sobota, 21 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 40-37



















Ocalała  wśród rockowego nudziarstwa z ostatniej płyty Arctic Monkeys całkiem zgrabna piosenka z wdzierającym się w umysł: Crawling back to you... , a przede wszystkim chóralnym: Maybe I'm too busy being yours to fall for somebody new? Now I’ve thought it through stanowiącym mój ulubiony fragment, który warto sobie w niektórych sytuacjach wziąć do serca.
















Trzech chłopaków i dziewczyna, czyli grupa z Belfastu najlepiej ocalająca w tym roku post-punk. Jest w tej hipnotycznej regresji niesamowita dbałość o melodię, odpowiednia grobowość i przestrzeń wokalu oraz zimny klimat spotkania Depeche Mode, The Cure i Chameleons. Wydawać by się mogło, że takie granie narażone jest na suchoty, tymczasem za sprawą owego kawałka Girls Names, paradoksalnie wciąż mamy do czynienia z czymś nad wyraz witalnym.
















Matt Pond nie jest już PA, przeszedł pod skrzydła dużej wytwórni, skomercjalizował się, ale ciała nie dał. Chyba na dobrą sprawę mocno zaciera się już tu granica między „czymkolwiek indie”, a najprostszym na świecie graniem ładnych piosenek pop-rockowych. To zresztą też bez większej szkody, bo póki są to utwory tak wdzięczne jak „Starlet”, nie ma za czym ronić łez.















Komu się w jakiś sposób nie podoba Zooey Deshanell, ten jest co najmniej dziwny. I mniejsza już o jej walory wizualne, aktorstwo czy inne sprawy. To jak śpiewa tę piosenkę wystarczy. Mogłaby równie dobrze istnieć wyłącznie jako nagrany na taśmę uroczy do granic męskiego pojmowania głos. Czarować, mamić i osładzać życie w ultra-dziewczęcym stylu rodem z lat 60.

czwartek, 12 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 44-41














Wierzę, że Grzegorz Kwiatkowski tak naprawdę nie ma nic do papieża, swojej żony, siebie, mnie i nas wszystkich, aczkolwiek w rolę głęboko sfrustrowanego, wyładowującego agresję hejtera wciela się nadzwyczaj kapitalnie. Tej nawiedzonej przez burzę przesterów psycho-kołysance warto dać się muzycznie zgwałcić.















Kto się tutaj (na Dirty Boots) w jakiejkolwiek formie spodziewał Shaggy’ego, ten niech pierwszy rzuci kamień. Panowie Diplo, Jillionaire i Walshy Fire oraz ich goście doprawdy udanie godzą nie cierpiących na „ból dupy” słuchaczy indie z pożeraczami niewymagającego, aczkolwiek mocno przyzwoitego popu/r’n’b. Tak bardzo radiowego, a zarazem tak znakomitego głosu Wynter Gordon w złym stylu byłoby nie pochwalić. Przebojowej doskonałości  i hooków całego „Keep Cool” również.


42. Generationals – Put A Light On/ Spinoza













W Polyvinyl records pielęgnuje się oblicze współczesnego, nieinwazyjnego indie-popu właśnie za sprawą takich niegroźnych, nienarzucających się oraz całkiem przyjaznych zespołów pokroju Generationals. Grant Widmer i Ted Joyner zdobywają sympatię pozytywną zwyczajnością, piosenkami, które nie eksplodują fajerwerkami, a jednak wzbudzają zaufanie. Bo choć „Put A Light On” ma swoją klikająco-klawiszową przebojowość to „Spinoza” brzmi jak typowy utwór lekkich nudziarzy w swetrach i pogniecionych koszulach. No a ja nie mogę się temu oprzeć. 















Jeszcze bardziej zakochani, niedzisiejsi i lekko perwersyjni, chłopacy z Crocodiles, witam ich o tej porze roku ponownie. Lekcje z shoegaze’u dawno odrobione, z literatury francuskiej powiedzmy, że też. Tym razem szkolna piątka należy się jednak za odtworzenie ducha najbardziej urokliwych, ramonesowskich banałów pokroju „I Wanna Be Your Boyfriend”. 

