środa, 11 stycznia 2012

Aloha - Sugar (2002)













7.5

Na „Sugar” nieco zanika znana z pierwszej płyty kombinacja jazzu z indie popem, a zespół o wiele chętniej kultywuje tradycje post-rockowe. Młodszej siostrze „That’s Your Fire” nie odmówimy tych samych rysów i ogólnego podobieństwa. Przemianie ulegają kształty, podczas gdy te same pozostają środki. 

Produkcja, brzmienie i udział poszczególnych instrumentów nie różnią się zbytnio. Te same kapitalne gitary, wyrafinowana rytmika i wibrafon. Już łechtające narząd słuchu dzwoneczkowe intro „Fractures” sprawia przyjemność w znajomy sposób. „They See Rocks” może jedynie wzmocnić wrażenie, że oto przed nami wierny follow-up debiutu, jawiąc się przy okazji utworem na poziomie tych najlepszych sprzed dwóch lat. Po nim następuje jednak mój ulubiony „Let Your Head Hang Low”, który co prawda przez kilka minut pozostaje wpadającą w ucho piosenką, ale im dalej w las, tym wyraźniejsza staje się w nim ucieczka od tradycji zwrotkowo-refrenowej. Mamy tu swoiste "Sugar" w pigułce, a więc z jednej strony melodyjne słodkości, z drugiej rozciągnięte końcówki, kombinowane struktury i improwizacje.

Jeśli ktoś ceni sobie eksperymentowanie, „Sugar” trafi do jego serca być może bardziej niż „That’s Your Fire”. Z grubsza rzecz biorąc, różnica jakościowa między tymi płytami jest jednak kosmetyczna, a obecność kompozycji tak dobrych, jak "It Won't Be Long", „I Wish No Chains Upon You” czy „Dissolving” sprawia, że można tu odpłynąć co najmniej równie mocno. Na drugiej płycie Alohy piękno i progresja triumfują na całej linii. 

wtorek, 10 stycznia 2012

Aloha - That's Your Fire (2000)













7.5

Ciemnoniebieska okładka zdobi śliczną jak z obrazka, pierwszą długogrającą płytę znakomitego zespołu, który w obrębie indie popowego grania od zawsze deklasował resztę stawki nietypowym podejściem, wyczuciem i unikalnością. Inwestycja Polyvinyla w tych kilku młodych, zdolnych i kombinujących chłopaków za sprawą „That’s Your Fire” zwróciła się pełnią artystycznej satysfakcji. 

Pasowali tam zresztą jak ulał. Do tej pory szeregi niewielkiej wytwórni uzupełniały głównie kapele mocno związane ze sceną indie emo: American Football, Braid, Rainer Maria. Poczucie nastrojowości oraz melodie Alohy również ocierają się o tę „midwestową” wrażliwość i mimo, że stylistycznie grupa wychodzi już na o wiele głębszą wodę, to bezboleśnie da się ją postawić niedaleko wyżej wymienionych. Tym sposobem Polyvinyl dopasował kolejny puzel do dotychczasowej układanki, proponując jednocześnie coś nowego i świeżego.

To, co przy okazji EP’ki „The Great Communicators” można było podejrzewać, tu jest już oczywistością. Tak, ten skład ma potencjał i potrafi robić rzeczy o jakich zwykłym rockowym rzemieślnikom się nie śniło. Nie są to goście, którzy założyli zespół, żeby podrywać laski graniem trzech akordów. To ekipa piekielnie muzykalnych ludzi, myślących pięcioliniami, potrafiących wspólnie osiągnąć perfekcyjne zgranie, wytworzyć wspaniałe harmonie i oczarować świetnym klimatem. „That’s Your Fire” przenosi jazzowe i prog-rockowe w duchu muzykowanie na płaszczyznę indie popu, ani na moment nie tracąc na przystępności, kuszącej modestmouse’owych niezali i nastolatków przeżywających uniesienia przy The Promise Ring. 

