czwartek, 22 maja 2014

The Field Mice - Snowball (1989)











9

Ukoronowaniem pierwszego etapu działalności The Field Mice jeszcze jako duetu jest właśnie ta debiutancka płyta długogrająca, twórcze podsumowanie oraz rozwinięcie wszystkiego co Bobby Wratten i Michael Hiscock przekazali wcześniej na znakomitych singlach. „Snowball” najwspanialej brzmi w swym początku oraz zakończeniu, tym samym uznanie „Let’s Kiss And Make Up”* i „Letting Go” za najwybitniejsze albumowe fragmenty zespołu nie powinno budzić wielkich kontrowersji. Zwłaszcza, iż obydwa jawią się prezentacją dwóch ważnych oblicz tej grupy. W pierwszym delikatna elektronika, niespieszne tempo i nieśmiałe melodie budzą album do życia, a dzieje się to w takim stylu, że równie dobrze mogłoby trwać przez co najmniej połowę krążka. Wratten jest emocjonalnie stabilny, w nastroju przyjaznym, gotowy do całowania i pogodzenia się. Sześciominutowy closer to z kolei nagranie niebezpieczne smutne, zatrważająco ponure oraz jakżeby inaczej - cudowne. Tu blisko klimatycznie do innej płyty wydanej w tym samym roku, a mianowicie „Disintegration” The Cure. Zamglony, melancholijny pejzaż, zapadający w pamięć klawiszowy motyw, dojmująco przenikliwa gitara i tekst z cyklu tych, których pisania powinno się zabronić. Deep down I know we'll never be, Living, laughing, loving in perfect harmony, The thought of you with someone else just kills me… Gdyby ktoś układał kiedyś playlistę z najlepszymi utworami do samobójstw z racji złamanego serca, to polecam gorąco.

Pamiętajmy jednak, że ci chłopcy mieli również w zwyczaju pisać twee-popowe chwytliwe piosenki. Kilka z nich z powodzeniem wybrzmiewa na „Snowball”.  Nie da się powiedzieć złego słowa o zgrabnie skomponowanym, bardzo krótkim „You’re Kidding Aren’t You”. Nieco cukierkowo wypada prze-radosne, zakochane „This Love Is Not Wrong”**. Jest i obiecane „Everything About You” czyli perfidnie bezpośrednia czysta afirmacja wyrażona słowami i muzyką. Śpiewane przez Bobby’ego wersy o kochaniu wszystkiego co związane z dziewczyną o chrześcijańskim imieniu i o niemożności doczekania się kolejnego spotkania z Nią. Tak bardzo twee.

Poza wymienionymi, wciąż znajdują się tu jeszcze trzy kompozycje. Do których grup się zaliczają? „End Of The Affair” jest czymś niewątpliwie pokrewnym do „When Morning Comes To Town”. Kolejną sielanką, wzbogaconą nawet o dźwięki fletu, traktującą o końcu relacji, aczkolwiek takim, który da się zaakceptować. Jak to Wratten ma w zwyczaju, następny utwór musi być ciepły i napawający optymizmem. Stąd „Couldn’t Feel Safer”, chyba najbardziej zlewający się z resztą punkt programu. Miło więc, że prawie na koniec duet serwuje swoisty ewenement, najmniej przystępne dla ucha, mechaniczne „White”, którego nie powstydziłby się pewnie wczesny Kevin Shields. Ponoć kontynuacja „Sensitive”, dla mnie numer ten wydaje się mieć sens jako początek nowej, eksperymentalnej drogi, którą grupa obierze już za moment.  




* "Let's Kiss and Make Up" - to pewnie najczęściej powtarzana informacja na temat The Field Mice, ale tak, powiedzmy to jeszcze raz, wersja Saint Etienne to oczywiście cover kawałka Wrattena i Hiscocka. Prawdopodobnie popularniejszy od oryginału. 

