środa, 24 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 24-11




Jason Robert Quever, taki trochę wiecznie zakochany chłopiec, kompozytor padający z jabłoni gdzieś niedaleko Morning Benders, Fleet Foxes, Grizzly Bear. Dziedziczący po Brianie Wilsonie i Jamesie Mercerze, czerpiący z tradycji folku i barokowego popu. „Still Knocking At The Door” dowodzi dwóch rzeczy. Po pierwsze autentycznej umiejętności Papercuts do układania zgrabnych, przeuroczych piosenek. Po drugie, wiedzy odnośnie tego jak powinny one ostatecznie zabrzmieć (skrzypce, chórki, wyeksponowana gitara na wysokości 3:00). Tu już rozmarzony, natchniony sposób wyśpiewania przez Jasona pierwszego wersu „Not scared of girls with dreams to sell…” nie pozostawia wątpliwości, iż mamy do czynienia ze spadkobiercą najlepszych indie-romantyków. Na pocieszenie dla wszystkich, którym jeszcze nikt nie otworzył drzwi.



Ze skromnej półminutowej zwrotki i jednostajnego rytmu sprytnie wprowadzających w hipnozę wyrasta refren gigant: „Kontuzje cię nie bolą, zapijasz wódkĘ colą” ze zmianą na „...walka przeciw zatorom”. Kiev Office napisali już nie jedną chwytliwą piosenkę na czeke z „Dwupłatowcami”. Tymczasem ten wyróżniający się kawałek ze „Statku Matki” brzmi jakby przed jego stworzeniem trio umyślnie podniosło sobie poprzeczkę w kategorii „przebojowość” po czym zgodnie z oczekiwaniami (i w duchu samego tekstu) dokonało życiowego skoku. Ok, dziś mamy bulwar i molo, ale aż strach pomyśleć przez co będą skakać dalej?



Hałaśliwi panowie z The Men sami ponoć nie wiedzieli, że noszą w sobie tego rodzaju kompozycje. Nie było w tym roku piosenki, przy której bardziej niż przy „Settle Me Down” żałowałbym, że radia nie są już tak fajne. Ta piosenka to zwykły rock, zwykłe country, zwykły pop, zwykła łagodna przebojowość do słuchania w samochodzie albo rankiem przed wyjściem do pracy. Mogłaby powstać zawsze i pewnie im prędzej by powstała, tym większym cieszyłaby się uznaniem. Wydana teraz niesie nas jednak na arcy-rozkosznych falach niedoprecyzowanej nostalgii.



W tej jednej znakomitej piosence Eric Berglund zamknął oczekiwania fanów Animal Collective na utwór, jakim inny wykonawca byłby w stanie wynagrodzić chwilowo nieobecność ich ulubieńców. Czy słuchając „Whorehouse” czujemy się tak jakby ktoś otworzył nam puszkę pandory? Chyba nie do końca, raczej jakieś jej przeciwieństwo. Ten kawałek to prędzej niezwykłe pudełeczko, z którego wyskakują zabawki, słodycze, konfeti i inne kolorowe niespodzianki. Miłośnik pomysłowo sprzedającego przyjemność popu poczuje się tu jak dziecko na urodzinach. Berglund a.k.a ceo sypnął z rękawa talią chwytliwych dźwięków, odgłosów i melodii. Szwed, jak to Szwed, napisał zgrabne, rytmicznie wzmocnione zwrotki, chłopięco niewinny refren, ale i posłużył się kluczową w tym wszystkim szkołą mistrzowskiego produkowania. Tym samym, najistotniejszym rezultatem stało się powstanie przyciągającego barwnymi detalami  singla kompletnego, w którym za każdym razem dosłuchujemy się kolejnych nowych rzeczy. Siedem (!) lat po zdobyciu piosenkiroku na Screenagers, ex-członek The Tough Alliance przypomniał nam się ze swej najkorzystniejszej strony.



Na bezrybiu i rak ryba. Na średniej płycie The Gaslight Anthem dobra piosenka napisana przez Briana Fallona to wciąż świetna piosenka. W „Rollin’ And Tublin” płonie żywy ogień podsycany goryczą i rozczarowaniem. Rozwód lidera zespołu z New Brunswick zainspirował być może najlepszy kawałek czystego rocka, jaki powstał w tym roku. Ciskane od samego wejścia riffy, refreny i mostki prowadzone na całkiem błyskotliwych wokalnych melodiach oraz spienione ostrym wkurwem teksty Briana („Baby I was born on the fourth of July, Exploding like a firework, aw yeah”) składają się na gitarową petardę o aparycji nie skalanej obskurnością. 



Świąteczne utwory nie są nawet w połowie tak dobre jak te zimowe i nazwijmy je sobie “przedświąteczne”. Miłosna ballada Adama Bainbridge’a śpiewana w urokliwym duecie z wokalistką o pseudonimie Tawiah wpisuje się według mojego wyobrażenia właśnie w tę ostatnią kategorię. Stanowi o tym wyjątkowa, ciepła atmosfera, stonowanie i wrażliwość obydwu głosów piszących swoje kwestie na gruncie będącym wypadkową r’n’b z sophisti-popem. Dołóżmy do tego trzy grosze dołożone przez pana z Blood Orange oraz nie tak znowu wesoły tekst czyli czynniki równoważące poziom cukru w piosence do postaci półsłodkiej, może nawet wytrawnej. To może nie soundtrack do beztroskiego ubierania choinki, ale refleksyjnego grudniowego spaceru ulicą miasta wieczorową porą już jak najbardziej.



