czwartek, 9 lutego 2017

Podsumowanie 2016: albumy 30-21


















Fakt ważny: jak na płytę poniekąd przypadkową, niedopieszczoną i nieco spontanicznie wydaną “untitled un-mastered” prezentuje poziom niezwykle wysoki. Fakt ważniejszy: „untitled unmastered” to również  arcymocny album tak po prostu, bez żadnego „jak na...”. Tym razem Kendrick poczęstował odbiorców czymś mniej spektakularnym, a za to bardziej autentycznym niż „To Pimp A Butterfly”. Wśród kawałków z „un-titled...” poza wybijającym się, nie-przypadkowo singlowym „Levitate” największe wrażenie robi na mnie skąpana w jazzie „piątka”, gęsta jak sos „dwójka”, łagodny neo-soulowy numer sześć oraz „Untitled 01”, w który Lamar wjeżdża ze swoim rapem z podobną radującą ucho bezwzględnością, co w „jedynce” z głośnej poprzedniczki.



Z cyklu synthpop i tech-house po północy, “Big Black Coat” cieszących się niesłabnącym poważaniem panów z Junior Boys to płyta zmysłowa, pociągająca i przebojowa w sposób subtelny. Nie wiem, czy jest na piątym albumie Kanadyjczyków choćby jeden utwór, w którym nie pada słowo baby, ale ilekroć się ono pojawia mamy do czynienia z kawałkami namiętnie iskrzącymi. Gdziekolwiek by się nie zatrzymać słyszymy zresztą piosenki brzmieniowo i produkcyjnie absorbujące, numery wywiązujące się przede wszystkim z dwóch ról: tanecznego nakręcania oraz budowania nastroju dla upojnych wieczorów. Greenspan i Didemus jakby trochę mniej odnajdują się na tym krążku jako sypialniani wrażliwcy, a bardziej jako wyrafinowani eightiesowi kusiciele. Tak długo, jak nikomu nie wychodzi to na złe, „Duży Czarny Płaszcz” wydaje się pasować im jak ulał. 



Gdyby było to podsumowanie albumów zawierających największe stężenie ka-pitalnych muzycznych tematów na minutę, „Niechęć” bezkonkurencyjnie zajmo-wałaby w nim pierwsze miejsce. Kreatywnie jest tu zwłaszcza pod względem saksofonowych, dłuższych i krótszych fragmentów, świadczących najwyraźniej o tym, że pomysłowość Macieja Zwierzchowskiego jawi się przysłowiową studnią bez dna. Ta śmiertelnie istotna część fenomenu drugiej płyty warszawskiej grupy w pełni nie oddaje jednak należnej sprawiedliwości. W stopniu z pewnością nie mniejszym składają się na niego również krwiste sekwencje dźwięków generowanych przez gitary, sekcję rytmiczną, fortepian wiolonczelę czy instrumenty elektroniczne. Materiał ten wypada całościowo na tyle równo, że przy wyborze własnych faworytów można przebierać, a wskazanie którejkolwiek z ośmiu kompozycji nie będzie zaskoczeniem. Osobiście skłaniam się ku rozpoczynającemu, o z grozo, „Końcowi”, w którym zespół sypie świetnymi motywami jak z rękawa, intensywnie jazz-rockowej ścieżce zatytułowanej „Atak” i urzekającemu klawiszową melodią z wyimaginowanego filmu „Widzeniu”.     



Niezależnie od tego, czy w piosence podejmowany jest temat poważny czy nieco lżejszy Anderson .Paak na całej rozciągłości „Malibu” zachowuje ciepłą i przyjazną wibrację. Soul właściwie równoważy tu hip hop, a wraz z r&b spokojnie go zdominowuje. Tworzenie czegoś „feel good” nie oznacza w przypadku drugiego albumu Ka-lifornijczyka banału, a przeciwnie, okazuje się łatwe do pogodzenia z treścią i nieprzeciętną muzykalnością artysty. Wyśmienite hity: „Put Me Thru”, „Am I Wrong” czy „Lite Weight” sąsiadują z bardziej rozbudowanymi kompozycjami, długa godzina materiału okazuje się mocno zajmująca, a rozmiar satysfakcji wprost do niej proporcjonalny.  



