piątek, 29 kwietnia 2016

2010-2014: punk & emo (piosenki) - miejsca 101-91





















We wszystkich poprzednich półdekadach, a zwłaszcza w tej obejmującej lata 2000-2004 grupa Matta Skiby i Dana Andriano zajmowałaby znacznie zaszczytniejsze miejsca piosenkowego rankingu. W ostatnim czasie Alkaline Trio nie urzekli nas niestety aż tak olśniewającymi płytami, a co za tym idzie godnych zapamiętania numerów zaliczyli najwyżej kilka. Niesprawiedliwe byłoby jednakże pominięcie „The American Scream” oddającego meritum ich makabryczno-romantycznego stylu. Utworu naszpikowanego cmentarzami, kałużami krwi czy posępnymi dębami, w którym tradycyjnie błąka się gdzieś nierozerwalny motyw miłosny. Gładki mariaż opowiadania grozy i pop rockowego kawałka. 

Alkaline Trio - She Lied To The FBI 
The Lawrence Arms - You Are Here



W ciągu siedemdziesięciu dwóch sekund utworu rozpoczynającego album “The Other Side Of Darkness” Night Birds stają się rekordzistami świata w unikaniu pop punkowej generyczności. Nawet jeśli „Demon Haunted World” można uznać za jawne uderzenie w styl bardziej hardcore’owego Screeching Weasel, to witalność i świeżość utwór zawdzięcza już tylko unikalnej inwencji swoich twórców. Złowrogie, mroczniejsze gitary, tnąca piosenkę na pół surf-punkowa solówka i tekst zdradzający zainteresowanie tematyką horroru/science-fiction sprawiają, że tym zabójczo krótkim wycinkiem swej twórczości młodzi dżentelmeni z New Jersey i Nowego Jorku pozostawiają w słuchaczu poczucie zaintrygowania. 

Night Birds - Born Of Man And Woman 
The Dopamines - Public Domain    



“Aphorisms” zawiera większość najsilniejszych atutów współczesnego amerykańskiego punk rocka. Pasję szorstkiego śpiewania o uczuciach, niezły tekst traktujący o czymś istotnym, melodyjne partie gitar i centralny moment, w którym emocje znajdują swoje ujście. Naturalny efekt zasłuchania w płytach Jawbreakera i The Lawrence Arms. 


Elway - Whispers In A Shot Glass
Nothington - Captive Audience



W muzyce punk rockowej na przestrzeni dekad nie zmienia się wiele ponad to, w jaki sposób i z jakiego powodu punkowi muzycy wyrażają swoje fuck, fuck you lub fuck off. Will Wagner w "Surrey Dive" raczy nas co prawda żywymi partiami wokalnymi, a grupa odgrywa ekstatyczny riff i kapitalną, zbyt krótką solówkę na koniec, ale rozładowanie skumulowanego napięcia i zarazem najistotniejszy moment w całym numerze następuje właśnie poprzez potężne:  So why don't you FUCK OFF stop bringing hate into our lives? Tą klasyczną dla gatunku metodą The Smith Street Band rozbijają na kawałeczki zarysowaną w tekście frustrację związaną z brakiem bezpieczeństwa w miejscach, w których chciałoby się czuć jak w domu. Kontekst czyni zaś tak użyty wulgaryzm narzędziem ekspresji całkowicie dopuszczalnym i zrozumiałym. 

The Smith Street Band - When I Was A Boy I Thought I Was A Fish 
Will Wagner - Laika



Słuchając „St. Kathleen” za każdym razem przekonuję się jak nieodżałowaną kapelą w swojej kategorii wagowej byli The Measure (SA). Zauważalna tu wyraźnie smykałka do piosenek, zręczne kreślenie hooków oraz wdzięczne rozkładanie wokali przypominały, że pop w pop punku ma swoje uzasadnienie i w ramach tej nie zawsze rozumianej fuzji nie funkcjonuje bynajmniej na zasadzie przypadku.   