** "This Love Is Not Wrong" - może się mylę, ale czy przebój niejakich The Pains Of Being Pure At Heart (czyli najpopularniejszych aktualnie  kontynuatorów twee) zatytułowany "This Love Is Fucking Right" nie jest właśnie czytelnym nawiązaniem do piosenki TFM?


poniedziałek, 19 maja 2014

The Field Mice - I Can See Myself Alone Forever (1989)













Zgadza się, tytuł tego singla ukazuje nam Roberta Wrattena jako pesymistycznego,  zrezygnowanego, boleśnie nieszczęśliwego melancholika. I teraz pytanie, czy to co on nam tu wciska o umieraniu w samotności i niedoczekaniu znalezienia drugiej połówki jest w swej beznadziei komiczne, czy naprawdę przerażające? Zwrotka „I Can See Myself Alone Forever” to wręcz zupełna odwrotność tego co The Field Mice proponowali w „Emma’s House”. Tekstowe lamenty oraz wywnętrzenia Bobby’ego bezbłędnie przekazuje również muzyka, w szczególności zimny bas i rozmyta, cholernie głęboka gitara. Ryzykuję twierdzenie, że właśnie tutaj, głównie za jej sprawą, mamy do czynienia ze wczesną i iście doskonałą formą podgatunku muzyki alternatywnej zwanej dream popem.

Tym bardziej zaskakuje obecność „Everything About You” – chyba najbardziej optymistycznej i nośnej piosenki Londyńczyków jako strony B. O niej nieco więcej przy okazji pierwszej płyty długogrającej. 


niedziela, 11 maja 2014

The Field Mice - Sensitive (1989)








10

Od momentu wydania „Emmy” minęło kilka miesięcy, zaczął się nowy rok, choć nie dobiegła końca stara zima. Luty 1989, The Field Mice pokazują światu potwierdzenie tego, iż nie są tylko chwilowym aktem na rozległej a zarazem mało trwałej scenie niezależnej. Dowodem znakomite 5:05, w którym doprawdy żadna sekunda nie zostaje zmarnowana. „Sensitive” jawi się mocnym uderzeniem, kawałkiem motorycznie poprowadzonym przez melodie, puls basu, ale przede wszystkim brudne, pre-shoegaze’owe brzmienie gitary i wyrazisty rytm perkusji. Robert manifestuje tu wrażliwość i uczuciowość, bo choć tym razem piosence daleko do ckliwości i założeń kojarzonych z twee popem, to tekst jest niemalże krwawą obroną wartości, jakie panowie swoją twórczością niewątpliwie reprezentują.

My feelings are hurt so easily, That is the price that I pay, The Price that I do pay, To appreciate, The Beauty they're killing, The Beauty they're busy killing, Killing, Killing, Killing…

Z kolei uzupełniający singiel utwór “When Morning Comes To Town” to Field Mice klasyczne, konserwatywne i najzwyczajniej w świecie bardzo dobre. Emocje opadają, piosenka jest ładna, jej charakter niemal sielski, pomimo tego, że traktuje o kolejnej miłości, która musiała się skończyć. Bobby, wspomagany przez kobiecy głos jest jednak świadomy nieuchronności tego zdarzenia i nie wydaje się dołować. Rankiem idzie do przodu, wieczorem jest samotny i rozmyśla o niej. Standard.

„Sensitive” okazał się singlem umiarkowanie dostrzeżonym. Dotarł do top 20 UK Independent Chart a nawet znalazł się w prestiżowym Festive 50 kompilowanym co roku przez Johna Peela. 


wtorek, 6 maja 2014

The Field Mice - Emma's House (1988)









10

Kto dziś posiada jakąkolwiek wiedzę o wytwórni Sarah records, temu przychodzi zapewne na myśl przede wszystkim nazwa The Field Mice. Co prawda nie oni byli tu pierwsi, gdyż debiutancką siedmiocalówkę wydano im jako dwunastą z kolei pozycję w katalogu, a The Sea Urchins czy Another Sunny Day do zasobów twee i jangle-popu dorzucili od siebie coś ciekawego już chwilę wcześniej. To jednak Field Mice ze wszystkich kapel Sary okazał się zespołem bezapelacyjnie najbardziej prominentnym, rozpoznawalnym i posiadającym w ostatecznym rozrachunku najistotniejszy dorobek. Zaczynali zresztą kapitalnie, za sprawą znakomitości pod tytułem „Emma’s House”.