Gdyby w okolicy 1998 roku Isaac Brock, Doug Martsch i Conor Oberst spotkali się, by nagrać płytę w stylistyce emo/post-hardcore brzmiałaby ona pewnie tak, jak „Rot Forever”. Grupa z Portland udokumentowała materiał bazujący na czystym żywiole emocji, żarliwej i nieokiełznanej energii oraz równie pokaźnej dawce starannie zdobiących każdą część składową melodii. Można wręcz odnieść wrażenie, że Sioux Falls rejestrowali ten długi, 72-minutowy krążek jednym tchem, w ramach wypełnionej ekstatycznymi porywami i wrażliwymi zjazdami wybitnie natchnionej sesji. Nawet jeśli dałoby się stąd coś wyciąć, to lepiej chyba, że debiut kapeli zaistniał ostatecznie w takim, a nie innym kształcie. Całą tę niedbałość, góry i doły, wzloty i upadki wliczyć należy bowiem w bilans zysków i strat. Ogół stanów odzwierciedlających rozmiar pasji i niepokorności młodego zespołu na istotnym etapie obranej drogi.



Piosenki na „Crab Day” nie zarzucając słuchacza ani gramem zbędnego ciężaru brzmią niczym rezultat nieskrępowanej, dziecięcej zabawy, w której nadal najzupełniej wyrazisty i słyszalny pozostaje naturalny artyzm autorki. W tych szalenie zgrabnych kompozycjach spoczywa ogrom art-popowo-post-punkowej wirtuozerii. Utwory sprawiają wrażenie krótszych niż są w rzeczywistości, mijają szybko, ale zawsze dają się przy tym nacieszyć jakimś bezbłędnym, miniaturowym hookiem lub kilkoma. Żonglerka treściwymi riffami, melodiami marimby, surrealistycznymi tekstami i nonszalancko modulowanymi liniami wokalnymi staje się tu stylem, którym Walijka trafia, jakżeby inaczej, w przysłowiową dziesiątkę. 



Słuchanie „Feeling Kinda Free” jest jak zwiedzanie miejsca pełnego rzeczy dziwnych i ekscentrycznych, odstra-szających, ale też przyciągających swą intrygującą brzydotą. Mamy tu otoczony wisielczym klimatem (nie humorem) horror „Private Execution”, nienaturalnie powykręcane rytmiczne dziwadło „Taman Shud”, nieoczywistą anty-miłosną balladę „To Think That I Once Loved You” czy też nerwowo rozchwiane „Boredom”. Wszy-stko to składa się na płytę frapującą, rozmaitą, nieszablonową i nienudną. Dojrzały artystycznie, jeden z barwniejszych rockowych albumów minionych dwunastu miesięcy.    



Na “Running Out Of Love” The Radio Dept. ubrali swoje społeczno-polityczne niepokoje w formę nurtujących utworów najeżonych elektroniczną pulsacją, ob-łędnie melodyjnych ładnych piosenek o skandynawskich rysach i kompozycji zabarwionych wpływami brytyjskiego rocka początku lat 90. Na dość zaawansowanym etapie swojej drogi Szwedzi nie zmienili formuły, ale znacząco ją odświeżyli. Złożyli w nasze ręce płytę interesującą samym stylem, ale i silną pod względem poszczególnych kawałków, wśród których można z powodzeniem przebierać, wycinając na własny użytek dowolne pakiety osobistych singli.  


Dowód, że do stworzenia czegoś odświeżającego w indie popie nie trzeba wymyślnych kombinacji stylistycznych, eksperymentów strukturalnych ani silenia się na nowatorstwo. Thao Nguyen i jej kolegom wystarczyły głowy pełne pomysłów odnośnie tworzenia piosenek, kombinowania rytmicznych rozwiązań czy doboru instrumentów nadających in-teresujące brzmienie. Do spółki z energią, luzem i zasilającym utwory powabnym groove'em wystarczyło. Na „A Man Alive” nie ma chwili smętu, wszystko co ważne, mądre i ciekawe podane jest w postaci utworów nośnych i chwytających, nie zawsze tryskających totalną wesołością, bo czasem jednak nieco bardziej refleksyjnych („Guts”, „Millionaire”) lub hipnotycznych („Fool Forever”, „Meticoulous Bird”), ale nigdy nie przynudzających.