The Measure (SA) - Cynical At Best 
Worriers - Past Life



Po zakończeniu działalności przez Algernon Cadwallader grupa This Town Needs Guns na placu boju melodyjnego math-rocka pozostała w zasadzie bez konkurencji. Co więcej, po rezygnacji Crash Of Rhinos zespół z Oxfordshire może być także uznawany obecnie za najbardziej poważaną kapelę grającą emo w Zjednoczonym Królestwie. Ich „Adventure, Stamina & Anger” to taki trochę muzyczny odpowiednik rogalika z nadzieniem. Pod warstwą złożoną z frapującej kombinacji akordów kryje się w nim urocza historia o miłości i relacjach. Aspekt techniczny gładko daje się pogodzić z romantycznym. Konstrukcyjna matematyczność z totalnym wyczuciem i wokalną wrażliwością. 

This Town Needs Guns - Cat Fantastic 
Tangled Hair - I'm Calmer Than You Are



Pierwotne zespoły emo bywały często projektami chwilowymi, momentami gwałtownego uczucia, które wybuchało nagle po czym wypalało się i bezpowrotnie znikało. Także w tym tkwiła ich czystość i prawdziwość, bo czegoś autentycznie wyjątkowego nie da się przecież na dobrą sprawę powtarzać. W taki scenariusz krótkiej aczkolwiek maksymalnie burzliwej egzystencji wydają się dziś znakomicie wpisywać kolejne kapele, w których ważną rolę odgrywał Jack Senff. Zarówno Merchant Ships jak i William Bonney istniały ledwie po 2-3 lata, ale to wystarczyło, aby EP’ki nagrane przez te grupy uznano za kultowe dla najnowszych dziejów gatunku. „Leather Empire” jest wypisz-wymaluj old-schoolowym emo/screamo wypełnionym przejmującymi partiami gitarowymi, dramatycznymi wokalami i gorzko-beznadziejnym tekstem. Senff wykonuje tu szczerze imponującą, poetycką robotę. Od zadumanych pierwszych linijek, przez kolejne coraz bardziej nasycone wrzaskiem/lamentem/cierpkim, ale dogłębnym przeżywaniem. Lider grupy jakby doskonale orientuje się, że zwyczajnie MUSI wziąć na swe barki większą część ciężaru. Oddać smutną ulotność sytuacji, jaką opisuje w sposób pełny, stuprocentowy. I gdyby ktoś jeszcze wątpił, owszem, udaje mu się to. 

William Bonney - Drug Lord 
Park Jefferson - Monuments



Obrazki na albumach Empire! Empire! (I Was A Lonely Estate) z dużym powodzeniem oddają klimat ciepłych utworów duetu z Michigan. Słuchając „A Keepsake” nie trudno przenieść nastrój okładki albumu „You Will Eventually Be Forgotten” na muzykę i wyobrazić sobie jak wieczorne przeglądanie zdjęć w pustym pokoju wskrzesza utrwalone w pamięci historie z przeszłości. When I was eight or nine, I took a trip up north with my brother, my father, and my uncle - śpiewa we wstępie Keith Latinen głosem dziecięcym i łamliwym. W tym momencie stajemy się nim, tym chłopcem i tym kimś z klaserem w dłoniach, a melodie (w stylu Mineral) przejmują rolę nocy za oknem. Perfekcyjnie została tu wyważona chwila, w której ich apogeum łączy się z wejściem drugiego wokalu. Duetów w emo nie było chyba za wiele. Tymczasem ten tutaj, stanowiący połączenie sił wokalisty Empire! Empire! i Boba Nanny z Braid śmiało można nazwać pokoleniowym. Lider czołowej formacji midwest-emo drugiej połowy lat 90. spotyka się tu z grupą broniąca honoru gatunku 10-15 lat później i jest to bez wątpienia spotkanie na szczycie. Featuringowi Nanny niczego nie brak, podobnie zresztą jak przypominającemu tym razem American Football trąbkowemu zwieńczeniu urzekającej kompozycji. Intymna magia doznawania w czterech ścianach. 