Kiedy Harvey Williams grał jeszcze wyłącznie we wspomnianym Another Sunny Day, panowie Bobby Wratten i Michael Hiscock radzili sobie zaledwie we dwójkę. Układ sił musiał być w każdym razie więcej niż wystarczający, skoro zaledwie wczesna faza działalności przyniosła duetowi kilka permanentnych majstersztyków. Pierwszym jest naturalnie tytułowe nagranie debiutanckiej EP’ki (albo jak kto woli singla). Utwór odsłaniający sporego rąbka muzycznej wrażliwości grupy, kamuflujący tęsknotę pod pozorem piosenki pogodnej i niebywale prostej. Składa się na niego modelowo dla wyspiarskiego indie-popu tamtego okresu brzmiąca gitara, obrazowo stawiane wersy przenoszące nas do portowego poranka, na godzinę za pięć szóstą, gdzie chłód przebija się przez jedwabną podkoszulkę bohatera oraz piękny w każdym calu refren - ujmująca ulotność uchwycona w kilku frazach. Wratten pyta gdzie ona jest? Śpiewa o opuszczonym domu ważnej dla siebie osoby i rozmyśla nad tym czemu wciąż nazywa go Jej domem? Emma, która dokądś odeszła, pozostawiając chłopaka w stanie sentymentalnej zadumy wpisuje się w jeden z najbardziej enigmatycznych dziewczęcych wizerunków niezależnego popu.

Na tym nie kończą się zalety pierwszej „siódemki” The Field Mice, choć zauważenie, że jej pierwsza połowa brzmi o niebo lepiej od drugiej będzie raczej nieuniknione. W totalny późno-80’sowy romantyzm z delikatną precyzją wprowadza „When You Sleep”. Bobby ponownie akcentuje wyjątkowość, ale i mglistość relacji miłosnej. Czule opisuje widok śpiącej ukochanej, a jednocześnie przeczuwa, że jego szczęście nie będzie trwać wiecznie. Co na papierze wydaje się rzeczą być może przesłodzoną w formie muzycznej zdaje egzamin na pięć. „Fabulous Friend” to nadal przyjemny, ale dość generyczny wytwór zespołu (Wratten posypuje głowę popiołem i akceptuje poczucie winy na jakie sobie zasłużył). „The Last Letter” z obecnym pianinem jawi się raczej letnią i błahą pioseneczką o przeciętnym tekście. 

Z dwiema kompozycjami bliskimi ideału, jedną dobra i jedną słabszą Londyńczycy notują debiut nierówny, ale i tak zapamiętany głównie przez wzgląd na klasę tytułowego utworu.



Ocena na górze to ocena tytułowej piosenki singla, b-side'y zostawiam w spokoju


sobota, 15 marca 2014

Modern Baseball - You're Gonna Miss It All (2014)











7

Modern Baseball, indie-rock/pop punk z Filadelfii czyli jeden z tych chwalonych za oceanem albumów, których polscy fani alternatywy wszelakiej nie będą w stanie łyknąć. Oczywiście u mnie w przypadku takiej stylistyki owo łyknięcie przychodzi z łatwością, bez popijania, nawet ze smakiem i niekrytą satysfakcją. Bo jak tu nie mieć serca dla uroczo szczeniackiego, ale niegłupiego songwritingu kolegów Brendana i Jake’a? Sympatii do rzucanych w manierze emocjonalnego buntu fucków i porządnych gitarowych melodii? Skamleń na temat dziewczyn, z którymi się zerwało oraz pozornych zwycięstw w radzeniu sobie samemu? No nie da się.