środa, 4 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 47-45



















Boisko do kosza, lato, ładna pogoda. Kumpel wypala: „Zwolniak, wszyscy wiedzą, że słuchasz Kanye Westa”. I co w związku z tym, zastanawiam się? „Na facebooku pokazuje twoją aktywność czego słuchasz”. Nadal nie rozumiem. „No bo to przecież znane jest nie?”. Upada mój hipsterski mit. Po powrocie wrzucam na tablicę Wampirze Weekendy albo Arkejdy Fajery. Udaję, że wszystko jest w porządku.
















Rockowe marzenie Justina Vernona. W żadnym wypadku jednak nie podległe gitarowej drętwocie, zrealizowane w stylu smacznym i dostojnym. Pomiędzy monotonne, narastające fale wkrada się zarówno porcja ładnego brzdąkania melodii jak i pasja w głosie naszego ulubieńca.
















Smakowity soft-popowy rzut od zespołu, który klawiszami zawsze posługiwał się w bardzo efektywny sposób. Szwedzi nie odkrywają tu Ameryki (bo na cholerę Szwedom Ameryka?), ale swoboda z jaką bawią nas melodią i lajtowym nastrojem to ich niezaprzeczalny atut. Późne, wyrafinowane ejtisy. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Podsumowanie 2013: piosenki 50-48














29-letnia (choć wyglądająca na 22), artystycznie już całkiem doświadczona, ładna i zdolna dziewczyna z gitarą. Laura Stevenson zawsze czaiła się gdzieś w pobliżu, czy to przy okazji płyt Bomb The Music Industry!, czy swoich własnych z zespołem The Cans. Dziś skromnie, ale zasłużenie debiutuje u mnie kawałkiem pewnie nie lepszym od poprzednich, ale jakby nie było dobrym, o którym zechciałem z jakiegoś powodu pomyśleć w ramach końcoworocznego wynagradzania. 













Kogo Alasdair MacLean właściwie chce tu oszukać, pod przykrywką nowej nazwy dyktując następną udaną piosenkę The Clientele? „Jean’s Waving” mogłoby się znaleźć na „Suburban Light”, „Strange Geometry”, „Violet Hour” oraz każdej innej płycie jednego z najsympatyczniejszych londyńskich zespołów ostatnich 15 lat. Pisać nie ma nawet o czym, bo to naprawdę jest kolejna, dokładnie taka sama, kolejna dokładnie tak samo znakomita pieśń autorstwa tego człowieka. Wiosna, zwiewność, beztroska. 















„We Are A Payphone” przywołuje grubsze czasy alternatywnego folku, teoretycznie nie tak odległe (pierwsza połowa i środek lat 00’?), choć ma się wrażenie, że jednak coraz bardziej zamierzchłe. Smog/Bill Callahan, wczesny Iron & Wine czy Songs: Ohia kłaniają się w pas. Słucham tego posępnego bluesa od Rutili’ego i przypominam sobie odkrywanie muzyki z podsumowań pół-dekady (00-04), na które kiedyś wszyscy mieli fazę. Dojrzałe dźwięki spływają niczym balsam.

