sobota, 25 lipca 2015

The Chills - Kaleidoscope World (1986)











8.5

Pierwsze sześć lat działalności The Chills obfitowało w dobre piosenki, liczne zmiany personalne składu zespołu oraz małe sukcesy na listach przebojów. Pionierom nowozelandzkiego indie rocka przydarzyła się też jedna śmierć w zespole i symboliczny zaszczyt w postaci sesji u Johna Peela pod koniec 1985 roku. Na pierwszym albumie miały się znaleźć nowe kompozycje, tymczasem nagrania z singli i EP’ek wciąż pozostawały porozrzucane po mniejszych wydawnictwach. A chwalebne pół dekady należało przecież jakoś podsumować. 

Wiemy już, że jak dotąd kapela nagrała trzy arcymocne single, do których nakręcono dwa teledyski (plus trzy bez singli, do „Kaleidoscope World”, "Flame-Thrower" i „Whole Weird World”). Klipu nie doczekał się niestety ekstatyczny „Rolling Moon”. Z niewiadomych przyczyn promocyjnym wideo opatrzono jeden z jego b-side'ów (środkowy z wcześniej wymienionych). Dziś za sprawą YouTube możemy sobie na szczęście obejrzeć świetne wykonanie tego kawałka podczas występu Chillsów z Windsor Castle w Auckland z 10 maja 1985. Film do „Pink Frost” ze szwędającym się po smętnym lesie i nadmorskich (albo nadoceanicznych) pagórkach, zadumanym Phillippsem w roli głównej znakomicie oddawał ducha mroczno-nastrojowej kompozycji. Teledysk do „Doledrums”  przedstawiał z kolei zespół jako czterech grających i śpiewających piosenkę, ubranych na biało grzecznych facetów z gitarami. Wszystkie utwory pojawiły się na kompilacji „Kaleidoscope World”. Wraz z nimi zaś kawałki ze stron B singli oraz kilka innych wartych wspomnienia kompozycji.

Pierwsza wersja składanki wydana przez Flying Nun, a także legendarne Creation, zawierała zaledwie osiem nagrań. Znalazła się na niej między innymi nagrana na żywo wersja wspomnianego „Flame-Thrower”, dowód na żywe zainteresowanie Martina i spółki chaotyczną, garażową psychodelią czy wręcz nieumyślna próba sił w noise-rocku. Późniejsze, rozszerzone wydanie „Kaleidoscope World” posiadało także trzeci kawałek z debiutanckiego singla czyli totalnie punkowy, mało wyszukany „Bite”. Znacznie ciekawiej wybrzmiewał z pewnością instrumentalny „Purple Girl” oparty na intrygującym motywie gitarowym i krzykliwych wstawkach saksofonu, pierwotnie strona B do „Pink Frost”. W towarzyszącym wcześniej na siódemkowym winylu „Doledrums” króciutkim „Hidden Bay” Chills udawali naspeedowanych The Beach Boys.   
   
Dziś kompilacja z 1986 roku traktowana jest jako wydawnictwo kultowe, coś w rodzaju pierwszej pełnoprawnej płyty zespołu oraz najlepszy starter dla tych, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z muzyką Martina Phillippsa i jego licznych kolegów. Trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić, a jednak należy zwrócić uwagę, że „Kaleidoscope World” słucha się doskonale jako albumu z osiemnastoma piosenkami i w takim też kształcie większość wielbiących zapewne go pojmuje. Dopiero w tej postaci pomysłowość i kreatywność nowozelandzkiej grupy słyszalna jest w całej okazałości, a album okazuje się prawdziwą delicją dla miłośników błyskotliwego gitarowo-klawiszowego grania.

Wracając do wdawania się w szczegóły zawartości, istotnym punktem składanki od początku były fragmenty ze wspólnej EP’ki ekip nagrywających dla Flying Nun Records. „Dunedin Double EP” z 1982 roku do spółki z „Tally Ho!” The Clean wprowadzało na mapę zjawisko dunedin sound. A to za sprawą czterech zespołów: The Chills, The Verlaines, Sneaky Feelings i The Stones. Z tego wydawnictwa na “Kalejdoskopowy Świat” wrzucono po latach numer tytułowy, napisane przez Phillippsa w wieku 17 lat „Satin Doll”, a w wydaniu rozszerzonym także trzeci kawałek, który się tam znalazł zatytułowany „Frantic Drift”.   

