czwartek, 30 maja 2013

The Cribs - Arigato Cockers EP (2006)













6

„Arigato Cockers” to EP’ka wydana na japoński rynek, pomiędzy wczesnym okresem Cribsów, na który umownie składają się dwie pierwsze płyty, a czasem spędzonym pod banderą dużej wytwórni. Wszystkie numery mogłyby się równie dobrze znaleźć na „The Cribs” i „The New Fellas”, stylistycznie bowiem, chłopaki wciąż totalnie tkwią w garażowej estetyce tychże pozycji.

Stanowiące najbardziej przebojowe, wsparte teledyskiem nagranie „You’re Gonna Loose Us” jawi się buńczucznym kawałkiem z tej samej popowo-punkowo-knajpianej bajki co chociażby „Martell” z albumu drugiego. Nie ustępuje mu ani energią, ani zadziornością ani czymkolwiek innym, tego się po prostu słucha bardzo dobrze. Co ciekawe, piosenka pierwotnie zaistniała jako b-side do słynnego „Hey Scenesters”. Słabo wypada natomiast „It Happened So Fast”, po którym na szczęście średnie wrażenie prędko zaciera ukryty pod trójką, ponadprzeciętnie urokliwy cover zespołu Comet Gain. Za wyśmienitość „Saturday Night Facts Of Life” powinniśmy naturalnie podziękować jego autorom, ale trzeba przyznać, że także bracia Jarman utrzymali niepowtarzalny klimat tejże perełki. Ciężko się oprzeć zwrotkom i melodii,  niszczące po całości It's you and me, You and me w refrenie kończy zaś sprawę bezpowrotnie Niby 1001 miłosna historia zamknięta w piosenkowej postaci, a jednak tkwi w niej jakaś wyjątkowość. Dla kontrastu „Feelin It!” zupełnie nie zachwyca. „To Jackson” to taka średnia albumowa.  Na koniec jeszcze jedna ciekawostka, gość, Jon Slade, muzyk z indie-rockowej/twee-popowej kapeli zwącej się… Comet Gain. Jak się po delikatnym researchu okazuje, muzyka tej funkcjonującej w latach 90. i 00. grupy była całkiem ciekawym zjawiskiem, winna zostać polecona wszystkim fanom brytyjskiego, gitarowego popu, miała również niebagatelny wpływ na twórczość The Cribs. Spoken word Slade’a i wrzaski Gary’ego sprawiają, że „Advice From A Roving Artist” można zaliczyć do trzech najjaśniejszych punktów krążka.

Trzy nagrania ciekawe, trzy słabe lub poprawne. EP’ka nierówna, ale warta uwagi. W sumie, całkiem fajne uzupełnienie działalności z lat 2004-2005. Amen.




Fashionistas, we don't need you!

piątek, 24 maja 2013

Trupa Trupa - ++ (2013)













7.5

Słynne trzęsienie ziemi z powiedzenia Alfreda Hitchcocka stanowi jeden z najbardziej wyświechtanych motywów jakimi recenzent może posłużyć się w tekście. Do nowej płyty zespołu Trupa Trupa pasuje ono jednak niemalże jak ulał. Wspomnianym kataklizmem w przypadku „++” jawi się bezkompromisowo otwierające „I Hate”. I choć odrobinę naciągane byłoby twierdzenie, iż napięcie nieustannie tu narasta (gdyby tak było przy pozycji 10 nasze głowy musiałyby eksplodować) to nie przesadzę pisząc, że opada raczej rzadko, co już wystarczy by płytę tę uznać za arcyciekawą.

W niesamowitym utworze pierwszym najpierw masakruje nas krzyk Grzegorza Kwiatkowskiego, potem na swój sposób każdy kolejny dźwięk budujący kosmiczno-psychodeliczne słuchowisko. Kiedy wokalista milknie, pozostają między innymi przesterowane szumy i są to szumy piękne, które mogłyby jeszcze kilka minut potrwać. Niczym silny wiatr za oknem w klimatyczną noc. „Felicy” brzmi jak cudowne wyciszenie, nasycenie spokojem, melodią i harmonią. Inna forma wyrazu, inny nastrój, ale poziom satysfakcji słuchacza ten sam. Nie mija zresztą wiele czasu, a wielbiciele świdrujących gitar oraz niszczycielskich ścian dźwięku dostają prezent w postaci garażowej dwuminutówki „Miracle”. Przy tego rodzaju rozplanowanym krążku, aż ciekawość bierze co wyskoczy dalej.