środa, 13 listopada 2013

Zaległości i świeżynki z rodzimej sceny















The Shipyard? Tak, to ten zespół, który wczoraj w porze wczesno-wieczornej, nieco przed dobranocką zagrał kawałek Joy Division w TVP1. Jaja? Nie, nie robię sobie jaj i chyba mi się nawet nie przyśniło. Mimo, że herezje we mnie od lat... . Siląc się już na powagę i przechodząc do tematu kompletnie właściwego, kilka miesięcy temu grupa Rafała Jurewicza przypomniał o sobie za sprawą całkiem ciekawego, coverowego wydawnictwa. Zamiast po raz tysięczny brać na warsztat „Telefony” albo „Białą Flagę” panowie złożyli hołd Republice, przygotowując swoje wersje znacznie mniej znanych kompozycji autorstwa Grzegorza Ciechowskiego. Dla mnie faworytem z podwójnego singla jest istotnie hipnotyzujący kawałek ukryty pod indeksem drugim. A imię jego „Wielki Hypnotyzer”, trwający 4:44. Oryginał to oczywiście prawdziwa miazga, atakująca całym arsenałem środków wyrazu 80’sowego, zimnego jak lodowiec post-punka. Wykonanie The Shipyard ma natomiast swój własny klimat, jest pracą wykonaną rzetelnie, ultra-słuchalnie i wciągająco. Maniakalny, schizofrenicznie-abstrakcyjny i nie mniej godny uwagi „Układ Sił” przemieniono w momentami masywnie gitarową propozycję, w której jak to u The Shipyard (albo na przykład Killing Joke) wkrada się również smaczna warstwa nowo-falowej przestrzeni. Więcej takich przypominajek bardziej zakurzonych kawałków polskich klasyków miło byłoby usłyszeć okolicznościowo, raz na jakiś czas. Także od innych kapel.



Twórczość HOAP bardzo kojarzy się ze wczesnym, gitarowym Radiohead, zespołami reprezentującymi totalnie rozmarzone oblicze post-rocka (dźwiękowe pejzaże niczym u Alcesta) czy kilkoma innymi muzycznymi wspomnieniami, które uznaję za nie mniej, nie więcej jak przyjemne. Problem z tego typu wykonawcami polega na tym, iż przy tak wyraźnych inspiracjach przegiąć pałę mogą zdecydowanie zbyt łatwo. Chłopacy z Warszawy tej niemiłej sytuacji w moim mniemaniu jednak zręcznie unikają. Piosenki z ich debiutanckiej EP’ki są jak przysłowiowe „High And Dry” łamane przez piękny dream-pop, melodyjnie dopieszczone, ulotne i niekiedy wręcz zniewalające (kapitalny nr 3 - „Peter”). Tomasz Kopeć to nie ukrywajmy, naśladowca wyczynów wokalnych Thoma Yorke’a, ale śpiewający z nadzwyczaj sprawnym angielskim akcentem. Instrumentalnie też miewają momenty świetne (finał „New World”). Cóż na ten moment powiedzieć więcej? Dobry band, bardzo dobry pewnie jeszcze będzie.















Nie taka znowu wielka przemoc, właściwie dźwięki całkiem przyjazne dla tych, co lubią rzeźnię umiarkowaną. Jako zwolennik kompromisów i złotych środków do nowej EP’ki Brooks Was Here podchodzę więc entuzjastycznie. Panowie Mateusz Romanowski i spółka wyciskają tu swoistą esencję pewnego odłamu warszawskiej sceny niezależnej, którego złem byłoby nie uznać za samo dobro. Na „High Violence” do głosu dochodzi zgrzytający, wrzaskliwy, niekiedy niemalże zdychający post-hardcore, może nawet najlepszy od czasu ostatniej płyty Setting The Woods On Fire. Są i śladowe ilości czucia odpowiedniego dla zacnego 90’sowego emo’core’a, obowiązkowa garażowa niedbałość no i... lekka nierówność, nie mącąca jednakże głównie przyzwoitego wrażenia. Plusy stawiam przy „Under Control” i „Underclass Consumers”.


Crab Invasion – Way Too Close














Ostatnim razem Crab Invasion rzucili utworem doprawdy bardzo mocnym w kategorii balety/indie/sophisti-pop. „Dart” było lekkostrawnym, ale wysublimowanym jednocześnie i szalenie rozrywkowym towarzyszem wakacji. „Way Too Close” jest zaś uderzeniem we właściwie tę samą nutę, ten sam nastrój, tę samą zażerającą chwytliwość. Wypada to ledwie minimalnie słabiej od poprzednika, najwyżej pół noty, bo wciąż przebojowo nakręca i pląsa sobie radośnie. Można się sprzeczać o to z jak dobrym w rzeczywistości mamy zespołem do czynienia (pije do pewnej owocnej dyskusji dla wtajemniczonych), ja wiem jedynie, że ostatnio pod względem fajnych popowych hooków rozlokowanych w jednym niepozornym kawałku, aż tak wielu na rodzimej scenie im nie dorównuje.   