„Kaleidoscope World” to właściwie utwór od którego powinienem zacząć całą historię. Wydany na wspomnianej zbiorowej EP’ce jeszcze przed „Rolling Moon” był dla The Chills prawdziwym początkiem, a według niektórych wręcz „manifestem” zespołu. Melodyjnie pobrzdękujące gitary, subtelne klawisze i łagodny wokal Martina łączyły się w absolutnie zjawiskowe ujęcie delikatnej piosenkowej psychodelii. Phillips współtworzył z Terrym Moore’em piękne sixtiesowe harmonie (Come along baby we'll live in our kaleidoscope world). Słowa tekstu wprowadzały atmosferę romantycznej intymności:  I'd look at you, and perhaps you'll smile at me, Loving my kaleidoscope world, The stars and planets just glide on by, Cold and patient like white gods' eyes. Kompozycje takie jak ta nie trudno uznać za możliwy wspólny punkt odniesienia dla neo-psychodelicznych bogów z The Flaming Lips jak i kreujących swoje małe magiczne światy kapel wydających dla Sarah Records.  

Pozostała dwójka z „Dunedin Double” podtrzymywała podobny klimat. W „Satin Doll” klawisze Frazera Battsa brzmiały niczym dziecięca pozytywka, estetyka utworu nie różniła się znacząco od „Kaleidoscope World”, ale ten sam czar gdzieś się już gubił. Nieco lepiej wypadał „Frantic Drift” z zachęcająco śpiewaną linijką: Tell me a story, let me drift. Pozostałymi częściami składowymi kompilacji zostały utwory z omawianego już przeze mnie „The Lost EP” na czele z niepokojącym „Whole Weird World” oraz singiel „I Love My Leather Jacket”, który pozwolę sobie opisać przy innej okazji wraz z b-side’em „The Great Escape”. 

Zbierając wszystko do kupy otrzymujemy właściwie wszystko pod czym The Chills podpisali się w ciągu pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Znakomite single, zazwyczaj interesujące strony B i zawartość dwóch niezłych EP’ek. Dunedin sound, jangle pop, psychodelia, lo-fi, post-punk, punk rock. Kolekcja kawałków skromnych, ale unikalnych, klimatycznych i różnorodnych. Ich kolejność możemy sobie ułożyć wedle uznania, mieszając utwory pochodzące z różnych lat i wydawnictw, a i tak pasować będą idealnie. Choćby sekwencja złożona z „Frantic Drift”, „Purple Girl”, „Whole Weird World” i „This Is The Way” dla mnie “robi robotę” wystarczającą, wzbogacając zwykły spacer po lesie o inspirujące wrażenia. „Kaleidoscope World” to świadectwo nieszablonowego kompozytorskiego talentu Martina Phillipsa oraz osobliwości gitarowego popu pochodzącego z Nowej Zelandii. Rzecz dla tego czasu i miejsca znamienna.  

środa, 22 lipca 2015

The Chills - The Lost EP (1985)











6

Sześć kawałków, które zaginęły, po czym odnalazły się i z niewielkim opóźnieniem zostały ostatecznie szczęśliwie wydane. Tego rodzaju historie nie należą w muzyce do rzadkości. Właściwie nie ma w nich nic specjalnego. Darując więc sobie dalszy wstęp, przejdę do meritum.

„The Lost EP” brzmi jak typowe wydawnictwo z odrzuconymi nagraniami. Takie, na którym można sporadycznie znaleźć fragmenty pełnowartościowe, udane albo chociaż interesujące. Część utworów na tego rodzaju płycie na bank stanowić będą numery kombinowane, dziwaczne ciekawostki, jakie trudno wcisnąć na jakikolwiek poważny album. Z drugiej strony, na pewno pojawi się na niej także muzyka nagrana na totalnym luzie, zrodzona z czystej radości grania. Teoretycznie, „Zagubione EP” Chillsów to nie do końca krążek z odrzutami czy b-side’ami. Praktycznie, tak się w każdym razie prezentuje.

