niedziela, 1 kwietnia 2012

Funeral For A Friend - Welcome Home Armageddon (2011)












6

Trudno być dzisiaj weteranem komercyjnego post-hardcore’u. Z tym muszą się mierzyć na wysokości piątej płyty Walijczycy z Funeral For A Friend. Podczas gdy inne zespoły z ich fali (początek-środek dekady, moda na screamopodobne wynalazki) kompletnie się pogubiły, straciły wenę (The Used) lub zaczęły cierpieć na manię wielkości (My Chemical Romance), oni chyba w największym stopniu pozostali sobą. Oczywiście, po tych paru ładnych latach dawny target grupy Matthew Daviesa na pewno zdążył się gdzieś rozejść, dorosnąć, zainteresować inną muzyką, a ich obecne poczynania nie są w stanie wzbudzić entuzjazmu równego temu z czasów „Casually Dressed & Deep In Conversation” i „Hours”. Mimo to praca jaką wykonują wciąż jest solidna. Walijczycy wierzą w swoją kombinację alt rocka, melodic-hc i post-hc na tyle uparcie i najwyraźniej szczerze, że wciąż są w stanie wypuszczać kawałki, które bez cienia żenady wpadają w ucho i zapętlają się na dłuższą chwilę. Kapela wynajduje złoty środek pomiędzy agresywnym brzmieniem swoich początków, a przystępnością późniejszego etapu.

Pasjonujące to nie jest, ale ja w żadnym wypadku nie mam wrażenia wymęczenia materiału przez grupę. „Owls (Are Watching)”, „Damned If You Do,Dead If You Don’t” kasuje energią, intensywnością, bojowym refrenem, ale najmocniej chyba jednak wskrzeszeniem nostalgii za tym, co podobało się w szlagierach pokroju "Juneau" czy "Roses For The Dead". „Spinning Over The Island” i "Owls (Are Watching)" to z kolei całkiem zgrabne kawałki, jakich można było od nich oczekiwać. Funeral For A Friend na tle kolegów po fachu, jak i młodzieży dopiero próbującej w nim swoich sił, wypadają dość korzystnie i uczciwie. 



edytowany: 23.08.2015

sobota, 31 marca 2012

Funeral For A Friend - Memory And Humanity (2008)












6.5

„Memory And Humanity” to coś w rodzaju paraboli skupiającej wszystko co znamy z poprzednich dokonań Funeral For A Friend. Są więc przede wszystkim wrzaski znane z debiutu (cecha charakterystyczna formacji, bez której Walijczycy byliby jak róża bez kolców) i miła dla ucha alternatywno-rockowa melodyka, odpowiednia szczególnie dla „Hours” i „Tales Don’t Tell Themselves”. Niestety ani jedno ani drugie nie w tak okazałej postaci jak dawniej. Bez porządnego zacięcia ostrych przebojów w rodzaju „Juneau”. Brak również piosenki równie ładnej jak „Into Oblivion” z „Tales Don’t Tell Themselves”. Mimo wszystko obyło się bez tragedii.

Najmocniejsze punkty krążka? „You Can’t See The Forest For The Wolves”, akustyczny początek z miejsca odkrywa refren kompozycji. Trwa to jednak tylko chwilę bo kawałek zaczyna się na serio w momencie wejścia wokalu i najlepszego z całej płyty gitarowego riffu. Jest to zresztą motor napędzający cały utwór. W zwrotkach brzmią bezkompromisowo, w refrenie łagodnieją. Ta piosenka nagrana 5 lat wcześniej byłaby jaśniejszym punktem „Cassually Dressed Up And Deep In The Conversation” pod warunkiem, że perkusista dograłby szczyptę swoich wrzasków.

Pierwszy singiel czyli „Waterfront Dance Club” rozpoczyna gęsta perkusyjno-gitarowa powierzchnia dźwięków. Niestety do 2:11 nie dzieje się już nic interesującego. Dopiero śpiewane przez Daviesa „Let’s go, waterfront…” wyprowadza ten kawałek na konkretną drogę. „Kicking And Screaming” to jedna z najbardziej nośnych rzeczy w zestawie. Doskonale przedstawia filozofię nagrań krążka – „grajmy głośno, ale nie zapominajmy o melodii”. Obydwa promujące utwory są w porządku, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że kiedyś było „Bullet Theory” albo „Roses For The Dead” na obydwa padnie zawstydzający cień.