„Amnesia” zalicza się do sprytnie rozplanowanych piosenek, które z każdym kolejnym momentem już podczas trwania zyskują coraz większą sympatię słuchacza. Podopieczni Nasiono Records zaczynają nieźle, od pogodnej zwrotki, ważny punkt zyskują przy „run run runaway until you reach the blind street…”, aż w końcu przesądzają sprawę bujnie rozkwitającym refrenem. Nie wiem jakim cudem dałem się tu przekabacić (i to nie raz) tak wielu melodyjnym linijkom i fragmentom tekstu, które wypadałoby sobie gdzieś wytatuować. Ile razy, w czasie jednej sesji z tą piosenką, robi mi się ciepło na duszy? „Amnesia” = wiosna 2014. Niemy krzyk wiecznego bycia pomiędzy („I'm stuck forever somewhere in the middle”), ochoty porzucenia ciepłej nudy na rzecz odrobiny szaleństwa („A sip of tea washed down with a cooold drink”) i małego, osobistego buntu („I could never live that way agaaain”). Zdecydowanie ich “moment of bliss”.



Wyobraźmy sobie balladę o rozstaniach, takich chwilowych, o emocjonalnych kosztach jakie trzeba przez nie płacić, aby coś się opłaciło. Albo nie tylko o rozstaniach, raczej o wszystkim co wiąże się z poświęceniem czegoś dla dobra sprawy. O wysiłku, który na poważnie podjęty może zaowocuje triumfem, ale nie na sto procent, bo gwarancji nigdy ma... Tylko czy aby na pewno o tym wszystkim jest ta piosenka, czy jednak tylko o rozstaniach i tęsknotach? A może to jedynie ładna melodia, ciepła emocjonalność i kompozycjna szlachetna prostota? „Jedynie” – słowo klucz.



Jakże pięknym nabytkiem stał się dla Polyvinyla ten zespół. Jak łatwo można się zakochać w jego blond-wokalistce, jakże błogo melodie rozpływają się gdzieś w lekko-retro oprawie i jak kapitalna jest cała ta twee popowo/jangle popowa piosenka, tego wyrazić nie jestem do końca w stanie. Lato według Alvvays, słoneczna beztroska… takie struktury i klimaty już znamy, ale usprawiedliwieniem wysokiej oceny oraz zachwytów niech będzie meritum w postaci refrenu, słusznie naznaczonego tu największą starannością i wdziękiem.



Nie za łatwo jest pisać o tak mało charakterystycznych, typowych wręcz dla danego zespołu, ale mimo to diabelnie doskonałych utworach jak „Intruders”. The Antlers zaszczycają nas swą dostojną melodyjnością, krokami stawianymi z elegancją, gracją i lekkością jednocześnie. Linie wokalne Petera, jego falsetowane końcówki i sporadyczne uniesienia wypływają tak naturalnie, że nawet „fuck your doubts and your cute batallion” nie brzmi za grosz wulgarnie. Fragment zawierający te słowa jest zresztą w całej piosence najlepszy, a zdobiące numer trąbki wydają się być na miejscu tak bardzo, że aż dziwne jak mogli się obyć wcześniej bez nich.



Z czym właściwie mamy do czynienia? Post-punkiem, kraut-rockiem, avant-popem? Może wszystkim po trochu, a może z żadnym z powyższych. Kilka repetycyjnych struktur nakłada się na siebie, wokalista ciągnie zwrotki nadając tworowi pozorów piosenkowości, jest ciekawy rytm i basowy puls. Po tym jak dostajemy ostrzeżenie: „Digitale, analogi, błyskające oślepiają, Kiedyś Cię dopadną, więc się strzeż”, pojawia się chyba mój ulubiony, mroczniejszy fragment stanowiący pomost pomiędzy drugą, a trzecią zwrotką (refrenu nie ma). A w niej z kolei najlepszy element tej sympatycznej i dość wymyślnej konstrukcji tekstowej. „Skręt w grubymi nićmi sznurowany sen, O szybach czarnych i autach za pięć, Do tej całej idolatrii, pełnych szklanek, koleżanek, Głośno słuchających „Tago” Can”. 30 marca 2014 „kawałek frapował i wciągał.Dawał radę jako przewrotny singiel, a zarazem wzbudzał ciekawość co do tego,jak odnajdzie się w układance albumowej.” Dziś wszystko poza ostatnią częścią wydaje się być aktualne. Układanka albumowa to już z kolei temat na inną bajkę.



Joyce Manor od trzech lat nieustannie utrzymują status najbardziej kultowej wśród lajtowych punk rockowych kapel. Króciutki numer 4 z „Never Hungover Again” 20 lat temu znalazłby swoje miejsce zarówno na „Punk In Drublic” jak i „Bee Thousand”.  „Victoria” z perkusją ala NOFX i entuzjastycznym krzyczeniem dziewczęcego imienia jawi się ich najbardziej beztroską lipcowo-sierpniową propozycją jak dotąd.  


12. Trust – Capitol

Pierwszy kontakt z „Capitol” ekscytacji nie przyniósł, ale już w drugim gotów byłem ocenić utwór Roberta Alfonsa na optymalne dziesięć. Zarówno podskórny odbiór jak i analityczna obserwacja sposobu rozłożenia składowych kawałka Trust jest intrygującym doświadczeniem. Autentyczną delirkę wywołuje zwłaszcza pierwsze 60 sekund. Obezwładniający klawiszowy motyw, lakoniczna tekstowo zwrotka, tak jakby napisana na kolanie, jedynie w celu zrobienia odpowiedniego wstępu do bombastycznego refrenu, ale w rzeczywistości będąca ogromną wartością sama w sobie. „No love, hold up, afraid/a friend?”, bo dobrzy poeci wiedzą, że mniej często wyraża najwięcej. Sam refren, tak wyczekiwany, maksymalnie przebojowy, powoduje czyste spełnienie. Z kolei nieinwazyjna taneczna część po nim, co najmniej słuszne przedłużenie przyjemności obcowania ze słodko-gorzkim synth-popowym singlem roku.



