sobota, 15 października 2011

Joan Of Arc – So Much Staying Alive And Lovelessness (2003)












7.5

Po niełatwym i budzącym mieszane odczucia „The Gap” członkowie Joan Of Arc ponownie obrali kierunek o sto osiemdziesiąt stopni odmienny. Ich pierwsze dwa albumy stanowiły wprowadzenie do historii, trzeci przyniósł nowe wątki, a czwarty małe trzęsienie ziemi. Następny rozdział jest zaś dla tej opowieści punktem kulminacyjnym. Na "So Much Staying Alive And Lovelessness" zaczyna się bowiem krystalizować z grubsza najbardziej rozpoznawalne oblicze grupy.

Piąta pozycja w dyskografii JOA jawi się jak na dotychczasowe standardy chicagowskiej formacji płytą niezwykle uporządkowaną. Panowie zrezygnowali z eksperymentalnych wybryków, stawiając na spójną, konsekwentnie trzymającą się klimatu całość. Zmiana była przy tym nie do końca podyktowana samymi chęciami czy zamiarami, a raczej wymuszona przez okoliczności. Tymczasowo kapelę opuścił Jeremy Boyle, osoba do tej pory w największym stopniu odpowiedzialna za elektronikę i syntezatory. Z respektu dla kolegi pozostali postanowili więc tym razem zwyczajnie odpuścić sobie wspomniany element.    

Esencjonalnie dla Joan Of Arc okresu 2003-2011 brzmi otwierające „On A Bedsheet In The Breeze On The Roof”, a w zasadzie już pierwsza sekwencja gitarowych akordów tej kompozycji. To właśnie snucie tego rodzaju gęstych, pokomplikowanych melodii (innym przykładem np. "Olivia Lost"stanie się w dłuższej perspektywie cechą charakterystyczną projektu Tima Kinselli oraz podstawą najbardziej udanych fragmentów dyskografii JOAMoże to stanowić punkt odniesienia zarówno dla płyty „Joan Of Arc, Dick Cheney, Mark Twain” z 2004 roku, "Boo Human" z 2008, wydanego dwa lata po nim singla „Meaningful Work”, jak i  krążka "Life Like" z roku 2011. 

O ile przy okazji każdego właściwie wcześniejszego albumu przynajmniej po jednym razie zarzucałem im bezcelowość długich kawałków, tak tu sześciominutowe utwory wypadają już bez najmniejszego zarzutu. To, że płyta wybrzmiewa praktycznie w jednej barwie, a kompozycje są do siebie podobne również nie okazuje się wadą. Takie „The Infinite Blessed Yes” chociażby, bardzo pasuje do wspomnianego „On A Bedsheet…”, choć jednocześnie lekko wyróżnia się za sprawą stukającego motywu i jazzowych wstawek. Duży plus to także poprawa wokalu Tima. Co prawda nie popisuje się on wybitnymi warunkami głosowymi ani ultra-melodyjnym śpiewem, ale opanował już sztukę taktownego, stonowanego artykułowania i na tle całości wypada całkiem miło.

Jeśli chodzi o kwestię piosenek, to jeszcze za wcześnie na przebojowe refreny, ale bazująca na zgrabnym fortepianie „Olivia Lost”  i chwytający klawiszową melodyjką ”Mr. Participation Billy” są w stanie po ludzku wpaść w ucho.  Świetnym nagraniem okazuje się także „Mean To March”, gdzie po odgłosach maszerowania wkraczają aż dwie melodie, po nich następuje fenomenalne wokalne wejście Todda Mattei, odrobina fortepianu, delikatne pogłosy i dołączenie wokalu Tima. Coś jak magiczne jam session, w którym zespół osiągnął wyższy poziom zrozumienia.