Pytanie kolejne. Jak bardzo źle musi brzmieć połączenie Daniela Johnstona z Blink 182? Dziwna sprawa, ale wcale. Modern Baseball to z jednej strony chłopaczki w czapkach z daszkiem, z drugiej wrażliwcy pogrywający balladowe lo-fi. Taka mikstura sprawdza się co najmniej nieźle. Brendan Lukensa i spółkę lata świetlne dzielą bowiem od znanego do tej pory przeciętnemu odbiorcy pokolenia pop-punkowców, od którego odrożnia ich chociażby nieco większa dojrzałość i odejście od MTV-przyjaznego stylu. Cecha to zresztą znamienna także dla innych współczesnych zawodników z tego podwórka: The Wonder Years, Iron Chic czy You Blew It. Owszem, panowie śpiewają nam o piątkowych nocach, związkach i różnych bzdurach typowych dla młodych ludzi, ale wystarczy zerknięcie jednym uchem na takie „Broken Cash Machine” żeby zauważyć, że jednak inaczej, zupełnie inaczej. Gorzkie piguły czy słodki pudding? Oczywiście jedno i drugie.  















Najlepszy na płycie „Your Graduation” zaczyna delikatnie wibrująca gitara, z której swobodnie mógłby wyskoczyć jeden ze wczesnych kawałków The Wedding Present. Panowie idą jednakże w innym kierunku konstruując chwytliwy przebój ścieżką klasycznie energetycznego koledż-rocka po amerykańsku. Wygrywa nieoczekiwane wokalne wejście perkusisty w drugiej zwrotce i wpadający w ucho refren. Tę piosenkę chciałbyś usłyszeć w swoim ulubionym młodzieżowym serialu pięć lat temu. „Rock Bottom” to ćwiczenie z ultra-melodyjnych gitar a la Tom DeLonge. Zabieg nagłego przyspieszenia w „Apartment” i „The Old Gospel Choir” słyszeliśmy już nie raz i nie dziesięć, a mimo to w tym przypadku posłuchać raz jeszcze nie boli. „Charlie Black” z zapadającymi w pamięć łoooo najperfidniej odsłania ich gówniarskie oblicze. Na przeciwnym biegunie znajduje się chociażby błyskotliwie rozpoczynające „Fine, Great”, delikatnie country’owe „Notes”, „Timmy Bowers” spod indeksu ósmego i kończące, smutne jak cholera, ale pocieszne „Pothole”.

Pulchny Brendan i Jake nie są posiadaczami najlepszych wokali świata, obydwaj śpiewają nieco przez nos, ale przynajmniej ich wypowiedzi nie tracą w ten sposób niczego z autentyczności. Kiedy już chcą coś powiedzieć, a zapewniam, że coś tam do powiedzenia mają, robią to totalnie po swojemu. Słucha się ich fajnie, „You’re Gonna Miss It All” to zaś istotna cegiełka w budowaniu nowego obrazu pop punkowego grania i odbywającej się w ciągu ostatnich dwóch lat jego gruntownej rehabilitacji. 



piątek, 21 lutego 2014

The Velvet Teen - Elysium (2004)











8.5

Wracasz zmęczony, choć niczego szczególnego tego dnia nie robiłeś.  Rano wsiadłeś w pociąg, chciałeś iść na zajęcia, ale ci odwołali. I tak umówiłeś się na 18:00 więc musiałeś spędzić jakoś cały dzień. Byłeś tu i tam, w szarej rzeczywistości odnalazłeś nowe fajne miejsca. Zjadłeś kebaba w Kebab Kingu, widziałeś pawia, w pracy dostałeś obniżkę. Spoko. A zmęczył cię pewnie znowu pociąg, ta przewożąca ludzi kołyska na szynach. Siedzisz teraz przed monitorem i nie za wiele ci się chce. Myślisz sobie, że takie płyty jak „Elysium” stworzono specjalnie dla ciebie.

To co powyżej jest bowiem klasyczną codziennością, realizmem, życiem. Całkiem przyzwoitym, spokojnym i wypełnionym względną harmonią, w którym mocne emocje zdarzają się raz na jakiś czas, raczej rzadko. Każdy chciałby ich chyba trochę więcej, stąd potrzeba dopompowania się nimi w rozmaity sposób. I tak jak magnez, wapń albo żelazo wypełniają niedobory w organizmie, tak zespoły w stylu The Velvet Teen wrażliwym na wrażliwą muzykę organizują fantastyczny emocjonalny suplement.