Sean Bonette, okularnik, szalony intelektualista i jego wesoła grupa folk-punkowych bystrzaków pozwalają nam przez moment przybrać nieco wrażliwszą optykę na świat. „Stevie Wonder to the bullshit, baby, Write a nice pop song about it”. Czyż nie brzmi to w przypadku “Temple Grandin’” jak postawione sobie i wzorowo zrealizowane wyzwanie? Ich muzyka nadal uderza, chwyta i krzepi. Poza tym „FIND A NICER WAY TO KILL IT!” wciąż można przy niej krzyczeć.  

wtorek, 16 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 37-25

Nie wiem czy dziś jeszcze ktokolwiek używa tego określenia, ale Britt Daniel po czterdziestce nadal jasno i wyraźnie stawia wyznaczniki bycia cool w muzyce pop/rockowej. Cool, bo nie chodzi tu o jakaś zwykłą zajebistość, a zajebistość połączoną z totalnym luzem. Wystarczy jedno „let’s go get out of the street”, „don't it feel like Friday night?” albo “yes, yes, I know” wypowiedziane przez Daniela abyśmy my ową, nazwijmy to sobie “fajność” odczuli w stopniu najwyższym. W przednim kompozycyjnie „They Want My Soul” zespół zdobywa zresztą trzy punkty przy każdej przeprowadzonej akcji. Etap późny, bo późny, ale ja i tak nie mam wątpliwości, że mowa u nich o formie życiowej.



Jedynym elementem psującym udaną stylizację na lata 70-te w „Little Fang” jest zapewne wokal Aveya.  Zgadza się poza tym delikatny funk, melodie co rusz sugerujące jakieś „Dancing In The Moonlight”, chórki i prawie klasyczna piosenkowość, do której Tare na pewno nie zbliżyłby się w aż takim stopniu wraz z Animal Collective. Oczywiście fenomen utworu nie tkwi jedynie w przebierankach, a w tym co sprawia, że łapiemy się na niego jak sprzedajny polityk na garść banknotów. Hookach, ponadprzeciętnej chwytliwości i gładkiej acz pomysłowej produkcji. Czy ten dawniej awangardowy szaman odważy się podejść do tematu „konwecjonalnego” popu jeszcze bliżej?



Głos Petera Silbermana brzmi w „Palace” jeszcze bardziej zniewieściale niż dotychczas, co wprost idealnie pasuje do delikatnej muzycznej tkanki oplatającej kruche 5:35. Nie zapominajmy jednakże o tym jak znakomitym wokalistą jawi się Pete. Mowa o człowieku, który magicznie ukołysze, ale i w szczytowym momencie potężnie zagrzmi. Jakkolwiek ckliwy fortepian nie stanowi u nich niespodzianki, tak użycie trąbek jako równowartościowego komponentu może się wydać zaskakujące. W tym przypadku zaskoczenie nie ma nic wspólnego z rozczarowaniem. Elegancja wyprodukowanego przez owy instrument podsumowania pod koniec czwartej minuty każe odrzucić wszelkie obawy i wątpliwości. Antlersi stanęli na wysokości zadania komponując przepiękną balladę i udowadniając, że zawsze znajdą sposób, aby nas należycie wzruszyć.



Nikt inny nie potrafi z taka klasą strugać zakochanego pierdoły jak robi to Rivers Cuomo. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem w dużej mierze bazującym na dowcipnie romantycznym tekście („Even Da Vinci couldn’t paint you, Stephen Hawking can’t explain you”) chodzi za człowiekiem przez długi czas. O takiego Weezera walczyliśmy.



“Hey I need you my new charmer, I've been thinking don't you wanna?, Be my perfect babe instead, I can’t sleep in other beds”. Charakterystyczna w całym utworze (a zwłaszcza we wstępie) atmosfera stworzona przez klawisze i gitarę, a nawet tekst (postać egoistycznego kochanka) przypominają mi o czymś, czego muzycznego przywoływania jak dotąd nikt się chyba nie podjął. „Charmer” to kompozycja w stylu balladowego Cursive z czasów „The Ugly Organ”, zmierzająca niemal ku byciu następczynią „The Recluse”. Misternie haftowany melodiami majstersztyk, elegancko, nie za długo, ale bardzo treściwie rozwijający się i dążący do swojego momentu.   




Sławne „Drown With The Monster” to ostro imponująca rzeź niewiniątek. Mish Way niczym młoda Debbie Harry jest tu charyzmatyczna jak zwykle, na klipie fajnie wygląda, rusza się i krzyczy, choć wokalnie brzmi właściwie jak zawsze. Pikanterii dodaje natomiast współpraca punkowo thrash-metalowego gitarowego męczenia z bezlitosnym perkusyjnym naparzaniem. Ciężko nie ulec wrażeniu, że kapela pędzi tu na złamanie karku i z jakiegoś powodu nie mając nic do stracenia, dąży do stanu destrukcji optymalnej.