„So Much Staying Alive…” swoim zwartym, satysfakcjonującym kształtem i równością, jakiej im zawsze mocno brakowało, na wysokości 2003 roku rości sobie prawo do bycia najlepszym albumem Joan Of Arc. Na tej płycie coś zostaje jakby zdefiniowane i "przyklepane". To także długo oczekiwany krążek, na którym jest po prostu bez udziwnień elegancko i przyjemnie. 

niedziela, 9 października 2011

Cursive - Happy Hollow (2006)












10

Zapraszamy do "Happy Hollow". Niczym nie wyróżniającego się amerykańskiego miasteczka. Zamieszkują w nim zwykli, uczciwi ludzie wiodący swe przyziemne żywoty tak jak im Pan przykazał. Pod zasłoną zwyczajności i bogobojności odnajdujemy jednak całą zgraję grzeszników. W każdym domu znajdziesz winę. Za sprawą Tima Kashera i Cursive przyjrzymy im się teraz nieco bliżej. Wraz z otwierającym hymnem odsłuchamy 14 współczesnych pieśni dla pogan. Biją dzwony kościelne, włącza się przester. Dorotka po czterdziestce jest nazbyt oderwana od rzeczywistości. Żyje w krainie snów, marzy o złotych ulicach, kolorowych tęczach i rubinowych miastach. Nigdy nie zrozumie, że marzenia się nie spełniają. „Marzyciele nigdy nie żyją, tylko o tym marzą, amerykańskie sny zanieczyszczają nasze miasta”. Przy kolejnej okazji dajemy się wciągnąć w dyskusje i rozterki egzystencjalne. Przy pikantnym, wybuchowym akompaniamencie „Big Bang” dowiadujemy się, że życie przyniósł człowiekowi wielki wybuch. Ale zaraz. Co w takim razie z Adamem i Ewą? Co z wężem i jabłkiem? „Ciekawe co by ten wąż powiedział gdyby tylko mógł nas dziś zobaczyć, ha ha ha!”. Tymczasem miejscowy ksiądz i przybyły niedawno młody kleryk czują do siebie coś dziwnego i ewidentnie zakazanego… („Bad Sects”). „Oni wiedzą, że to jest złe, bo powiedziano im, że to jest złe”. Gdzie indziej pewien chłopak przez całe życie postępuje tak jak należy. Wedle wskazań ojca, rodziny, ukochanej i jej rodziny. („Flag And Family”) Teraz rodzina patriotów i fanatyków wysyła go do boju za kraj. „Ale Czy kiedy klękał na kolana modlił się o świętą wojnę? Czy kiedy klękał na kolana modlił się o ropną wojnę?”. Jeszcze w innym miejscu („Dorothy Dreams Of Tornadoes”) dwoje ludzi od lat planuje ucieczkę z miasta. Z każdym rokiem to samo, ale nigdy się nie udaje. „To miasto, to miasto niszczy nas”. Przydałoby się jakieś tornado. W uwodzącej melodią, niezwykłej balladzie „Into The Fold” poznajemy historię pasterza i owieczki. Wyglądałoby to nawet na uroczą piosenkę o początkach miłości gdyby pasterz nie miał w torbie książki Dostojewskiego. Gdyby naprawdę był zagubionym studentem, a nie polującym na naiwne owieczki zbrodniarzem. Resztę hymnów poznajcie sami. Dla zachęty dodam, że przyprawione są pokaźną dawką energetycznego rocka. Niesamowicie brzmiącymi gitarami, rozszalałymi instrumentami dętymi oraz znakomitym wokalem. Bywa mocno, szybko, ponad wszystko porywająco. „Happy Hollow” to idealnie zrealizowany koncept album o tematyce anty-dewocyjnej. Nawiązujący do biblijnych przypowieści, ciut kontrowersyjny, choć w swej wymowie nie przekraczający granic dobrego smaku. Cięty, ironiczny, ale słuszny i w każdym calu doskonały.


sobota, 8 października 2011

Joan Of Arc - The Gap (2000)












5.5

W 1999 roku Tim Kinsella odkrywa narzędzie szatana, czyli program "Pro Tools" i wraz z resztą zespołu odpływa w szał nieskrępowanego eksperymentowania na kompozycyjnej tkance. "The Gap" okazuje się albumem do reszty wyprowadzającym z równowagi krytykę i słuchaczy, którzy spodziewaliby się jeszcze po Joan Of Arc w miarę normalnych piosenek. Czy aby na pewno słusznie?