Pierwszy na liście ścieżek „This Is The Way” należy do kategorii utworów udanych. Co prawda przy „Pink Frost”, „Rolling Moon” ani nawet „Doledrums” w żadnym wypadku nie leżał, ale melodia wokalu Phillippsa śpiewającego w zwrotkach o wypełnianiu głowy alkoholem, komiksami i narkotykami ma w sobie coś klimatycznego. „Never Never Go” to przyjemnie wpadający w ucho rzadki przejaw szybszego grania w ich wykonaniu. Pop punk z pokręconym klawiszowym mostkiem. Kategoria – „radość grania”. „Don’t Even Know Her Name” sprawia wrażenie napisanej na kolanie, pozytywnej i nieszkodliwej, ale też niezbyt treściwej, niespełna dwuminutowej gimnastyki. 

W "Bee Bah Bee Bah Bee Boe” Martin i spółka odpływają w rejony refleksyjnej szanty. „Whole Weird World” potwierdza dla odmiany, że szczypta upiornego gotyku użyta przez The Chills może przynieść intrygujący efekt, a nazwa grupy wcale nie jest do końca przypadkowa. Można się tu Nowozelandczyków na poważnie przestraszyć, gdyż brzmią zupełnie tak, jakby odprawiali seans spirytystyczny, jako medium używali siebie samych, a po całkowicie sukcesywnym nawiedzeniu, kierowani tajemniczą siłą grali stosowne do sytuacji dźwięki. Ciekawie wypada ostatni numer, „Dream By Dream”, w którym panowie próbują robić psychodeliczną rock operę z elementami onirycznego storytellingu, co zdecydowanie wpisuje się w szufladkę z sympatycznymi dziwactwami, powstałymi zapewne po jakichś grzybach. Mi kojarzy się to poza tym nieco z fragmentami „The Top” innego anglojęzycznego zespołu na C. 

Całą EP'kę traktuję  z przymrużeniem oka jako chwilę oddechu kapeli i kilka szkiców popełnionych na boku. Da się tego słuchać, można czerpać przyjemność. Wrażeń estetycznych zalecam jednakże szukać u nich na innych wydawnictwach.

wtorek, 21 lipca 2015

The Chills - Doledrums (1984)











7.5

Kolejny numer, kolejna zmiana. The Chills nie potrafili zbyt długo wytrzymać w estetyce przejmująco chłodnego post-punku. W „Doledrums” uciekli z powrotem do popu, choć nie do końca takiego, jaki prezentowali wcześniej za sprawą „Rolling Moon”. Trzeci singiel zespołu Martina Phillippsa nie był już tak zakręcony jak pierwszy, brzmiał nieco bardziej standardowo, ale kompozycyjnej klasy nadal w nim nie brakowało.

Tkwi w całej tej piosence jakaś proza życia. Począwszy od uroczych, miarowo uderzających niczym zegar organów kojarzących się bezwarunkowo ze wczesnym wstawaniem, przez zrezygnowany tekst, po zwyczajne niczym razowy chleb, ale bardzo przecież dobre niczym świeży i pachnący razowy chleb, melodie. Klawisze, gitary, główny wokal i chórki arcyprzyjemnie ciągną zwrotki do prostego, złożonego z zaledwie dwóch linijek refrenu, który po kilku razach chce się jednak nucić i śpiewać.   

Nic więc dziwnego, że tak przystępny utwór ponownie pomógł kapeli wzmocnić jej popularność na antypodach. W stosunku do „Pink Frost” udało im się dzięki „Doledrums” podskoczyć na „New Zealand Charts” o pięć oczek i dotrzeć do miejsca dwunastego. Pierwsza dziesiątka wciąż potrzebowała przeboju na większą skalę.   

sobota, 18 lipca 2015

The Chills - Pink Frost (1984)



     








„Pink Frost” nagrano już w maju 1982 roku, ale niefortunne okoliczności związane z chorobą i ostatecznie śmiercią perkusisty The Chills, Martyna Bulla spowodowały, iż drugi singiel zespołu wydany został dopiero po przerwie, w czerwcu 1984. W porównaniu do „Rolling Moon” atmosfera w tym utworze uległa zmianie o 180 stopni. Kapela od entuzjastycznego psych popu zdryfowała w stronę frenetycznego post-punku.   

Jest coś niezwykle frapującego w metamorfozie, jaką kompozycja przechodzi w ciągu pierwszej minuty, zanim na dobre udaje jej się przyjąć swój właściwy kształt. Pierwsze dwadzieścia sekund upływa pod znakiem radośnie podrygującej melodii, jak gdyby chłopaki przeżywali jeszcze studencki błogostan, nieświadomi ponurej dorosłości czekającej tuż za rogiem. Progresja akordów (0:24-0:37) powoli przemienia jednak nastrój i samą strukturę piosenki, tak by od końcówki pierwszej minuty sielanka całkowicie zniknęła pod gęstą warstwą powagi, zadumy i mroku.
  