Empire! Empire! (I Was A Lonely Estate) - I Would Have Stolen You A Whole Orchestra 
Brave Bird - Scared Enough



Charakterystyczna w utworze Tigers Jaw atmosfera stworzona przez klawisze Brianny Collins i gitarę Bena Walsha, a nawet tekst, w którym przewija się postać egoistycznego kochanka, mogą przypominać o czymś, czego muzycznego przywoływania jak dotąd nikt się chyba nie podjął. „Charmer” brzmi bowiem niczym kompozycja nieco w stylu balladowego Cursive z czasów „The Ugly Organ”, zmierzająca niemal ku byciu następczynią „The Recluse”. Jest to w rezultacie tkany misternie za pomocą melodii mały majstersztyk, elegancko, nie przesadnie długo, ale treściwie rozwijający się i dążący do swojego momentu. 

Tigers Jaw - Coil/Recoil 
Pity Sex - Hollow Body



Zmiękczając brzmienie oraz powoli zrywając z punkowymi korzeniami na “The American Slang” The Gaslight Anthem zaczęli proces stopniowego dostosowywania się do przeciętnego rockowego odbiorcy. Refreny i nadprzyrodzone romantyzowanie Briana Fallona nadal pozostawały przy tym jednak na poziomie stosunkowo wysokim. Fragmentami w rodzaju: But I'm a cannonball to a house on fire, And you're slow like motown soul Fallon mógłby się w zasadzie przedstawiać ludziom. Mocną stroną “The Spirit Of Jazz” jest także swoboda - łatwość z jaką Brian wyrzuca słowa i sposób, w jaki zespół trzyma rękę na pulsie. Mamy ponadto w „The Spirit Of Jazz” zawsze wyczekiwane na wysokości 2:40 niedopowiedzenie, gdzie po: not another soul could love you like my... następują wymowne trzy perkusyjne uderzenia. Jeden z tych szczegółów, w których tkwi podobno diabeł. 

The Gaslight Anthem - Bring It On  
The Horrible Crowes - Lady Killer



Pozbawiony generycznego szybkiego tempa, szorstko-melodyjny „A Serious House...” jest utworem odgrywającym na „The Constant One” rolę nietypowej ballady. Nietypowej, bo zaśpiewanie dziewczynie: you had a heart of gold, I know because I fucking sold it byłoby raczej ryzykowne. Pomimo kosmatej powierzchowności panowie z Iron Chic doskonale wpisują się w kategorię brodaczy przejawiających wrażliwość na swój sposób. Pop punkowców nowej generacji, odnajdujących styl pomiędzy gruboskórnym wokalem i wplataniem fucków, a wymyślaniem sprytnych wersów pokroju: Stare at the moon and cherish the feeling, Eat my words and choke on the meanings. 

Iron Chic - Every Town Has An Elm Street 
Banner Pilot - Alchemy 

miejsca 90-81

2010-2014: punk & emo (piosenki) - wstęp



















Dlaczego punk & emo i co to właściwie znaczy? Obszar gatunkowy, którego dotyczy niniejsze podsumowanie wyznaczyłem sobie w dużej mierze instynktownie w oparciu o pewną część amerykańskiej sceny muzycznej, obejmującą niekiedy stylistyki mocno odmienne, choć nieprzypadkowo ze sobą powiązane. „Amerykański punk” kojarzy się dziś z kapelami grającymi muzykę o różnej skali agresywności. Przywodzi na myśl głównie odmiany takie, jak melodic hardcore, hardcore punk czy pop punk, ale też wiele innych hybryd bardzo często przechodzących w post-hardcore lub też właśnie wspomniane w tytule emo. 

