czwartek, 21 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 40-31














Część 2


Pierwszy utwór zapowiadający „How You Look When You’re Falling Down” wydano na singlu już dwa lata przed ukazaniem się samego albumu. Data „1 sierpnia 2013” przy „Suit Of Armor” okazała się jedyną barierą zdolną powstrzymać mnie przed umieszczeniem szóstego kawałka z nowej płyty Nate’a Kinselli na wysokiej pozycji listy piosenek roku. Olśniewające zabiegi rytmiczne, kilka wprost kapitalnych motywów, wokale, skrzypce i cały ten ultra-sprytny aranż rodziły podejrzenie, że kuzyn Tima i Mike’a to facet znacznie bardziej rozrywkowy niż można było sądzić. Cały krążek nie okazał się jednak potwierdzeniem tego faktu. Czwarta płyta Birthmark jest co prawda jakby w większym stopniu otwarta od „Antibodies” i podobnie jak ona stoi na wysokim poziomie, ale śladu rzeczy podobnych do „Suit Of Armor” już na niej nie znajdziemy. Mamy tu za to granie swobodnie mieszczące się w estetyce starych bywalców chicagowskiej sceny typu Joan Of Arc, The Love Of Everything czy Aloha, choć zdecydowanie uwzględniające indywidualny styl Nate’a. Tekstury oparte o tradycyjne instrumentarium, ale też różnego rodzaju marimby, ksylofony, trąbki, organy, a nawet znacznie egzotyczniejsze instrumenty. Dźwięki komponowane i realizowane przez człowieka orkiestrę, muzyka o sporej wyobraźni, ale i nie gubiącej się jakby w tym wszystkim wrodzonej skromności.         



Obiektem westchnień młodych i zdolnych dziewcząt w roku 2015 niejednokrotnie stawał się niezależny rock z lat 90. Wyrażały je wokalistki i piosenkopisarki z Hop Along, Speedy Ortiz czy Waxahatchee. Jakby tego było mało po dziesięciu latach powróciły też legendarne panie ze Sleater-Kinney. „Ivy Tripp” zdradza sympatię Katie Crutchfield do Throwing Muses czy Belly, a z kapel liderowanych przez facetów choćby do Guided By Voices (wykapany Pollard w „Poison”), ale każdy krok stawiany na nim przez 26-latkę ukazuje także naddatek jej własnej tożsamości. Apogeum kobiecego college-rocka przypada na „Under A Rock”, po którym dostajemy następnie długą paradę krótkich, melodyjnych majstersztyków także z czymś się kojarzących, a jednocześnie szalenie charakterystycznych dla stylu Amerykanki. Ciekawy w tej płycie jest jej ogólny nastrój. Choć Katie nie śpiewa o pierdołach, to nigdy nie robi się zbyt poważnie. Mimo, że utwory nie są totalnie radosne, to nie uświadczymy tu smęcenia. Zupełnie brak silenia się na natrętną przebojowość, a jednak kawałki mają w sobie coś przylepnego. Brzmi to wszystko zwyczajnie lekko, ale w żadnym wypadku nie banalnie. Z której strony nie spojrzeć – fenomen.    



Scena muzyczna przypomina czasem scenę polityczną w państwie demokratycznym. Nowe kapele startują z pomysłami łudząco podobnymi do tych, które proponowały już wcześniej inne, pokrewne stylistycznie zespoły. Zmieniają się twarze i nazwy, ale nie zmieniają się postulaty. Twarze zresztą też nie do końca, bo przecież tak, jak wodzowie nowych partii wywodzą się ze starych ugrupowań, tak i założyciele debiutujących grup muzycznych nie biorą się z próżni. Istotną różnicą jest tu fakt, iż muzyk może być jednocześnie członkiem nieskończonej ilości formacji, a polityk jest już tego przywileju pozbawiony.

Gustav Andersson i Hugo Randulv poza graniem w młodzieżowym Makhtaverskan z całkiem niezłym skutkiem próbują też swoich sił w młodzieżowym Westkust. Choć w macierzystej kapeli tych dwóch szwedzkich chłopaków liderką jest ostra jak brzytwa i rozwrzeszczana Maja Milner, a w ich nieco młodszym projekcie damskim wokalem operuje znacznie bardziej stonowana Julia Bjernelind, elektorat wydaje się być stosunkowo zgodny. Imputując pierwszemu z wymienionych zespołów zadziorność i rzucanie „fuckami” oraz zastępując je nieco większą subtelnością dostajemy podobne, nieśmiertelne dylematy: relacje, emocje i uczucia zamknięte w dynamicznych dream popowowych piosenkach. Westkust od początku do końca jadą na około-shoegaze’owych klimatach, jako paliwo wykorzystujących pop punkowy optymizm.