W rozmowie z „NZ Herald” Martin Phillipps opisywał wspomniany moment utworu (Once that song clicks from the intro section into the haunting first movement) jako chwilę, w której podczas koncertów publiczność przestaje rozmawiać i całkowicie skupia uwagę na tym, co dzieje się na scenie. Dziennikarz przeprowadzający z nim wywiad zauważył również, że dziwna, upiorna konsystencja kawałka sprawia, iż wydaje się on upływać w czasie znacznie dłużej niż niecałe cztery minuty, jakie w rzeczywistości trwa. Trafnie „Pink Frost” określił też użytkownik Rate Your Music podsumowując krótko, że jest w tym coś prawdziwie gotyckiego, bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek napisał Robert Smith. Słowa te padły głównie w kontekście mrocznego, sugestywego tekstu.

Od pierwszych linijek nie wiadomo do końca o co chodzi. She's lying there dying, How can I live when you see what I've done? Brzmi zagadkowo i niepokojąco. Ton wokalu, szare klawisze i głęboki bas korespondują perfekcyjnie. Just the thought fills my heart with pink frost. Porównanie różowego szronu Phillippsa do Cure’owego (jej) imienia niczym lodu w sercu z jednej z piosenek na „Pornografii” wydaje się mocno sensowne. Zwłaszcza, że i w jednym i w drugim przypadku mamy dziewczynę oraz zatrważające widmo śmierci. Thought I was dreaming so I didn't hear you screaming. Tajemnica się wyjaśnia. I'm so scared, I'm so scared. Bohater pozostaje bezradny, a odbiorca urzeczony.

Niesamowity, post-punkowo hipnotyzujący i nastrojowy singiel The Chills to do dziś najbardziej ceniony fragment twórczości Nowozelandczyków. Pomimo przygnębiającego klimatu, utwór ikon dunedin soundu zdołał w 1984 roku przebić swojego słonecznego poprzednika wspinając się na #17 miejsce tamtejszej listy sprzedaży. Po ponad trzydziestu latach „Pink Frost” zestarzał się tak dobrze jak tylko mógł, pozostając wybitną (choć nieszczególnie powszechnie rozpoznawalną) sygnaturą ówczesnej muzycznej epoki, w której grobowa melancholia także bywała w cenie.

czwartek, 16 lipca 2015

The Chills - Rolling Moon (1982)












Na początku lat osiemdziesiątych, z dala od oczu wielkiego świata, rozpoczęła się mała popowa inwazja. Niepozornie, ale momentami bardzo skutecznie wymierzona w nowozelandzkie listy sprzedaży i radiowe rozgłośnie. Ofensywę podjęła garstka grup skupionych wokół wytwórni Flying Nun Records. Niedysponujące dużymi środkami finansowymi kapele uderzały za pomocą najprostszego z oręży – napakowanych gitarowymi hookami singli.

Pierwszego przełomu dokonali The Clean ze swym chłopacko-harcerskim „Tally Ho!”. Lo-fi’owa piosenka o niemal dzięcej, zaskakująco zaraźliwej melodii dotarła do #19 miejsca krajowego rankingu, wyprzedzając między innymi „Kids In America” Kim Wilde i „Happy Birthday” Steviego Wondera. Na mapkę niezależnego rocka wkraczało zjawisko znane jako Dunedin sound. Pierwszym z dwóch jej najbardziej prominentnych przedstawicieli był wspomniany już zespół Davida Kilgoura. Drugim i tym prawdopodobnie ważniejszym, za chwilę mieli stać się prowadzeni przez Martina Phillippsa koledzy ukryci pod równie nieskomplikowaną nazwą The Chills.  

W debiutanckim „Rolling Moon” panowie afirmowali beztroską, niekończącą się przygodę. Śpiewali o zielonej trawce, błękitnym niebie i zachodzącym fioletowym słońcu. Kiedy Martin twierdził, że takie spędzanie czasu jest pretty cool, to faktycznie coś musiało w tym być. Gitary brzęczały, melodie rozkwitały, wokale oddawały młodą pasję i hymniczne zacięcie. Raźne pogwizdywanie, zakręcone klawisze, a także pobrzmiewający w tle tamburyn idealnie uzupełniały ogromnie witalną, psychodeliczno popową kompozycję. Kawałek prezentował się jako więcej niż wyśmienity kompan dla „Tally Ho!” Cleanów.  