Tytuły utworów należą do bez wątpienia oszczędnych. Na całe szczęście same kompozycje idealnie realizują postulat muzycznej treściwości. W „Over” mamy dla przykładu świetnie zrealizowany trąbkowy temat, elegancko wypływający na pierwszy plan, na końcu zaś urokliwą zabawę melodią. Zawierający się ledwie w sześciu linijkach tekst swoją wymową podobnie jak kilka innych na „++” przypomina mi egzystencjalnie-ironicznego Isaaca Brocka z okresu „Good News For People Who Love Bad News”. „Here And Then” czy „Sunny Day” kierują z kolei moje skojarzenie do niedawno wydanej, „podwodnej” płyty Borowskiego i Miegonia. Szaleństwo powraca za sprawą punkowo-rock’n’rollowego „See You Again”. Niektórych fragmentów albo i całego „Home” nie powstydziłby się Bradford Cox.

Dzieje się więc dużo, dzieje się różnorodnie i przede wszystkim dzieje się tu dobrze. Drugi album Trupy Trupa to kilkadziesiąt minut muzyki wyjątkowo zadbanej, a kiedy trzeba również spontanicznej, leżącej gdzieś na skrzyżowaniu rocka garażowego, psychodelii, nieszablonowego, trójmiejskiego post-rocka i zapewne kilku innych podgatunków. Do doskonałości jakby odrobinę brakuje, ale droga jaką podąża zespół i jego obecna forma wskazują na to, że następnym razem może być nawet lepiej.


sobota, 11 maja 2013

The Cribs - The New Fellas (2005)










7

Bardzo szybko uwinęli się The Cribs z następcą swojego zwykłego, niepozornego i całkiem przyjemnego debiutu. Rok i trzy miesiące wystarczył aby rodzeństwo z Wakefield powróciło wyposażone w płytę równie niepowalającą brzmieniowo, nie strzelającą od kompozycyjnych fajerwerków, a jakimś cudem znowu udaną. Zaopatrzoną dodatkowo w dość sukcesywne single.

Pierwszy album miał  swoje „You Were Always The One” i „What About Me”. Dwie świetne piosenki, po których próżno było niestety oczekiwać zawojowania list przebojów. Gitarowa balladka i kolejny indie-garażowy przeboik. Nieco za mało jak na publikę wciąż zapatrzoną w mocarne hity Strołksów, Łajt Srajpsów i Libsów, a od niedawna także pewnych rewelacyjnych Szkotów. Nie wspominając już o całej armii Hajwsów, Vajnsów i innych The Coś z popularnościowego drugiego sortu. Numery promujące „The New Fellas” posiadały już jednak potencjał umożliwiający zbliżenie do powyższej stawki. Podobny nieco do twórczości wspomnianych The Hives, młodzieżowy wymiatacz „Hey Scenesters”, zbierający laury na kilku listach NME oraz równie zaczepny, a przy tym bardziej melodyjny „Mirror Kissers”. Obydwa krytykowały hipsterstwo w swej wczesnej i czystej zapewne fazie, mogły się podobać dzieciakom czy nawet wpaść w ucho i ciut starszym. Jeden i drugi posiadały pazur jakiego brakowało kawałkom promującym „The Cribs”. Zarówno „Hey Scenesters” jak i „Mirror Kissers” dotarły do #27 miejsca na liście sprzedaży w U.K. Ostatek sławy zebrał jeszcze „Martell” oparty na jakże banalnych „whoawhoach” i „lalalalach”.

No, ale nie z samych singli krążek mógł się przecież składać. Więcej hymnów żywcem przypominających ścieżki nr 1 i 4 na trackliście „The New Fellas” właściwie zabrakło. Słuchając tej beztroskiej płyty dziś, odnoszę wrażenie, że wcale nie były niezbędne. Praktycznie całe wydawnictwo składa się z przeznaczonych do śpiewania/wrzeszczenia skandowanych refrenów, o prościutkim, skocznym aranżu i wręcz proszącym do zakrapianego imprezowania feelingu (zwłaszcza kończące „Things Aren’t Gonna Change”). Mnóstwo radości ze słuchania odnajduję w obezwładniająco chwytliwym „It’s Allright Me” i melodyjniutkim jak cholera „We Can No Longer Cheat On You”. Piosenka tytułowa w zwrotkach jedzie na tym samym niemalże patencie co „What About Me”, ale prawdopodobnie wygrywa z nim kapitalną partią chorusową. Ujdą „The Wrong Way To Be” oraz „Hello? Oh...”. Niepotrzebne natomiast wydają mi się „It Was Only Love” i „Haunted”.