“(You) [I] Can Not See (You) [Me] As (I) [You] Can” zaczyna jakby w tym samym miejscu, w którym kończyło się "Live In Chicago, 1999". Przerywane szarpnięcia w struny, podobne komputerowe przeszkadzacze, wokal Tima i właściwie cały efekt wybrzmiewa bliźniaczo do kilku muzycznych fragmentów poprzednika. Pogięty, niemal 8-minutowy  “As Black Pants Make Cat Hairs Appear” sprawia wrażenie obszernego wora z pomysłami, zawierającego praktyczne wszystko, co Joan Of Arc miało jak dotąd w repertuarze. Od awangardowej abstrakcji w czystym wydaniu, z jęczącym od niechcenia Timem i odgłosami rozbijanego szkła, przez akustyka, niedopasowaną do reszty perkusję i elektroniczne manewry, po całkiem urodziwe piosenkowe partie, zwłaszcza te z kobiecymi wokalami (m. in. Rebecca Gates z The Spinanes), które sprawiają, że faktycznie jest tu przez kilka minut śpiewana melodia. To ten rzadki moment, kiedy w stu procentach doświadczamy u nich zarówno frapującego eksperymentu, jak i przemyślanej kompozycyjnej koncepcji. Wszystko to w dodatku gładko funkcjonuje w ramach jednego ciała.

Nie sposób również nie docenić zabiegów dokonanych w ramach gęstego, bardziej klaustrofobicznego „Knife Fights Every Night” z bogato zaaranżowaną strukturą dźwiękową, a nawet harmoniami wokalnymi. Krótkie “John Cassavetes, Assata Shakur, and Guy Debord Walk into a Bar...” przedłuża ostatnie westchnienia "Knife Fights..." i zarazem wprowadza w klimat kosmicznego „Another Brick at the Gap (Part 2)”, za sprawą którego na dobre opuszczamy rozległe formy i słuchamy, jak bracia Kinsella, Boyle, Mattei i Clark dają się ponieść nowej palecie nęcących możliwości. W tym momencie trudno nawet rozpoznać, gdzie się co kończy, a gdzie zaczyna. W "Zeldzie" odbywa się ponowne przeprogramowanie na częstotliwość quasi-piosenkową (wraca wokal), a jej końcówka jest zarazem początkiem brzmiącego nieco jak próba zespołu "Pleasure Isn't Simple". Niewiele wydaje się od niego różnić „Me and America (or) the United Colors of the Gap”, ale tylko do chwili wejścia tyle zaskakującej, co i pożądanej partii skrzypiec.  

Etap fragmentaryczności i niespójności kończy “Your Impersonation this Morning of Me Last Night”. Jak na ponad 9 minut utwór rozczarowująco pusty i niewciągający. Przy tajemniczym „Outside The Gap” obcujemy ze ścieżką dźwiękową do czarnej dziury i kosmicznej pustki. Tak też album dokonuje żywota. 

Problem z "The Gap" polega na tym, że odbiór płyty mocno zależy od oczekiwań, jakie się ma przed sięgnięciem po nią. Nie jest to raczej rzecz tak niesłuchalna, jak sugerowałyby opinie recenzentów w momencie jej wydania, a album, którego bez problemu wysłucha każdy, kto miał już w życiu do czynienia z jakąś formą eksperymentalnego czy awangardowego rocka.  Pytanie, czy efekt przekonuje? Czy ten każący się z sobą trochę pomęczyć art-pop ma ręce i nogi czy jednak pod otoczką artyzmu nie kryje się żadna ciekawa treść? Prawda leży chyba gdzieś pośrodku. Albumy Joan Of Arc łączą najczęściej dźwięki piękne, dziwne, straszne i ciekawe. Na każdym kolejnym proporcje są przy tym w różnych kierunkach przesuwane. Warto więc zrozumieć, że na "The Gap" (ich "Kid A") Tim Kinsella  i pozostali mocniej eksplorują te trzy ostatnie, raz ze skutkiem lepszym, a raz gorszym. Ta płyta z pewnością nie boli i z taką samą pewnością na miano arcydzieła również nie zasługuje. 