Złego słowa nie powiem na temat „Beneath The Burning Tree”. Od tego kawałka bije pozytywna aura, masa w nim energii refren jest udany jak nigdy a to co dzieje się pod koniec drugiej minuty zasługuje na bezwarunkowe uznanie. „Building” chronologicznie wcześniejszy to z kolei perfekcyjny przykład urokliwej ballady. Fragment “Memory And Humanity” 6-8 czyli kolejno “You Can’t See The Forest For The Wolves”, “Building”, “Beneath The Burning Tree” jest zdecydowanie najciekawszy.

Naprawdę nieudanych fragmentów właściwie nie ma. Trudno zresztą oczekiwać wielkich wpadek po zespole, który nagrał właśnie swoją czwartą płytę. „Someday The Fire”, „Charlie Don’t Surf”, „To Die Like Mouchette” delikatnie przynudzają co nie zmienia faktu, że krążek jest dość równy. Zaryzykuje nawet twierdzenie, iż mamy do czynienia z najbardziej wyrównanym poziomem albumu w całej dyskografii walijskiej kapeli. W czym więc problem? Panowie i ich muzyka są już delikatnie poza swoimi czasami, przeszli do lekko zakurzonego lamusa. Koleżanka, tak, coś więcej, nie. Nagrali nienajgorszy album. No Ok. Przypomnieli światu o swojej obecności. Dobre i to.

Guided By Voices - Devil Between My Toes (1987)












4.5

Rock’n’rollowy nauczyciel i jego pierwsza długogrająca płyta. Guided By Voices swój ikoniczny status zawdzięczają bez wątpienia albumom wydanym w okolicach połowy lat 90’tych. Mimo iż początki zespołu miały miejsce już jakąś dekadę wstecz, wczesnymi płytami Boba i spółki dziś prawie nikt sobie głowy nie zawraca. Czemu? Ponieważ najprościej mówiąc nie są na tyle dobre by na to zasługiwać. Podczas gdy R.E.M, Hüsker Dü albo Replacements grali w ekstraklasie amerykańskiego indie wydając kolejne fenomenalne krążki, Pollard znajdował się gdzieś wśród amatorskiej trzeciej ligi. W jego przypadku droga na „szczyt” była wyjątkowo żmudna i niespektakularna, a wszystko odbywało się na zasadzie krok po kroku. „Devil Between My Toes” trzyma średni na jeża poziom domowo-garażowych wydawnictw. Robert wraz z zespołem świadomie czy nie często imitują Michaela Stipe’a i spółkę serwując melodyjne próbki jangle-popowego grania w rodzaju „Hey Hey Spaceman”, „Discussing Wallace Chambers” albo „Hank’s Little Fingers”. Być może z powodu braku pomysłów na kompozycje, część przestrzeni wypełnia gitarowe, bezwokalne brzdąkanie „Bread Alone”, „Crux”, „Artboat”. Wyłamuje się nieco „The Tumblers” i przyłożenie do pieca w postaci ostatniego „Captain’s Dead”.

Gdyby w latach późniejszych GBV nie zaliczyło kilku solidnych wzlotów, dziś „DBMT” figurowałoby jako kolejna pozycja na Rate Your Music oceniona przez góra trzech użytkowników. Gdyby kometa rok temu uderzyła w naszą błękitną planetę, ja w ogóle nie wymyślałbym tych słów. W obydwu przypadkach dobrze się stało nawet jeśli ja piszę słabe teksty, a debiut grupy z Dayton rzadki jest jak kisiel.

środa, 14 marca 2012

Aloha - Here Comes Everyone (2004)












10

But we can have it all
Pet sounds and rubber souls
Let your fear go
Let all your fear go


W przypadku zespołu Tony’ego Cavallario powiedzenie “lepsze wrogiem dobrego” byłoby naprawdę ostatnim jakiego wypada użyć. Pierwsze dwie płyty okazały się w końcu conajmniej dobre, urzekały ciekawą stylistyką i udanymi kompozycjami. „Here Comes Everyone” udowadnia jednak, że receptą na sukces wcale nie musi być kurczowe trzymanie się bezpiecznej, sprawdzonej metody. Na „Sugar” post-rockowo eksperymentalnymi konstrukcjami zdradzili już chęć do poszerzenia zakresu działań. W tym natomiast miejscu pojawia się prawdziwa różnorodność i należyte zdefiniowanie się kapeli.