Utwory z tego dziesięcioletniego już albumu, o ile tylko odbiorca na to pozwoli, wchodzą z wyobraźnią w stosowne interakcje. Sprawdzają się jako ścieżka dźwiękowa do obrazów widzianych podczas wieczornego spaceru przez miasto, sięgają serca i bebechów, każą tworzyć ci FILMY W TWOJEJ GŁOWIE. Taka jest kluczowa dla „Elysium”, drastycznie przeoczona i prześliczna ballada „A Captive Audience”, zasługująca na miejsce wśród największych. Swoje bardzo robi tu Judah Nagler, wokalista melancholijnie-ekspresyjny, posiadacz świetnej barwy, w zależności od potrzeby ukazujący delikatność lub siłę własnego głosu. Chłopak ten, będący wówczas w moim obecnym wieku, nie wyśpiewywał jednak swoich kwestii na tle biednych, skąpo skomponowanych aranży. Przeciwnie, The Velvet Teen byli zespołem kombinującym na barokowo. Tworzącym mocarne, eleganckie konstrukcje składane za pomocą fortepianu, perkusji, klarnetu, fletu, wiolonczeli, puzonu, skrzypiec i Bóg wie czego jeszcze. W każdym razie, co może zaskoczyć albo zszokować, totalnie bez gitar. W takim „Forlorn” (drugie miejsce na płycie) dostajemy historię o kończącej się miłości, której tekst osiąga stany średnie (5-6/10), ale w żaden sposób nie jest tu rzeczą najistotniejszą. Tym co buduje ich opowieści są bowiem klimatyczne, stawiane ostrożnie niczym kroki przy łóżku śpiącego, wysmakowane dźwięki. Romantyczność uzyskana bez cienia ckliwej żenady.

Album ma momenty zaprzepaszczające opcję bycia bezbłędnym i nikogo nie powinno to dziwić. To właściwie taka płyta, że sam nie wiem czy niektóre jej fragmenty, jakie dziś robią na mnie wrażenie, jutro przy nieco innym nastroju nie ujawnią swej toporności lub egzaltacyjnej przesady. Mimo wszystko wstawienie dezorientującego intro „Sartre Ringo” albo dwunastominutowego giganta „Chimera Obscurant” wywołuje sympatię.  Wyżej wspomniane są nie do ruszenia, kilka innych też („Poor Celine”, jesienne „Penicillin”), no a zestaw robi wrażenie czegoś dalekiego całościowej perfekcji, ale w swych Momentach niewątpliwie przekraczającego jej śmieszne granice. 



wtorek, 18 lutego 2014

Eagulls - Eagulls (2014)


8

Nowa siła białasowskiego, gitarowego grania nadciągnęła z Leeds. Dla kogo nowa dla tego nowa właściwie, bo mowa o drugiej już w tym tygodniu grupie, której przyglądam się od paru ładnych miesięcy. Podobnie jak koledzy ze Spring Offensive, chłopaki z Eagulls dorastali w naszych oczach za sprawą poszczególnych nagrań, EP’ek i singli. Był swojego czasu ręcznie napisany list, który dedykowali „wszystkim plażowym zespołom ciągnącym sobie wzajemnie chuja”. Był entuzjazm towarzyszący pojawieniu się kawałków takich jak „Moulting”, „Possessed”, „Nerve Endings” albo „Tough Luck”. Przydarzył się  i przełomowy występ w nocnym programie Davida Lettermana. Ten w którym wyglądali jakby czuli się równie nieswojo niczym Ty sam gdybyś znalazł się na ich miejscu. Najszczersze zapewne chęci, choć efekt daleki od elektryzującego. Wokalista w długaśnej kurtce, z ręką trzymaną z tyłu i zamkniętymi oczami, chyba nie do końca wiedzący jak się zachować na scenie. Dzień później zdjęcie basisty, prężącego wątpliwe mięśnie wraz z Billem Murrayem. Wszystko po czym możesz później odnieść wrażenie, że to ten typ autentycznych ludzi, którzy w jednej chwili potykają się o własne nogi, aby w kolejnej pokazać totalne mistrzostwo i roznieść wszystko dookoła.