Dowsing pozostają w swoim fachu niezawodni. „Okay” przypieczętowuje reputację chłopaków z Chicago jako ekspertów od koledżowego grania, fachowców w kwestii dobrego mło-dzieżowego pop rocka czy też profesorów stylistyki leżącej na skrzyżowaniu pop punka i emo. Przy okazji każdej ich płyty albo nawet piosenki na myśl ciśnie mi się zawsze to samo. Utwory Erika „Huntera” Czai i spółki to miniaturowe odcinki amerykańskich seriali dla nastolatków. Historie uczuciowych rozterek, związków, rozstań i emocji. Opowiedziane dynamicznymi gitarami, studenckim wokalem, garścią niezłych melodii i hymnicznych okrzyków. 

miejsca 50-41

miejsca 40-31

wtorek, 7 lutego 2017

Podsumowanie 2016: albumy 40-31


















W ubiegłym roku wraz z Colinem Stetsonem, tym razem już samodzielnie, Sarah Neufeld dwa lata z rzędu zapracowuje sobie na miejsce w rankingach i podsumowaniach. Mimo, iż Colin udziela się okazjonalnie także na „The Ridge”, nie zmienia to faktu, że płyta pozostaje autorskim dziełem kanadyjskiej skrzypaczki. Drugi krążek artystki można traktować jako pozycję z gatunku post-minimalism/modern classical, ale przez wzgląd na elementy wokalne czy wartką kompozycyjną narrację, odciągające materiał od rejonów awangardowych właściwie też jako nieco oryginalniejszy art pop. Choć najbardziej imponujące są tu nadal smyczkowe eskapady, harmonizujące się z perkusją, basem, lyriconem i syntezatorem, niektórych momentów w „The Glow” nie powstydziłaby się zapewne Liz Harris. Nawet jeśli głos artystki czasem milknie, ustępując miejsca intrygującej pracy instrumentów lub składa się wyłącznie z bezsłownego śpiewu, to w ogólnym rozrachunku właśnie zderzenie eterycznych wokali i osobliwych aranży najczęściej w „The Ridge” przynosi unikalny, chwytający za gardło efekt. 



Czasem, zwłaszcza wieczorem, do szczęścia wystarczy tylko to, co oferuje ta skromna, magiczna płyta. Urokliwy nastrój, wzruszające melodie fortepianu oraz, żeby nie było za ckliwie, trochę zastanawiającej elektroniki. Muzyczne minimum kojące wszelkie nerwy w stopniu maksymalnym.






Na “Paradise” White Lung uwypuklili swoje najbardziej przebojowe oblicze, prezentując słuchaczom płytę brzmiącą niczym zestaw „singli”, ale nie singli takich po prostu, a takich, które tylko oni mogliby nagrać. W większości z nich postawiono na niespożytą energetycznie, ostrą prze-bojowość, czego przykładem ot, choćby pierwsze z brzegu „Dead Weight” – tradycyjne dla grupy gitarowe ma-sakrowanie, bezkompromisowe, nie-owijające w bawełnę wejście. W mniejszości jednak, nieco spuszczono z tonu, zaczerpnięto oddech, czego skutkiem na przykład jedno z lepszych na płycie „Below”, czyli jak to określiła sama Mish Way „Stevie Nicks spotyka Celine Dion ballada”. Utwór, w którym po symbolicznym wypowiedzeniu słów I want to take it all down uraczeni zostajemy refrenem, jak na możliwości tych znanych drapieżców, zaskakująco ułożonym.   



Mariażów jangle popu z nową falą nigdy dosyć prawda? Na ostatniej płycie Sea Pinks po raz milionowy zapewne żenią melodyjne zagrywki, brzęczące gitary i delikatną mgiełkę czegoś mroczniejszego, ale ta powtarzalność nie ma żadnego znaczenia tak długo, jak dzieckiem wyżej wymienionych cech stają się ładne, efektywne piosenki. „Green With Envy”, „Cold Reading” czy „(I Don’t Feel Like) Giving In” to majstersztyki w swojej kategorii. Indie popowe asy w klasycznym, old-schoolowym stylu, wpadające w ucho nieco subtelniej, bez oczywistych hooków, za to z dużą dozą dźwięcznych akordów i basowych linii. Mariażów jangle popu z nową falą nigdy dosyć.