Na wydawnictwach z lat 2000-2002 nie ma choćby czegoś porównywalnego z killerem za jaki robi tutaj „All The Wars”. Grupa z miejsca wysuwa kawałek najbardziej nieprzystający do standardów niebieskiej i żółtej płyty. Wparowujące na „dzień dobry” niezmordowane partie perkusji Cale’a Parksa, nakręcające motorykę utworu do spółki ze zręczną gitarową zagrywką. Jeśli dorzucimy jeszcze rzucane przez Tony’ego w chwilach łapania wytchnienia „all the wars and their warriors, wanted a piece of you, in your living room...” ukaże nam się opener dziesiątkowy. Emocjonalnie w następnej chwili rozbraja „You’ve Escaped”, balladka przeurocza, w której dodatkowo zachowawczą solówkę ciekawie zastąpiono motywem wibrafonu. Tak, ten instrument robi u nich za coś o wiele więcej niż ładną dekorację i to tylko jeden z wielu powodów dlaczego Aloha powinni jawić się jednym z najlepszych indie rockowych zespołów ubiegłej dekady. Nie zawodzi singlowe, melodyjne „Summer Away”, łatwo wpada w ucho „Boys In The Bathtub”. Panowie ostatecznie zdecydowali się na formy piosenkowe, które jak się okazuje wcale nie muszą być specjalnie oczywiste. Jak się chce to można tam z powodzeniem wepchać zjadliwe dawki math-rocka czy rocka progresywnego.

„Here Comes Everyone” to przede wszystkim płyta z jaką nie sposób się nudzić. Pod każdym kolejnym numerem odnajdujemy następną ciekawie przyrządzoną, kompozycyjną i aranżacyjną perełkę. Jak tu nie rozpłynąć się nad „Be Near”? Poczucie romantycznej estetyki Tony’ego u mnie trafia w samo sedno. Pięknie było już przy „You’ve Escaped”, ale refren indeksu piątego doprawdy urzeka elegancją i idealnym wyważeniem nastroju. „Water Your Hands” wdzięcznie rozlewa się przez dwie minuty bez udziału wokalu, a kiedy tekst już się pojawia, przypomina się również co ludzie mówili o wizjach po LSD („In your mirrors, you have seen a giant cop car and animal eyes.”). Motyw wyprowadzony w „I Don’t Know What Else To Do” ponownie zastaje mnie z brakiem słów do opisania jak należy. Aloha to zdecydowanie nie jest zespół dla „punkowego” recenzenta, który technicznie nie ma o muzyce pojęcia i nigdy na niczym nie grał.

Schodami do muzyczno-doznaniowego nieba prowadzi nas dalej „Setting Us Shop”. Przewijają się subtelne, prog-rockowe elementy, o jakich na dobrą sprawę błahe mam pojęcie, ale nie szkodzi. „Thermostat” to taki zapychacz o jakim większość zespołów marzy. „Perry Como Gold” częstuje tęsknym fortepianem, kościelnym niemal zaśpiewem Cavallario, wspaniałą przestrzenią i harmoniami. Fani rozbudowanych solówek też coś dla siebie znajdą, ale i tak słowo KLIMAT odegra rolę kluczową. „Altoona” jako krótki retros z „Water Your Hands” no i na koniec „Goodbye To The Factory”. Modest Mouse, może jakieś Pink Floyd, ale na 1:17 bezwarunkowo zwycięża Aloha. „We'll not come home, We'll not touch ground, Take me to my favorite spot, And promise me they're still around”. Cała reszta tylko po to by Tony mógł wejść z tą linią wokalną.