Zarówno emo, jak i post-hardcore wywodzą się z czystego amerykańskiego punk rocka i pomimo przeróżnych ewolucji, modyfikacji oraz kolejnych „fal”, nierzadko zmieniających oblicza tych stylistyk zupełnie nie do poznania, cały czas krążą wokół jego rdzenia. Głęboko zakorzenione w hc punku były pierwotne, podziemne emo i emocore [1] ze środka oraz drugiej połowy lat 80. (Rites Of Spring, Moss Icon). Na początku kolejnej dekady u zespołów emo, nawet tych stosunkowo agresywnych, coraz silniej dało się zauważyć, zainicjowaną chwilę wcześniej przez Moss Icon, skłonność ku zniewalającym melodiom (Still Life, Hoover, Split Lip), aż w końcu stylistyka została na dobre przejęta przez nastrojowego indie rocka (Sunny Day Real Estate, Mineral, Christie Front Drive), a nawet dokonała ożenku z pop rockiem (The Get Up Kids, Jimmy Eat World). W ciągu tych dwóch dekad kombinacje bywały jednak przeróżne. Nie istniała konieczność ścisłego uprawiania gatunku o takich czy innych cechach, stąd naliczyć dało się mnóstwo grup „emo punkowych”, punk rockowych z elementami emo, emo/post-hardcore’owych albo grających coś nieokreślonego między emo, emocore’em, indie rockiem, post-hc i punkiem. Za przykład niech posłużą choćby takie nazwy jak: Samiam, Dag Nasty, Jawbreaker, Fugazi, Cap’n Jazz, Texas Is The Reason, At The Drive-In czy Lifetime. W przypadku sceny, gdzie wpływy wszystkich tych stylistyk nawzajem się przenikały, na której kapele punk rockowe i pop punkowe koncertowały wraz z zespołami emo oraz wydawały płyty w tych samych wytwórniach, związek pomiędzy punkiem a emo wydawał się nierozerwalny.

















Po kiepskiej dla emo dekadzie 2000-2009, kiedy można było odnieść wrażenie, że ostatecznie zanikła jakakolwiek nić łącząca ten gatunek z jego wstępną, a nawet tą nieco późniejszą wersją, niespodziewanie nastąpiło odrodzenie, w jakimś stopniu przywracające na mapę kolorową sytuację z lat 90. Dziś możemy mówić o licznych reprezentantach nastrojowego midwest emo (Empire! Empire! I Was a Lonely Estate, Joie De Vivre), grupach zakochanych w emo old-schoolowym (Human Hands), tabunach ekip trudniących się rozpaczliwym screamo (Raein), indie rockowych i pop rockowych mieszańcach (The Hotelier, Modern Baseball), emo-math rockowcach (The Brave Little Abacus, This Town Needs Guns) czy też ambitnych kapelach usiłujących wyprowadzić stylistykę na nowe tory (The World Is a Beautiful Place And I Am No Longer Afraid To Die, Foxing). Podobnie jak dawniej, koneksje z graniem punkowym i sceną „nowego punka” są w ich przypadku ogromne. Jeżeli wśród zespołów obracających się w wyżej wypisanych podszufladkach wymienilibyśmy przykładowo również Joyce Manor, Polar Bear Club, The Menzingers lub Title Fight, nikt nie zauważyłby w tym niczego niestosownego. Znamienny wydaje się chociażby fakt, że w wytwórni Epitaph Records, która zasłynęła swojego czasu jako kultowa oficyna wydająca artystów z kręgu punk rocka i melodic punku obok klasycznych reprezentantów w rodzaju Bad Religion, Rancida, Millencolin, Descendents i The Lawrence Arms, znajdzie się aktualnie miejsce także dla nowego emo The World Is A Beautiful Place... czy mniej lub bardziej poruszających się wokół tej „orbity” The Sidekicks i Pianos Become The Teeth.