Jeszcze jeden przejaw seventiesowych fascynacji. „Wizard Staff” to nagranie o wiele większe, mocarniejsze brzmieniowo i produkcyjnie od tych zawartych na zeszłorocznym „Curiosity”. Kompozycja gęściej zaaranżowana, upalna, wpisująca się w estetykę leniwego, rozlazłego popu. Jeżeli progresywne stawanie się czymś nowym i jednoczesne pozostawanie sobą obrać za ideał, to zespół z Portland jest na dobrej drodze do jego osiągnięcia. Znacie już ich klawisze, które tu wypadają równie kosmicznie, teraz posłuchajcie saksofonu.




Z cyklu “puść jakieś chamskie techno”. Wtargnięcie tłustego syntezatorowego motywu ustawiającego cały ten kawałek jest stanowczo zbyt nagłe, zbyt bezpośrednie, po prostu zbyt bezczelne. „Vox Tuned D.E.D” to nakręcony, imprezujący typ na pigułach.  Wskakujący na parkiet, bawiący się 1000 razy lepiej niż ty, sprawiający wrażenie posiadania monopolu na dobrą zabawę. I już nie możesz tańczyć dalej na spokojnie, po swojemu, on ci przeszkadza, bo jest wszędzie.  Już chcesz mu wygarnąć, wyciągnąć za ryj i kazać iść gdzieś indziej, ale wtedy on wstaje, patrzy ci prosto w oczy i... „DON’T YOU LISTEN TO YOUR HEART?”, ruszasz w ostre nieskończone balety wraz z nim.




Parafrazując słowa muzyka Joyce Manor o „Evangeline” Cocteau Twins: „czemu zespoły, których członkowie nie są Brytyjczykami próbują w ogóle robić jangle pop?” Czyżby dlatego, że przy odrobinie szczęścia, okazjonalnie, nawet w przypadku jankeskiego zespołu trudniącego się zazwyczaj innym graniem może przynieść to efekt solidnie zadowalający? Dowodem „Heated Swimming Pool”, nie do końca nawet skok w bok, a tylko delikatne przesunięcie akcentu owocujące śliczną melodyjnie brzęczącą dwuminutówką godną pomysłów Morisseya czy Davida Gedge’a.



W przytłaczająco naładowanym treścią utworze Sun Kil Moon punktem wyjścia dla strumienia świadomości Marka Kozelka staje się śmierć seryjnego mordercy paraliżującego USA w latach 80. Naturalny zgon Richarda Ramireza w celi więziennej implikuje potok myśli, wznieca iskrę inicjującą eksplozję wspomnień i skojarzeń. Mark opowiada historię „nocnego łowcy” zapuszczając się jednocześnie trzydzieści lat wstecz do czasów terroru, w których obsesyjna ostrożność nakazywała sprawdzać czy pod łóżkiem nie kryje się przypadkiem nieproszony gość. Stąd tylko krok do refleksji na temat losów znajomych z sąsiedztwa, zwłaszcza tych rezydujących już poza światem żywych. Po wzmiance o najstraszniejszym ze wszystkich domów w okolicy ex-lider Red House Painters płynnie przechodzi do swoich codziennych dylematów, ale te są chyba tylko pretekstem do przypomnienia sobie o śmierci „gościa z Rodziny Soprano”, rówieśnika grającego tu na perkusji Steve’a Shelleya. Kozelek nie owija w bawełnę, dzieląc się z nami między innymi przemyśleniami o swojej prostacie i chorym kręgosłupie („and when I fuck too much I feel like I'm gonna have a heart attack”), ale na koniec wraca do myśli przewodniej spajając wszystko klamrą i zestawiając momenty oraz miejsca - gdzie był, kiedy schwytano „night stalkera” oraz to gdzie był, kiedy Richard Ramirez trzy dekady później zmarł z przyczyn naturalnych. Wciągalność jego monologu jest najzupełniej wybitna, choć mroczne akustyczne brzdąkanie i melodia kończąca utwór czynią warstwę muzyczną nie tylko godnym uzupełnieniem, ale też siłą rażącą w stopniu niemal tak samo wysokim.         



Ogłoszenia festiwalowe dotyczące koncertów klasycznych kapel z dużym stażem zawsze wzbudzają największe fale entuzjazmu. Fakt ten jest zrozumiały, w dużej mierze również mi ta radość często się udziela. Wspaniale było zobaczyć The Flaming Lips, Gang Of Four, Mogwai czy Neutral Milk Hotel. A jednak doświadczeniem zupełnie innego rodzaju jawi się wzięcie udziału w występie zespołu takiego jak Eagulls. Powód tego odmiennego przeżywania da się w moim przypadku określić jednym kluczowym słowem – AKTUALNOŚĆ. Droga twórców „Hollow Visions” toczy się właśnie teraz, ba – ledwie się rozpoczęła. Nie są jeszcze kultowi, choć za parę lat może się okazać, że jednak już w tym momencie byli. To nie grupa z 15-letnim stażem grająca swój trzysetny koncert, a wciąż ludzie młodzi, niepokorni, będący na podobnym poziomie dylematów, błędów i frustracji. Nawet nie do końca o podobny wiek chodzi, a sposób w jaki nadają, konstruując cały ten emocjonalnie wkurwiony ładunek odbierany natychmiastowo przez entuzjastów na tych samych falach. O symbolicznym wyrywaniu barierek przy “HOLLOW VISIONS ALL AROUND ME HOLLOW VISIONS YOU'LL SEE, I'LL SEE” z czystej przyzwoitości nie wspomnę. 