Takie właśnie płyty w krainie moich upodobań zasługują na ocenę 10/10. Kiedy bezsilność w wynajdowaniu komplementów osiąga apogeum, a ocalałe poczucie dobrego smaku nie pozwala przedobrzyć w słodzeniu. Niesamowicie się cieszę, że są albumy trafiające jeszcze do mnie w takim stopniu. Malkontenctwu, wstrzemięźliwości w wydawaniu wysokich not, pierdoleniu o nowatorstwie i obiektywności śmiejemy się dziś w twarz.

And we go through it all
The harvest and the gold rush
Let your fear go
Let all your fear go
How can you tell?
I can tell


niedziela, 4 marca 2012

Owen - No Good For No One Now (2002)


6.5

Leniwe, niedzielne popołudnie. Skorzystałby człowiek z krótkotrwałych oznak wczesnej wiosny i wyszedł gdzieś, bo od środy znów ma być zimno. Tymczasem poprzedni wieczór przy frytkach, winie i oglądaniu Twin Peaks trochę dał się we znaki. Może by tak chociaż coś napisać? Oczywiście leżąc na brzuchu z laptopem wyciągniętym przed siebie.

Ostatnim razem ustaliliśmy już, że Mike Kinsella to skończony nudziarz, z którym nudzić się jest całkiem fajnie. Kolejna sesja z muzyką Owena nie przynosi żadnych odkrywczych wniosków. „No Good For No One Now” w zbyt dużych ilościach mogłoby wywołać odczucie potężnego znużenia. Broni się z kolei słuchane raz czy dwa w odpowiednich okolicznościach, przypuśćmy takich jak dzisiaj. To nie jest granie singlowe, z przebojowymi momentami, a raczej lejąca się masa przyjemnych, łudząco do siebie podobnych melodii przy wokalu chłopaka z sąsiedztwa. Bardzo ładne kompozycje takie jak „The Ghost Of What Should've Been” swoją klasę ujawniają za sprawą cierpliwej acz naturalnej kontemplacji. Przemknie czasem jakiś klawisz, jakaś linijka tekstu przykuje uwagę („Cause maybe my mom’s right, good deeds won’t save us, just true faith in Jesus. So in the name of her lord lets do what we shouldn’t some more.”). Granica pomiędzy ziewaniem, a delektowaniem się nastrojową twórczością Mike’a zaciera się czasem zupełnie nieoczekiwanie. Z początku człowiek myśli sobie czy może jednak zmienić płytę by po paru minutach uznać, że nie ma na ten moment niczego doskonalszego.

Nie zaprzeczam, że poprzedni Owen był trochę lepszy. Druga płyta kompozytora z Chicago to po prostu dość udany follow-up. Album, który dobrze, że jest, choćby na takie rzadkie chwile wyciszonego posłuchania w czasie zmęczonej końcówki weekendu. Jutro rano trzeba wstać, wyjść i znów włączyć Japandroids albo Les Savy Fav na słuchawkach. Bo do życia niezbędna jest energia. A na razie, cytując tytuł jednego z utworów, Im not going anywhere tonight...

wtorek, 28 lutego 2012

The Real McKenzies - Off The Leash (2008)

W ramach katalogowania moich wypocin, z różnych lat, serwisów i blogów, wrzucam wszystko tu na Dirty Boots. Recenzje nowe, stare, krótkie i długie, dobrze i źle napisane, poppunk, indie, whatever.












7

Muzyka Real McKenzies to wtórność od wtórności muzyki zapoczątkowanej jakieś dwadzieścia pięć lat temu przez celtycko rockowy zespół The Pogues. Bardzo sprytna bostońska grupa Dropkick Murphys przed ponad dekadą ten gatunek zwany irish rockiem i celtic rockiem przekształciła w celtic punk. Od tego momentu rozpoczął się boom na granie w podobnym stylu. A recepta była bardzo prosta: wpływy The Pogues wyposażyć w butne, szybkie i mocne elementy rodem z ulicznego punk rocka. Pojawiło się sporo zespołów takich jak Flogging Molly , Flatfoot 56 albo Blood Or Whiskey. Kilka lat temu bardziej znani światu stali się również The Real McKenzies, którzy granie rozpoczęli już stosunkowo dawno bo w 1992 roku.