Tematyka i wydźwięk tekstów oraz sam charakter kawałków zdobywają uznanie dzięki swej obłędnej niewinności. Kiedy Julia i Gustav wyrażają zakochane stany, odczuwane przez podmioty liryczne, wydaje się to absolutnie czyste i nieskalane, jak choćby w finalnym, zapewne najlepszym na płycie „Another Day”. Kiedy zaś po raz kolejny śpiewają o wyczekiwaniu lata jako o oczywistej metaforze lepszych czasów, nie jest to w najmniejszym stopniu banalne. „Last Forever” to album, z powodu którego czuję się jak muzyczny „leming”, po raz n-ty bezkrytycznie dający się schwytać na skandynawską indie popową szczenięcość.



Projekt U.S Girls wydaje się puzlem idealnie dopasowanym do intrygującej, kobiecej układanki kompletowanej w ostatnich latach przez wytwórnię 4AD. Specyficzna, choć bardzo świadoma popowa wrażliwość Meg Remy uzupełnia zestaw stworzony z tak oryginalnych kompozytorek i wokalistek, jak choćby Grimes, Pixx czy Holly Herndon oraz zespołów dowodzonych przez liderki w stylu Purity Ring lub Daughter. W utworach Kanadyjki zauważalna jest gatunkowa niejednoznaczność. Brak tu miejsca na kawałki podporządkowane jakiejś stylistyce, tak by wybijała się ona na pierwszy plan. Wyłowimy tu coś psychodelicznego, hypnagogic-pop, wpływy dziewczęcych grup sprzed pół wieku, elektronikę i lo-fi. Piosenki Meg są jednak jakby ponad to wszystko. Ich aranże stronią od oczywistości, dźwiękowe kolaże w zagadkowy sposób rodzą się z różnych elementów, a każdy pomysł sprawia wrażenie bardzo dobrze zrealizowanego. Przodują pod tym względem zwłaszcza single: zjawiskowy, siedmiominutowy synth-pop „Woman’s Work”, oczarowujący rytmiką i wokalami „Damn That Valley”, przypominający wyrafinowane disco Saint Etienne „Window Shades” oraz nie dający mi się do końca określić, otwierający płytę bujającymi harmoniami „Sororal Feelings”. Równowaga panuje także na linii muzyka-teksty. Konieczne będzie z mojej strony na koniec zapewnienie, że w opowiadane historie artystka włożyła tyle samo zaangażowania, co w tworzenie dźwięków.



Wsłuchując się i wczytując w teksty Dana „Soupy’ego” Campbella czuję się trochę jak spowiednik, któremu lider The Wonder Years zdradza swoje złe uczynki oczekując rozgrzeszenia: I should have been there when you needed a friend, I was off on my own again, Selfish and stupid (“Cardinals”). Soupy nie tylko przyznaje się do grzechów, ale też wyraża skruchę i obiecuje poprawę:  So if you call me back or let me in, I swear I'll never let you down again. Chociaż nie lubi siebie z przeszłości i z samym z sobą rozlicza się bardzo brutalnie, to dostrzega również poprawę sytuacji, której wyjątkowo nie chce spieprzyć („I Don’t Like Who I Was Then”). Taka hipoteza nabiera większego sensu zwłaszcza w porównaniu z innymi tematami płyty (kluczowe “Cigarettes & Saints”) oraz samym jej, bardzo świadomie oddającym kontekst rozważań tytułem. Nawet jeśli Dan łokciami i kolanami zapiera się, że nie wierzy w Niebo, to powracające jak mantra przez cały album zdanie: We're no saviors if we can't save our brothers wydaje się wręcz esencją chrześcijańskiego światopoglądu, a sposób w jaki ubóstwia swoją wybrankę też nie jest przypadkowy (Goddamn, you look holy). Tylko co przy tym z muzyką? Ta brzmi jakby wypływała prosto z tekstów i wiernie odpowiadała intensywności emocji w nich zawartych. Filadelfijczycy na „No Closer To Heaven” mocno trzymają się łatki najambitniejszej melodic-punkowej kapeli ostatnich lat.



