasyków gatunku (a byli jeszcze przecież Misfits). Oni chyba jako jedyni przeszli długą, ciężką drogę kultywując bycie punkową czy rockową w ogóle kapelą przez kilkanaście lat mnóstwo nagrywając i jeszcze więcej koncertując. A teraz do rzeczy. „Strength To Endure” pojawia się na ich przedostatnim albumie „Mondo Bizarro” i jest kapitalną rock'n rollową piosenką autorstwa Dee Dee Ramone’a. Oczywiście czysty punk w tym momencie już dawno gdzieś wyparował, na jego miejsce wskoczył zaś dobry songwriting owocujący chociażby podbijającym serce refrenem. Kojarzy mi się to z dawnymi czasami jakich nie za bardzo pamiętam, ale w jakie wierzę na słowo. Momentem chwały zwyczajnej rockowej muzyki granej w radiach i telewizjach muzycznych. Klimatem takim jak tutaj, ciut obskurnym, ale i romantycznym, tworzonym przez wyciągniętych z nieco innej epoki panów w skórzanych kurtkach i zdartych spodniach.


czwartek, 1 listopada 2012

Dirty Chart #2


Notowanie nr 2


30. Villagers - The Waves

29. Washed Out - Dedication

28. Deftones - Leathers

27. Taken By Trees - Dreams
















26. Tom Waits - Hell Broke Luce

25. Ringo Deathstarr - Rip

24. Matthew Dear - Earthforms

23. Egyptian Hip Hop - SYH

22. Metric - Breathing Underwater

21. Dinosaur Jr. - Watch The Corners

20. Bloc Party – Kettling          NEW

19. Bye Bye Bicycle - Empty Summer

18. Blur - Under The Westway
















17. King Krule - Rock Bottom

16. Wavves - Hippies Is Punks

15. A Place To Bury Strangers - And I'm Up

14. Titus Andronicus - In A Big City

13. Desaparecidos - Backsell

12. Local Natives – Breakers         NEW

11. The Joy Formidable - Chola

10. WhoMadeWho – Never Had The Time
















09. Bat For Lashes - Marilyn
















Prawdopodobnie nigdy nie ujrzycie na tej liście Florence, Lany czy innych podobnych wokalistek, których nie potrafię strawić. Bat For Lashes tymczasem trochę się z nimi kojarząc (może niesłusznie), po raz kolejny nagrywa piosenkę, która wpada w ucho i pomimo pewnych uprzedzeń trafia do celu. Sugestywne, tajemniczo uwodzące zwrotki to jedno. Refren otwarcie ukazujący możliwości wokalne Natashy, drugie. Ciekawe tylko czy dane nam będzie się polubić także na dłuższą metę.


08. Hot Chip – How Do You Do
















07. Grizzly Bear – Yet Again
















06. Alt-J – Something Good
















05. Still Corners – Fireflies
















04. Saturday Looks Good To Me – Sunglasses         NEW

















Pierwszym singlem po czteroletniej przerwie Saturday Looks Good To Me z miejsca pokazują jak się powinno pisać zgrabne, twee popowe piosenki. Jest tu rytmicznie i radośnie, nie naiwnie, a bardzo sprawnie i z głową. Definitywnie będziemy mieć jeszcze z nimi good time.  


03. How To Dress Well – Cold Nites
















Brzmieniowa i produkcyjna metafizyka. R&B Toma Krella pogrążone w mglistej, klimatycznej eteryczności. Stały punkt przyszłych podsumowań dekady?


02. Tame Impala - Feels Like We Only Go Backwards         NEW
















Najbardziej piosenkowy wycinek ostatniego albumu Tame Impali. Psychodeliczno-popowe łakocie i witaminy, a wśród nich refren śliczny jak z obrazka. Słodko, choć na kwasie, wszystko czego teraz ci trzeba to koszula w kwiatki i MIŁOŚĆ.


01. Green Day – Stray Heart         NEW
















W pół drogi pomiędzy “A Day In The Life” i “All I Want For Christmas Is You”. Panowie z Green Day zebrali się w końcu, by dostarczyć nam choć jeden, naprawdę fajny singiel. Piosenkę, która pomimo prostoty, urokiem nie ustępuje choćby pozycji z miejsca drugiego. Chciałoby się wręcz wyjść na miasto i podczas zimowej, przedświątecznej przechadzki pomiędzy sklepami usłyszeć „Stray Heart” w głośniku. Ładny kawałek i śnieg już mamy. Czekamy na ruch Mikołaja w ciężarówce coca-coli.