Celtycki punk pomimo tego, że tylko odgrzewa kotleta The Pogues (swoją drogą też odgrzewającego folklor irlandzkich oraz szkockich pieśni) ma w sobie jakąś wyjątkową zdolność do nie nudzenia. Słuchając kolejnych krążków i kolejnych wykonawców rzadko mamy dość. Nie pojawia się poczucie przejedzenia. To specyficzne brzmienie tradycyjnych instrumentów: akordeonów, bandżo, dud, bodhramów(?) sprawia, że chcemy więcej, więcej, więcej…

Każdego napalonego na celtyckie wymiatanie słuchacza powinien usatysfakcjonować opener nowej płyty The Real McKenzies. „Chip” posiada wspaniały motyw angażujący wymienione w końcówce poprzedniego akapitu urządzenia , wokal Paula McKenzie świetnie uzupełnia się z perkusją przez co kompozycja staje się idealnie zgrana i porywająca. W „The Lads Who Fought And Won” słyszymy już więcej gitary, perkusista ogranicza się do typowo punkowego wybijania rytmu a solista śpiewa bez wyraźnej pasji na tle świszczących instrumentów. Po nim następuje moment wprost kapitalny. Pełen werwy pub anthem „The Ballad Of Greyfriars Bobby”. Werwy bliższej raczej kapeli Dave’a Kinga niż dzikiej energii Dropkick Murphys.

Zabawne jak w tym momencie przewidywalna robi się konstrukcja albumu. Zaczęli znakomicie, dalej rzucili nieco słabsze nagranie by po chwili uderzyć następnym bardzo dobrym. Swoją klasę pokazują w (szkocką) kratkę. Czwarty „Kings Of Fife” pozwala przejść obok siebie obojętnie a następujący po nim „Old Becomes New” jak nie trudno się domyślić wytrzymuje porównanie z numerem 1 i 3. Szybkie, melodyjne zwrotki, rock’n rollowe solówki, krzyczący woo-hoo! wokalista i wpadający w ucho refren wypełniają dobrze zagospodarowane 2 minuty i 13 sekund. Mogę się założyć, że to jeden z pewnych fragmentów koncertowych tej kapeli.

Szóstka niespodziewanie też wypada całkiem przekonywująco. „White Knuckle Ride” nie brzmi już tak beztrosko jak jego poprzednik przez co nieco wzbogaca kontrast krążka. Mocniej wzbogaca go „The Maple Trees Remember” – sielska, spokojna kompozycja gdzie nie ma już dud i akordeonów są za to smyki podkreślające country’owy charakter utworu. Ósmą piosenkę czyli „Anyone Else” septet z Vancouver zagrał na szybko i rockowo. Wciąż jest dobrze i bardzo dobrze, ale jeden zarzut postawić trzeba. Przy kreatywnym i zróżnicowanym budowaniu samych piosenek zniknęła gdzieś esencja irlandzko-folkowego klimatu. Jeśli charakterystyczne elementy tego gatunku są to raczej mało efektowne i słabo zauważalne. Wciśnięte jakby od niechcenia powielają patenty brzmienia tych instrumentów z początku płyty.

To samo dzieje się przy „The Mangy Hound”. W pełni udana kompozycja, ale wtórujące gitarom i perkusji dudy znów nie zaskakują niczym nowym. Jeśli chodzi o ten styl, „Chip” był kawałkiem na naprawdę wysokim poziomie choć i tak ustępował wzorowemu „The State Of Massachusetts” z ostatniej płyty Dropkick Murphys. Widać, że choć Real McKenzies niewątpliwie należą do elity celtic-punkowego grania, oryginalnością nie grzeszą. „Off the leash” to po ludzku zadowalające wydawnictwo, które jest w stanie przynieść masę radości i sporo satysfakcji, a że Irlandii na nowo nie odkrywa, trudno…

„Too many fingers” to klasyczne punk rockowe nagranie. Trwa niecałe trzy minuty, posiada dobry, optymistyczny refren oraz atmosferę barowej popijawy rodem z irlandzkiego pubu. „Drink some more” obyło by się i bez gitary gdyż całą melodię zwrotek wygrywają dudy wraz ze skrzypcami. Połączenie to pozornie nieważne, ale pod względem budowy same w sobie interesujące. I jeszcze ta tematyka wraz z bezkompromisowym refrenem „so we’re drinking we’re drinking we’re drink some more we’re drinkin we’re drinkin we’re drinkin for free…” Tych gości nie da się nie lubić. Nastrojowa ballada „Guy On Stage” zdecydowanie przypomina „The Maple Trees Remember”, a brak punkowego brudu blisko przywołuje niektóre dokonania The Pogues. Zamykające „Culling The Herd” wyważono pomiędzy spokojem a dynamiką. Już w zwrotkach dochodzi do wrzenia zakończonego perkusyjnym skandowaniem, solidnymi rockowymi gitarami oraz wokalną ścieżką bliską tej z kawałka „In Vein”, Alkaline Trio.