Były już dziewczyny z gitarami, teraz czas na pana za fortepianem. S. Carey od dawna powinien być traktowany jako ktoś więcej niż tylko zdolny muzyczny kolega Justina Vernona. Sean dał się poznać jako nietuzinkowy kompozytor ballad oraz utworów balladopodobnych zawsze niosących słuchaczowi masę autentycznego ciepła. Jeżeli macie w sobie choć mililitr wrażliwości, ten człowiek wydobędzie ją z was śpiewaniem wybornych melodii do tekstów w rodzaju „I was wondering if you'd be my wife, be the compass in my rugged life, come as quick and leave until, you will, you will, you will”. Choćby znajdowała się na samym dnie. 




Waflowanie się do “Seasons (Waiting For You)” przy świadomości, że nowa płyta Przyszłych Wysp wyposażona jest w utwory o hookach tak fenomenalnych jak ten ze „Spirit” uważam za co najmniej dziwne. Ich czwarty album, „Singles” nie został zatytułowany w ten sposób przez przypadek, niemal każdy kawałek wykazuje tu zdolność przebojodawczą z czego moim skromnym zdaniem wiele bije „Seasons” na głowę. Mamy tu chociażby uzbrojony w arcy-zwinne motywiki indeks numer dwa, ukazujący całą tę zdolność grupy z Baltimore do pisania ogromnie przyjemnych, synth-popowych hitów. Dwie klawiszowe pętle przenikają się ze sobą w zwrotkach, kolejna żwawo dołącza w refrenie dzielnie kontrastując z niepodrabialnym wokalem Samuela T.Herringa. Gusta gustami, ale zgrabnego, roztańczonego „Spirit” pasowałoby nie przeoczyć.  

wtorek, 2 grudnia 2014

Podsumowanie 2014: piosenki 50-38





Z Angel Olsen po raz pierwszy zetknąłem się przy okazji wyjątkowo niszowego wydawnictwa Tima Kinselli pod tytułem „TimKinsella sings the songs of Marvin Tate by Leroy Bach featuring Angel Olsen”. Minęła chwila a nazwisko 27-latki z Missouri stało się jednym z częściej wymawianych i wypisywanych w kontekście żeńskiego indie-folku. W swoim największym obok szorstkiego, prawie garażowego „Forgiven/Forgotten” przeboju dziewczyna proponuje nam treść lekką, ale odrobinę wyłamującą się ze stereotypowego banału pisania o samotności. Choć Olsen już na wstępie wyznaje, że „czuje się tak samotna, że mogłaby płakać” to w praktyce ową samotność wynosi do rangi największego honoru. Nie ma tu miejsca na smutek i płacz, samotność jest w porządku, o ile tylko przyjdzie dzielić się nią z kimś równie samotnym. Teksty w folku zawsze były i będą ważne. Przesłanie „Hi-Five” niewątpliwie przesądza o atrakcyjności całej piosenki, której swobodna warstwa muzyczna wydaje się jednak naturalnie z nim łączyć. Angel Olsen, jako fajnej koleżance, która ani nie jest cukierkowa ani ponad stan nie zamula nie wypada dziś nie przybić piątki. 



Obrazki na albumach Empire! Empire! całkiem dobrze, jak na mój gust, oddają klimat ciepłych utworów duetu z Michigan. Szata graficzna „You Eventually Will Be Forgotten” przedstawia osobę w pustym pokoju, przeglądającą zdjęcia. Niektóre leżą na podłodze, za oknem zmrok, widać bloki budynków. Słuchając „A Keepsake” nie trudno wczuć się w klimat i wyobrazić sobie jak wykonywanie tej czynności wskrzesza historie z przeszłości. "When I was eight or nine, I took a trip up north with my brother, my father, and my uncle" śpiewa we wstępie Keith Latinen swym dziecięcym łamliwym głosem. W tym momencie jesteśmy nim, tym chłopcem i tym kimś z klaserem w dłoniach, a melodie są wieczorem za oknem. Perfekcyjnie została tu wyważona chwila, w której apogeum tychże melodii, solidnie wzorowanych zresztą na Mineral łączy się z wejściem drugiego wokalu. Duetów w emo chyba za wiele nie było, o ile w ogóle. Tymczasem ten tutaj stanowiący połączenie sił Latinena i Boba Nanny jest iście pokoleniowy. Lider Braid, czołowej formacji midwest-emo drugiej połowy lat 90. i grupa broniąca honoru gatunku 10-15 lat później, spotkanie na szczycie. Featuringowi Nanny niczego nie brak, podobnie jak przypominającemu tym razem American Football trąbkowemu zwieńczeniu urzekającej kompozycji. Intymna magia doznawania w czterech ścianach.



Odstęp pomiędzy pierwszą a drugą płytą Foxes In Fiction trwał długie cztery lata. Przez ten czas można skończyć studia, podjąć pracę albo dwie, przesłuchać kilkaset albumów. Warren Hildebrand nie odciął się od muzyki całkowicie, bo choć niczego większego nie nagrywał, to w ramach działalności maleńkiej, kasetowej wytwórni Orchid Tapes pomagał odnaleźć swoje miejsce wielu muzykom „sypialnianym”. Dawno nie słyszeliśmy nic nowego od Atlas Sound, na ostatniej płycie Deerhunter Bradford Cox poszedł zaś w rockerkę. Hildebrand wspomagany dziś przez wnoszącego skrzypcowe aranże Owena Palleta wybrał, bądź przypadkowo trafił w lukę doskonałą. „Shadow’s Song” reprezentująca krążek „Ontario Gothic” to szkicowa, bardzo ładna retro-ballada rodem z lat 60. przymglona smutkiem neo-dreampopowej produkcji i tekstu oddającego tęsknotę za zmarłą przyjaciółką. Koalicja szlachetnego piosenkopisarstwa z subtelnym, kojącym brzmieniem.   