Jeszcze jeden album Cribsów z cyklu małe a cieszy. Bardziej nawet niż jego poprzednik, ale nie aż tak bardzo jak następca. Kolejnym razem widzimy się z nimi częściowo pod skrzydłami dużej wytwórni. Aż strach pomyśleć co z tego wyniknie. 



poniedziałek, 25 marca 2013

Dirtyboots.pl





Powoli budzi się do życia projekt dirtyboots.pl. Na stronie już teraz można ujrzeć kilka newsów i recenzje nowych kawałków Vampire Weekend oraz happysad. Akualizacje związane z świeżymi singlami, rankingami tematycznymi (30 najlepszych utworów The Beatles, Top 10 folkowych wyciskaczy łez itp. ) czy podsumowaniami roczników (1993 już wkrótce) będą się tam pojawiać w jak największej, mam nadzieję ilości. Dirtyboots.pl stanie się priorytetem, choć nie oznacza to końca bloga Dirty Boots. Recenzje albumów prawdopodobnie nadal trafiać będą tutaj. Wszystko jest poza tym kwestią moich ustaleń i pomysłów, a te mogą przybrać formę rozmaitą.

Zapraszam więc do zapoznania się z nowym dzieckiem i namawiam jednocześnie do nie zapominania o starszym. :)

Zwolniak

sobota, 16 lutego 2013

I Am Kloot - Let It All In (2013)













7.5

Uznanie nowej płycie I Am Kloot, podobnie jak trzy lata temu zapewniają dobre kompozycje, znakomita produkcja i okazjonalny, sugestywny klimat. Istotna wydaje się szczególnie chemia zaistniała między gitarowo-balladowym brit-popem grupy, a brzmieniową inżynierią duetu znanego z Elbow. Podejście Guya Garveya i Craiga Pottera idealnie zgrywa się z charakterem piosenek Johna Bramwella, o czym mamy okazję przekonać się już po raz drugi. Działa to choćby na takiej zasadzie jak w fenomenalnym „Bullets”. Bramwell powoli opowiada swoją bajkę, opowiastkę dla dorosłych, która mogłaby towarzyszyć nocnemu, bezsennemu snuciu się po ulicach. Czyni to z taką samą klasą jak ponad dziesięć lat temu w niezapomnianym „Twist”. Nastrój buduje ledwie kilka dźwięków, ale wszystkie wybrzmiewają niezwykle gustownie. Każdy kolejny mógły wszystko zepsuć, cała magia polega tu jakby na zręcznym posługiwaniu się ciszą i klarownym eksponowaniu najważniejszych elementów. Aż do kulminacyjnego momentu, w którym z impetem eksploduje wyborna solówka. Podobnym nagraniem jest też „Hold Back The Night” noszące znamiona lekko jazzowej melancholii, z ładnie wkomponowanymi skrzypcami. Na tym niestety kończy się post-wieczorowa atmosfera, a szkoda. Resztę płyty I Am Kloot starają się wybronić bardziej typowymi dla siebie, ale wciąż udanymi utworami. Z tych najsympatyczniej wypada „Some Better Day”. Spokojna pieśń punktująca trąbką, melodią w refrenie i ogólnie optymistycznym wydźwiekiem. Taki trochę radiowy kawałek na niedzielę, ale ja lubię radiowe numery, zwłaszcza te, których nie można usłyszeć w radiu. Byłbym jeszcze zapomniał o „These Days Are Mine” i przewijającym się w nim motywie-motywiku (znów smyki) pozwalającym przyjemnie spędzić ponad 5 minut. Podsumowując, jest dobrze, I Am Kloot otwiera dziś listę najciekawiej starzejących się zespołów indie rockowych.   

piątek, 15 lutego 2013

Pixies - Come On Pilgrim (1987)













6

Bywa czasem tak, że coś totalnie niesamowitego może nam przejść koło nosa. Ivo Watts-Russel z 4AD na przykład, przy pierwszym zetknięciu z demówką Pixies znaną jako „Fioletowa Kaseta” niespecjalnie wyczuł potencjał kapeli. Na szczęście dla zespołu (a także nas wszyskich) za namową swojej dziewczyny dał piosenkom jeszcze jedną szansę i podczas pewnego spaceru z płytą coś w końcu u niego chwyciło. Osiem kawałków spośród siedemnastu trafiło na wkróce wydany pod banderą londyńskiej wytwórni mini-album „Come On Pilgrim”.