45 minut to jak na Natural Snow Buildings format niemal EP’kowy. Ten, kto obawiałby się z tego powodu utraty charakterystycznej dla francuskiego duetu monumentalności może jednak spać spokojnie. Nawet jeśli „Terror’s Horns” stanowi krążek prawie o połowę krótszy od wydanego w zeszłym roku „The Night Country”, to wszystkie niezbędne elementy są w nim obecne i jedynie w jakiś magiczny sposób skompresowane. Mehdi i Solange zaczynają od na pół mistycznej, a na pół upiornej, złożonej z trzech części kontemplacji. Głos wokalistki mamy okazję usłyszeć dopiero w czwartym utworze, czyli trwającym dziewięć minut epickim avant-folku „King In Yellow”. Najbardziej zapamiętywalnym, „piosenkowym” fragmentem krążka jawi się opatrzony rytualnym rytmem i bezwzględnym brzmieniem gongu „Sun Tower”. W kategorii tych rozległych wygrywa natomiast iluminacyjny „The Rising Portal”, rozpięty niemal do kwadransu. Mocarne fundamenty Śnieżnych Budynków pozostają niezachwiane.  



Sonny Smith wydaje się wyjątkowo wyluzowanym i równym gościem, ale biorąc pod uwagę genezę jego wyczynów muzycznych w rodzaju „100 Records” musi być to także spory szaleniec. Wyobraźmy sobie, że facet wymyśla setkę zespołów, pod każdym szyldem nagrywa po dwa utwory (w sumie 200), następnie zaprasza stu prawdziwych artystów, aby do wszystkich „wydawnictw” zaprojektowali okładki. Czyste wariactwo, a jednak tak było. Maniakalną miłość lidera The Sunsets do muzyki popowej i rockowej oraz przeróżnych odmian tych gatunków słychać również na „Talent Night At The Ashram”. Sonny przetwarza niemal wszystko, co w pisaniu gitarowych piosenek działo się na przestrzeni lat 1960-1990. Uwielbia psychodelię, garage rocka, sunshine pop, ale też lo-fi, folk, funk, wszelkie harmonie i ekscentryczne brzmienie syntezatorów. Jego wyrzucane z rękawa leniwe melodie, solówki i refreny, a nawet czyste gadaniny brzmią wyjątkowo płynnie i komfortowo. Po kimś tak zaprawionym w kompozycyjnych bojach trudno zresztą spodziewać się czegoś innego. W rozpoczynającym album kawałku „The Application” Smith aplikuje na istotę ludzką. Biorąc pod uwagę kompletny kosmos, jaki dzieje się w jego twórczości, a tym samym pewnie też w głowie, nie sądzę by papiery zostały przyjęte.



Jedna normalna płyta to najwyraźniej maksimum, na jakie stać Titus Andronicus pomiędzy nagrywaniem kolejnych imponujących albumowych konceptów. Po epickim „The Monitor” z 2010 roku zespół z New Jersey wydał w 2012 stosunkowo zwyczajny krążek „Local Business”, aby już w następnej chwili zaprezentować jeszcze bardziej monstrualny „The Most Lamentable Tragedy”. Na tym etapie pewne jak w banku jest już, że mózg projektu Patrick Stickles to facet, który nie podejmuje się karkołomnych zadań jeżeli nie ma pewności co do powodzenia ich porządnej realizacji.

Czwarte duże wydawnictwo Amerykanów jawi się dziełem wyzywającym słuchacza. Szorstką, rozgadaną i żądającą dla siebie sporej ilości czasu punkową operą. Ogromną część całości stanowią desperackie numery grane na przysłowiowych trzech akordach. Te jednak niezwykle swobodnie sąsiadują z utworami folkowymi (i to róznej maści), heartland rockowymi czy nawiązującymi do hard rocka. Stickles nadal nie ukrywa, że na szczycie listy jego najsilniejszych inspiracji widnieją nazwiska Bruce Springsteen i Shane McGowan, co demonstruje ukrytymi w morzu wrzasku highlightami pokroju najmelodyjniejszego na płycie „Mr E. Mann” czy quasi-stadionowego, prowadzonego motorycznym fortepianem „Fatal Flaw”, a także, naturalnie, coverem „A Pair Of Brown Eyes” The Pogues. Dobrze wychodzą im kawałki swojsko-rozrywkowe, wpadające w blues, gospel i imprezowy rock and roll ( „Lonely Boy” + „I Lost My Mind”), które są jednocześnie tymi najsilniej ukazującymi muzykalność kapeli. Miły akcent stanowią także kompozycje z wplecionymi nieco subtelniejszymi elementami, jak „Come On, Siobhan”, gdzie do pijackiego wokalu Patricka stają w kontrze partie smyczkowe.