piątek, 23 września 2011

Joan Of Arc - Live In Chicago, 1999 (1999)












7

Po tym jak grupę opuścili Eric Bocek, Sam ZurickMike Kinsella, a do Tima i Jeremy'ego Boyle'a dołączył Todd MateiJoan Of Arc stało się triem. Odtąd zresztą JOA praktycznie na każdej płycie funkcjonowało już w innym składzie, bez permanentnych członków zespołu, którzy przy poszczególnych krążkach znikali i dowolnie pojawiali się przy kolejnych. Dzięki "Live In Chicago, 1999" nielubiane przez starszego Kinsellę skojarzenia z emo mogły coraz bardziej odejść w niepamięć. Chłopaki zrobili okładkę odtwarzającą scenkę z filmu Godarda, jeszcze bardziej rozwlekli utwory i spowolnili tempa. Uzyskali łatkę artystowskich ekscentryków, a do tego znakomicie musieli się bawić przy wymyślaniu tytułów. („Who's Afraid Of Elizabeth Taylor?”,„Sympathy For The Rolling Stones” czy “It's Easier To Drink On An Empty Stomach Than Eat On A Broken Heart”)

Wbrew pozorom nie był to album z nagraniami na żywo. Nazwa „Live In Chicago, 1999” wiązała się po prostu z faktem, że członkowie formacji żyli wtedy w Chicago i wyjątkowo utożsamiali się z miastem. Po latach Tim wspomina ten okres jako esencję swoich lat dwudziestych, moment funkcjonowania we wspólnocie, której członkowie rozumieli się wzajemnie, byli zainteresowani tymi samymi rzeczami, czytali te same książki i oglądali te same filmy. Pierwszy raz moimi przyjaciółmi były nie tylko punkowe dzieciaki, ale też malarze, muzycy noise'owi czy free-jazzowcy. Nie istniała żadna hierarchia i wszyscy  ekscytowaliśmy się tym, co robią nasi przyjaciele działający w innych dziedzinach. Według Kinselli bardzo wielu kreatywnych ludzi przenosiło się wówczas do Chicago. Być może tłumaczy to również sięgnięcie przy okazji tej płyty po cover „Thanks For Chicago, Mr. James” Scotta Walkera, śpiewany przez Tima w dziwnym, przerysowanym tonie jeden z jaśniejszych punktów krążka. 


"Live In Chicago, 1999" stylistycznie różni się nieco od poprzedników. Choć panowie ponownie wydają się wychodzić z założenia, iż akustycznego brzdąkania i elektronicznych eksperymentów nigdy za wiele, a najlepiej, kiedy jedno łączy się z drugim lub bezpośrednio po sobie następuje przynosząc mały efekt szokowy, to stylistycznie widać pewną różnicę.  Produkcja jest jakby cichsza i bardziej stonowana, kompozycje płyną powoli, stają się wysmakowane i gdyby nie wspomniany już ekscentryzm oraz skłonność do psucia, dałoby się wręcz powiedzieć, że zrobiło się tu dojrzalej. Jak to często bywa, tworzenie przez artystów muzyki specyficznej czy wyzywającej, nie zawsze okazuje się zrozumiałe dla słuchacza. Przykładowo po czarującym, dającym się słuchać w nieskończoność "Who's Afraid Of Elizabeth Taylor" i kapitalnym "If It Feels/Good, Do It", gdzie wszystkie elementy: spokojne gitary, nienachalny elektroniczny podkład i trąbkowy motyw, gładko ze sobą harmonizują, wchodzi rozgniatające cały nastrój na kawałeczki dziką partią bębnów nagranie tytułowe. Trudno też nie zastanowić się, czy rzeczy ukryte pod ścieżkami 7, 11, 12, 13 albo nawet 1, aby na pewno były tu konieczne lub czy niektóre z nich nie mogłyby trwać nieco krócej?