Brzmienie utworów na „Eagulls” niech posłuży za najlepszą odpowiedź na pytanie dlaczego wykonanie „Possessed” w „Late Night Show” dalekie było doskonałości. Weźmy dla przykładu takie „Hollow Visions”, nieznany wcześniej fragment debiutujący przy okazji albumu. Kawał ostrego jak papier ścierny post-punka z gitarami, w których nowo-falowa przestrzeń wprost zagryza się z atakującym uszy, blisko-noise-rockowym jazgotem. Eagulls generują rodzaj hałasu, przy jakim jedyną słuszną opcją jest podkręcenie głośności. Są zespołem napieprzającym trochę na jedno kopyto, ale robiącym to na tyle dobrze, że drugi, trzeci i czwarty numer w podobnym stylu dalej cholernie nam się podoba, a piąty i szósty będzie co najmniej mile widziany. Poza tym to wcale nie jest tak, że ich piosenki nie są tworzone z głową. Zawsze mamy do czynienia z lepszym, lub gorszym pomysłem na urozmaicenie formy, w którą za każdym razem pakują substancję złożoną z ogromnej energii, pasji i trochę też złości. Jakże cudownie skutkuje ta mieszanka w rozsadzającym na kawałeczki „Footsteps”, męczonym i katowanym chyba do ostatniego tchu zdesperowanego wokalisty George’a Mitchella. Przyjemnie jest dać się zmieść na koniec przez ścianę dźwięku w „Soulless Youth” (to samo nieco wcześniej w „Yellow Eyes”). Wyróżnia się ponadto wśród tej inspirującej młócki opatrzone teledyskiem „Tough Luck”, rzecz chyba w zestawie najbardziej wyrafinowana, osiągająca jakieś tam stany melodyjnej przebojowości. Tak mogliby brzmieć 30 lat temu The Chameleons gdyby tylko grali szybciej i zechcieli być mniej ułożonymi chłopcami. 



Dostaliśmy więc dobry, mocny, nieokrzesany debiut. Testostereonowy zastrzyk dla fanów ciekawszego punk rocka.  Zestaw rozedrganych emocji, wkurwień, wątpliwości i wyżyć. Bo gdzie niby indziej szukać dziś swoich własnych współczesnych hymnów, które wyrażają twoje frustracje jeśli nie w kawałkach takich jak wspomniane już „Soulless Youth”? Mitchell nie musi być wybitnym poetą aby jego lakoniczne myśli w rodzaju „I never, I never, I never feel fine, This soulness, this soulness, this soulness inside” trafiały prosto do celu. Jego odbiorca nie musi być z kolei odbiorcą wybitnym, aby na odpowiedniej płaszczyźnie zrozumienia ową myśl przyjąć, podzielić i zachować. A muzyka? Jakie czasy takie Sex Pistols, Gang Of Four albo Archers Of Loaf. Na narzekaniu mnie nie przyłapiecie. 

sobota, 15 lutego 2014

Spring Offensive - Young Animal Hearts (2014)











9

W grupie moich znajomych świadomie słuchających muzyki debiut Spring Offensive dorósł do miana najbardziej wyczekiwanego albumu ostatnich dwóch lat. Zaczęło się chyba od „Worry, Fill My Heart”, singla w tych kręgach już klasycznego, niesamowitego hymnu sfrustrowanej klasy pracującej świadomej marnowania najlepszych lat młodości. Szybko okazało się zresztą, że panowie z zespołu mają do życia bardzo praktyczne podejście i choć tekstom nie brakuje poetyckiego charakteru, to ich część zamiast traktować o miłości, poświęcona jest pieniądzom, a raczej ich brakowi, albo szczurzej gonitwie za nimi. Na jednym z wczesnych nagrań, mocarnym skądinąd „Every Coin” mój imiennik (no powiedzmy) Lucas Whitworth wypruwał z siebie żyły śpiewając o tym, że każda moneta musi zostać połknięta. Wtedy też doszło do mnie, że mamy do czynienia raczej nie z zajawką, a zjawiskiem. Zaczęło się oczekiwanie, śledzenie i komentowanie w kameralnym forumowo-facebookowym gronie wszelkich poczynań Oxfordzkiej kapeli.