Na „99.9%” Kaytranada wraz z imponującym zestawem gości serwuje relaks o niezliczonej ilości odcieni. Bazą jest tu muzyka klubowa i elektroniczna w swej najłatwiej przyswajalnej, choć jednocześnie całkiem wysublimowanej postaci, instrumentalny hip-hop, synth-funk i masa innych podgatunków dających z siebie wycisnąć hektolitry kreatywnego chillu. Pomysłowości, dbałości o detal i staraniom producenta, żeby nawet na sekundę nie przestawało być kolorowo znakomicie wychodzą naprzeciw wszyscy kolaborujący z nim muzycy. Od niosącego najbardziej popowe czucie Craiga Davida, przez ultra-szybkiego i dynamicznego wokalnie Vica Mensę, po intrygujących dokładaną linią basu panów z BadBadNotGood. 



Po ekscytującym „Now We Can See” kolejne albumy The Thermals przeszły mi jakoś koło nosa lub jak to się mówi, jednym uchem wleciały, a drugim wyleciały. Nie chwyciło „Personal Life”, zapowiedzi „Desperate Ground” nie zainteresowały na tyle, abym w ogóle po krążek sięgał. Sądząc po ocenach przyznanych wydawnictwom tria w kilku miejscach, wrażenia moje oraz wielu słuchaczy i recenzentów okazały się całkiem zgodne. Podobnie ma się rzecz także z tegorocznym „We Disappear”. Nie jest to może spektakularny powrót do najwyższej formy, o niebo lepszy od dwóch poprzednich płyt, ale stwierdzenie, że coś tu wyraźnie drgnęło do przodu nie będzie na pewno przesadzone. Nie oczekujmy, że Thermalsi diametralnie coś w swoim graniu zmienią. Ich energetyczny power popowy indie rock, uprawiany od kilkunastu lat może być lepszy albo gorszy, ale wątpię, by mógł być kiedykolwiek inny. Hutch Harris i spółka, aby wygrywać nie muszą zmieniać, a jedynie dobrze robić swoje. Właśnie ta sztuka udaje się im na „We Disappear” wielokrotnie. Przy „Into The Code”, „The Walls”, „Thinking Of You” czy „In Every Way” przypomina mi się dokładnie to, co czułem latem 2009. Powraca doskonała symbioza wakacyjnego, college-rockowego śpiewania i grania melodii z konkretnym gitarowym przyłożeniem. Zwłaszcza w drugiej części albumu Kanadyjczycy brzmią, jakby złapali długo oczekiwany drugi oddech, odmłodnieli o pół dekady i po długiej gonitwie nareszcie zaczęli doganiać siebie samych.



Weźmy sobie taki zespół jak Tigers Jaw, przefiltrujmy go przez brzmienie i wrażliwość kapel w rodzaju Title Fight albo Nothing, a następnie zastanówmy się, jaki będzie efekt równania? Spiesząc z odpowiedzią, wokalne damsko-męskie dialogi plus shoegaze’owa gitara równa się „White Hot Moon”. Na swoim drugim albumie Pity Sex kupują słuchacza ładnymi, lekko przybrudzonymi pio-senkami, w których rolę motywu przewodniego odgrywa najczęściej tę-sknota lub inny rodzaj gorzko odczuwanego braku. Tu właśnie leży istota tego, co Amerykanie wydają się czuć znakomicie i co potrafią równie dobrze za pomocą dźwięków i tekstów przekazać. Usłyszeć można to w eskapistycznym otwarciu „A Satisfactionary World For Reasonable People”, gdzie znamienna okazuje się powtarzana na koniec linijka: dancing in a dream. W zniewalająco tęsknym, zarówno przez głos Britty Drake, jak i oddające esencję tego stanu słowa zwrotki: I want your summer salty skin, Without yours mine is wearing thin, "Burden You”. Klasycznym, acz wciąż poruszającym zestawieniu relacji miłosnej z końcem lata „September” (The end of summer's heat, you are september to me, Before the autumn leaves, You are my sun and my breeze) albo najsmutniejszym, traktującym o śmierci, ale zarazem najsłodszym spośród całej dwunastki “Plum”.