“I swear I see my former glory still burning. It had every intent of returning”. Jeśli przyjmiemy, iż chodzi tu o niektóre momenty nowego albumu „pornosów”, to powiedzmy, że w deklarację Newmana nawet wierzę. W łagodnym „Wide Eyes” A.C i Neko Case pokazują się z twarzy całkowicie innej niż choćby w równie dobrym, eksplodującym bajerami „Brill Bruisers”. Dziewiątka na powrotnym krążku Kanadyjczyków to rzecz o charakterze, który czterdziestoparoletnim, sekundę temu najlepszym indie-popowcom planety w chwili obecnej wyjątkowo przystoi. Jestem w stanie wyobrazić sobie ich piosenkę na „Chutes Too Narrow” Shinsów gdzie nie odstawałaby ani stylistycznie ani jakościowo. Los chciał jednak by to właśnie The New Pornographers wypuścili ten dyskretny, sympatycznie rymowany rarytas z datą 2014 i w tym też roku otrzymali za niego, ode mnie, konsumencki laur uznania. 



Irlandczycy z Sea Pinks pod wodzą Neila Brogana grającego również na perkusji w nieco bardziej znanej post-punkowej kapeli Girls Names, podjęli się wskrzeszania zawartości zdecydowanie interesującej muzycznej szufladki. Oparte na żwawym, niezbyt urozmaiconym, choć niczego nie ujmującym piosence rytmie „Dream Happening” leży gdzieś na przecięciu Chillsowego jangle popu i proto-britpopu wczesnych lat 90. a la Kingmaker czy James. Słuchając zwrotek cały czas zastanawiam się co jest w nich takiego intrygującego i nietypowego, a coś jest na pewno. W ten sposób dziś się już właściwie nie gra i może dobrze, ponieważ wtedy symboliczny revival chłopaków z Belfastu nie byłby tak ciekawy. „Brzęcząca” zagrywka, wciąż te same zajmujące partie gitary, momentami przechodzące w intensywniejsze rejony, trzy zmiany melodii wokalu z czego każda trafna. Tak to wygląda, na papierze, ale ja nadal nie potrafię ująć w słowach tajemniczej nonszalancji czyniącej z „Dream Happening” czarnego konia wysparskiego indie rocka A.D 2014.



Teledysków zbyt dobrze współgrających z utworami, po których sama muzyka wydaje się już nieodwracalnie lepsza należałoby zabronić. Przy każdym kontakcie z „Dreams In Inertia” nawet w wersji bez obrazu, niemal szeptanym zwrotkom towarzyszą w mojej głowie ujęcia obracającej się kamery, ukazującej pokręcone schody oraz leżących obok siebie Jami’ego i Rebę. Ten utwór wciąga w złowrogą otchłań, hipnotyzuje i narkotyzuje swoim „złem”. Przeszywające na wskroś mrok i niepokój generowane przez młodzież, automatycznie kierują do wrażeń estetycznych pozyskanych w kontakcie z „Death Valley ‘69” Sonic Youth (tu znów spora zasługa klipów). Dzieciaki z Code Orange kochają jednak metal. Mocne gitarowe przejścia tnące zwrotki na kilka części oraz ostro uderzające w refrenie, wywołują u mnie obcy raczej jak dotąd odruch powolnego, majestatycznego headbangingu.  




Mac DeMarco jako piewca miłości, ale i przede wszystkim uczciwości w miłosnych relacjach. „Powiedz, że ją kochasz, jeśli ją naprawdę kochasz, Ale jeśli twoje serce nie jest pewne, daj jej odejść...”. Tak prosty, choć przecież mądry przekaz, mój kanadyjski rówieśnik odziewa w bujające, mieniące się kolorowo melodie. W upalną 70-sową Kalifornię wstępuje szczypta melancholijnej refleksji, a proponowany w tekście, oszczędzający większej przykrości sposób rozprawienia się z dylematem, w pewnym sensie usprawiedliwia i uzasadnia bezdyskusyjnie pogodną oraz jakże rozkoszną muzyczną formę. 



Dziewczynom, które do dyspozycji mają jedynie głos i gitarę jest dziś już chyba trochę trudniej przyciągnąć uwagę niż jeszcze pięć, lub dziesięć lat temu. Marissa Nadler to jednak niewiasta niestrudzona, wierna klasycznej singer/songwriterskiej stylistyce, uparcie i udanie pracująca na utrzymanie gatunku przy życiu. I mam tu na myśli życie, a nie wegetację. Marissa równie dobrze mogłaby stać się kolejną Laną Del Rey królującą w stacjach radiowych słuchanych przez naszych rodziców. Tymczasem jej to najwyraźniej nie w głowie, gdyż muzyka obok magii i staroświeckiego czaru zachowuje także pierwiastek niezależności, dzięki któremu urodziwa brunetka nie przekracza niebezpiecznej linii. „Was It A Dream” jawi się niemal dream popem w akustycznym wydaniu, rozpuszczającym słuchacza w wokalnych harmoniach i topiącym go w wypracowywanym przez cały czas trwania klimacie. 