Wytwórnia Fat Mike’a z dumą wystawiła swojego pionka na irish-folkowo-punkowym polu. Miał już celtycki punk lepsze płyty nawet w tym najbliższym współczesności okresie. „Off the leash” dolewa oliwy do ognia, ale wciąż cieszy uszy. Osobom nie mającym wcześniej z takim graniem do czynienia, nie świadomym jego korzeni przejdzie bez bólu tak jak i fanatykom gatunku, którzy tym smakowitym kąskiem nie pogardzą. Ci co lubią się czepiać są tu najbardziej stratni.


Little Comets - In Search Of Elusive Little Comets (2011)












7

Z jednej strony Little Comets postrzegani mogą być jako kolejny zespół-pupilek „New Musical Express” z góry skazany na przereklamowanie. Z drugiej, tej bardziej pozytywnej, jako bezpretensjonalna rockowa kapela grająca proste, wpadające w ucho,skoczne kawałki. Wydawać by się mogło, że czeka ich sukces w rodzimych mediach i nikłe zainteresowanie za oceanem. Okazuje się, że niekoniecznie. Tym razem „NME” odpuściło oceniając „In Search Of…” na ledwie przyzwoite 6/10. Zachwycili się nimi za to choćby na Sputnik Music przyznając wysokie 9/10. Tyle może na razie w kwestii numerków, którymi i tak nie ma co się sugerować, a które niech posłużą za ciekawostkę. Little Comets są jak Razorlight i Vampire Weekend, jak Arctic Monkeys, Franz Ferdinand i The Fratellis. To angielska, popowa kapela z gitarami, młode chłopaki wskrzeszające swoimi poczynaniami ducha post-punk revivalu połowy minionej dekady. Jeżeli przy ich utworach chce ci się tańczyć, ruszać, tupać nogą albo rytmicznie stukać palcami, to znaczy, że spełniają one swoje zadanie. Na tej płycie nie ma silenia się na wysoką sztukę czy posuwania jakiegokolwiek gatunku do przodu. Jest rozrywka w postaci dziesięciu skrojonych pod singlową motorykę kawałków i zaledwie jednej ballady umieszczonej na końcu. Możliwe, że wokalista jest nieco irytujący, może kompozycje do wybitnie zajmujących nie należą, ale debiut Little Comets posiada groove, dzięki któremu swobodnie mogę go słuchać dwa razy pod rząd. Bo kiedy dobiega końca „Intelligent Animals” mam ochotę raz jeszcze włączyć „Adultery”. A po nim „One Night In October” i tak już dalej, ponownie aż do numeru 11.

Mew - No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away (2009)












8

Jak wyglądają na dzień dzisiejszy skojarzenia miłośników muzyki alternatywnej odnośnie krajów skandynawskich? Zdecydowana większość w odpowiedzi wykrzyknie: SZWECJA! Młodzi przywołają pewnie nazwy takie jak Tough Alliance, Sally Shapiro, Jens Lekman. Ci z reumatyzmem wymówią słowo ABBA. Spora część zawoła jednak: FINLANDIA! ISLANDIA! Bo Sigur Ros, bo Björk, The Knife i Múm. Ktoś tam wpadnie na pomysł: NORWEGIA. Z tym, że będą to głównie skojarzenia z palącymi kościoły blackmetalowcami, więc ta osoba ostatecznie zamilknie ze wstydu. Wreszcie kilka jednostek w tłumie nieśmiało wyduka: „Dania?”