Może to tylko 25 minut, bardziej pół płyty niż pełnoprawny album, ale przynajmniej wszystko jest tu na swoim miejscu. Nie wiem, czy „Still In A Dream” od początku miał posiadać właśnie taki format, czy może twórcy krążka postanowili spasować w odpowiednim momencie, aby zachować perfekcję i niczego już nie zepsuć jakimś mniej fortunnym ruchem? Fakt, że każdy utwór, licząc od promiennego „Want To Dance”, przez brzmiący niczym idealny singiel z lat 80. „Hummingbird” i instrumentalne „Boardas” po indie popowe specjały „Forget About It” i “Heartbeats” oraz kończące “Still In A Dream”, nie pozostawia swą klasą wątpliwości. Tańczę, odlatuję i śnię. Nie pogniewałbym się gdybym za rok mógł dostać drugie tyle.   


Kompozycje ze swojej ósmej płyty Woods skąpali tym razem w sosie nieco bardziej egzotycznym, ale przy tym i wy-kwintniejszym. „City Sun Eater In The River Of Light” nie jest w żadnym wypadku odcięciem się doświadczonych indie folkowców od dotychczasowego stylu, ale jednocześnie to album, który unika szablonowości jak może i poza śladami americany czy kwaśnej popowej psychodelii wzbogaca tkankę utworów także grubymi warstwami ethio-jazzu oraz odrobiną reggae’owego czucia. Indie-klasyczność zostaje doskonale pogodzona z ambitnym poszukiwaniem, stare i sprawdzone z nowym i wyzywającym. Jeśli ktoś chciałby zjeść ciastko i mieć ciastko, to tutaj ma ku temu świetną okazję.



Szum fal, posępny syntezator, przedzierający się przez pierwsze warstwy dźwięków saksofon, burza, chaotyczne odgłosy i rozwibrowany klawiszowy motyw. Wszystko to już w pierwszym utworze na „Petrol”, streszczającym poniekąd zawartość albumu i będącym zarazem jego najbardziej sugestywnym fragmentem. „Body” to skompresowana demonstracja tego, co czeka nas na trzeciej płycie Anenona. Większość wymienionych w nim wątków  zostaje w dalszej części krążka rozwiniętych, niektóre powracają w bardzo podobnym kształcie, ale w międzyczasie dochodzą i nowe. Umiejętne absorbowanie znajduje swoje przedłużenie w następującej po chwili „Luminie”, nieco odmiennej, proponującej tym razem zapętlony temat, garść pomruków i szmerów oraz wejście bardzo istotnych dla całości skrzypiec. W kompozycji numer 3 mamy już zarówno nerwowy „jazzstep”, syntezatorową chmurę, ale i coś na kształt pospiesznie kreślonej melodii. Na tym spojlerowanie i opowiadanie wypada może skończyć. Nu jazzowo-elektroniczna układanka warta jest doświadczenia na własnej skórze, krok po kroku, ścieżka po ścieżce. Tak dla dekonstrukcjonistów, jak i klimaciarzy. 

miejsca 50-41

poniedziałek, 6 lutego 2017

Podsumowanie 2016: albumy 50-41

Archetypowy dziewczęcy indie rock, urozmaicany elementami punku, power popu czy glam rocka. Przede wszystkim jednak udana pozycja z kategorii „catchy and fun”, złożona z zagranych na gitarowym wykopie dwunastu krótkich kawałków, właściwie zawsze uzbrojonych w jakąś zgrabną melodię. Jakość tych kompozycji da się łatwo zdiagnozować, przyjemność ze słuchania jest najzupełniej oczywista. Spełnienie tych dwóch warunków wyczerpuje w zasadzie temat oraz sprawia, że uznając „Lost Time” za dobry, warty miejsca w podsumowaniu album, stawiam w tej chwili kropkę.