Wiadomo już więc dlaczego w tytule mojego rankingu widnieje napis punk & emo. Określenie „nowe emo” odnosi się oczywiście do odrodzenia gatunku po roku 2010. W tym miejscu wypadałoby jednak jeszcze nadmienić co mam na myśli pisząc, „nowy punk”?











Tutaj znów można mówić o sporej umowności. Amerykański „nowy punk” rozpoczyna się dla mnie w okolicach lat 2006-2007, czyli już krótką chwilę przed okresem, jaki obejmuje podsumowanie. Jego narodziny to moment wydania EP’ki „The Redder, The Better” Polar Bear Club (2006) lub albumu „Sink Or Swim” The Gaslight Anthem (2007). Teorię, że coś się “święci” mogli ponadto potwierdzać inni debiutanci tacy, jak: Off With Their Heads, O Pioneers!!!, The Loved Ones i The Riot Before oraz  młode zespoły prezentujące w tym okresie swoje kolejne albumy: Bomb The Music Industry!, The Flatliners, Andrew Jackson Jihad czy Defiance, Ohio. Kluczowymi jawią się w tym przypadku pytania, na czym polegała ich nowość, czym się te kapele różniły od grup punk rockowych z poprzednich lat i jaki był ich wspólny mianownik?     

Wszystkie te kwestie można w zasadzie ująć za jednym zamachem. U wielu z wymienionych przeze mnie wyżej grup słyszalne były wpływy tych samych zespołów i stylistyk muzycznych, niewykorzystywane wcześniej na tak dużą skalę. Najbardziej inspirującą punk rockową kapelą całej dekady stali się bez wątpienia Hot Water Music, a zaraz za nimi Lifetime, The Lawrence Arms, Latterman oraz Against Me!. Zespoły te w sporym stopniu pomogły skonstruować cechy i styl nowopunkowych grup, których utwory często odznaczały się zarówno wyrazistą melodyjnością, jak i zauważalnie szorstkim charakterem. Wokalami krzykliwymi lub głośnymi i entuzjastycznymi.



Klasycznej szkole specyficznego „wyciskania” melodyjności i kreowania intrygujących dysonansów HWM przypatrywano się co prawda pod względem instrumentalnym, ale elementem z jakiego zaczęto korzystać wręcz garściami były przede wszystkim wokale duetu Chuck Ragan/ Chris Wollard. Przykładowo Jimmy Stadt z Polar Bear Club zręcznie manewrował pomiędzy zaczerpniętymi od nich typowymi „rykami” a znacznie delikatniejszym śpiewem. [2] Zespół O Pioneers!!! w swych poczynaniach wokalnych HWM praktycznie kopiował. Wpływy te były błyskawicznie rozpoznawalne także u wrzaskliwych The Flatliners, a kilka lat później choćby u Title Fight. Castevet inkorporowali zaś tego rodzaju wokale do konstrukcji post-rockowych. Krzykliwy szorstko-melodyjny punk rock i pop punk określano czasem także jako orgcore. [3] Jeżeli ochrypłe głosy jakimś cudem nie przypominały wokalistów grupy z Florydy, to z pewnością musiały się kojarzyć z Brendanem Kelly, czyli liderem The Lawrence Arms. [4]    

Część zespołów w tamtym okresie chętnie sięgała po wpływy folku, bluesa, heartland rocka i country. Folk punkowi i punk bluesowi w bardzo różny od siebie sposób byli O Pioneers!!! [5], Andrew Jackson Jihad i Defiance, Ohio. The Riot Before i The Gaslight Anthem w największym stopniu upodobali sobie przy tym muzyczne “południe”. Nie jest tajemnicą, że w przypadku drugiej z tych kapel od zawsze mówiło się o naśladowaniu Bruce’a Springsteena. „Gazlajci” jak przystało na czołowego przedstawiciela „ruchu” nie byli jednak wyłącznie prostą wypadkową chropowatego punk rocka Hot Water Music czy Against Me! [6] i punkowo-country’owego Social Distortion [7] z romantycznym oddechem „Bossa”, a kapelą o własnej, wyjątkowej tożsamości i inteligencji, pozostawiającą większość kolegów daleko w tyle.