Wszystkich wyżej wymienionych dzieli naprawdę wiele. Wspólną cechą jest oryginalność. Ta stylistyczna niesamowitość i klimat jakże daleki od tego co czynią liczebnie potężniejsi Amerykanie lub Anglicy. Dla wielu tych artystów najodpowiedniejszym słowem byłaby po prostu magia. Bajeczne Sigur Ros czy fascynujące wyczyny Jóhanna Jóhannssona to mimo wszystko trochę inna wrażliwość niż takich Mercury Rev dajmy na to. Oni są niewątpliwie wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju. Istnieją względem nich podejrzenia o kontakty z innymi światami (elfy, kosmici). Duńczycy z Mew natomiast całą swoją artystyczną wrażliwość, ogromną twórczą wyobraźnię i w podobnym stopniu czarodziejską atmosferę filtrują przez sukcesywnie rockowe/popowe wymiatanie. Płytą „And Glass Handed Kites” udowodnili trzy lata temu, iż są jednym z najciekawszych indie bandów na kuli ziemskiej obecnie. Teraz za pomocą “No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away” wypadałoby to jeszcze potwierdzić.

Funkcję głównej perły jaką w 2006 było „The Zookeeper’s Boy” pełni znany nam od bardzo dawna singiel „Introducing Palace Players”. W wersji albumowej trochę dłuższy, wzbogacony minutowym intro. O ile w „Zookeeper’s Boy” zauroczyło śpiewane cieniutkim głosem słynne „are you? my lady are you?” tak tu nie można się uwolnić od genialnie połamanej rytmiki utworu. Jonas Bjerre nadal przybiera tony zwykle mężczyznom w jego wieku niedostępne. Śpiewa trochę jak przedszkolak, trochę jak krasnoludek, który wybrał się do lasu na jagody. Inteligentnie skrojony opener „New Terrain” zaprasza do ich barwnego, bogatego świata gdzie shoegaze’owe pasma rodem z ostatniego M83 eksplodują słuchaczowi do ucha. „Repeater Beater” dowodzi biegłości w wymyślaniu intrygujących motywów na przestrzeni utworu pojawiających się więcej niż jeden raz. Sami siebie opisali kiedyś jako „pretensjonalną kapelę art.-rockową”. Jest to dość dobre określenie, bo przecież wokal trąci poniekąd celową pretensją, a obcowanie z ich muzyką i obserwacja tego w jaki sposób budują utwory przywodzi na myśl krótkie, najbardziej adekwatne słowo: „art”.

Obronną ręką Mew wybrnęli także z formuły napisania siedmiominutowej, epickiej pieśni. Pozornie ckliwe i nieefektowne „Cartoons and Macreme Wounds” przy bliższym zetknięciu okazuje się piękną, kunsztowną balladą. Ekstatyczne rozwinięcie delikatnego „Hawaii”, a w zasadzie jego całość przynosi kolejny moment satysfakcji. „Tricks” dyskretnie przemyca feeling wrażliwej 80’sowej dyskoteki. W błyskotliwym „Sometimes Life Isn’t Easy” klasycznie nawarstwia się wielowymiarowość tkanki kompozycyjnej. Zarówno w nim jak i końcowym „Reprise” znowu słyszę echa zeszłorocznego Gonzalesa. Pominięte wcześniej „Beach” oraz „Silas The Magic Car” podchodzą pod wzorowe popowe piosenki. Jedyny moment przy jakim kręcenie nosem jest uzasadnione to „Vaccine”. To raczej średniak, nie pasjonujący tak jak praktycznie cała reszta.

Mew nie zawiedli. Do swej dyskografii dorzucili kolejną więcej niż solidną pozycję. Znów ujęli wrażliwością, ulotnym klimatem, ale przede wszystkim mocarnymi kompozycjami. Wyczyn jakim niebywale jest “No More Stories Are Told Today, I'm Sorry, They Washed Away” wydaje się przy tym jakby dokonany z niewielkim trudem. Są utalentowani, pomysłowi, posiadają szerokie horyzonty, więc nagrali sobie znakomitą płytę. Jakie to proste. Duńskie trio to dziś gracze, na których warto stawiać. Jeżeli odpowiadają za albumy takie jak ten albo „And The Glass Handed Kites” wymknięcie się z rankingów dekady jest w ich przypadku raczej mało prawdopodobne.