O ile przyjmiemy luźno, że „The Monitor” był ich „London Calling”, to „The Most Lamentable Tragedy” robi w dyskografii Titus Andronicus za logicznego odpowiednika „Sandinisty”. Zawahałbym się przed polecaniem każdemu, ale jeśli ktoś lubi potężne obiady, złożone z kilku dań, po których nie trzeba już konsumować kolacji, pozostaje mi jedynie życzyć smacznego.



Dan Bejar na dobre zasmakował w sophisti-popie, gatunku, który na tym etapie muzycznej drogi wyjątkowo mu pasuje. „Poison Season” to album bardziej krwisty i kościsty niż miejscami oniryczny i zamglony „Kaputt”, ale nadal w podobny sposób wykwintny. Pięknie udaje się Destroyerowi zwłaszcza zacząć. W „Times Square, Poison Season I” muzyk The New Pornographers urzeka klawiszami i skrzypcami, intryguje krótką chwilą pomiędzy zwrotkami po czym w sposób znamienny wypowiada zdanie: You can follow a rose wherever it grows. Ten fragment zostaje z nami już na dłużej. Dużo dłużej niż trwa sama płyta. Jako drugi wparowuje z impetem singiel „Dream Lover”, gdzie rozbudowana orkiestra z każdą chwilą doprowadza utwór do coraz większego wrzenia. Następnie sugestywny (tajemniczy wokal) i kapitalnie zaaranżowany przy użyciu między innymi wiolonczeli, nadających rytm kongów i bongosów oraz szczypty saksofonu „Forces From Above”. Fetysz smyczkowy u Bejara jest tu zdecydowanie nie do przeoczenia, co słychać już choćby w kolejnym „Hell”.

Dłuższa, żywsza wersja intra zatytułowana po prostu „Times Square” dzieli krążek idealnie na pół. W tej drugiej, delikatnie mniej pasjonującej, aczkolwiek podtrzymującej klimat części wyróżnia się „Midnight Meet The Rain” z powracającą orkiestrą i przebojowym feelingiem. Tak mógłbym sobie wyobrazić każdy quasi-jazzowy hit z anten radiowych w połowie lat 80. „Poison Season” to ogółem płyta nastrojowa i wyrafinowana, subtelna i zadbana. Ukazująca muzyka okrzepłego, choć pozostającego w pełnej gotowości do dalszego artystycznego doskonalenia.



W tym roku mija dwadzieścia lat od wydania klasycznej dla młodzieżowego rockowego grania debiutanckiej płyty Ash. Tim Wheeler, lider grupy, dwie dekady temu symbol bycia „cool” jawi się aktualnie prawie czterdziestoletnim mężczyzną z wymalowanym na twarzy doświadczeniem życiowym. W tej sytuacji nasuwa się pytanie, jak bardzo karkołomne w skali od 1 do 10 jest przez tę ekipę weteranów dalsze zgrywanie młodzieniaszków i nagrywanie słodkich melodii pomieszanych z mocnymi gitarowymi wykopami? Czy to się może udać? Paradoksalnie wychodzi na to, że tak i to zapewne dlatego, iż Ash wygrywają tę płytę właśnie na nieudawaniu czegoś, czym nie są. Mogli przecież próbować eksperymentów, silić się na dojrzałość, urozmaicać brzmienie. Zamiast tego zrobili jednak prosty krążek od góry do dołu wypełniony przebojowymi wymiataczami i ładnymi balladami.