Za najbardziej charyzmatyczną cechę wielu punkowych kapel z lat 2006-2010, a nawet i dalej: 2006-2014 należy natomiast uznać skłonność do potężnych, zbiorowych gang-wokali, wykrzykiwanych wspólnie „braterskich deklaracji”, do jakich słabość mieli zarówno reprezentanci melodyjnego punk rocka/orgcore’u, jak również folk punku, emo, post-hc i ska punka. Przykłady z lat ostatnich mógłbym mnożyć, ale te najważniejsze zawarłem już w samych opisach piosenek. Za jedną, szczególną egzemplifikację niech posłuży końcówka utworu „We’re Getting A Divorce, You Keep The Dinner” z 2007 r. wielokrotnie wspominanego już The Gaslight Anthem.  

Jak już wspomniałem, tendencja utrzymywała się także w kolejnych latach. Ważne albumy w kategorii ostrzejszego pop/melodic punku nagrali w 2010 r. The Menzingers i w 2011 Joyce Manor. Dużym echem, nie tylko na scenie punk rockowej, obił się „The Monitor” autorstwa Titus Andronicus (2010). Kolejne istotne pozycje wydawali Bomb The Music Industry! i The Wonder Years. Obydwie kapele poza warstwą muzyczną zwracały uwagę również za sprawą dojrzałych tekstów piosenek. Jeff Rosenstock i Dan „Soupy” Campbell doskonale wpisywali się w wizerunek nowego punkowego tekściarza, auto-refleksyjnego, wyjątkowo świadomego niedoskonałości swoich poczynań, skupionego na sferze emocjonalnej, ale nie tylko na problemach natury uczuciowej. Dla nowopunkowego kompozytora/wokalisty ciekawsze od walki z systemem i komentowania spraw społeczno-politycznych stało się śpiewanie o życiowych zawodach i różnego rodzaju porażkach. Nawet jeżeli gdzieniegdzie pojawiało się jeszcze hasło „No Future”, to dotyczyło ono już czegoś zupełnie innego niż dawniej.  













Podsumowując, selekcja utworów w zestawieniu opiera się o przynależność do zataczającej szerokie kręgi amerykańskiej sceny okołopunkowej.  Nie oznacza to jednak, że wziąłem pod uwagę wyłącznie zespoły pochodzące z USA. W rankingu znalazło się miejsce także dla kanadyjskich, brytyjskich, szwedzkich, norweskich, japońskich, austriackich i polskich kapel grających emo/punk/post-hc. Bardziej bowiem niż o podział geograficzny chodzi tu o ujęcie pewnych stylistyk kojarzonych ze Stanami Zjednoczonymi, ale z powodzeniem uprawianych także w innych miejscach świata.

„Przesiew” w dalszej kolejności opierał się naturalnie o nic innego, jak tylko mój osobisty gust. Wyłącznie na własne sympatie i subiektywne poczucie „ważności” da się zrzucić dobór piosenek oraz przyznanie im wyższych lub niższych pozycji. Także o tym, że w podsumowaniu znalazło się, być może, więcej propozycji stosunkowo lekkich i melodyjnych niż ostrych i ekstremalnych zadecydowały własne preferencje i hierarchie wartości. Jeżeli więc ktoś stwierdzi, iż zabrakło tu czegoś ważnego, albo że proporcje między podgatunkami są zachwiane, to w kontekście „obiektywności” rankingu zapewne będzie miał rację. Z góry zaznaczam jednak, iż żadne silenie się na obiektywność nie było w tym przypadku moim celem. 