Z kolei podczas uważnego słuchania “Dead City Emily” nie trudno dojść do wniosku, iż ten zadumany folkowy utwór posiada potencjał do sprawdzenia się zarówno w całkowicie ascetycznym anturażu jak i formie niezmiernie urozmaiconej barokowym bogactwem. Skromna Marissa śpiewająca i trącająca jedynie palcami struny w repetytywnym układzie oraz Marissa czyniąca to samo, ale wspomagana przez wokalne pogłosy, rozmyte efekty i wszelkie drobne melizmaty układające się w kompleksowy brzmieniowo obrazek a la Grizzly Bear. Obydwie możliwości wydają się wynikać z naturalnych właściwości tejże kompozycji. Poza tym, DEAD, CITY, EMILY. Ta pani wie jak wymawiać słowa by usidlić słuchaczy w niewieściej sieci. 



No i macie swoje sophisti. „Rude Boy” posiada wszelkie predyspozycje by zwrócić na siebie uwagę poptymistów, a kto wie może również opcji umiarkowanie rockistowskiej, dla której przecież „A Walk Across The Rooftops” czy „Steve McQueen” nierzadko pozostają albumami bliskimi sercu. Lukrowany, klawiszowy motyw we wstępie odsyła do ejtisowej kwintesencji i ku naszej uciesze sprytnie przemycony pojawia się później raz jeszcze. Pozostałe części składowe to wysmakowany funk i czarujący głos pani Andrei Estelli, która w refrenie pozwala sobie na totalny flirt, jakiego słuchacze złaknieni eleganckiego popu przegapić w żadnym wypadku nie mogą.



Po kilkunastu latach od napisania esencjonalnej piosenki “Baseball” grupa Ozma nadal obraca się w stylistyce niepoprawnego college-rocka. Za sprawą dźwięków „Boomtown” odżywa sceneria romantycznej obyczajówki, tym razem w nieco dojrzalszej odsłonie, bez komponentu młodzieżowo-komediowego. Spokojne zwrotki balsamicznie spływają na nasze bębenki słuchowe, lekkie podbicie refrenu jest już ledwie tylko zaakcentowane tak jakby chcieli nam powiedzieć, iż czasy „Battlescars” nie powrócą. Pech, że nagrali nową płytę w momencie chwalebnego comebacku Weezera. The Rentals biją w każdym razie na głowę, a piosenkowe „Boomtown” jako osobne małe dzieło broni sie w zupełności. 



Pomimo większej ilości różnic niż podobieństw u samych wokalistek, stylowy sposób prowadzenia tej piosenki oraz muzyczna otoczka na czele z wstawkami saksofonu powodują delikatne, ale bardzo korzystne retrospekcje z miłosnymi balladami Julee Cruise. Sharon balansuje między taktownym wykładaniem fraz, a wymawianiem jakby „na rauszu” i pozbawionym większego dramatyzmu rozciąganiem każdego słowa. „Tarifa” z której jednak strony by nie spojrzeć, jawi się bezsporną, znakomicie nastrojową propozycją do „wolnego”.   




2007 rok - Ariel Pink z zespołem Haunted Graffiti wydają na kompilacji “YAS DuDette” mocno kanciasty, ledwie słuchalny kawałek zatytułowany „Shower Me With Lipstick”.  Trzy lata później ukazuje się przełomowa i zarazem najprzystępniejsza płyta zespołu „Before Today”. Po kolejnych czterech dostajemy eklektyczne „pom pom” tym razem podpisane jedynie przez samego Ariela. Tu też swoj definitywny kształt osiąga kompozycja, której szkielet sprzed siedmiu lat Rosenberg opakowuje w klimatyczne i produkcyjne łaszki rodem z najsłynniejszego krążka APHG. Przemiana „Shower Me With Lipstick” w „Lipstick” to metamorfoza bezdomnego ćpuna w wytwornego, pachnącego perfumami eleganta. Przejście bezkształtnego tworu (do którego dopisano refren) w rasowy, intrygujący pop.  



Metronomy w szerszym ujęciu dzielą w tym roku zainteresowania tą samą muzyczną epoką z Arielem Pinkiem, Aveyem Tare i grupą Wampire. Co prawda to „Love Letters” jawi się zdecydowanie najbardziej wiarygodnym produktem odwzorowania wczesnej 70-sowej stylistyki, ale „Month Of Sundays” przebija nagranie tytułowe ostatniej płyty Londyńczyków pod względem uroku warunkującego możliwość totalnego zakochania. Absorbując te prześwietne melodie można jedynie żałować jeśli nie jest się w danym momencie pod czyimś wpływem.   

środa, 5 listopada 2014

Weezer - Everything Will Be All Right In The End (2014)




8.5

Nowa płyta Weezera to zaskoczenie chyba dla każdego. Od 2005 roku, w którym ukazało się wyjątkowo chłodno przyjęte „Make Believe” każdą albumową propozycją panowie Rivers Cuomo i spółka udowadniali nam, że nie dążą już do bycia poważnymi zawodnikami, a nagrywają bardziej dla przyjemności niż z ambicji. „The Red Album”, „Raditude”, „Hurley” – wszystkie jawiły się jako materiały nierówne, tak jakby wypracowywano na nich kompromis między zabawą i eksperymentowaniem (zapraszaniem gości, robieniem nieudolnego hip-hopu, mainstreamowego popu, zamienianiem się instrumentami) a próbami konstruowania dobrej muzyki. Pierwsze satysfakcjonowało samych członków zespołu, drugie słuchaczy. Na „Everything Will Be All Right In The End” nie dziwi sama obecność świetnych kawałków, co raczej wzorowa równość materiału, o którą nikt by ich już dziś nie posądzał. Znając tegoroczny krążek można ulec wrażeniu, że wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatniej dekady było ze strony Riversa, Briana, Scotta i Patricka zwyczajnym lenistwem. „EWBARITE” brzmi jak album, który mogli popełnić w dowolnym momencie po „Pinkertonie”. To nie żadna stylistyczna wolta, a typowy Weezer, ale w postaci optymalnej.