W „chartsach” stanęło na niezłej pozycji #26. W tym momencie projekt Phillippsa jednak dopiero nabierał rozpędu. Wesoły, co nie miara udany debiut singlowy poprzedzał ukazanie się utworu o diametralnie odmiennym, przenikająco mrocznym klimacie. Tu zaczynały się prawdziwe dreszcze.

niedziela, 12 lipca 2015

Heavenly - Our Love Is Heavenly (1990)











9.5

Tytuł utworu jak i sama nazwa zespołu mówią o „Our Love Is Heavenly” już prawie wszystko. Drugi singiel Heavenly to muzyczny ekwiwalent słowa „niebiańskość”,  piosenka wykonana bez jednego błędu, uszyta na kilku trafionych w dziesiątkę melodiach. Zaczyna się od chwytliwej zagrywki i skocznej sekcji rytmicznej, klarownego, roztańczonego jangle popu w deseń niektórych kawałków Szkotów z The Pastels. Na tym etapie wiadomo, że będzie dobrze, ale nikt nie spodziewa się jeszcze jak bardzo „dobro” zostanie zwielokrotnione po przejęciu pałeczki przez wokale. Amelia Fletcher śpiewa zwrotkę, lekką i luźną, uroczą z tekstem o jakimś tam rozstaniu z chłopakiem. Bez zbędnej poczekalni wchodzi refren, słyszymy pierwsze podrygi harmonii tworzonych wraz z The Catherines Of Arrogance. Wszystko zostaje podsumowane ładnym And now I am gonna leave you, Oh yeah, I have got to leave you, Sorry too. I właśnie w tym miejscu następuje moment boskości, niebo zostaje dla nas uchylone za sprawą naznaczonego wspomnianymi już harmoniami fragmentu pomiędzy refrenem a drugą zwrotką. Trzy linijki od 1:00 do 1:11. Zamiecione.

Grzechem byłoby oczywiście użycie każdego z tych fantastycznych pomysłów tylko raz. Zarówno riffem jak i dziewczęcym podśpiewywaniem oraz melodiami cieszymy się więc przez totalnie satysfakcjonujące trzy i pół minuty. Na deser dochodzi jeszcze fajna solówka oraz zauważalny prawie-śmiech Amelii przy kolejnym got a new boy who loves me. Zagwozdką pozostaje czy jest to najlepszy utwór z Sarah Records wydany w 1990 roku czy może tytuł ten należy się jednak „So Said Kay” The Field Mice? 

piątek, 10 lipca 2015

Kitchens Of Distinction - The Death Of Cool (1992)











8.5

Kitchens Of Distinction uprawiali shoegaze i dream pop dla dorosłych. Nie ze względu na drastyczność konstruowanych dźwięków czy podejmowanych treści, ale z racji tworzenia muzyki ewidentnie, w każdym calu dojrzałej. Ich granie nie składało się z łatwo wpadających w ucho hooków, efektownych kakofonii ani tekstowych klimatycznych impresji. Każda linijka miała swoje wagę, a każdy utwór znaczenie. Wynagrodzenie dla cierpliwego słuchacza oznaczało zaś bycie uraczonym przez najbardziej dystyngowane kompozycje z jakimi patrząca w buty publika mogła mieć wówczas do czynienia. 

Latem 1992 roku coś poszło nie tak. Nabywcy płyt w Zjednoczonym Królestwie nie byli najwyraźniej gotowi na oprawę muzyczną i zasób tematów zawartych na „The Death Of Cool”. Starsi woleli kupować w sklepach albumy Simply Red, Genesis i Lionela Richie. Istniała co prawda szansa na wypłynięcie za sprawą wznoszącej się fali shoegaze’u i neo-psychodelii, ale do czytającej New Musical Express i Melody Maker zorientowanej na modną alternatywę młodzieży prędzej docierały zapewne Ride, Curve czy Catherine Wheel oraz kuszące zza oceanu kapele grunge’owe. Jeszcze rok wcześniej Kitchens znaleźli się z krążkiem „Strange Free World’ w pierwszej pięćdziesiątce listy sprzedaży. Wraz z jego następcą mogli liczyć z kolei już tylko na pozycję #72. Sytuacji nie ratowały z pewnością historie zawarte w singlach. Piosenki o męskiej miłości i AIDS zwyczajnie nie mogły stać się radiowymi hitami.