Kilka tygodni temu wyróżniając w piosenkach roku „Song For Ana” pisałem, że „At This Age” to niezła płyta, z której jednak na dłuższą metę pewnie niewiele zapamiętam. W tej chwili nadal co prawda nie sądzę, aby ten album znalazł się za kilka lat w mojej czołówce dekady, ale w perspektywie roku winny jestem mu kilka cieplejszych słów. Krążek tej raczej mało znanej kapeli grającej coś zupełnie na skrzyżowaniu pop punka i midwest emo, lecz nie będącego do końca ani jednym ani drugim to rzecz nie tylko solidna, ale momentami ponad tę zwykłą solidność wybijająca się. Nawet jeśli panowie nie dbają o ogromną rozpoznawalność swojego stylu czy wyrazistość poszczególnych kawałków, to w swoim fachu dokonują pracy nadal mocno wartościowej. Signals Midwest brzmią trochę jak Braid i Hey Mercedes, odznaczając się zacięciem i witalnością podobnymi do tych, które zespoły Boba Nanny wykazywały w swoich najlepszych etapach działalności. Nie ma tu właściwie numeru, który nie cieszyłby instrumentalną sprawnością, trafną dynamiką rozkładania cichszych i głośniejszych akcentów czy przemyślaną warstwą liryczną. Warto zainwestować chociaż w kilka przesłuchań.



Podczas, gdy w Polsce słucha się Ani Wyszkoni, Margaret i Ani Dąbrowskiej, w Szwecji niezwykle popularna pozostaje Veronica Maggio. Blondwłosa wokalistka nie wykraczając poza próg czystego popu, pop rocka lub ewentualnie lekkiego synthpopu, podobnie jak jej ubóstwiany w kraju kolega Håkan Hellström, nagrywa wpadające w ucho, porządne pod względem kompozycyjnym, schludnie wyprodukowane utwory. Jest jakaś całkowita uczciwość w tej dostarczanej masom, acz opartej na „wartościach” muzyce. „Femton”, „Dom sa!”, „Play och sen repeat” czy „Verkligheten” to mainstreamowe single na poziomie nadal rzadko spotykanym u polskich typowo radiowych wykonawców. Piosenki zazwyczaj nienachalnie pogodne, czasem trochę smutniejsze, ale zawsze jakoś tam ruszające i z duszą.



Po wymieszaniu art-popowych, prog-rockowych i post-punkowych składników Field Music uzyskali na „Commontime” efekt, o którym nie można powiedzieć, by stanowił zaledwie prostą wypadkową tych kilku muzycznych gatunków. W kompozycjach z szóstej płyty Brytyjczyków style przenikają się i ulegają kreatywnemu łączeniu w różnych proporcjach oraz konfiguracjach. Biorąc pod uwagę pomysłowość braci Brewis, wystarcza to na przynajmniej trzy kwadranse zajmującego rozkładania elementów. Czasem górę bierze konstruowanie w duchu progresywnym, innym razem podsłuchane u Gang Of Four układanie figur z ciętych riffów i wymyślnej rytmiki, jeszcze kiedy indziej zaś funkowa giętkość lub melodyka eightiesowego soft rocka. Rezultat nigdy nie rozczarowuje i choć odjęcie tego czy owego mogłoby wyjść krążkowi na dobre, to jego ogólnej jakości nie wypada podważać.



Debiut D.D Dumbo leżący stylistycznie gdzieś pomiędzy Dirty Projectors a Vampire Weekend zaspokaja apetyt na niestandardowy, polirytmiczny i in-spirująco kombinatorski indie pop. Dziesięć ciekawie brzmiących, nie-oczywistych, ale bez wątpienia chwy-tliwych kawałków Australijczyk wypełnił aranżacyjną egzotyką, wpływami world music oraz sporą porcją ekologicznego przesłania. Najmocniejszymi momentami „Utopia Defeated” czyniąc prowokujące do dziwnego tańczenia „Satan”, urzekającą balladę „Toxic City” i rozkosznie kanciaste, pokomplikowane, choć konsekwentnie powracające do motywu przewodniego „Walrus”.   



Słysząc ciepły, lekko kołyszący groove najlepszych utworów na „Everybody’s Heart Is Broken Now” jestem w stanie bardzo łatwo wybaczyć szwedzkiemu duetowi słabszy poziom tych gorszych. Jeśli kręcę nosem na przykład przy „You Play It On My Radio”, to rozpogadzam się już przy „Lost UB” i całkiem zapominam o sprawie, kiedy wchodzi wyborne „Coconut Kiss”. Jeśli nie do końca podoba mi się „Brand New”, to pozytywne wrażenia z „Ode To Dancefloor” przedawniają sprawę. Abstrahując jednak od solidnych highlightów, drugi album Niki And The Dove również jako całość ma po prostu zbyt dużo zbyt mocnych walorów, aby dało się go nie lubić. Czucie skandynawskiego synthpopu i eightiesową melancholię, smutnawą atmosferę i taneczny rytm, wpływy soulu/r&b oraz ponad wszystko, rozczulające partie wokalne Malin Dahlström. Wysokiej klasy łamanie serca.