„Kablammo” to najkrócej rzecz biorąc bardzo dobry radiowy pop rock/power pop. Piosenka na piosence, hook na hooku, świetny refren na świetnym refrenie. Trzeba Wheelerowi przyznać, że jego głos nie zestarzał się w najmniejszym stopniu. Entuzjazm jaki w nim pobrzmiewa („Let’s Ride”), romantyczna naiwność („Machinery”) i spontaniczna energia („Hedonism”) nadal wydają się wysoce autentyczne. Kawałki takie jak singlowy „Cocoon” czy skryty w końcówce, wybuchowy „Dispatch” zaspokajają apetyt na szybkie, ładujące akumulatory kawałki. Tolerancja na fortepianowe serenady w rodzaju „For Eternity” jest już sprawą mocno subiektywną, ale ja także tutaj będę się upierał, że panowie wychodzą ze zmagań obronną ręką. Podsumowując – solidna firma, solidna forma. 

Albumy 50-41 

wtorek, 12 stycznia 2016

Podsumowanie 2015: albumy 50-41













Część 1



„Runners In The Nerve World” jest  niczym więcej, jak tylko pakietem małych indie rockowych majstersztyków. Zestawem zręcznych i przebojowych powtórek z amerykańskiej sceny gitarowej ostanich dwudziestu lat. Trzeba przy tym nadmienić, że Sidekicks prędzej inspirują się mistrzami miękkiego, melodyjnego grania święcącego triumfy po 2000, a nawet 2005 roku niż centralnymi klasykami z lat 90. Innymi słowy, jeśli Built To Spill, to bardziej pośrednio, przez Band Of Horses oraz The Shins. Jak ktoś już trafnie przede mną zauważył, nie jest to jednak wada, dopóki jakość numerów na „Runners...” sprawia, że wypełniają one lukę w czasie, gdy forma „protoplastów” pozostawia wiele do życzenia. Z tej właśnie racji sympatia do treściwych i nadzwyczaj przyjemnych przecież kompozycji Steve’a Ciolek’a wydaje się całkowicie zrozumiała.      



Gdyby na podstawie piosenek z “High” nakręcić film, jego bohater byłby noszącym się w skórzanej kurtce, prostolinijnym łobuzem o romantycznej duszy. Niemal każdy z numerów na nowej płycie Royal Headache wpisuje się w estetykę grania szorstkiego i przebojowego jednocześnie, garażowego lecz z silnym zacięciem piosenkowym. Serca tych chłopaków krwawią miłością w rytm nośnych punkowo-popowych kawałków, w których śpiewa się zazwyczaj o tym „jak ona go kręci” albo „jak bardzo on jej chce i potrzebuje”. Wszystkie refreny brzmią przy tym jakby priorytetem do ich pisania było osiągnięcie prostego i bezpośredniego efektu mocnej antemiczności. W szalonym rock’n rollu, punk rocku/power popie zahaczającym o Undertones czy Stiff Little Fingers Australijczycy odnaleźli swoje środowisko naturalne.



Podczas gdy dużym uznaniem w kraju cieszyły się w tym roku albumy zespołów Alameda 5 czy Złota Jesień, nie mniej interesujący krążek w kolaboracji z islandzkim Panos From Komodo nagrali Bydgoszczanie z 3moonboys. Do pełnego zrozumienia fenomenu „Linii Nr 8” jako części składowej szerszego projektu artystycznego, zatytułowanego „Brumba” („Jedność słowa z przestrzenią zapisu. Cykl wydawnictw liberackich”) niezbędne byłoby może otrzymanie płyty w postaci fizycznej wraz z wszystkimi dołączonymi do niej elementami, co nie zmienia oczywiście faktu, że muzyka sama w sobie musi stanowić, i w tym przypadku stanowi, wartość wobec całej reszty nadrzędną. Z zawartymi tu brzmieniami jest podobnie jak z patrzeniem przez okno w czasie podróży tramwajem „od pętli do pętli”.  Początek jazdy upływa dość dynamicznie. Widoki się zmieniają, przyciągają uwagę, ale po jakimś czasie fragmenty krajobrazu robią się bardziej monotonne, a słuchacz/pasażer popada w swoistą hipnozę. Pomysłowością (zwłaszcza w zakresie rytmiki) imponuje pierwsza część: osobliwie rozpoczynający „Pierwszy”, inicjowana pogiętym elektronicznym motywem „Liczba Podwójna”, reggae’ujące kołysanie „Wietrznego Miasta” i oniryczność „Bardzo”. Od tego momentu do „Ostatniego” odpływamy już raczej w regularny chillout. Nie uznaję tego jednak za wadę, ma to bowiem także pewien urok. Przestrzenie pełne sugestywnych dźwięków „Linii Nr 8” warte są przysłowiowej świeczki. Cieszę się, że nie przeoczyłem.     