Znamienny był już pierwszy z kawałków wydanych w celach promocyjnych. Muzycznie „Breathing Fear” idealnie łączył wyeksponowany na pierwszym planie delikatny jangle popowy „brzęk” z dream popowymi fantazjami malującymi tło. The Smiths spotykali Cocteau Twins, a Patrick Fitzgerald śpiewał refren o prostej, zapamiętywalnej melodii. Chłopak z tekstu piosenki zamiast ciernia w boku miał jednak podbite oko. Stawiał opór swoim dręczycielom i nie chciał umierać jako święty. Lider Kitchens Of Distinctions, otwarty homoseksualista, umiejscawiał się w tym utworze jako narrator, ale opowiadając o nękanych, obrażanych i opluwanych gejach używał słów „nas” i „my”. Dawały do myślenia i uderzały po głowie zwłaszcza alarmujące ostatnie słowa. You're breathing this fear maybe once a year. We suffocate every day.

Do promocji w Stanach Zjednoczonych zamiast “Breathing Fear” na singla wybrano “Smiling”. Także w tej piosence emocje Fitzgeralda były wyraziste (imponująca, prawie wykrzyczana końcówka), a gitara Juliana Swalesa czarowała. W warstwie lirycznej kobieta cieszyła się z tego, że pozostaje przy życiu i prosiła przytulającego ją mężczyznę, by ten nie pozwolił jej życzyć sobie, aby była kimś więcej niż jest. Obyło się więc bez kontrowersji, wydźwięk pozostawał tym razem przejmująco optymistyczny. List przebojów nie udało się jednakże podbić. Podobnie jak w przypadku „When In Heaven” o umieraniu na AIDS ani raz jeszcze podejmującym tematykę homoseksualnych relacji miłosnych „4 Men”. Wszystkie single stanowiły utwory dobre lub bardzo dobre, ale największy geniusz Fitzgeralda i Swalesa ujawniał się dopiero przy głębszym kontakcie z „The Death Of Cool”.

Wrażliwością, wyczuciem i elegancją mogła już imponować piosenka o trudach rozstania - „On Tooting Broadway Station”. Niczego nie brakowało także emocjonalnie potężnemu „What Happens Now?” z błyskotliwie prowadzonym tekstem: Draw me something, draw a line, connecting what we did do what happens now, I don’t understand how we changed. Maksymalne rozwinięcie skrzydeł następowało jednak w trzech rozpiętych do siedmiu i ośmiu minut, sięgających doskonałości utworach na miarę The Cure okresu „Disintegration”. Epickich: „Gone World Gone”, „Mad As Snow” i „Blue Pedal”. Wszystkie trzy jawiły się pozycjami kompletnymi, 22 minutami absolutnej klasy w dziedzinie romantycznej muzyki gitarowej. Obezwładniały delikatnie budowanym nastrojem, niespieszną dźwiękową narracją i wybornie przestrzennym brzmieniem, w którym detal dodawał czasem tyle, że poszukiwania szczęki stawały się faktem. W szczególności przy dream popowej czułości pierwszego z wymienionych i shoegaze’owym wstrząsie następującym przy końcówce tego ostatniego. Kończyli jeszcze jednym, niewątpliwie ładnym utworem czyli „Can’t Trust The Waves” ostro dryfującym w kierunku eightiesowej, saksofonowej melancholii.

Całe „The Death Of Cool” brzmiało niczym ostatnia, przepoczwarzona i najbardziej wysublimowana faza post-punku. Jego dawne oblicze pobrzmiewało gdzieś nieśmiało (bas), ale po osiągnięciu optymalnego kształtu, przypominało dawną formę w podobnym stopniu co piękny motyl niezgrabną gąsienicę. Pomimo tego, że Fitzgerald dawał świadectwo najlepszego wówczas songwriterstwa, a Swales bycia jednym z ciekawszych gitarzystów „sceny”, to  majstersztyk przygotowany wówczas przez Kitchens Of Distinction nie został doceniony w stopniu odpowiadającym jego artystycznej wartości. Ale takich przypadków muzyka niezależna notowała mnóstwo. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Dziś pozostaje nam nadrabiać - słuchać i doceniać.