Na koniec wciąż ciepły, świeżutki singiel, w dodatku z zajebistą okładką. Judy’s Funeral swoje dotychczasowe noise-rockowo/shoegaze’owe brzmienie inspirowane A Place To Bury Strangers/Jesus And Mary Chain wymieszali tym razem z melodiami więcej niż lekko ocierającymi się o klimaty surf-rockowe. W efekcie, za sprawą „Down Deep” dostajemy coś przypominającego z twarzy twórczość sympatycznej, kalifornijskiej ekipy Crocodiles. Co to właściwie znaczy z mojej strony? Dobrze jest czy źle? Spoko, jak najbardziej. Po drugiej stronie, regularny b-side, „Lose Yourself”. Przestrzenny, intrygująco pulsujący i mieniący się ambientowymi (!) barwami instrumental. Niezła niespodzianka prawdę mówiąc, no i zagadka jednocześnie. Co oni na tym longplayu wykombinują?

wtorek, 3 września 2013

Aloha - Home Acres (2010)










8

Ciepła przebojowość i melodie Death Cab For Cutie, garść keyboardów Minus The Bear, specyfika chicagowskiej rodziny Joan Of Arc, trochę egzotyki w zakresie rytmu. Tak mniej więcej opisywałem styl Alohy trzy lata temu na łamach Furs*. Podczas słuchania piątego albumu zespołu mamy poczuć się dokładnie tak jakbyśmy znaleźli się wewnątrz mrocznego domu z okładki. Tak przynajmniej w jednym z wywiadów stwierdził sam Tony Cavallario, ale czy aby na pewno „Home Acres” to pozycja aż tak mroczna?

Po zakończonym jakby za wcześnie, a tak naprawdę w idealnym momencie „Building A Fire” niedosyt zwalczymy poniekąd wyłaniającym się w następnej chwili „Moonless March”. Tu motoryczny, ale zwiewny indie-pop napędzany głównie klawiszami i perkusją okaże się równie porywający, co oczarowujący i marzycielski. Swą końcówką zagotuje ponadto napięcie zbierające się w słuchaczu by ten mógł je rozładować (2:55) wykonując kilka energetycznych uderzeń. „Microviolence” ("przyćmiewa urokiem nawet dziewczyny z Warpaint", songwriting i wibrafon <3) był moim kawałkiem nr 2 w całym roku 2010. W ”Searchlight” znów stawiają na serce-łamiącą, wysublimowaną melodię i hymniczny, "nabijany" refren poszukujący światła. Księżycowych klimatów nie pozbędą się zresztą do samego końca, a ich kolejne odcienie zużyją powoli w każdym z następujących po sobie numerów. W środku znajdzie się miejsce dla przestrzennej, trochę mrocznej i smutnej, a trochę jednak i optymistycznej ballady 'White Wind', dorównującej wyśmienitemu „Ice Storming” z „Some Echoes”, chwytającej zresztą dość podobną nastrojowość. Kiedy Tony wymawia słowa Last time I felt normal, I slept on the floor between two twin beds, With everything behind me, Keep bringing up the memory, Kill it completely kreowaną przez niego rzeczywistość można poczuć niemal na własnej skórze. Jakże genialne jest poza tym "Blackout" i wykorzystany w nim pomysł zastąpienia w pewnych momentach kwestii wokalu klawiszowym motywem.  















Słychać tu zespół dokonujący kolejnych naturalnych przemian, nie zmieniający się w gwałtowny sposób, ale w jakimś kierunku nadal lekko ewoluujący. Ta płyta miała predyspozycje do bycia jedną z lepszych w dyskografii kwartetu. Nie stało się tak tylko ze względu na kilka osłabiających finalny werdykt nierówności. Te jednak nie są aż na tyle rażące by „Home Acres” z ogromną przyjemnością nie pochłaniać wszelkimi możliwymi zmysłami. 