Najbliżej perfekcji Tim i Joan Of Arc docierają za sprawą indeksu nr 8. Epicko zatytułowanego „When The Parish School Dismisses And The Children Running Sing”, którego kameralna aranżacja i brzmienie to czysta poezja, a moc melodii, jakich nie powstydziliby się The Sea And Cake, każe nam wizualizować w wyobraźni najpiękniejsze filmowe obrazki. W lekko psychodelicznym „Me (Plural)” Timowi towarzyszy wokalnie Jen Wood, a wraz z nią także fortepian i maszynka do wycinania perkusyjnych efektów, nadające całości sugestywny charakter. Przyjemnie słucha się wdzięcznego "(In Fact I'm) Pioneering New Emotions" czy "(I'm 5 Senses) None Of The Common", gdzie okazjonalnie partie perkusji dorzucił Mike Kinsella.  

Przy wielu fragmentach błyskotliwych przydarza się kilka chybionych i sporo neutralnych. Ogółem te grube pięćdziesiąt minut sprawia już jednak lepsze całościowo wrażenie niż "A Portable Model Of" i "How Memory Works". "Live In Chicago, 1999" to album dobry i dla swych twórców ważny, na którym krzepnięcie artystycznej tożsamości w jakimś stopniu się dokonuje.


środa, 21 września 2011

Cursive - The Ugly Organ (2003)












10

(INTRO) Najpierw słyszymy dźwięki radosnej orkiestry, wesołe miasteczko, WTF? A potem ORGANY. Złowieszcza melodyjka. Jakiś psychopata wrzeszczy coś o perwersji, lamencie, spowiedzi i chorej obsesji. Ta atmosfera i obłąkańczy okrzyk. Dr. Frankenstein stworzył swojego potwora.

Chwilę później te same słowa docierają do nas już w postaci pierwszego utworu na „The Ugly Organ”. „Some Red Handed Sleight Of Hand” wchodzi tak pewnie i bezkompromisowo, że jedyne z czym może się kojarzyć to… szubienica. Perkusja, wiolonczela oraz gitary, w które uderzają chyba kijami tworzą morderczy, piosenkowy mechanizm. Ciach, ciach. W górę i w dół. W naszych uszach wybrzmiewa historia brzydkiego organisty. „Nie ma potrzeby utrzymywać sekretów, wszystko co ukryłem kończy się w tekstach, więc przeczytaj i mnie oskarż, jeśli to co napisałem wprowadzi cię w błąd”. Z tego co zdążyliśmy się dowiedzieć, organista nie posiada zbyt czystego sumienia. Jego tytułowym brzydkim organem jest w rzeczywistości pełna od grzechów dusza.

Nr 3 „Art Is Hard”. Teraz ten szatański instrument zwany wiolonczelą gotuje istne piekło. Brzmienie jak z soundtrack do sądu ostatecznego. „Więc jesteśmy znów w tym miejscu, sztuka udawanej słabości, zakochiwanie się dla porażki, dla podniesienia cen płyt. Więc płyty się sprzedają, och co za hit! Musisz to powtórzyć, musisz utonąć żeby popłynąć!”. Wygląda jak prosta do odczytania przestroga przed sprzedawaniem życia prywatnego, emocji i uczuć celem komercyjnego sukcesu oraz popularności. „Możesz oszukać, oszukać, oszukać ból, możesz uczynić, uczynić, uczynić z niego broń, możesz złamać, złamać, złamać nogę, kiedy jesteś na scenie i oni krzyczą twe imięęęęęęę. Wszyscy wiemy, że sztuka jest trudna. Kiedy nie wiemy już kim jesteśmy.