Materiał to z pewnością bardzo ważny dla indie rockowej historii. Pixies od początku mieli coś co wyróżniało ich spośród zespołów ówczesnej niezależnej ligi. Na pewno luz, choć to mieli także inni, oni byli wyluzowani jakby w bardziej oryginalny sposób. Pisali specyficzne utwory, które brzmiały tak, a nie inaczej, bo po prostu tak wyszło. Nie sposób pomyśleć, że ktoś spinał się przy ich tworzeniu żeby przybierały jakiś określony kształt. Posiadali charyzmatycznego lidera. Nie jedyny Frank Black wśród wokalistów posiadał jaja, ale drugiego takiego jak on – ryczącego, piszczącego, podśpiewującego po hiszpańsku nie było.

Przypomina mi się przy tej okazji pewna wypowiedź Thurstona Moore’a:

T: Zupełnie nie znam „Surfer Rosa”. Wiem, że to klasyka. Nie powinienem tego mówić ale kiedy Pixies byli na topie, nie bardzo mnie to podniecało. To były odległe rzeczy. Oni byli dla mnie pop-punkową grupą, studencką w pewnym sensie. Pamiętam jak Nirvana cały czas wypatrywała tej nazwy. Mówiłem wtedy do nich „żartujecie sobie”. Ale oni tak na poważnie ponieważ kupowali bootlegi Pixies w trakcie trasy. Pytałem się „czy wy oszaleliście?”. [śmiech]*

Nic dziwnego zresztą, bo jeśli nie śledzi się tego co wypisują krytycy oraz nie słucha wszystkich gitarowych rewelacji  to kreowana zajebistość grupy może mocno umknąć. Chodzi mi o to, że muzyka sama w sobie, jakkolwiek dla mnie doskonała, nie u wszystkich musi wywoływać równie niesamowite wrażenia. Tak można powiedzieć co prawda o każdym zespole, ale o Pixies i ich prostych, niedbałych, rockowych piosenkach jakby tym bardziej. Nie dziwię się Thurstonowi, który prędzej zachwyci się skomplikowanym experimentalem i Ivo-Russelowi, który nie załapał na początku. W końcu nie dziwię się samemu sobie, że „Come On Pilgrim” przemawia do mnie co najwyżej średnio.

Powiedzieć, że te osiem numerów urywa dupę byłoby lekkim kłamstwem. Postawmy je choćby obok wydanej rok później, fenomenalnej „Surfer Rosy”, a odniesiemy wrażenie lekkiej anemiczności starszej siostry. Można się pozachwycać, że tu po raz pierwszy słyszymy atuty ich stylu, jednakże te zostaną należycie rozwinięte chwilę później. Ciekawie posłuchać wrzasków Franka w „The Holiday Song”, na którego melodii oparto potem „Allison” z „Bossanovy”. Nie odmówię fajności szarpanemu na akustycznej gitarce, latynoskiemu pół-punk rockowi „Nimrod’s Son” (perkusja Davida Loveringa). „I’ve Been Tired” mogłoby posłużyć przynajmniej za teorię tego co w Pixies najlepsze. Problem w tym, że „Broken Face”, „Bone Machine” i „Gigantic” miażdżą je wszystkie małym palcem u stopy.

Nie polecam „Come On Pilgrim” na rozpoczęcie znajomości z Pixies. To dobra płyta, ale raczej dla tych, którzy zespół ten już trochę poznali. Kto usłyszał jedynie „Where Is My Mind” w „Fight Clubie” niech się lepiej bierze za „Doolittle” i „Surfer Rosę”.




czwartek, 14 lutego 2013

Atlas Like - Atlas Like EP (2013)













6.5

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niedawny sukces grupy KAMP! już teraz ciągnie za sobą znaczące konsekwencje. Nadal nie sądzę by na polskim rynku muzycznym nastąpiło z tego powodu trzęsienie ziemi albo artystyczny przewrót, ale ośmielenie pewnej stylistyki staje się faktem. Synth-pop przedziera się do łask, dociera szerzej, coraz więcej wykonawców chce go robić i co ważne, udaje im się to coraz lepiej.