Wspomagani przez śmietankę gitarowo popowego songwritingu panowie z The Monkees uraczyli nas w tym roku płytą niepoprawnie radosną, pełną pogody ducha. Co prawda „Good Times!” trąci nieco banałem, ale jest on najzupełniej wpisany w prostotę i bezpośredniość rozrywki, na którą sympatyczni rock&rollowi emeryci stawiają tutaj w pierwszej kolejności. Można powiedzieć, że zawartość albumu to rock i pop najklasyczniejsze z możliwych, niczym nie skalane. Utwory zagrane tak, jakby poza najczystszą piosenkową formułą nie istniało nigdy nic więcej i jakby dobra zabawa oraz szlachetne wzruszenie („Me & Magdalena”, „I Know What I Know”) były jedynymi celami, dla których warto tworzyć muzykę.



Jessy Lanza na „Oh No” to bez wątpienia dziewczyna, która się stara i chce zaimponować. Zabawić paletą strzelających bitów i elastycznych synthów, jak również romantycznie i trochę na poważniej oczarować. To w sumie zabawne, kiedy najpierw w „Never Enough” dobiera głos dziecięco-dziewczęcy, by za chwilę w „I Talk BB” wznieść się na wyżynę dojrzałego wokalnego r&b. Albo jak z totalnie bezpośrednich deklaracji sophisti-popowego „Going Somewhere” w mgnieniu oka przechodzi do klubowo grimesowego „It Means I Love You”. Te dwa oblicza raczej nie walczą, a w nieco szalony sposób, ale jednak w zgodzie, współegzystują ze sobą, naprzemiennie doprowadzając słuchacza do czystego zadowolenia.



Na trzeciej płycie Still Corners dalej oscylują między przebojowym blaskiem klawiszowych melodii a hipnotycznym półmrokiem generowanym zaraz obok. Pierwszym świecą tym razem najjaśniej na początku płyty, w singlowym „Lost Boys” i następującym po nim „Currents”. Najwięcej cienia opada z kolei na przedostatnie „Night Walk”, którego finał brzmi trochę jak spotkanie Chromatics i Blondie oraz ostatnie, krótkie i narkotyczne „River’s Edge”. W pozostałych kawałkach proporcje są różne, ale zazwyczaj nieco bardziej wymieszane. Być może duetowi nie zaszkodziłoby odrobinę mniej przystępne brzmienie, gęstsza atmosfera i niedający się łatwo przeniknąć mrok w kilku miejscach więcej. Choć Tessa Murray i Greg Hughes mają już w zasadzie do tego ideału odbyte pół drogi, można odnieść wrażenie, że ich bardzo dobry ulotno-tajemniczy synthpop mógłby za sprawą podkręcenia niektórych „gałek” nadal sporo zyskać. Warto jednak podkreślić, że i przy obecnym stanie rzeczy twórcy „Dead Blue” przekonują swą muzyką w stopniu, jakiego wielu mogłoby im pozazdrościć.



Dzięki “The Bible 2” Sean Bonnette z palcem w nosie zachowuje status najbystrzejszego tekściarza amerykańskiej sceny punkowej, a samo AJJ nadal odmawia zejścia poniżej poziomu 7-8/10. Zadziwiające jest, jak niewyczerpywalne okazują się u zespołu z Phoenix złoża pomysłów, tematów, emocji i sposobów na pisanie kolejnych piosenek w zbliżonym stylu. Utwory na ostatnim albumie zwracają uwagę zaczepnymi linijkami z podobną częstotliwością jak dotychczas (When I was a kid, I was a total dick, To inanimate objects). Zdarza im się zawierać jakąś nieznaczną nowość (syntezator w „American Garbage”), brzmieć bardziej charakternie (rzężące gitary „Goodbye, Oh Goodbye”) i zadziornie („Cody’s Theme”) od materiału z „Christmas Island”. Tradycją pozostaje obecność kilku balladowych, poruszających fragmentów, jakim tu jawi się chociażby „Small Red Boy” potwierdzający, że Sean i koledzy to tak naprawdę niepoprawni i totalni wrażliwcy.