Jedziemy dalej. „The Recluse”. Czas na odpoczynek od trudnego, szarpiącego nerwy nastroju. Ta cudowna kołysanka koi sfatygowany umysł. Jest słodko choć smutnawo. Jednakże sam tekst nie wnosi wielkiej poprawy do losów organisty. Niby pojawi się kobieta, dom, wygodne łóżko. Ale towarzyszą temu niepokój, obawy, niepewność. „Mogę wynieść się z jej łóżka ze strachu, że nigdy więcej nie będę już w nim leżał , Jak mam to skończyć aby rozpocząć? nie wiem, Czemu mam zaczynać coś czego nie mogę skończyć? Och proszę nie męcz mnie pytaniami do tych wszystkich brudnych odpowiedzi, moje ego jest jak mój brzuch, wydala wszystko czym je żywię… Może nie chcę już niczego kończyć, nigdy więcej, może mogę zaczekać w jej łóżku aż wróci, i wyszepcze: „Jesteś teraz w mojej sieci, zwiążę cię ciasno, dopóki mam czas by ukąsić.

„Herald! Frakenstein” to krótkie, przerażające intro do dalszej części. Zaledwie jedno zdanie „Nie mogę powstrzymać bestii, którą stworzyłem…” zapowiada fascynujący ciąg dalszy wydarzeń.

I tak „Butcher The Song” przywraca posępność i grozę pierwszych utworów. Maksymalizuje ją wręcz do prawdziwego, dźwiękowego widowiska grozy. Budują je cztery złowróżbnie przemykające dźwięki. „Piszę piosenki dla rozrywki. Ale ci ludzie chcą wyłącznie bólu. Chcą zobaczyć moje najgłębsze grzechy. Piosenki z mojego brzydkiego organu… I to co wychodzi to koszmarny bałagan, piosenki, których nie mogę zapomnieć/ Wyrzuć rzeźnicki nóż, krzyczałem przez lata, ale zaprowadziło mnie to do nikąd, po prostu wyrzuć rzeźnicki nóż, WYRZUĆ RZEŹNICKI NÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓŻŻŻŻŻ. „Jaki piękny mamy dzień” – powiedział rzeźnik zanim uniósł swe ramię…

„Driftwood: A Fairy Tale”. Kolejna po „The Recluse” niezwykła ballada sprowadzona do postaci bajki o Pinokiu i wróżce. Nasz rzeźnik-organista próbuje kochać, ale jego miłość okazuje się pusta.

Ale o miłości mamy także następny „Gentleman Caller”. Właściwie to o zdradzie. Ona podejrzewa o zdradę jego („Twój dżentelmen woła, och, on woła kogoś innego”). Dlatego sama naiwnie się jej dopuszcza („Ty zła dziewczynko, czy czujesz się dobrze będąc złą? i coraz gorszą?”). Dla odmiany ostrzejsza kompozycja z porządnie idącymi w ruch strunami. Pierwsza część nieszczęśliwie rozgoryczona, podsycona alkoholem. Druga spokojna, naznaczona już bólem głowy (dosłownym oraz moralnym). „Ale wczesnym rankiem, skacowanym zmierzchem niedzieli, nie jesteś pewna co zrobiłaś, kto ci powiedział, że miłość ucieka? czasem mężczyźni wprowadzają w błąd, po to by dostać czego od ciebie chcą."

„Harold Weathervein”. Muzycznie następny majstersztyk. Odgłosy ulicy, śpiewających ptaków, mrocznie stawianych kroków. „W jego głowie jest jak w pogodzie, w jego głowie jest jak w pogodzie”. Genialny motyw w okolicach refrenu i organiczna uczta trwa dalej.

„Bloody Murder”. Ten tytuł tu pasuje. Aranżacja i atmosfera wstrząsające. Pod czyimś łóżkiem jest duch. Ma najwyraźniej pretensję do swojego oprawcy. Kapitalnej prostoty słów „let go let go please let me be, look at the ghost you made of me” nie podejmę się tłumaczyć. „Krwawy morderco, pozwól mi spoczywać w pokoju, kiedy byłam twoja, ty zbiegłeś ze sceny, teraz nie wymyjesz swych rąk ze mnie”. To z kolei może wyjaśniać czemu w pierwszej piosence mieliśmy „Some Red Handed Sleight Of Hand”.