Nie powinno w takim razie nikogo zdziwić jeśli napiszę, że wszystkie kompozycje składają się tu na zwartą, przemyślaną całość. Największym minusem takich rozwiązań jest zawsze zagrożenie monotonii, tu jednak wszystko kończy się szczęśliwie, a twórcy osiągają prawdopodobnie pożądany efekt. Od początku do końca towarzyszy nam masa cudnych dzwoneczków, unikatowych dźwięków wibrafonu, fortepianu, klawiszy i innych czynników zapewniających swoistą elegancję. Mylny może okazać się wstęp do „Last Night I Dreamt You Slept Beside Me”, najpierw przywodzący na myśl coś elektronicznego, następnie za sprawą szybszego rytmu, punkowego, który w końcu ewoluuje do właściwego, eksperymentalnie popowego kształtu. „Ferocious Love” trochę kojarzy mi się z „When The Paris School Dismisses And The Children Running Sing” Joan Of Arc i jest to oczywiście skojarzenie najlepszego sortu. Poza tym wokal i songwriting Tony’ego zostały stworzone żeby raczyć nas tego rodzaju najbardziej urokliwą postacią czegoś, co określić da się tylko jako „heartbreaking music”.

Początek początkiem, ale moje ulubione momenty znajdują się w drugiej części. Najpierw szóstka i upust emocji w przeciętnie zapowiadającym się „A Hundred Stories”, który wyzwala w Cale'u Parksie perkusyjną bestię. Następnie ósemka czyli „Saint Lorraine”, dawkujące paranoiczność w stylu powstałego 4 lata później albumu „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” (gdzie Cale miał swój udział). Jedno oczko dalej, najbardziej ujawniające klasyczny indie rockowy sznyt „With The Lights Out, We Sing” (wyrazista gitara) no i imponujące zakończenie „Sky High”. Idę o zakład, że to kawałek od samego początku napisany z myślą o domknięciu skrzętnie zaplanowanej całości. 

Na tym skończę wymienianie, które jak to w przypadku dobrych płyt mogłoby trwać o wiele dłużej (celowo pominąłem dziewięciominutowe „Heading East”). Bardzo spójne „That’s Your Fire” to postawienie wysokiej poprzeczki, która jednak dla wyćwiczonego skoczka okazuje się niczym. Przyszłość Aloha obfitować będzie w pewne zmiany i trochę już inne płyty. Inne na korzyść czy nie? Do przeczytania niedługo.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Joan Of Arc - In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust (2003)












7

Ta płyta przy kilkuletniej znajomości przysporzyła mi wielu mieszanych wrażeń. Od poczucia fantazyjnego zgwałcenia, kiedy okazało się, że Joan Of Arc nie zawsze brzmieli tak, jak na „Eventually All At Once”, przez częściową sympatię do niektórych fragmentów, po niemal całkowitą akceptację i zrozumienie czegoś, czego najlepiej nie rozumieć.

I started. he said so. are you from around here? Well if anyone invites you in, just politely say “no thank you.”

Kuriozalne poczucie estetyki daje o sobie znać już na początku, w specyficznej (jakżeby inaczej) opowieści o synu farmera. Samo „Sing The Scarecrow Song” wystarczy, aby uświadomić sobie, że choć są lepsi i więksi, to drugiego takiego jak Tim Kinsella nie ma na pewno. Następujące po nim lunatyczne „Happy 1984 and 2001” z wyliczanym jak mantra: sidewalk shadow, bird shadow, cowboy shadow, bicycle shadow, cigarette shadow, marijuana shadow, cocaine shadow, ecstasy shadow, Dick Cheney shadow, zapisuje się jako jeden z najbardziej pamiętnych momentów krążka. Przedziwny, choć znakomity zarazem.

Za sprawą sennie uwodzącego „Excitement Is Exciting” dowiadujemy się, jak może brzmieć odpowiedź Joan Of Arc na neo-psychodelię. Tuż po nim doznajemy zaś kompletnego absolutu w postaci „Barge”. Utworu prowadzonego tym razem przez obojętny głos Todda Mattei, do cna smutnego i dołującego, ale z której by strony nie spojrzeć doskonałego. Melodia fortepianu, późniejsze harmonie wokalne z Timem i odległe pogłosy przynoszą poczucie obcowania z czymś jedynym w swoim rodzaju. Klasę solidnie podtrzymuje także „Gang Language”, który domyka pierwszą część podróży, gdzieś na granicy irytującej bezsenności i kolejnych koszmarów.