*patrzenie na swoje teksty sprzed kilku lat jest jak oglądanie za gówniarza pornosów przez palce

poniedziałek, 2 września 2013

Aloha - Light Works (2007)










7.5

Muzyka na „Light Works” uderza aurą miłości. Autentycznym ciepłem, potężną dawką melodyjnej słodyczy i zakochanym marzycielstwem. Uczciwie uprzedzam, że to najbardziej ckliwa propozycja od panów z Aloha, szczęśliwie - wciąż utrzymana w przyzwoitych granicach.

Objętościowo ciężko powiedzieć czy mamy do czynienia z EP’ką czy albumem długogrającym. Ta niesprecyzowana pod względem formatu mini-płyta ujrzała światło dzienne 4 grudnia 2007 roku, prawdopodobnie nieprzypadkowo wpisując się swym nastrojem w zimową, przedświąteczną porę. Tony Cavallario z kolegami brzmią tu jakby zatrzymali się na kilka dni w studiu, tuż przed kupieniem prezentów, ubraniem choinki i spotkaniem z bliskimi. Kiedy słyszę „Passengers”, „The End” albo „Equinox” prawie tęsknię za śniegiem, miastem skąpanym w dekoracjach i wieczorami, podczas których zwykłe przejście po mieście zachwyca. W przypadku pierwszego z wymienionych utworów, ciężko mi sobie wyobrazić, że lider zespołu nie pisał tego pod wpływem permanentnego uwielbienia względem swojej wybranki serca. Szczególna aura pory roku jak i uczuciowa fascynacja zostają związane w magiczną jedność:  I have so much to say, We've rambled on a winter's worth of details, The snow I quantify, We're adding up two lives. Drugi to klasyczna, akustyczne szarpana i mknąca do przodu ballada, najbardziej motoryczny twór na krążku. Trzeci należy do kategorii kompozycji klimatycznych i wzruszających, „Equinox” nie byłoby nawet głupio włączyć w wigilię gdzieś pomiędzy jedną, a drugą kolędą.

Jest jeszcze piękne „Body Buzz”, dla odmiany kojarzące mi się z tradycją pozostawienia dla gościa wolnego miejsca (I've been waiting for you, Our house full of laughter, Our love will live forever). Poza tym zdecydowanie najmniej zajmujące „Broken Light”, nieco lepsze „Trick Spring” i zaskakująco proste jak na nich „Gold World”. Całość zamyka się w liczbie piosenek siedmiu. Brak na „Light Works” oryginalnych wibrafonowych efektów Cale’a Parksa, nie ma właściwie wpływów prog-rockowych ani math-rockowych. Tutaj zespół ukazuje swą uduchowioną, dość wyciszoną stronę, co nie znaczy, że produkcja jest surowa, a brzmienie mało atrakcyjne. Przeciwnie, koronkowość wykonania w kilku przypadkach zasługuje na uznanie. Polecam sprawdzić w odpowiednim czasie. 


sobota, 31 sierpnia 2013

Vampire Weekend - Modern Vampires Of The City (2013)










9

Morning’s come you watch the red sunrise, The early day still flickers in your eyes

Opener ostatniej płyty Vampire Weekend nie mógłby brzmieć bardziej na miejscu. Pierwsze wersy “Obvious Bicycle” to esencja poranka, momentu w którym pozbawieni jesteśmy energii. Cały utwór oparty na niespiesznych mechanicznych uderzeniach, taktowny i harmonijny niczym spokojne śniadanie przed wyjściem z domu, proszki, dwie tabletki magnezu i kawa na pocieszenie. Przewdzięczne melodie między trzecią, a czwartą minutą i fragment o nas wszystkich w półśnie na podłodze sali gimastycznej liceum, przelewają szalę urokliwości.

Drugi utwór przypomina mi dyskusję na temat Muzułmanów, którzy ponoć kiedy już się rozmnożą u nas na tyle, że stanowić będą połowę ludzi w Europie to z pewnością tak jak Ezra Koenig tutaj śpiewa, wszystkich niewiernych przywiążą do torów i spalą. Co prawda lider Vampire Weekend ma raczej na myśli tych, posługujących się wodą święconą, a „Unbelievers” jawi się w gruncie rzeczy zgrabną, wesołą piosenką.  