W „Sierra” niespodziewanie pojawia się motyw ojcostwa. „Na pustyni, gdzie miasta wykonane są ze złota, jest dziewczynka grająca w klasy, z warkoczami splątanymi różową wstążką, chciałbym wiedzieć kto jest jej ojcem, i czemu mówią na nią Sierra.

No i finał. „Staying Alive”. Trwa co prawda całe 10 minut, ale najważniejszą konkluzją są słowa tytułowe. Dokładnie: „tonight I’ve decide, I’m staying alive/ zdecydowałem tej nocy, pozostaje przy życiu” . Chór odśpiewuje ostatnie „do do do do do do do do the worst is over…/ najgorsze się skończyło…

Aktorzy kłaniają się, kurtyna opada, koniec spektaklu, koniec mistrzostw.


wtorek, 20 września 2011

Cursive/Eastern Youth - 8 Teeth To Eat You split (2002)












7

Powtórka z rozrywki względem ostatniej EP’ki. Serio, możnaby z nagrań na „Burst And Bloom” i splitu z Eastern Youth ułożyć jeden, dość krótki (9 kawałków), ale za to bardzo mocny jakościowo i spójny album. Na „8 Teeth To Eat You” w dalszym ciągu kłębią się pomysły rozwinięte chwilę później na opus magnum Cursive. Masakryczne wiolonczelinowo-gitarowe odjazdy z połamaną perkusją i rozemocjonowanym wokalem, szczególnie w "Excerpts From Various Notes…”, ale i wymiatającym „Am I Not Yours?” niewiele mniej. Także zastanawiające odgłosy na końcu „Escape Artist” (jakaś kobieta i dziecko śpiewają, w tle ktoś gra na fortepianie) czyli zabieg wykorzystany choćby w późniejszych „Driftwood” i „Harold Weathervein”. Przez całe kilkanaście minut jest barwnie, ciekawie i intensywnie.

Eastern Youth są tu na etapie pomiędzy albumami „Kanjusei Oto Seyo” , a „What Can You See From Your Place”. Ta druga pozycja, wydana w 2003 to prawdopodobnie ich najlepiej znane dzieło, na co zresztą nagranie splitu z względnie popularnym zespołem ze Stanów mogło mieć spory wpływ. Japończycy jak zwykle dają radę, choć moim zdaniem im bardziej żywiołowo grają tym lepsze robią wrażenie, a tu jednak ukazują dość spokojne oblicze. Hisashi Yoshino oczywiście wydziera się tak jak na niego przystało, ale same melodie i tempa, za przeproszeniem dupy nie urywają, zwłaszcza w porównaniu do produkujących się obok kolegów.

poniedziałek, 19 września 2011

Joan Of Arc - How Memory Works (1998)












 6

Spostrzegawczy zauważą zapewne, że tytuły pierwszej płyty Joan Of Arc„A Portable Model Of” i sofomora „How Memory Works”, łączą się ze sobą w jedno sensowne zdanie (obecne w obydwu wkładkach). Odzwierciedla to niejako bardzo zbliżoną stylistykę tych albumów i fakt, że znajdujące się na nich nagrania brzmią, jakby powstały przy jednej sesji. Podobnie obydwie pozycje wypadają również jakościowo. Nie jest na nich do końca równo i zadowalająco, ale każda posiada swoje niewątpliwe momenty. 

W przypadku drugiego krążka JOA mowa na przykład o niezłym, jakby wyszukującym po omacku terytoriów Cap'n Jazz, ale zdecydowanie łagodniejszym „This Life Cummulative”, przywodzącą na myśl American Football poddaszowo-romantyczną kompozycję "White Out"skąpane w ładnym, spokojnym nastroju „So Open; Hooray” (motyw let’s sit and stare at each other) czy dynamiczniejszy i bardziej krzykliwy kawałek „God Bless America”. Generalnie rzecz biorąc nacisk silnie został położony jednak na atmosferę („To've Had Two Of”, „A Name”, „Osmosis Don’t Work”), którą w zgodzie z charakterem poprzedniczki, jak i samego Tima Kinselli, kilkukrotnie naumyślnie popsuto (prawie 7 minut bezsensownego elektro-plumkania „Pale Orange”). Wiele warto mimo wszystko wybaczyć przez wzgląd na kończące płytę przeurokliwe "A Party Able Model Of", piosenkę dowodzącą tego, z jak zdolnymi i wrażliwymi ludźmi mamy tutaj mimo wszystko do czynienia. 