Z początku wydawało mi się, że „Sacred Ground” to granie zbyt nieświeże, zbyt smutne w ten mało atrakcyjny i męczący wręcz sposób. Rozlazłe, elektroniczne indie z melancholijnym wokalem dla późnych trzydziestolatków. Coś w tych deep house’owych smętach okazało się jednak trafiać w sedno. Głębia późnowieczornych, dorosłych utworów Ry X’a i Franka Wiedemanna wzbogacona uprzystępniającą dawką „klikających” klawiszy, gustownie przemykających bitów i basowych linii zaskoczyła ostatecznie na plus. A trzeba przyznać, że duet wcale nie ułatwia sprawy, nie szyje singli i nie stara się przypodobać krótkimi numerami, opartymi na hookach. Przeciwnie, Howling stawiają na wciągalność, próby niespiesznego, ale skutecznego w gruncie rzeczy absorbowania odbiorcy zarówno strukturą, jak i klimatem. Muzyka na długie, smutne i samotne noce.  



Najważniejszym argumentem za “What A Terrible World, What A Beautiful World” jest pokaźna ilość momentów, w których The Decemberists brzmią jak oni sami za swoich najlepszych czasów. Słyszymy to w sekwencji przebojów rozpoczynającej płytę: zagranym przy użyciu ekstatycznych dęciaków „The Cavalry Captain”, prostolinijnej „Philomenie” i żarliwym wezwaniu do miłości „Make You Better”. Jeszcze bardziej w lirycznym „Lake Song”, gdzie Colin Meloy ponownie odnajduje się w wysmakowanym operowaniu słowem, a także w zadumanym „Till The Water Is All Gone” czy opartym o kapitalne wyczucie melodii „The Wrong Year”. Nie powinni czuć rozczarowania fani wyczuleni na wpływy folkowe („Better Not Wake The Baby”), southern-rockowe czy country’owe („Anti-Summersong”) w twórczości Dekabrystów, partie akordeonu albo swojskiej harmonijki. Powiedzieć, że Amerykanie wstają z kolan byłoby sporym nadużyciem, ponieważ żadna z ich ostatnich płyt nie była na dobrą sprawę nieudana. Ci jednak, którzy już kilka miesięcy temu stwierdzili, iż ich ostatni krążek jest najlepszym od czasu „The Crane Wife” oddali stan rzeczy zapewne najprecyzyjniej.        


Podejrzewam, że “The Original Faces” to najbardziej bezpośredni pop, do jakiego mogła się zbliżyć Liz Harris. Mglisty, niewyraźny i szkicowy, ale wciąż o niebo silniej akcentujący piosenkowość niż dotychczasowa twórczość Elizabeth pod szyldem Grouper. To płyta brzmiąca tak, jakby artystka poruszająca się w niezwykle smutnych estetykach zdecydowała się zrobić w końcu coś nieco bardziej dla siebie relaksującego. Stąd też zapewne wynika fakt, iż utwory Helen także słuchaczowi sprawiają zadziwiającą przyjemność. Rozmyte, dziewczęce harmonie wokalne, skrawkowe melodie oraz proste aranże na skrzyżowaniu dream popu i shoegaze’u, noise-popu czy nawet twee okazują się składnikami wystarczającymi do sycącej uczty. Tym bardziej, że materiał złożony jest ze stosunkowo krótkich, acz pomysłowych fragmentów, którymi nie ma czasu się znudzić. Pozycja obowiązkowa dla fanów 4AD i Creation, Black Tambourine oraz oczywiście samej Liz.      


Kolejny rok, kolejna dobra płyta Eternal Summers. „Gold And Stone”, solidnego albumu z indie popowymi piosenkami w różnym stopniu mieniącymi się także wpływami jangle popu, dream popu i shoegaze’u. Nie ma tu właściwie niczego, co mogłoby się nie spodobać fanom dwóch poprzednich krążków. Śliczne jak z obrazka utwory pokroju „The Roses”. „Ebb Tide” i „Stars You Named”. Podkręcone pod kątem przebojowości „Black Diamond” czy „Together Or Alone”. Masa urodziwych melodycznych linii gitarowych i basowych oraz wokali Nicole Yun. Ma się przy tym wszystkim wrażenie, że podobne rzeczy trio mogłoby nam serwować z niesamowitą łatwością nawet częściej i w większych dawkach. Tak więc, o tej porze, w tym samym miejscu, widzimy się pewnie za rok.