W zakresie lirycznych i melodycznych wspaniałości jeszcze więcej oferuje „Step”. Bezczelnie oparte na motywie ze „Step To My Girl” Souls Of Mischief i melodii wokalu „Aubrey” grupy Bread, pomimo bycia kompletną wycinanko-sklejanką wgniata w fotel ogarnięciem wszystkiego (części cudzej jak i swojej – genialne zwrotki) w precyzyjną barok-popową całość. Tekst pęka w szwach od nazw i treści. Ezra przywołuje całą serię miejsc na mapie USA (New York, L.A, San Fransisco, Mechanicsburg, Anchorage, Oakland, Alameda, Berkeley) oraz świata (Angkor Wat - świątynia w Kambodży, tanzańskie Dar El Salaam), a nawet wysuwa specyficzne, mitologiczne porównanie (dziewczyna bogatsza niż Krezus) zapewniając ładunek znaczeniowy. Jednocześnie umiejętnie akcentuje dostrzeganie przez młodego, dorosłego człowieka symboli upływającego czasu (wisdom teeth fell out), potrzebę ustatkowania się (I’m ready for the house) i bycia z kimś na stałe (I can’t do it alone). Wersy w stylu Wisdom's a gift, but you'd trade it for youth Age is an honor, it's still not the truth (niczym odpowiedź na utwór Idlewild sprzed 10 lat) było mi już dane widzieć na facebookowych zdjęciach w tle.













Kilka miesięcy przed wydaniem “Modern Vampires Of The City” uraczono nas właściwie dwoma totalnie różnymi od siebie singlami. Wspomnianym „Step” czyli balladą dla miastowych romantyków i post-modernistycznym szaleństwem „Diane Young” mieszającym tętniącego energią rock’n rolla (niesamowite jest, jak ezra koenig (świadomie lub nie) udanie naśladuje manierę Buddy'ego Holly'ego w Diane Young) z Justinem Bieberem na vocoderze (baby baby baby baby right on), wszelkim chaosem (przejścia!) i bóg wie czym jeszcze (odpowiedź na „Die Young” Ke$hy?). Kto co wówczas nucił zależało od kwestii gustu, lub nastroju. Na dokładkę dorzucili jakże irytujące i dezorientujące z początku, ale jakże pocieszne już później „Ya Hey”. Tu po raz kolejny udowodnili, że czasem od przeciętnego teledysku lepsze jest eleganckie lyric video. 

Spełnienie oczekiwań odnośnie całej płyty wiąże się ze sprezentowaniem nam przez czterech 29-letnich Nowojorczyków czegoś naprawdę przemyślanego, spójnego i znaczącego. Potężne critical acclaim dla żadnego albumu dawno nie przyniosło mi takiej radości. Do wcześniej znanych numerów prędko dołączyli nowi faworyci. „Don’t Lie” o niemalże pop-reggae’owym refrenie. „Hannah Hunt” - ładnie przygrywana na fortepianie historia miłosnej podróży z niezbyt pomyślnym zakończeniem (Hannah tore the New York Times up into pieces) sygnalizowanym przez rozpaczliwy okrzyk Ezry. Chwytliwy indie-pop „Finger Back” i „Worship You”. W końcu apokaliptyczne, najmroczniejsze w ich całym repertuarze „Hudson”, sprawiające wrażenie jakby oderwanego od reszty, ale samo w sobie znakomite.

Każdy och i ach nad tą ciekawą, intelektualnie treściwą i muzycznie doskonałą płytą jest w stanie spotkać się z moim całkowitym zrozumieniem. „Modern Vampires Of The City” analizuje się z pasją, ale słucha z niebywałą łatwością. To nie tylko kapitalne piosenki, ale i seria przetworzonych za sprawą sztuki emocji, odczuć i przemyśleń, które ja również odczuwam i przyswajam. Jeden z tych albumów, które czuję bardziej od innych. Jeden z tych przynoszących świadomemu słuchaniu większy sens.