Cztery utwory zawarte na styczniowej, debiutanckiej EP’ce grupy Atlas Like uderzają elegancką produkcją, wokalista nie kaleczy języka angielskiego, melodie i refreny są najzwyczajniej w świecie dobre. To wręcz podejrzane jak każdy element bez problemu zdaje tu egzamin. Cała czwórka prezentuje bardzo żwawe, taneczne oblicze, wszystkie numery trzymają podobny, równy poziom. Najbardziej do gustu przypadły mi "Deer Shelter" i "Make It Crystal".  Piosenkowość przybiera kształty typowo synth-popowe, teksty i zaśpiewy nie porażają głębią, ale tak zazwyczaj w tej muzyce jest. Banału nie uświadczymy również, a ważniejszej w tym przypadku tkance dźwiękowej nie sposób zarzucić płytkości. Konstrukcja stoi na wysokim poziomie, jakieś smaczki i detale też się znajdą (saksofon). Wypadałoby podkreślić, że kapela stanowi podręcznikowy przykład wykonawcy poruszającego się ściśle w swoim gatunku. Może się to komuś podobać albo i nie.

Mam co prawda w pamięci, że jest to pierwszy ruch młodej grupy, ale nie stosuję z tego powodu taryfy ulgowej, tak jak i nie podwyższam oceny z uwagi na to, iż brzmi dobrze „jak na polskie warunki”. Nie żyjemy w muzycznym kraju trzeciego świata, od naszych też możemy wymagać czego dowodem jakość tej EP’ki. Choć póki co podobieństw do KAMP! i Cut Copy chłopaki z Atlas Like się nie wyrzekną to wypracowanie progresu do spółki z odrobiną doświadczenia może zaowocować wkrótce ciekawym rezultatem.


środa, 13 lutego 2013

Przegląd singlowy 2013 (1)


Pissed Jeans - Bathroom Laughter

7.5

W ubiegłe wakacje Pissed Jeans do spółki z Chromatics i The Wedding Present nadali sens mojemu pojawieniu się na Off Festivalu. Nie słuchałem ich przed tym wydarzeniem szczególnie namiętnie, ale pełen pogowego mięcha, potu i szaleństwa występ sprawił, że sięgnięcie po nowy album Matta Korvette i spółki stało się oczywistą formalnością. „Bathroom Laughter” to niemalże wierne odtworzenie tamtych emocji w wersji studyjnej. Kawałek mocarnego noise-rocka, zapieprzanie na szybkich, ostrych i mocnych jednocześnie gitarach zaprawione zwierzęcymi wrzaskami charyzmatycznego lidera. Energii co nie miara, choć o prawdziwie destrukcyjnym potencjale tego kawałka należałoby się przekonać dopiero w warunkach koncertowych.








8

Jest coś na serio przerażającego w najnowszym singlu szwedzkiego duetu. Szatan kolejnym narzędziem zdobywania dusz uczynił electro-pop. Swoją obecnością opętał klawisze i wokale, złem nasycił atmosferę spowijającą ten dziewięciominutowy, mroczny i naładowany setką detali piekielny twór. Zanim wezwiecie egzorcystę, porozkoszujcie się jego niebanalną, strukturalną doskonałością.



Off With Their Heads – Nightlife

6

O ile w roku 2011 w szeroko pojętym amerykańskim punku działo się sporo ciekawego tak w 2012 wyliczyłbym ledwie kilka płyt, które mnie naprawdę zainteresowały. W takiej sytuacji widząc na youtube’owym kanale Epitaph Records nowy utwór od Off With Their Heads rozbudziły się moje nadzieje. Nie na długo co prawda z uwagi na to, iż „Nightlife” okazuje się kawałkiem co prawda udanym i nie dającym plamy, ale też nie wystarczająco dobrym do wskrzeszenia silniejszego entuzjazmu. Chłopaki dalej grają swój org-core, wycinając piosenkowe kształty w anty-piosenkowej stylistyce gardłowych wrzasków i melodic-punkowych gitar. Mogłoby to wypaść całkiem całkiem, jednakże efekt psuje kilka obskurnych momentów i ogólna nie-orgazmiczność samej kompozycji. Tak więc, raczej okolice lekko powyżej środka co wystarcza mi by na płytę się skusić.