Za sobą mamy więc już tę przyjemniejszą część płyty, przed sobą z kolei intensywny mind-fuck. Sny robią się coraz bardziej surrealistyczne, nieregularne i rozmazane. Muzycy Joan Of Arc rezygnują z opanowania i nie zamierzają dłużej trzymać fasonu. Zaczyna się faza rozbuchanego tripu oraz improwizacji. Chaotyczne „Moonlightning” z elementami jazzowymi brzmi, jakby im się zepsuła taśma, ale wciąż jest w tym coś inspirującego. Wyjątkowo łagodne pranie mózgu oddziela od siebie pierwszą, akustyczną oraz drugą, eksperymentalno-dubową część "Dinosaurs Constellations".

Reszty szczegółowo nie opiszę. Wspomnę jedynie, że usłyszymy tam między innymi ochrypłe fałszowanie do szklanki, modyfikujący mózg popis samplingu czy skrawki oderwane z poprzednich utworów i pozostawione w przypadkowych miejscach. Na koniec znów dostajemy nagranie tytułowe, podsumowujące całość za sprawą ośmiu minut upiornych zgrzytów i pisków, trochę w stylu awangardowej części twórczości Sonic Youth.

Nie ulega wątpliwości, że przy okazji tej płyty Joan Of Arc znów się zmieniło. Na „In Rape Fantasy And Terror Sex We Trust” zespół daje się jednak ponieść eksperymentalnym formom z lepszym skutkiem niż na „The Gap”, serwując równocześnie szczyptę nieco trzeźwiejszego podejścia do twórczości z komponowaniem wspaniałych piosenek włącznie. W kolejnych latach przyjdzie im spłodzić rzeczy lepsze i ładniejsze. Nigdy już chyba jednak równie osobliwe i artystycznie nieokiełznane.

niedziela, 8 stycznia 2012

Ringo Deathstarr - Colour Trip (2011)












7

„Walentynkowa płyta dla niezali”, słodkohałaśliwe twee i przyjemna zrzynka z My Bloody Valentine. Teksańska kapela o nazwie naznaczonej perkusistą Beatlesów wybiera dziś drogę podobną do tej, którą dwa lata temu ruszyli popularni The Pains Of Being Pure At Heart. Ze skutkiem lepszym, gorszym czy może porównywalnym?

Chwali się im balansowanie między strukturami wiosennymi i zwiewnymi w stylu Painsów, a zdecydowanym graniem shoegaze’owego „mięsa”. Nie wspomnieć o The Jesus And Mary Chain byłoby fajnie, ale niezbyt trafnie. Gitarowy noise, brud i hipnoza, rozmycie, narkotyczność wokali to integralna część tego, czym są Ringo DeathStarr. Z tego głównie względu wypadają dla mnie bardziej przekonująco, niż nowojorczycy, choć w samej kwestii delikatności, uroku, czy innych „kwiatów we włosach” pewnie by przegrali. Wpływy są najzupełniej przejrzyste. Już w pierwszym numerze wielu usłyszy Blindę i Kevina. W drugim, chyba najbardziej nośnym, pomimo wszelkich zgrzytów, szumów czy świdrującej solówki „Do It Every Time”, mogą pojawić się skojarzenia z dowolnym hitem a la „Just Like Honey”. Singlowe „So High”, chwytliwością idące łeb w łeb z poprzednikiem sympatycznie rozpędza się niczym „Pleasantly Surprised” zespołu The Soup Dragons ze składanki „C86”. Jego perfidny refren zaś należy do tych, których nucenie mogłoby wywołać dziwne spojrzenia osób w otoczeniu.

„Colour Trip” wypełniona jest zresztą kompozycjami nastawionymi na przebojowość („Tambourine Girl” czy „Chloe”). Okazjonalnie zespół serwuje także fragmenty wolniejsze, mgliste, senne, ale i wciągające. Tu wskazanie na odpowiednio zatytułowane „Day Dreamy” i ładny closer „Other Things”.

czwartek, 5 stycznia 2012

Aloha - The Great Communicators, The Interpreters, The Nonbelievers EP (1999)