miejsca 101-91  




[1] Do dziś nie można mówić o jednoznaczym rozstrzygnięciu czy słowa emo i emocore oznaczają w istocie coś innego, czy są to jednak pojęcia synonimiczne, a emo to po prostu skrót od emocore’a? Osobiście przychylam się jednak do rozróżnienia obydwu określeń i przyjęcia dość przekonującej wersji Andy’ego Radina  z Funeral Diner, który pisał o tym na swojej stronie Fourfa.com: http://www.fourfa.com/styles/index.htm. Tekst został również przetłumaczony na język polski i umieszczony na witrynie Lemon Tree:  http://www.lemon-tree.host.sk/emoforma.htm. Na tej podstawie możemy mówić o emo jako pojęciu szerszym, skupiającym kilka podgatunków, jak i węższym, będącym w zasadzie jednym z nich. A więc emo  w sensie szerszym zawierałoby zarówno emo, emocore, midwest emo i hardcore emo, a emo w sensie węższym byłoby konkretną podstylistyką reprezentowaną przez grupy takie, jak Navio Forge, Julia, Hoover, Still Life oraz częściowo Moss Icon. Kapele grające emo różniłyby się od zespołów uprawiających emocore dynamiką, tempem grania i sposobami wyrazu. Emo jest w takim przypadku wolniejsze, mniej punk rockowe, zwykle agresywniejsze wokalnie, ale też skłonniejsze do ładnych melodii. Emocore to zaś w zasadzie „naładowany emocjonalnie punk rock”.

[2] https://web.archive.org/web/20071215124513/http://luchadorrecords.bigcartel.com:80/product/the-redder-the-better EP’kę „The Redder, The Better” określano na stronie Luchador Records jako “melodyjny, emocjonalny punk rock mający zapełnić lukę po rozpadzie Hot Water Music i Small Brown Bike”.


[4]
Inny, często pojawiający się w twórczości nowych zespołów, typ śpiewania stanowił wokal a la Ari Katz z Lifetime. Ten w przeciwieństwie do duetu Ragan/ Wollard całkowicie pozbawiony był jednak agresywnego „żwiru”, charakteryzował się stuprocentową melodyjnością i dość rozpoznawalną manierą.  Ślady tejże inspiracji, zwłaszcza po 2010 r. słychać było na przykład u Grown Ups, Late Nite Wars czy You Blew It!.

[5] Na ich album „Black Mambas” z 2006 r. składały się utwory oparte o folk punkowe aranżacje i wokale żywcem wyjęte z piosenek Hot Water Music. 

[6] Przykładowo recenzent Punknews.org wskazywał na bardzo czytelne podobieństwo „Boomboxes And Dictionaries” - kawałka rozpoczynającego płytę „Sink Or Swim” do utworu „Sink, Florida, Sink” grupy Toma Gabela. https://www.punknews.org/review/6355/the-gaslight-anthem-sink-or-swim

[7] Tom Breihan z Pitchforka w recenzji ich kolejnej płyty, „The ’59 Sound”,  zwrócił uwagę na przynależność TGA do grupy punkowych kapel starego typu takich, jak wspomniani Social Distortion, The Bouncing Souls i Alkaline Trio. Opisywał je zaś następująco:  These are the bands who sing in full-throated groan-man bellows, who unironically cover old country songs, who heroically keep the hair-grease industry afloat. http://pitchfork.com/reviews/albums/12454-the-59-sound/

wtorek, 22 marca 2016

Robyn Hitchcock & The Egyptians - Heaven (1985)