„Melbourne, Florida” w pięciu kluczowych momentach:

5. „Year In Pictures” – Klawisze podkreślające nastrój snutych refleksji. Saksofon i trąbka na koniec.

4. „Blue Time” – Akustyczny sophisti-pop, tęskna ballada a la Grant McLennan , dwa słowa refrenu wyrażające wszystko.

3. „Leftovers” – Słodkie twee śpiewane przez wokalistkę. Nic dodać nic ująć.

2. “Tearing The Posters Down” – Krótka lekcja z pisania piosenkowych hymnów.

1. “Waste The Alphabet” – Oh Natalie, we party, “Nowa klasyka gitarowego popu Vol.1”.


42. Outfit – Slowness

Z jakiegoś powodu trudno mi sobie wyobrazić „Slowness” w innych albumowych podsumowaniach roku. Jak by ich nie ugryźć, Outfit brzmią tu jak intelektualni romantycy-outsiderzy, w pewien sposób staroświeccy i na pierwszy rzut oka średnio pasjonujący. Z jednej strony gitar słychać u nich tyle, co kot napłakał, z drugiej można ulec wrażeniu, że słuchamy Hot Chip nie do tańczenia. A jednak druga płyta grupy z Liverpoolu to pozycja bezdyskusyjnie warta uwagi. Przewidziana na sesje uważne i cierpliwe, odwdzięczająca się wieloma pięknymi momentami. Zadziwia lekkość z jaką Thomas Gorton i spółka serwują swoje art-popowe piosenki (zwłaszcza „Smart Thing”) oraz subtelność w przekazywaniu emocji (kapitalne „Happy Birthday”). Błyskotliwe, klawiszowe motywy objawiają się średnio w co drugim utworze („Framed”, długa linia synthów w „Swam Out”), a od całkowitego odpłynięcia w rozmarzone new romantic powstrzymuje ich chyba tylko wybitna samodyscyplina, która zostaje zresztą ciut nagięta przy instrumentalnym „Wind Or Vertigo”.  



Delikatność i dbałość – to dwa słowa, którymi w największym stopniu można określić warstwę muzyczną drugiego albumu zespołu Foxing. „Dealer” w porównaniu do swego maniakalnie intensywnego poprzednika jest krążkiem spokojniejszym i mniej efektownym, a przy tym dużo smutniejszym. Kruchość piosenek Conora Murphy’ego ewidentnie zauważalna już na „The Albatross”, choć skutecznie przysłaniana gwałtownymi momentami tutaj staje się kompletnie ogołocona i na wskroś widoczna. Da się ją poczuć w wypielęgnowanych, wiodących melodiach, ale także tych najbardziej niepozornych fragmentach aranży: chórkach, skrzypcowych, czy fortepianowych partiach. Nawet jeśli w kluczowym dla tej płyty „The Magdalene” Conor podnosi głos, to kiedy go znów ścisza do falsetu, czuć w tym jakby większą winę, co wydaje się najzupełniej zasadne biorąc pod uwagę motywowane wiarą wątpliwości przewijające się w tekście. Murphy wypada ujmująco w swym rozpamiętywaniu przeszłości („Glass Coughs”) i naznaczonym strachem zaklinaniu przyszłości („Night Channels”). Styl kapeli wywodzący się z midwest-emo oraz post-rocka nie zanika, a jedynie przeobraża się w coś znacznie subtelniejszego. W „Laundered” elegancka trąbka a la „The Summer Ends” American Football wraz z wokalnymi harmoniami i onirycznymi klawiszami znacząco wpływa na klasę utworu. Przerażliwie ponura tematycznie „Indica” autorstwa basisty pobrzmiewa zaś przez chwilę marszową perkusją rodem z jakiegoś numeru Explosions In The Sky. O ile „Dealer” mieści się w ramach swego macierzystego gatunku i jawi się płytą bez wątpienia potężnie emocjonalną, to warto przy tym zaryzykować twierdzenie, że emocjonalność w emo być może jeszcze nigdy nie była tak dojrzała.