5.5

Jak głosi krótka notka na stronie wytwórni, Aloha to jedyny zespół w historii Polyvinyl Records, któremu do podpisania kontraktu wystarczyło zaledwie jedno demo. Intuicji można jedynie pogratulować, bo właśnie dzięki temu chicagowski label pozyskał w swe szeregi jeden z oryginalniejszych indie-bandów przyszłej dekady. Początkowe dokonania kapeli Tony’ego Cavallario i Cale’a Parksa można opisać jako obiecujące i ciekawe. Widać, że już od samego początku chłopaki posiadają mocny warsztat, są muzycznie inteligentni i lubią eksperymentować. Mamy tu swoistą fuzję alternatywy, popu i jazzu. Jest wibrafon, syntezator, oczywiście gitara, bas, perkusja i wokal. Ten ostatni ciepły i przyjemny. „The Great Communicators...” to dwudziestominutowy prolog oraz krótka zapowiedź dwóch kolejnych płyt. Nic obowiązkowego jeśli nie jest się fanem, bo na dobrą sprawę poznawanie dyskografii Alohy można zacząć już od bardzo podobnego klimatem „That’s Your Fire”.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 2 (miejsca 15-1)

15. Algernon Cadwallader – Preservatives












Dziś patrzę już na tych chłopaków jak na kogoś więcej niż tylko średnich naśladowców stylu Cap'n Jazz. Od teraz są dla mnie przede wszystkim twórcami najlepszego, najbardziej skocznego hymnu dla środków antykoncepcyjnych jaki słyszałem. No dobra, może słyszałem tylko jeden taki, ale to co dzieje się w jego drugiej części jest dla mnie porównywalnie z niespodziewanym hookiem w „Vermillion Plaza” Deastro sprzed dwóch lat. Rodzice indie-dzieciaków w USA mogą spać spokojnie.

LINK


14. The Strokes – Under Cover Of Darkness












Nie odważyłem się póki co wrócić po raz drugi do najnowszego krążka Strokesów. Jednakże jeśli ma on, choć w niewielkim stopniu tak wysoki poziom growerowania co „Under Cover Of Darkness” to może powinienem spróbować. Nick Valensi, tak się nazywał ten ich gitarzysta? Jak mam pamiętać skoro wydają albumy raz na 5 lat? W każdym razie, to charyzmatyczne brzmienie gitary, wyeksponowanie melodii w omawianym singlu nie pozwala ich za żadne skarby znielubić. Samo „Is This It?” wystarczy żeby kultowy status mieli do końca życia. Wypuszczanie raz na jakiś czas równie przylepnych utworów w żadnym wypadku mu nie zaszkodzi.

LINK


13. Dropkick Murphys – Going Out In Style












Udał im się ten pierwszy singiel wyjątkowo. Choć cała płyta wypada przynajmniej przyzwoicie to drugiej takiej bomby już się w niej na bank nie doszukamy. „Goin Out In Style” wybucha z buńczuczną energią dorównującą klasycznym wycinkom poprzednich krążków – „I’m Shipping Up To Boston” czy „The State Of Massachusettes”. To pieśń przepełniona dumą, ale wyrażona na zupełnym luzie i bez spinki. Dopóki leje się piwo, banda wielkich facetów skanduje słowa tekstu, a kończynka jest zielona nie ma się co o Dropkicków martwić.

LINK


12. Joan Of Arc – Life Force












Minuta i trzynaście sekund podbudowującego optymizmu na jaki potrafił się zdobyć Tim Kinsella. Kiedy słyszę życzliwosć zawartą w słowach „let’s cut each other strings, give me the hand if you understand” podsumowaną jeszcze bardziej dowartościowującym “There’s this good thing inside of me, A way of seeing.” czuję, że nie może mnie już spotkać nic złego. Na horyzoncie same dobre chwile.

LINK


11. Braids – Plath Heart












Zachwytów nad czarującą wokalnie dziewczyną z Braids ciąg dalszy. Początkowy motyw można sobie nastawić na dzwonek. Kluczem do wspaniałości kawałka fragment „didn’t do extactly what you told me, when you scold me, leads me to implore the, golden hole which was surely given to make beautiful children and push and push and push and push” gdzie liczy się treść, ale też przede wszystkim sposób wyartykułowania. Całościowo piękny, “podwodny” pop.