Z nimi zresztą wszystko zawsze na odwrót. Trzy razy pod rząd przed wydaniem nowej płyty łudzili obiecującymi singlami („Pork And Beans”, „If You’re Wondering If I Want You To I Want You To” i „Memories”), choć kończyło się zawsze tak samo. Kiedy kilka miesiecy temu usłyszałem manifestacyjne „Back To The Shack” wraz z obietnicami powrotu do korzeni straciłem jakąkolwiek wiarę w dobre chęci Riversa. Nawet słowa Briana Bella o prawdziwym nawrocie świetności i wybraniu na singla jednego ze słabszych utworów wydało mi się podejrzane. Ale Brian mówił czystą prawdę. „Back To The Shack” obok „Foolish Father” (tu gościnnie na gitarze Patrick Stickles z Titus Andronicus) jest na „EWBAITE” najmniej imponujące. Przy reszcie panowie wymiatają równo.

Zaczynając od najlepszych, „The British Are Coming” jest ich najbardziej udanym Beach Boysowym kawałkiem od czasu „Holiday”. Na „Czerwonym Albumie” mieliśmy bardzo dobre „Dreamin”, po którym pozostawał ogromny niedosyt. Sześć lat musieliśmy czekać by pozbyć się tego uczucia. Napakowana wokalnymi i gitarowymi melodiami, pełna hooków i zwrotów konstrukcja sprawia, że czuję się całkowicie syty. Pogwizdywane „Da Vinci” z bezpruderyjnie przebojowym refrenem w dużej mierze bazującym na dowcipnie romantycznym tekście („Even Da Vinci couldn’t paint you, Stephen Hawking can’t explain you”) zapętla się na długo. „Ain’t Got Nobody” to świeżość i luz, rock’n roll w wyjątkowo chwytliwym wydaniu. Kawałek fajny od początku do końca, z najprzyjemniejszą na całej płycie solówką i wesołym podśpiewywaniem na koniec. Łatka Piotrusia Pana muzyki gitarowej przylgnęła do Riversa na dobre. Mówiąc ściślej, w rolach, w jakie się wciela nie jest on może wiecznym dzieckiem, a wiecznie nieszczęśliwym lub niedojrzałym młodzieńcem. Raz rzuca wyznaniami w rodzaju „ain’t got no one to kiss and hug me”, innym razem bywa zakochanym durniem proszącym o drugą szansę po dopuszczeniu się zdrady. Z tej drugiej perspektywy śpiewane jest właśnie „Go Away”, udany zwłaszcza w zwrotkach, banalny, ale i uroczy utwór, duet z Bethany Cosentino.

Same teksty na „Everything Will Be All Right In The End” szczególnie wybitne nie są. Żaden nie ociera się o bycie bardzo dobrym, ale też nie wydaje mi się, by piosenki cokolwiek na tym traciły. Taka choćby „Cleopatra” lirycznie wypada przeciętnie („You can’t control me no more Cleopatra, patra, patra, patraaaa”), ale muzycznie jest już kąskiem na tyle smakowitym, że linijki naprawdę nie grają roli. Klimatycznie smutnawe, „Pinkertonowe” wręcz, akustyczne zwrotki, harmonijka oraz prawdziwy czad przy skandowanym „5-10-15-20-25-30-35-40!” robią nam wyśmienitą całość. Totalnie „Zielono Albumowa” „Lonely Girl” opiera się na rymach niemal podręcznikowych, ale co z tego skoro jest kolejną trafioną, czysto hedonistyczną w piosenkowym sensie produkcją zagraną na odpowiednim wykopie? No i cóż, że kręcę nosem słysząc toporne “Don't want to be mass consumed, I'm not a happy meal” skoro „I’ve Had It Up To Here” ma tak fantastyczne, popowe flow?  

„Eulogy For A Rock Band” współpisane z Danielem Brummelem z Ozmy* byłoby idealną kompozycją na do widzenia, jednakże tym razem chłopaki z Los Angeles jeszcze się z nami nie żegnają. Dzieło wieńczy pomysłowa, w dużej mierze instrumentalna trylogia. I tu znów szkolna piątka, zwłaszcza za wyciskające łezkę „Anonymous”. Kto się nie ugnie pod „I don’t even know your name, No, I don’t know the words to say so….” ten nigdy nie był nastolatkiem zakochanym w jakiejś bliżej nieznanej, anonimowej koleżance.

Kwartet z Los Angeles przygotował wreszcie długo wyczekiwany materiał z jajami, garść piosenek godną starego Weezera z lat 90, lepszą może nawet od bardzo dobrego „Green Albumu” z 2001 roku. „EWBARITE” to należna rekompensata dla fanów i wszystkich Weezerowych entuzjastów, ale też krążek, który powinien spodobać się każdemu miłośnikowi power popu czy innych odmian melodyjnego rocka. Kto wie z czym wyskoczą za dwa albo trzy lata? Co wymyśli Rivers by ponownie zinfantylizować oblicze zespołu? Póki co cieszmy się z unikalnego momentu realnej chwały jego grupy. Kto wie, czy drugi taki kiedykolwiek się jeszcze powtórzy?




* epigoni, którzy wsławili się więcej niż sympatyczną college-rockową płytą „Rock’n Roll Part 3” (2001)