8

W „Heaven” udały się Robynowi Hitchcockowi co najmniej trzy rzeczy. Napisanie doskonałej neo-psychodelicznej piosenki z niezaprzeczalnym przebojowym zacięciem. Gładkie wpasowanie jej w aurę modnego grania połowy lat 80. (new wave/jangle-pop). I po trzecie, może nie najważniejsze, ale bardzo istotne – dopełnienie kompozycji sympatycznie dwuznacznym tekstem, oddającym trochę romantyczne uwielbienie, a po części i cielesną fascynację.  You've got arms, And you've got legs, And you've got heaven. Nie ulega wątpliwości, że w pierwszym singlu wydanym z The Egyptians linijki śpiewane przez Londyńczyka stały się orężem równie skutecznym, co urocze klawisze towarzyszące zwrotkom i triumfalnie wyprowadzony refren.

czwartek, 10 marca 2016

Elvis Costello & The Attractions - Everyday I Write The Book (1983)











9

Pierwszy hit Elvisa Costello w Stanach Zjednoczonych powstał według pomysłu wymyślenia piosenki bardzo prostej, na której napisanie brytyjski muzyk wyznaczył sobie zaledwie dziesięć minut. Tak stworzonej kompozycji lider The Attractions miał następnie przypisać pewne znaczenie. Przy nadawaniu „Everyday I Write The Book” ostatecznego kształtu, zgodnie z planem, udało się utworu zbytnio nie skomplikować, uzbroić go w bystry tekst oraz zmieścić w nim maksimum piosenkopisarskiego intelektu.

W singlu z „Punch The Clock” ujmuje nie tyle prostota, co raczej niezwykła lekkość. Każda część składowa kawałka jest chwytliwa, ale w sposób wyjątkowo subtelny. Zakochanym pop-soulowym zwrotkom towarzyszą linijki o etapach miłosnej relacji i pisaniu kolejnych rozdziałów książki zarazem. Porównania, jakimi zarzuca nas Costello wywołują szczery uśmiech, dwuzdaniowy refren brzmi zaś wyśmienicie głównie dzięki temu jak zostaje wyartykułowany.  

Gładko wpasowują się w tę konstrukcję delikatne klawisze i dziewczęce chórki powtarzające za Elvisem poszczególne frazy. Hooki wydają się wpadać w ręce zespołu z naturalną swobodą. Przyzwoite pozycje na listach przebojów w 1983 roku nie dziwią zważywszy na fakt, że ta piosenka słucha się właściwie sama. 

piątek, 4 marca 2016

The Waterboys - A Girl Called Johnny (1983)












Bohaterką tekstu „A Girl Called Johnny” jest matka chrzestna punk rocka Patti Smith. Główną rolę w warstwie muzycznej utworu odgrywa zaś saksofon tenorowy. Choć na niesamowity wieczorny nastrój kompozycji niewątpliwy wpływ mają również pianino, wokal Mike’a Scotta oraz perkusyjno-tamburynowa rytmika, kluczowym opowiadającym okazuje się właśnie instrument dęty, dzierżony przebojowo przez Anthony’ego Thistlethwaite’a. Muzyka, którego Scott zaprosił do współpracy po usłyszeniu solówki, jaką ten zagrał chwilę wcześniej w numerze Nikkiego Suddena (Swell Maps) zatytułowanym "Johnny Smiled Slowly".

Za każdym razem, kiedy przysłuchuję się uważnie pierwszej części piosenki, odnoszę wrażenie, że wszystkie te pozostałe elementy nieprzypadkowo mają jedynie (znakomicie) zapowiadać hook wygrywany przez multiinstrumentalistę The Waterboys. Torować mu drogę, po czym na zmianę taktownie ustępować miejsca lub też wdzięcznie towarzyszyć. Fakt ten nie powinien zresztą dziwić przy świadomości, iż mamy tu do czynienia z jednym z tych tematów, które poprzez swoje zawodzenie wydają się wiercić dziurę w duszy oraz rozdzierać na strzępy każdą najgłębszą noc.

Taki był ich singlowy debiut. Zdaniem niektórych, przebity ewentualnie dopiero słynnym „The Whole Of The Moon”, wydanym dwa lata i parę ładnych siedmiocalówek później.