LINK


10. Touche Amore – ~












Refleksyjna melodia, punk rockowa petarda, naładowany emocjami wokal. Wściekłość, energia, nadzieja, wszystko na przestrzeni niespełna półtorej minuty maksymalnie zaangażowanego grania. „If actions speak louder than words, I'm the most deafening noise you've heard, I'll be the ringing in your ears, That will stick around for years”. „For Want Of” obecnej dekady?

LINK


9. Manchester Orchestra – Simple Math












Jeśli to jest stadionowy rock, a podobno jest to znaczy, że stadionowe granie ma się dziś wyjątkowo dobrze. Ja co prawda nie słyszę tu żadnego wielkiego refrenu, przesadnej podniosłości ani nie wyczuwam lasu rąk kołyszącego zapalniczkami. Słyszę za to błyskotliwy jak cholera kompozycyjnie kawałek efektywnej i efektownej również gitarowej muzyki, zaserwowanej z równie inteligentnym tekstem. Klasy „Simple Math” nie trzeba wcale bronić przypominając o absolutnie genialnym teledysku.

LINK


8. Kiev Office – Dwupłatowce












Szczerze, nie dałbym się raczej pokroić za refren tej piosenki, ale już przy zwrotkach, przybrudzonych na shoegaze'owo, przebojowych gitarach czy doznaniowo wyśpiewanych linijkach w rodzaju „bo ja wooooooooooolę kiedy lecisz wciąż w górę, północny zachód kraju leży poza barierą dźwięku” szczęka opada każdorazowo. Przejście po pierwszym chorusie i podśpiewywanie Kucharskiej to również mały, ale jakże istotny bonus.

LINK


7. Death Cab For Cutie – Stay Young Go Dancing












Przy tym utworze uświadomiłem sobie kiedyś, że nic co złe nie trwa wiecznie, po nim w końcu nadchodzi lepsze. Dzisiaj wiem też, że to działa w dwie strony, a w zasadzie jak błędne koło. Na tym co wyparło gorsze też po jakimś czasie się zawiedziesz, ALE i to zniknie w końcu wyparte przez coś nowego. Zamotałem? Pewnie niewiadomo o co chodzi. Tak sobie gadam do siebie.

LINK


6. Papercuts – Do You Really Want To Know












Najbardziej przyczepna kompozycja z ostatniego albumu barokowych subpopowców. Papercuts nie mają może epickości Grizzly Bear ani nie zdobyli takiego rozgłosu jak The Morning Benders w roku ubiegłym. Piosenki, w których słodycz aplikowana jest tak jak tutaj, na miarę najlepszych jakościowo ciast i wypieków to jednak ich wyjątkowo mocna strona.

LINK


5. Maritime – Annihilation Eyes












Kilkanaście miejsc wcześniej wspominałem o “It’s Casual” jako potencjalnie najlepszej rzeczy spod dotychczasowego szyldu Maritime. “Annihilation Eyes” to oczywiście inna para butów, utwór mający na celu dodać chęci do życia, sprzedać pozytywnego kopa, sprawić, że chętniej wstaniesz rano na zajęcia. Co tu więcej pisać odkrywczego, ONA WŁAŚNIE TO ROBI, jest w swojej kategorii bezbłędna i raczej ciężka w tym roku do pobicia.

LINK


4. Joyce Manor – Leather Jacket












Nikt lepiej nie ujął ostatnio kwestii uczuciowego rozczarowania niż Joyce Manor w tym powalającym, hymnicznym kawałku. „In your new leather jacket, you're somebody else, And it's not nice to meet you in a fortress of self”. Istny autentyk łkania przez zaciśnięte zęby i ochrypły deadmilkmenowy wokal. „I miss the way we talked before you went away to school, I hate the way you're leaning and you're looking at your phone, I hate the way I feel like dying when I'm alone.”. Gorycz tęsknoty za starymi dobrymi czasami kiedy bliska ci osoba była ci jeszcze bliska… Przyszły klasyk punkowego romantycznego zawodzenia.