Obydwu wymienionych kawałków zabrakło na debiucie. Cóż, gdyby mieli wrzucać na niego wszystko nagrane do tej pory ciężko byłoby w ogóle mówić o „nowej” płycie. „Worry” pozostanie legendarnym stand-alone singlem i największym przebojem zespołu jak dotąd. „Every Coin” wydarzył się dawno i chyba psułby nieco szyki „Young Animal Hearts” jako całości. Poza tym reprezentacja starego i tak trzyma się tu więcej niż solidnie. Rozpoczyna przecież bardzo dobre, nieco inne od pozostałych „Not Drowning, But Waving”, którego doskonałość budowana jest powoli, wraz z cykaniem zegara, mrocznymi chórkami, niezbyt wesołą historią i logicznie wyrażonym na poziomie warstwy muzycznej smutkiem. Słyszymy pobrzdękującą akustyczną gitarę, rytmikę uciekającą na kilometr od banału, charakterystyczne dla tej grupy chóralne wokale, słowem całą masę perfekcyjnie ułożonych puzzli. Udało się ocalić w tym wszystkim krystaliczność wokalu głównego, dzięki czemu ten w kulminacji raczy nas pięknie brzmiącym, refleksyjnym wyznaniem „Afraid you'll turn on me and I'll go down for this”. Z kolei w samym zakończeniu czeka już istny sztorm i stosowne wyładowanie. Tak prezentuje się sztuka stopniowania napięcia w muzyce około-gitarowej na wysokości 2014. Dawny znajomy to również „No Assets”, reprezentant frakcji utworów o tematyce pieniężnej, dobra rada o konieczności oszczędzania. Jakżeby inaczej przystrojona w intrygujący melodyjno-rytmiczny płaszczyk, połamaniec z poważnym refrenem. Przywitać można się ponownie z „52 Miles” zawierającym kultową linijkę „find another girl or find another job” oraz ujmującym, bezbłędnie wyprodukowanym „Carrier”. Ze środka krążka uśmiecha się do nas błyszczący szczególnie w lajtowych zwrotkach, udostępniony wiosną „Speak”. Jest tonący w posępności, groźnie zapowiadający się i raczący pesymistyczną ironią „The River” kojarzony wcześniej jako „I Found Myself Smiling”. Zapewniam, że jego kilkukrotne przesłuchanie kończy się późniejszym śpiewaniem fragmentu o  ześlizgiwaniu się do rzeki. No i na finał, piosenka podsumowująca wszystko co u nich najlepsze,  perełka z jesieni w postaci „Young Animal Hearts”. Tego już opisywać nie będę, proponuję posłuchać, lub zsumować sobie wszystko co wymęczyłem o ich muzyce do tej pory.  


Cudem byłoby gdyby jeszcze garstka dograna do albumu prezentowała równie mistrzowski poziom. Tu jest niestety nieco słabiej, aczkolwiek bez przesadnego spadku. Daje radę „Hengelo”, numer singlowy, udostępniony na chwilę przed „Młodymi Zwierzęcymi Sercami”, mi kojarzący się lekko z Violens (zwrotki). Złego słowa nie da się powiedzieć o wpadającym w ucho „Bodylifting”. Świetną formę potwierdza „Something Unkind”. Jeśli napiszę w tym momencie, że najsłabiej prezentuje się „Cut The Root”, to po przesłuchaniu wyłącznie tego kawałka powinniście już wiedzieć z jak dobrą płytą macie do czynienia.

„Young Animal Hearts” jawi się więc taką trochę kompilacją hitów i ukoronowaniem pewnego okresu działalności zespołu. Nic nie zmieni jednak faktu, że jest to po prostu zajebisty album. Spring Offensive dawno temu pokazali się jako niewiarygodnie zdolna grupa, a dziś już z płytą w zanadrzu mogą jeszcze dumniej unosić głowy w ramach bycia czołowym zawodnikiem bujnej i często epigońskiej sceny wyspiarskiego indie rocka.  Tym chłopakom nikt bowiem oryginalności nie odmówi. Naprawdę fajnie, że mają już na nią pełnoprawny, nie pozostawiający wątpliwości dowód.