everyone's quiet when the record ends

niedziela, 18 września 2011

Joan Of Arc - A Portable Model Of (1997)












6

Po rozpadzie Cap’n Jazz zarówno utworzona przez Tima Kinsellę formacja Joan Of Arc, jak i nowa kapela Daveya von Bohlena, czyli The Promise Ring, znalazły dla siebie miejsce w działającej od 1991 roku, zasłużonej dla indie rockaemo czy melodic h-c wytwórni Jade Tree. Poza wspomnianym Timem, ze starej gwardii do JOA trafili również jego brat Mike Kinsella oraz basista Sam Zurick. Nowymi twarzami zostali zaś, bardzo istotny w perspektywie czasowej dla projektu Jeremy Boyle i obecny tylko na dwóch pierwszych płytach Eric Bocek, obydwaj dzierżący gitary. 

Kompozycje z debiutu Joan Of Arc nie mają już w sobie post-hardcore’owej motoryki poprzedniego zespołu braci Kinsella, nie zawierają dzikiej energii ani nieokiełznanych wrzasków. Choć wokale Tima pozostają jeszcze czasem w jakimś stopniu krzykliwe, to w porównaniu do „Analphabetapology” mowa o ilościach doprawdy śladowych. Styl JOA obraca się poza tym właściwie wokół dwóch elementów, spokojnych lub swawolnych melodii i elektronicznych przeszkadzajek. To zarówno tworzenie ładnej muzyki, jak i wystawianie słuchacza na próbę za sprawą dociekliwego eksperymentowania, które zresztą tutaj wypada jeszcze całkiem niewinnie, ale na kolejnych albumach przemieni się w potwora.

Zewsząd słychać, że „A Portable Model Of” jest dla Tima i kolegów procesem odkrywania nowych możliwości oraz robienia rzeczy, w jakich bardzo daleko im do wirtuozerii. Krążek jawi się zbiorem muzyki dość mało konkretnej, niewiele tu kompozycji o regularnych kształtach, blado wypada także spójność materiału. Obok form około-piosenkowych (czasem zbyt rozwlekłych, jak „Anne Aviary”, a czasem wyjątkowo treściwych w rodzaju „I Was Born”) mamy na przykład elektroniczne ciekawostki ("Romulans!Romulans!", „In Pompeii”, „In Pamplona”), 3-minutowe akustyczne fragmenty („Caliban”) czy post-rockowe lanie wody (długaśne „Count To A Thousand”). Na kilka nagrań warto jednak zwrócić baczniejszą uwagę. Mimo że starszy Kinsella konsekwentnie odcina się od powinowactwa z emo, raczące midwestową nastrojowością i dzwoneczkowymi dodatkami „Let’s Wrestle” jawi się przedstawicielem gatunku najwyższej próby. "The Hands" to pomysłowa i przyjemna dla ucha art-popowa zabawa, śpiewany wraz z Daveyem Von Bohlenem „Post Coitus Rock” zapisuje się w annałach jako melodyjnie wyrafinowany majstersztyk, , a „(I Love A Woman) Who Loves Me” pozostaje w głowie ze względu na linijki:  Too smart to be a pop star, Not smart enough, not to be.  

„A Portable Model Of” to niemal stuprocentowe zerwanie z „weirdo-punkową” estetyką Cap’n Jazz, a przy tym dość chwiejny, ale też zarysowujący potencjał, start jednego z najbardziej intrygujących projektów avant-popowej i gitarowej sceny w Chicago. 

foggy Pennsylvania...