LINK


3. Setting The Woods On Fire – December Decay












Prawdziwe piekło chłopaki rozpętują we wstępie do wspaniałego „December Decay”, który po chwili przechodzi w uroczą indie-emo balladkę w stylu Mineral, ale iście wybuchowym, siarczystym hardcore’m (czy w końcu nawet post-rockiem) raczy również w kolejnych, zajmujących minutach. Nie mieliśmy czegoś takiego do tej pory na rodzimej scenie zbyt wiele, więc teraz STWOF starają się oddać wszystko za jednym zamachem…

LINK


2. The Antlers – I Don’t Want Love












Łamacz serca roku. Piosenka, której chcesz słuchać schowany przed światem, szczęśliwy lub nie, raczej nie, kiedy widzisz pierwszy śnieg za oknem, kiedy o kimś myślisz. Paradoksalnie tyle w tym utworze miłości, że Peter Silberman okazuje się marnym kłamcą.

LINK


1. Thursday – No Answers












Któż inny potrafiłby zaaplikować wyważoną podniosłość klawiszy, doskonałość gitarowych partii, perkusyjnych przejść i cudownego, wysmakowanego dramatyzmu niż ta wiecznie samodoskonaląca się grupa z New Brunswick? „No Answers” to kompozycja w ścisłym znaczeniu słowa, precyzyjnie skonstruowana, dograna na ostatni guzik przez każdego z muzyków. Technicznie jest się nad czym rozpływać, ale przecież i tak decyduje tu wartość emocjonalna, poruszanie i oddziaływanie. Zwłaszcza w tej fantastycznej końcówce gdzie pięknie zaakcentowany smutek ponownie okazuje się wartością nadrzedną,prowadzącą do powstania momentu jaki pamiętać się będzie na bardzo długo.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ulubione utwory 2011 część 1 (miejsca 30-16)


30. Andrew Jackson Jihad – Hate, Rain On Me












Oda do pesymizmu, hejterstwa oraz ponuractwa i zarazem rzecz idealnie godząca indie rockowców z kibicami folk punku, z kultową linijką: I wish I had a bullet big enough to fucking kill the sun. 


29. Yellowcard – With You Around










W gimnazjum słuchałem „Ocean Avenue”, w liceum dałem się nabrać na „Paper Walls”, teraz jestem na studiach, a Yellowcard perfidnie gra na sentymentach, znowu śpiewając o kalifornijskim słońcu i wymiatając na skrzypcach. Mimo, że lata lecą, wciąż odbywa się to tak samo autentycznie i z podobną beztroską, jak w pierwszej połowie lat zerowych.


28. Bon Iver – Towers










Z zadania napisania folk-ballady o szczególnie ujmującej melodii Justin Vernon wywiązał się celująco. Oczywiście on zawsze tworzył praktycznie same ładne ballady, ale „Towers” wyróżnia się pewną pozytywną przystępnością, która niczego tu nie odbiera, a wręcz przeciwnie robi bardzo dobrze. Oh, the sermons are the first to rest, Smoke on Sundays when you're drunk and dressed. Ktoś jeszcze w tym roku rzucał takimi tekstami?


27. Future Islands – Before The Bridge










Dyskoteka dla ludzi z depresją. To co się tu wyprawia za cholerę nie powinno do siebie pasować. Jest bit, pulsacja, klawisze, a z drugiej strony przygnębienie, koleś o specyficznym wokalu i do you believe in love, do you believe in love? wymawiane w taki sposób, że ja chyba już w nic nie wierzę.


26. WhoMadeWho – Every Minute Alone










Jeśli kapela wymyśla z 15 zajebistych motywów i zamiast rozłożyć je regularnie na cały krążek wszystko upycha w jednym kawałku, to czy da się tego później nie umieścić na liście piosenek roku? Duńczycy z WhoMadeWho fachowo opakowali indie rockowy numer w mrocznawą, tanecznie-transującą elektronikę, czego rezultatem ten oto w wąskich kręgach uznawany przebój.


25. Iron & Wine – Tree By The River











Czarny koń na “Kiss Each Other Clean”. Dlaczego akurat tę piosenkę wybrałem spośród innych kapitalnych nagrań z ostatniego albumu Sama? W czym jest lepsza od „Walking Far From Home” – potężnego hitu indie-kręgów A.D 2011, „Rabbit Will Run” albo „Your Fake Name Is Good Enough For Me”? Nie wiem, nie powiem, czaruje mnie chyba sielskość tego klimatu, “drzewka przy rzece kiedy mieliśmy po 17 lat”. Cóż poradzić.