Pulp – After You












7

From disco to disco, From Safeway to Tesco. Singiel wydany ponad dekadę od poprzedniego, ale czymże jest dziś te 10 lat wobec niejakiego Kevina Shieldsa? Przerwa jaką zrobił sobie Jarvis Cocker z kolegami jawi się wobec lidera MBV poobiednią drzemką. Pulp brzmi zresztą jakby ta przerwa była jedynie wytworem naszej wyobraźni. „After You” jest kawałkiem zadziwiająco przystającym do dzisiejszych czasów jak i nie odstającym w żaden sposób od „wczorajszego” stylu grupy. Poza tym warto zauważyć, że niezależnie na wszystko mamy tu do czynienia z ponadczasowo udaną, regularnie chwytliwą, funkowo-popową piosenką. Aktualność kawałka to także zasługa produkującego Jamesa Murphy’ego, dzięki któremu pulpowe disco iskrzy nam w roku 2013 blaskiem tylko trochę mniejszym niż 15 czy 18 lat temu.





Deerhoof – We Do Parties

6.5

Deerhoof pozytywnie zakręcony jak zawsze. Paradoksalnie kiedy muzyczna krytyka co raz mniej jara się dokonaniami grupy mi ich nowsza muzyka siada lepiej niż dawniej. „We Do Parties” to poszarpany riff, hałaśliwe przeszkadzajki i słodkie przyśpiewki Satomi Matsuzaki. Dokładne odwzorowanie tego jak wyobrażam sobie termin noise pop.
















6.5

Naprawdę gratuluję gustu Brytyjczykom, u których „White Noise” jest w stanie osiągnąć popularność na tyle ogromną by w oficjalnym singlowym charcie przebić pod względem sprzedaży między innymi Britney Spears, Rihannę i Pitbulla. W tym miejscu spotykają się proste gusta popowej publiki, bywalców tanecznych klubów z wysublimowanym house’em oraz słuchaczy elektroniki wywodzących się z indie rockowych środowisk. Duet Disclosure zyskuje rozpoznawalność w bardzo różnych otoczeniach, a śpiewająca tu Alluna George dziwnym trafem zostaje ogłoszona na Offa.



Cheatahs – Coared

6

Coś z tym zespołem jest wyraźnie nie tak. Zamiast gołych bab dają 6,5 minuty teledysku z małymi dziećmi. Gdyby nie fakt, że z całkiem niezłym skutkiem kopiują najlepsze wzorce 90’sowego, motorycznego shoegaze’u w ogóle bym to coś wyłączył w cholerę. Wstrzymuje się zwykle z używaniem wyrazu „kopia”, ale tym razem robię to z pełną odpowiedzialnością. Swervedriver, That Uncertain Feeling, Ride, Moose, Chapterhouse i można tak dalej. Cheatahs ustawiają się w jednej linii i fajnie, że o wyspiarskim dziedzictwie tamtego okresu przypominają, ale wypadałoby też dołożyć coś od siebie.
















6.5

Nie doczekałem się klipu do mojego ulubionego „Keep On Lying”, trudno. „Mind Mishief” to też dobra piosenka, a towarzyszący jej teledysk jest jak spóźniona o 10 lat odpowiedź muzyki indie na słynne „Stacy’s Mom”.



Foxygen - No Destruction

7

O Foxygen zdążyłem się wiele nasłuchać zanim na dobrą sprawę posłuchałem choć jednego ich utworu. Jedni się zachwycają, inni są mocno wstrzemięźliwi, właściwie jak zwykle przy okazji dużego hajpu. Tymczasem dźwięki „No Destruction” płyną sobie tak ładnie i swobodnie, że chyba tylko ostatni drań odmówiłby im uroku. Nie wiem jeszcze czy zakocham się w ich muzyce na zabój, ale póki co całkiem reflektuję te hipisowskie, chilloutujące wyluzowanie. Bardziej kojarzące mi się z odpływającym w sielankowość Velvet Underground niż przywoływanym w kontekstach znajomych Dylanem.





Touche Amore – Gravity, Metaphorically

9

Na pożegnanie, opada mi szczęka. Wyobraźmy sobie, że Touche Amore nagrywają drugi tak intensywnie emocjonalny kawałek jak „Tilde”, ale tym razem rozbudowują go do formy dwa razy dłuższej. Potęgują epickość, mieszają nastroje, nawarstwiają esencję własnej zajebistości. Nie wyobrażajcie sobie tego, to się dzieje naprawdę. Dodajmy jeszcze ten obrazek z biegnącym facetem i do końca roku na gruncie post-hc mamy już być może pozamiatane.