24. Joan Of Arc – Love Life










Niech ktoś mi powie, że oni nie są tu w świetnej formie. Z „Love Life” pomysłowością aż kipi. Najpierw wchodzi wesolutka gitara, melodyjne kombinacje i math-rockowe kształty. Po chwili kończy się matematyka, a zaczyna powaga, start emocyjnego natężenia i gorycz w głosie Tima oraz popis wszystkich instrumentalistów. Jakby to powiedziała jedna moja koleżanka, dla mnie jako fana CZAD, ale bynajmniej nie tylko fani mogą czuć się tu pod wrażeniem.


23. Braids – Lemonade










Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałem się, co by było, gdyby ktoś z duetu Avey Tare-Panda Bear urodził się kobietą i mniejsza zresztą o to. Odpowiedź do tego pewnie nigdy niezadanego pytania przyszła wraz z debiutem Braids, a szczególnie jego przeuroczym openerem „Lemonade”. Tekstury, melodie oraz rytmika wypadają tu wspaniale, ale i tak najbardziej skupia na sobie uwagę wokalistka. Operująca głosem w jakiś magicznie kojący sposób, już definitywnie czyniąca z tego kawałka małe, konstrukcyjne i klimatyczne arcydzieło.


22. Maritime – It’s Casual










Zaskakujące, jak na Maritime, shoegaze’owe inklinacje i uzależniająco rozwibrowana gitara wystarczają "It's Casual" do podbicia serca i zapewnienia sobie lokaty w trzeciej dziesiątce podsumowania.


21. Eastern Youth – 這Itsukubatsu can fly in the sky










Od dziecka lubiłem mangę, anime i nośne kawałki zawarte w openingach do tychże japońskich kreskówek. Stara miłość nie rdzewieje, zwłaszcza jeśli Eastern Youth muzycznie obraca się w kręgach jakże mi bliskich, a ich najnowsza płyta prezentuje wyborny poziom. „Itsukabatsu” ze swoją rozsadzającą energią, dynamiką i przebojowością z powodzeniem możnaby wykorzystać w czołówce do jakiegoś kipiącego akcją bitewnego lub sportowego shounena.


20. Late Nite Wars – New Regulars










Ściąganie z Hot Water Music i Lifetime to oczywiście normalka, kapel grających w tym stylu mamy obecnie prawdziwy wysyp. Late Nite Wars wykazali się jednak nie lada sprytem serwując to, co najlepsze u drugiej z wymienionych grup nie w formie melodyjnego, ultra-szybkiego wymiatacza, a akustycznej, niesamowicie wdzięcznej miniaturki. Jeżeli oni rozpadli się i zniknęli już tak na serio, to właśnie przez takie utwory będzie mi ich brakować.


19. John Maus – Quantum Leap










Główną rolę gra tu bez wątpienia porażający intensywnością, ryjący banię klawiszowy chwyt zaserwowany już na samym początku, a następnie z premedytacją trzymany na uwięzi prawie do samej końcówki, gdzie po dwóch minutach absencji eksploduje raz jeszcze. Choć zimny bas a la Peter Hook też jest tu zacny, a i kościelne niemal wokale można uznać za atut, to właśnie ten diabelnie chwytliwy motywik sprawiał, że „Quantum Leap” odtwarzałem w tym roku wiele, wiele razy.


18. Ringo DeathStarr – So High










W "So High" jest tak bardzo wiosennie, twee popowo, narkotycznie i piosenkowo. Mamy tu lekki shoegaze’owy odjazd, wesołą gitara oraz ładne damsko-męskie wokale. Poza tym to także retrospekcja ostatniego Offa, zielonej trawki i letniego popołudnia przy ich występie.


17. Bomb The Music Industry! – Hurricane Waves










Beachboysowska plażowa piosenka, wzięta na warsztat z właściwym dla Jeffa Rosenstocka urokiem, robiąca swoje przede wszystkim dzięki kapitalności zwrotek i refrenu. 


16. Owen – No Place Like Home










Odgłosy wibrafonu, ksylofonu czy innej marimby nadają już w rdzeniu całkiem niezłej kompozycji Owena przydatny element świeżości. Liczy się zresztą obcowanie z dobrze u niego znanym ciepłym nastrojem akustycznych melodii i tekstów afirmuących spokojne, rodzinne życie w czterech kątach. Nudy panie Kinsella i oby tak dalej.